Kobiety, które inspirują

Rozmowa z aktorką Beatą Poźniak – inicjatorką wprowadzenia ustawy o obchodach Dnia Kobiet w USA, obowiązującej od 1994 r.

International Woman’s Day, 1994 r., Beata Poźniak (w środku), Stevie Wonder, Akosua Busia, Tiana Betty Friedan, Doris Leader Charge, Julie Carmen i inni, fot. arch. Beaty Poźniak.

Joanna Sokołowska-Gwizdka:

Jak wspomina Pani Dzień Kobiet w socjalistycznej Polsce, w której Pani dorastała?

Beata Poźniak:

Dzień 8 marca kojarzył mi się, chyba jak nam wszystkim, z goździkami i pończochami, którymi kobiety w tym dniu były obdarowywane w miejscach pracy. Ciekawe czasy. Już jako nastolatka zauważałam, że kobiety bardziej elegancko się ubierały i były wyjątkowo docenione. Mówiło się do nich i o nich z szacunkiem. Pamiętam jak szłam do szkoły z tornistrem na plecach,  panie dostawały kwiaty od panów, czasami przypadkowo spotkanych na ulicy. Miło było zobaczyć zaskoczone i uśmiechające się kobiety dookoła… od milicjantki po panią w sklepie. Panie nauczycielki też dostawały kwiaty i ręcznie namalowane laurki. W „Dzienniku Telewizyjnym”  mówiono jako headline, gdzie i w jakim kraju kobiety świętują 8-go marca. Wydawało mi się, że to bardzo ważne święto, skoro wymienia się wiele krajów i pokazuje tyle narodowości. Niezbyt jednak wtedy rozumiałam dlaczego tak jest. Dzień Kobiet kojarzył mi się z Dniem Matki, albo  zbiorowymi imieninami. Potem już po studiach, jak wyjechałam do Stanów pytałam ludzi z ciekawości co tu się robi na 8 marca. Często spotykałam się ze zdziwioną miną. Po ich spojrzeniu od razu domyślałam się, że nie wiedzą o co pytam. Myśleli, że mówię o Women’s History Month i  z grzeczności mi przytakiwali.

Była Pani prekursorką wprowadzenia ustawy o obchodach Międzynarodowego Dnia Kobiet w USA. Proszę opowiedzieć, skąd pomysł, aby zainicjować taką ustawę?

Kiedy przyjechałam do Stanów Zjednoczonych potrzebne mi były wzorce kobiet imigrantek, które się przebiły i zostały docenione. Poszukiwałam nowej tożsamości. Było mi trudno oderwać się od korzeni, jako już dorosła kobieta po studiach i zacząć od nowa. Inaczej się zaczyna w nowym kraju jak się ma 5 czy 15 lat, wtedy łatwo znaleźć nowe koleżanki w szkole. Ja tego nie miałam i czułam się samotna, bez wsparcia na nowej ziemi. Zamknęłam się więc w bibliotece poszukując nazwisk, imigrantek, które by mnie zainspirowały. Wtedy nie było komputerów czy Internetu. Wertowałam więc książki i czasopisma. Jednak łatwiej wtedy można było znaleźć  nazwiska mężczyzn, niż kobiet. Trochę byłam zaskoczona, bo w USA ciągle się mówi we are the country of immigrants (jesteśmy krajem imigrantów). No to gdzie te imigrantki? 

Szukałam też ciekawych przyjaciół, kobiet, które inspirują. Pewna młoda reżyserka z Finlandii, powiedziała; Ty na pewno będziesz miała ”dobrą chemię” z naszą konsulową. Macie bardzo podobny charakter. Niedługo potem dostałam telefon od Bitte Westerlund, pracującej dziennikarki, a jednocześnie żony konsula Finlandii, Jorna Donnera, z zaproszeniem. I tak po pół godzinie znalazłam się u niej w domu. Rozmawialiśmy  o wszystkim, od kultury i literatury po muzykę, tak jakbyśmy się znały całe życie.

Faktycznie, jak mówili ludzie dookoła, miałyśmy bardzo kolorowe usposobienie. Dużo rzeczy nas cieszyło i łączyło. miałyśmy tyle wspólnych tematów, od literatury, poprzez filmy, sztukę, aż po prawa kobiet. Wspierałyśmy malarki na ich wernisażach w galeriach i w muzeach, oglądałyśmy filmy o inspirujących kobietach, czy też reżyserowane przez kobiety.

Na 8 marca zrobiłyśmy przyjęcie w luksusowym domu Bitte Westerlund i jej męża w Bel Air i zaprosiłyśmy dostojnych gości z różnych krajów. Nie mogłam uwierzyć, że tylu obcokrajowców od Australii po Afrykę znało i cieszyło się z tego święta. Były kwiaty, muzyka i dużo ciekawych wspomnień.

Obraz namalowany przez Beatę Poźniak w 1994 roku dla upamiętnienia wprowadzenia pierwszej ustawy w historii Kongresu USA (H.J. Res. 316) o uznaniu Międzynarodowego Dnia Kobiet w Stanach Zjednoczonych. Matka Pamięci – Mnemosyne – świętuje wkład kobiet z całego świata w prawa człowieka. Praca, będąca symbolem Międzynarodowego Dnia Kobiet, przedstawia społeczność wszystkich ras świata w kobiecym ciele. Przywołuje osiągnięcia kobiet w ich walce o pokój i równość w obliczu dyskryminacji i wojny.

I co było dalej?

Zainspirowana tym wydarzeniem postanowiłam zrobić głębszy research o korzeniach Międzynarodowego Dnia Kobiet. Okazało się, że pierwszym miejscem była Kopenhaga, która podjęła uchwałę w 1910 r. W Stanach takiego święta nie było. Pomyślałam, dlaczego nie spowodować, aby to święto i w USA było oficjalnie uznane. Zaprosiłam więc do współpracy różne znane osoby, m.in. z Hollywood. Byli oni prezenterami jak Stevie Wonder, Miranda Richardson, Paul Sorvino (Mira Sorvino ojciec), czy Robert Wise, (reżyser, otrzymał Oskara za “West Side Story” i “Sound of Music”) oraz goście honorowi – wiele kobiet rożnych narodowości od Mitsuye Yamady, (w zarządzie American Civil Liberties Union, poetka), która była internowana w USA jako Amerykanka pochodzenia japońskiego w czasie II wojny światowej. Była ona też tzw. “Picture bride”, w tamtych czasach to była taka tradycja wychodzenia za mąż. Do naszych działań włączyła się także Stefania Podgorska, Polka, która jako nastoletnia dziewczynka uratowała 13 Żydów, przechowując ich podczas wojn u siebie na strychu. (Na marginesie, właśnie byłam lektorką  książki “The Light in Hidden Places” o jej życiu, wydanej przez Scholastic, napisanej przez Sharon Cameron, #1 New York Times i otrzymałam Earphones Award za najlepszą narrację. Reese Witherspoon wybrała tę książkę w swoim Book Club “Hello Sunshine”).

Podobnie odnalazłam i zaprosiłam Irene Opdyke, Polkę – kolejną bohaterkę. Były też kobiety z krajów, gdzie w dalszym ciągu panuje upokarzającą tradycja FGM, polegająca na okaleczaniu dziewczynek (Female Genital Cutting), jak np. aktywistka Soraya Mire, która nam opowiadała o swojej osobistej historii. Dołączyła też do nas  dzielna, mocna Diane Nyad, pierwsza kobieta która pobiła rekord świata w pływaniu 

Zainspirowała Pani wiele osób. Ówczesny burmistrz Los Angeles Tom Bradley oraz gubernator Kalifornii Pete Wilson, wydali w tej sprawie oświadczenie, a kongresmenka Maxine Waters przedstawiła pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych projekt ustawy (H.J. Res. 316) w Kongresie.

Tak, ale długo to trwało. Zaczęłam  pod koniec lat 80., ale dopiero w 1994 roku  napisałyśmy razem z członkinią Kongresu Maxine Waters ustawę, którą ona przeczytała w Kongresie. Nikt przedtem tego nie zrobił. 

Za swoją działalność w kwestii praw kobiet nagrodzona została Pani przez burmistrzów Los Angeles zarówno Richarda J. Riordana, jak i Toma Bradley’a. Czym dla Pani było to wyróżnienie?

Jestem dumna z tego, że moja wizja i praca zostały docenione i  nagrodzone przez osoby, które reprezentowały różne opcje polityczne. Cieszę się, bo okazało się, że więcej nas łączy niż dzieli.

Założyła Pani Amerykański Komitet do spraw Międzynarodowego Dnia Kobiet oraz organizację pozarządową non-profit „Women’s Day USA”. Organizację również wsparło wiele osobistości ze świata politycznego i artystycznego, m.in.  aktorka Diane Lane, adwokat Gloria Allred czy pierwsza kobieta w historii Kanady, która została premierem – Kim Campbell, wówczas konsul generalny Kanady w Los Angeles. Jaki cel ma ta organizacja?

Women’s Day USA miała na celu rozpowszechnienie Dnia Kobiet. Organizacja ma też za zadanie przekazać dalej nasze przesłanie, znaleźć imigrantki, które czymś się zasłużyły, dać je jako wzór dla innych kobiet, które tu przyjeżdżają. Ma też pokazać następnym pokoleniom, że można i trzeba działać.

Zagrała Pani wiele ról kobiet mocnych, zdecydowanych, które obalają stereotypy i zmieniają świat. W 1983 r. wystąpiła Pani filmie „Szczęśliwy brzeg” w roli dziewczyny, która chce zostać kapitanem żeglugi wielkiej. W Ameryce sławna się stała rola rewolucjonistki w „Kronikach młodego Indiany Jonesa”, a w filmie „Babilon 5” za rolę pierwszej kobiety Prezydenta Świata wytwórnia Warner Bros podała Panią do nagrody Emmy. Czy role, które Pani zagrała miały wpływ na Pani działalność społeczną, czy też odwrotnie, wybiera Pani takie role, gdyż są one zgodne z Pani dążeniami i charakterem?

Wybieram role kobiet skomplikowanych, lubię ich niewydeptane drogi, coś jest świeżego w ich myśleniu i walce o przetrwanie. Ciekawią mnie role, które jeszcze nie były zagrane. Kobiety, które mają coś do powiedzenia, mają inne spojrzenie na świat. Projekt i rola muszą mieć jakieś przesłanie.  Fascynowała mnie rola Ofelii w “Hamlecie we wsi Głucha Dolnej” Ivo Bresana. To był tzw. ”półkownik” (projekty filmowe, które leżały na półkach). To był ostatni mój projekt przed wyjazdem z Polski w 1985 roku. Zobaczyłam go dopiero po latach, kiedy zaliczono ten projekt do “Złotej Setki Teatrów TV”. Rola dosyć intensywna, szczególnie zapamiętana scena kiedy Ofelia dostaje obłędu. Była to ciekawa przenośnia tamtych czasów, kiedy ludzie walczyli o przetrwanie.

Gdy byłam na drugim roku studiów, w 1983 r. dostałam rolę Poli w filmie „Szczęśliwy brzeg” u boku Jerzego Bińczyckiego. Nie ukrywam, bardzo mnie ona interesowała. Młoda uczennica, która chce zostać kapitanem żeglugi wielkiej, martwi się, czy przyjmują kobiety do Szkoły Morskiej. Nie wie jakie będą jej losy. Kobiety muszą się zastanawiać czy mogą na przykład wstąpić do wojska albo do marynarki. Ciekawy problem, prawda?

Beata Poźniak jako Susanna Luchenko, w filmie „Babylon 5”

Jak przyjechałam do Stanów, propozycja zagrania roli Irene u George’a Lucas’a była skomplikowanie fantastyczna – „The Young Indiana Jones Chronicles – Russian Revolution 1917” oparta na faktach rosyjskiej rewolucji. Zagrałam studentkę, która usiłuje obalić rząd w tych czasach. Przypomniały mi się czasy w Polsce, kiedy spaliśmy na podłodze w czasie stanu wojennego w szkole filmowej. Na studiach człowiek czuł się bojowy i był gotowy na wszystko. Wykorzystałam wiele z moich osobistych doświadczeń z tego okresu.

Kiedy informacja na temat mojej działalności na rzecz Międzynarodowego Dnia Kobiet “poszła w świat”, dostałam zaproszenie na spotkanie z producentami “Babylon 5”. Była to rola pani prezydent. Jak mnie zobaczyli osobiście, jakoś im nie pasowałam, wyobrażali sobie kogoś z wyglądu bardziej dojrzałego, kogoś kto by im przypominał Margaret Thatcher. Ale skoro i tak już byłam, zapytałam dlaczego mnie zaprosili, jak widzieli tę rolę, a także co myślą o prawach człowieka i tak dalej. Po poł godzinie “intelektualnej” rozmowy zmienili tę rolę, dopasowując ją do mnie. I tak powstała postać Prezydent Susanny Luchenko.

Jak teraz obchodzi się międzynarodowy Dzień Kobiet w Ameryce?

Przede wszystkim obchodzi się to święto w Białym Domu. Przed moją propozycją wprowadzenia oficjalnej ustawy w 1994 r. nie było żadnego dokumentu, że ktoś nawet usiłował taką ustawę zaproponować.  Ale po ukazaniu się artykułu o mnie w „Los Angeles Times” zrobiło się na ten temat głośno i wiele szkół, uczelni, kobiecych organizacji zapraszało mnie na ich spotkania. Cieszę się, że już miliony Amerykanów podchwyciło pomysł i wspiera to święto – od Barbra Streisand po Lady Gagę, nie mówiąc o Białym Domu czy tysiącach uczelni, takich jak UCLA oraz prestiżowych organizacjach kobiecych jak Equality Now, które wspiera Meryl Streep czy Emma Thompson.  Daje mi to ogromną satysfakcję. że nasiona które zasiałam przyjęły się i kwitną.


Linki:

Stefania Podgórska

Recenzja: https://www.audiofilemagazine.com/reviews/read/171224/light-in-hidden-places-by-sharon-cameron-read-by-beata-pozniak/

Sample: https://soundcloud.com/beata-pozniak/light-in-hidden-places-scholastic-audio )

Diana Nyad

https://en.wikipedia.org/wiki/Diana_Nyad.

Zobacz też:




Paryż, Warszawa i miłość – opowieść rosyjskiego emigranta w Afryce

Wspomnienia reżysera-dokumentalisty na temat Afryki, pocz. lat 60., Labe, Republika Gwinei.

Tadeusz Jaworski (1926-2017)

Wybór, opracowanie tekstu i redakcja Joanna Sokołowska-Gwizdka

Tadeusz Jaworski w Afryce, pocz. lat 60., fot. arch. Tamary i Tadeusza Jaworskich

Jurij Piotrowicz Kuzmin siedział w swoim fotelu uśmiechając się pod sumiastym, białym jak śnieg wąsem. Nagle zwrócił się do mnie z dość wyraźnym „śpiewnym” rosyjskim akcentem… lecz czystą polszczyzną.

– Może to pana zdziwi panie Tadeuszu, ale ja poza innym językami, których musiałem się nauczyć i starać się nimi bezbłędnie władać, znam także język polski i nawet po tylu latach nieużywania go na co dzień, władam nim zupełnie swobodnie.

Już w czasie naszego pierwszego spotkania nie miałem wątpliwości, że Jurij Piotrowicz, chociażby z tytułu swojego dawnego zawodu dyplomaty, jest poliglotą, że zna płynnie w mowie i piśmie angielski, francuski i oczywiście rosyjski. Wykładając w College’u zna również znakomicie  narzecze Fulanich. Jednak nie spodziewałem się, że nie tylko zna w mowie i piśmie język polski, ale także poznał naszą literaturę i poezję. Teraz ja z kolei siedząc z oczami w „słup”, jakbym co najmniej wypił pól litra czystej wyborowej, nie wierząc własnym oczom i uszom zadałem pytanie Kuzminowi… – Jurij Piotrowiczu – powiedziałem po polsku – trudno mi uwierzyć, że pan…

Sprawa jest mniej skomplikowana aniżeli się panu wydaje, panie Tadeuszu. Może kilka słów wyjaśnienia da panu lepszy obraz tego, w jaki sposób język polski stał mi się nie tylko bliski. W końcu nasze języki należą do grupy słowiańskich.

Po raz pierwszy zetknąłem się na dobre z językiem polskim w roku 1914, kiedy odwiedziłem po raz pierwszy Warszawę. Ale już wcześniej mieszkając i studiując w Petersburgu, łączyły mnie w tamtych czasach bardzo bliskie więzy przyjaźni z wieloma ludźmi z polskiego środowiska. Mówiąc szczerze właśnie wówczas, będąc studentem prawa poznałem kobietę, w której się zabójczo zakochałem. Była nią Lusia, młodziutka polska baletnica w Petersburskiej operze. Mało tego, Lusia cieszyła się powszechną opinią jednej z wschodzących gwiazd rosyjskiego baletu. Była piękna w swojej klasycznej urodzie typowej Polki… może powinien powiedzieć Słowianki, o zupełnie boskiej figurze i przepięknych nogach. Mówiła też pięknie po polsku. Jest pan bardzo młody, ale nie mam wątpliwości, że słyszał pan już uprzednio o tym, że najszybciej człowiek uczy się obcego języka będąc intymnie związany z kobietą. Byliśmy ze sobą dość długo, wystarczająco długo, aby nauczyć się języka. Zresztą od wczesnych lat, już jako student miałem inklinacje do młodych tancerek i piosenkarek. Nie bylem chyba w tym odosobniony. Była to, powiedziałbym, powszechna tendencja wśród petersburskiej studenckiej młodzieży. Jednak mój romans z Lusią, mimo, że trwał kilka lat, w pewnym momencie z przyczyn dla mnie niejasnych, zgasł nagle jak wypalona świeca. Być może spowodowały to moje częste wyjazdy zagraniczne.

Odwiedzałem również wielokrotnie Warszawę. Raz nawet zatrzymałem się w tym małym,  jak ją nazywano ”Paryżu”, na dłuższy okres. Pokochałem to miasto jak mój Petersburg. Piękne to było miasto i wspaniali ludzie. Przynajmniej ci, których miałem przyjemność nie tylko poznać, ale z wieloma się też zaprzyjaźnić. Pewnego dnia siedziałem w jednej z małych restauracji przy Krakowskim Przedmieściu. To było… tak to było chyba w starym, dużym hotelu… nazywał się Europejski. Pamiętam, że była tam taka niewielka, dość staromodnie urządzona, ale bardzo spokojna restauracyjka. I właśnie tam poznałem Magdę. Była wodewilową tancerką i  szansonistką. Widziałem ją już uprzednio… ooo… kilka dni przedtem na scenie jednego z kabaretów, czy też popularnych wówczas, nie tylko w Warszawie, ale także we Lwowie i Krakowie, rewiowych teatrzyków. Była piękną blondynką o bardzo długich i zgrabnych nogach. Wprawdzie nie mieliśmy potrzeby, ani chęci dyskutowania o literaturze, niemniej właśnie dzięki Magdzie w czasie moich wizyt w Warszawie udoskonaliłem w dużej mierze, moją znajomość języka polskiego. Warszawa wówczas była pięknym miastem. Pamiętam jak dziś, spacerowaliśmy po Krakowskim Przedmieściu, po Nowym Świecie, zaglądaliśmy do parku w Łazienkach. Pamiętam taką kawiarnię, w której można było spotkać wszystkich znanych pisarzy i aktorów. Była bardzo popularna… chyba Ziemiańska. Czy jeszcze istnieje? – spytał Kuzmin. – Odpowiedziałem przecząco głową, w dalszym ciągu wsłuchany w ten niezwykły monolog starego człowieka. Kiedy w cichości ducha próbowałem podsumować  nawet te niedokończoną historię z życia Kuzmina, doszedłem do wniosku, że ten człowiek u schyłku swoich dni, poza prawem, które ukończył na petersburskim uniwersytecie, ma za sobą ukończone niemniej ważne studia na „uniwersytecie życia”.

Wnętrze kawiarni Ziemiańska w przedwojennej Warszawie, Józef Rapacki, pastel, 1926 r., fot. cyfrowe.mnw.art.pl, za wikipadia

– Tak.. tak… – rozmarzył się Kuzmin. O czym to właściwie mówiliśmy? – przez chwilę próbował znaleźć wątek… aha… a wiec ta kawiarnia – Ziemiańska. Tam przesiadywałem dość często. Była to kawiarnia poetów, pisarzy, artystów i malarzy. Przychodzili tam wówczas młodzi poeci, chyba w moim wieku lub nieco młodsi. Spotykało się tam zazwyczaj bardzo elegancko ubrane kobiety. Świetna była tam atmosfera. W pomniejszym latach… już po bolszewickiej rewolucji – ciągnął dalej swoje zwierzenia Kuzmin – kiedy mieszkałem już w Paryżu, ile razy wchodziłem do Deux Magot czy Cafe de Flore, nie wiem dlaczego, ale zawsze przypominała mi się Ziemiańska. Być może, że Magda miała z tym coś wspólnego. W tym czasie, jeśli dobrze pamiętam,  mężczyźni w Polsce jeszcze ciągle pojedynkowali się o kobiety. Ojczyzna… honor i kobiety. To było hasło, o którym wspominała mi niejednokrotnie Magda. Zresztą nie tylko u Was, ale i u nas, za czasów carskich pojedynki były popularne wśród wyższych rangą oficerów no i oczywiście wśród arystokracji. W teatrach lub kabaretach wielokrotnie obserwowałem rozpłomienione oczy pełne usmiechu twarze, skłony i pokłony, gesty rąk symulujące pocałunki rzucane w rozmaite strony, w przyćmioną salę widowni, a w chwilę później przy pełnych światłach teatralnej rampy, aktorki i tancerki, szansonistki kabaretowe, czy śpiewaczki operowe dostawały od wielbicieli ogromne kosze kwiatów. Polacy byli znani z szarmancji w stosunku do kobiet. Z mojego doświadczenia, szczególnie z mojego romansu z Magdą, nie miałem wątpliwości, co do jednego, że polskie kobiety są niezwykle uczuciowe i marzycielskie. Większość marzy o swoim „Prince charmant”. Pamiętam do dziś te ich rozmarzone oczy… Magda… ach ta Magda… była naprawdę bardzo uczuciowa okazując mi to na każdym kroku. Ona potrafiła kochać gorącą miłością, ale także… z ogromną pasją… łamiąc serce mężczyzny, powiedzmy prosto z mostu, jak się to tam u Was mówiło… zdradzać!  Sam się o tym przekonałem.

Od stuleci panuje opinia, że wy i my, jako dwa słowiańskie narody nie bardzo się lubimy… mało tego, z obu stron jest między nami często przepaść nie do przeskoczenia, animozje trudne do pokonania, podobnie jak urazy, a nawet, w pewnych środowiskach, zagorzała nienawiść. Nie chcę wchodzić głębiej, bo nie pora i nie czas,  w rozmaite konflikty polityczne, czy militarne jakie zaszły między naszymi narodami. Jako młody człowiek byłem w służbie dyplomatycznej…, a więc zajmowałem się polityką, którą przez cale moje dojrzale życie nienawidziłem. Polityka to patologiczny egocentryzm „kilku”, którzy potrafią manipulować milionami. Doprowadziło to do apokaliptycznych wręcz wydarzeń. Holokaust jedna z największych zbrodni naszych czasów, czy Katyń, Kobielsk i Starosielsk, zbrodnie dokonane na polskich oficerach, przez hordy zindoktrynowanych komunistów sowieckiego reżymu z rozkazu Stalina, to tylko niektóre z tych konsekwencji. Jestem jednak przekonany, niech mnie pan sprostuje jeśli się mylę, że jest w naszych narodach więcej spraw, które nas łączą aniżeli  dzielą.

Przeprosiwszy mnie Kuzmin wstał na chwilę z fotela, aby zmienić temat – pozwolisz że nastawię teraz płytę z piosenkami, które zapewne znasz. – Po chwili, ze starej zadrapanej płyty rozległ się glos Aleksandra Wertyńskiego, w jego znanej piosence „Dni begut”. Wertyński był i jest u nas znany z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Występował często w naszych rewiowych teatrzykach i kabaretach. Nazwisko miał polskie i jeszcze po wojnie krążyła plotka, że był Polakiem. Mniejsza z tym. Wertyński w rzeczywistości był sercem i duszą Rosjaninem.

Kuzmin usiadł z powrotem w fotelu. Widać było w jego zachowaniu, że piosenka w wykonaniu Wertyńskiego, sprawia mu szczególną przyjemność. Była krótka, a po niej przyszła następna „Czuzyje goroda”.

– Wertyńskiego osobiście nie znalem – powiedział Kuzmin – ale miałem wielokrotnie okazję słyszeć go w czasie jego występów w Paryżu. Miał bardzo przyjemny głos. Cieszył się dużą popularnością. Czyżby dlatego, że był Rosjaninem? Bo trzeba panu wiedzieć, że był to okres w Paryżu, kiedy Rosjanie, a szczególnie „biali” porewolucyjni emigranci, byli niezwykle popularni. Poza tym Wertyński był też bardzo przystojny. Kobiety uganiały się za nim. Na scenie był zawsze nienagannie ubrany. We fraku, z białą butonierką w kieszonce, w przekrzywionym nieco nonszalancko cylindrze na głowie i z papierosem w ustach. Był też, jak chodziła plotka, człowiekiem umiejącym używać życia, a więc zwolennikiem dość powszechnego wówczas w Paryżu w hasła, „nie marnuj mijających chwil”. Powiadam panu, panie Tadeuszu, za moich czasów, Paryż był już wówczas wielką metropolią, uważanym przez wielu za stolicę świata kultury i sztuki. Rozplakatowane afisze zawiadamiały o występach Fiodora Szalapina w roli cara Borysa Godunowa, w teatrze Champs Elysses. W sali koncertowej Pleyela koncertował genialny kompozytor i pianista, Siergiej Rachmaninow. Niestety bilety do Pleyela, jak na moją  kieszeń w tamtym czasie, były zbyt drogie.

Wielu białych Rosjan z emigracji, bez względu na to czy w rzeczywistości byli czy też nie, uzurpowało sobie arystokratyczne pochodzenie i tytuły, które imponowały Francuzom. Francuski snobizm był w pełnym rozkwicie. Stąd też co druga emigrantka jeśli nie była księżną, to co najmniej hrabiną. Mieliśmy z tego powodu dużą zabawę i śmiechu co nie miara. Wiedzieliśmy bowiem, kto jest kto, a kto nie jest tym, za kogo się podaje. Niemniej na każdym kroku, szczególnie przy okazji towarzyskich spotkań, wspominano z udawaną nostalgią nie tylko o swoich tytułach, ale również o pozostawionych za sobą na pastwę rewolucji ogromnych majątkach. Najwięcej takich książąt i grafów, szalbierzy i wydrwigroszów, czy jak ich tam nazywano „niebieskich ptaków”, było, o ile pamiętam, z Gruzji.

Dawni „biali” oficerowie z carskiej gwardii, w pięknych szamerowanych zlotem mundurach, paradowali w salonach. Inni z kolei w tej samej randze lub nieco mniejszej i w tych samych starych rosyjskich carskich mundurach pełnych szamerunków, byli portierami w wielkich międzynarodowych hotelach i wyciągali bez skrupułów ręce po napiwek od bogatych amerykańskich turystów podjeżdżających limuzynami pod oświetlone neonami wejścia do hoteli. Był to także okres w Paryżu, gdzie rzadko można było spotkać rosyjskiego emigranta poniżej rangi pułkownika. Niemal każdy pochodził z wyższych, sfer jeśli nie Sankt Petersburga to z Moskwy!

Francuzi uwielbiali spacery bulwarami nad Sekwaną. Widziało się młodych ludzi objętych w pocałunku. Często stali niczym posągi, tuż nad spokojnie płynąca rzeką. Nikt na nich nie zwracał uwagi. Podobnie jak i oni poza sobą nie widzieli bożego świata. Często tam właśnie po tych bulwarach nadsekwańskich przechadzałem się samotnie, oddając się rozmyślaniom na temat moich dalszych losów. Bylem sam! A wokół mnie Paryż kipiał życiem.

A ja w Sekwanie widziałem Petersburską rzekę Newę, z jej pięknymi bulwarami i Newski Prospekt,  w Notre Dame, Cerkow na Krowi. Myślami wybiegałem w dalekie Riazańskie stepy, pola i lasy, i w takich chwilach jedynym moim marzeniem było nawąchać się  ich aromatu.  Nie miałem żądnej wiadomości  od mojej rodziny, którą pozostawiłem w Rosji. Nękały mnie złe myśli, kore na siłę próbowałem od siebie odrzucić.

Wielu z nas szukało pracy wszędzie, gdzie się tylko dało. Wielu dostało zatrudnienie w fabryce samochodów Peugeota, Citroena lub Renaulta. Inni byli taksówkarzami, dozorcami, odźwiernymi w wielkich hotelach i w restauracjach. Jeszcze inni pracowali jako urzędnicy bankowi. Byli także i tacy, którzy niezłe prosperowali jako pożeracze serc, będąc na utrzymaniu starszych pań. We Francji zaprzyjaźniłem się też z wieloma Polakami. Oni także, choć z innych przyczyn niż ja, byli emigrantami. Potem już w Afryce miałem bardzo bliskiego przyjaciela Janusza Salkowskiego, który w czasie II wojny światowej wstąpił  do  polskiej armii  generała Andersa. Janusz zginął pod Monte Casino. Teraz pan chyba rozumie, jak wiele rozmaitych ludzi  przyczyniło się do tego, że nie najgorzej władam do dziś  językiem polskim.

Montmartre, rysunek, fot. pinterest

Co za niebywałą historia, pomyślałem. Siedzę naprzeciw profesora Kuzmina i trudno mi uwierzyć, że tu w środkowo zachodniej Afryce, w mieścinie Labe, gdzie diabeł mówi dobranoc słyszę takie historie. Stary siwy jak gołąb człowiek, oparł się wygodnie plecami o oparcie fotela i jakby się skurczył sam w sobie. po czym nagle spojrzał w jakiejś bolesnej zadumie przed siebie do „nikąd”, wolno zmrużył  oczy i jakby nie do mnie się zwracał, a raczej sam do siebie, kontynuował swój niezwykły monolog.

– Właśnie wtedy, tam w Paryżu poznałem Jaqueline. Była piękną, nieomal eteryczną młodą tancerką. Kiedy ją zobaczyłem po raz pierwszy na estradzie kabaretu Ermitaż na Montparnassie… kabaretu, który był również miejscem spotkań rosyjskiej „białej” emigracji, wstrzymałem na chwilę oddech. To był początek mojej wielkiej miłości i jak się potem okazało, jeszcze wiekszej tragedii. W niedługim czasie ,ożeniłem się z nią.

– Tadeusz, czy pamięta pan ten fragment z ballady Mickiewicza o Tukaju? – zwrócił się do mnie i nie tracąc ani sekundy czasu otworzył książkę, ze zbiorem utworów naszego genialnego poety i wieszcza, poczym bardzo spokojnym, lecz dobitnym głosem zaczął recytować z ogromną wprawą, jakby w przeszłości był aktorem, po polsku, choć z delikatnym, rosyjskim, śpiewnym akcentem. Moj mały nagrywasz dźwięku bezszelestnie rejestrował każde słowo. 

Lata, wieki, nieśmiertelność,

Ja pierwszy ziemskiemu oku

Śmiem do niej pokazać drogę; 

Lecz podług ustaw wyroku

Dwom tylko pokazać mogę.

Wybierz drugiego człowieka,

Człowieka doznanej wiary,

Któremu byś w każdej próbie

Tak zaufał jak sam sobie:

Trafisz – nieśmiertelność czeka!

Chybisz – śmierć i wieczne kary!

– „Starcze! Twe zjawienia wieszcze

Ciemna zasłona powleka,

Powiedz…” – „Powiadam ci jeszcze  

Wybierz drugiego człowieka.

Radź się twej głowy i serca,

Idzie o ciało i duszę!

Wierny, albo poniewierca,

Nieśmiertelność, lub katusze!…

Czy mógłbyś zwierzyć się słudze?”

(Adam Mickiewicz, Tukaj, albo próby przyjaźni, Ballada)

Ostatnie dwie strofy wyszły z jego ust niemalże szeptem. Myślałem przez moment, że na chwilę usnął. Ale to była tylko złuda! Bowiem nie otworzywszy nawet oczu, w najczystszym języku francuskim Jurij Piotrowicz zaczął recytować z pamięci inny utwór poetycki. Prawdę mówiąc  mimo trudu i mozołu z jakim próbowałem zidentyfikować autora tych poetyckich strof, mój wysiłek okazał się nadaremny. Ale już po pierwszych strofach zrozumialem intencje Kuzmina, to co było między liniami – reminiscencje jego własnej przeszłości. Zobaczyłem w nim nagle bohatera powieści Goethego z „Cierpienia mlodego Werthera”. Dawne lata młodości, Paryż, Jacquline, która wniosła szczęście w jego stargane wówczas życie. Nie otwierając oczu Jurij Piotrowicz zaczął cichym głosem recytować.

Miała suknię fioletową

Z tureckiego jedwabiu

I tunikę lamowana zlotem

Składała się z dwóch części

Spinanych na ramieniu

Oczy jej tańczyły jak aniołowie

Śmiała się śmiała

I miała twarz w kolorach Francji

Błękitne oczy białe zęby i wargi bardzo czerwone

Ona miała twarz w kolorach Francji

Miała okrągły dekolt

Uczesanie Recamier

I obnażone piękne ramiona

Czy nigdy nie wydzwoni dwunasta?

Kobieta w fioletowym jedwabiu

i w tunice lamowanej zlotem

Z okrągłym dekoltem

Poruszała lokami

Złotą  przepaską

I sunęła w pantofelkach z klamrami

Była tak piękna

Że nie śmałbyś jej kochać (…)

Ta kobieta była tak piękna

Ze przejmowała mnie lękiem…

(Guillaume Apollinaire, tłum A. Ważyk)

Nagle przerwał… widocznie zaniechał dalszej recytacji. Być może było to ponad jego siły. Otworzył szeroko oczy. Patrzyłem na niego siedzącego w bezwładzie. Jego zmęczone starcze oczy głęboko osadzone i nieco przekrwione stwarzały iluzje przesłoniętych mgiełką wspomnień i to jego przedziwne spojrzenie do nikąd, jakby tym chciał powiedzieć „Dieu le veut”- Bóg tak chcial. Wyczułem jednocześnie w nim jakis spokój i rodzaj wyzwolenia. Nie miałem wątpliwości, że recytując te poetyckie strofy z pamięci,  podobnie jak uczynił to recytując Mickiewicza  po polsku, Kuzmin znowu był sam na sam z kobietą, która była nie tylko jego pierwszą i jedyną żoną, ale którą kochał miłością absolutną. Kobieta, która jak się okazało w dalszym ciągu naszej rozmowy, opuściła go nagle odchodząc z innym.

Przedwojenny Paryż na starej fotografii, fot. pinterest

– Ona była dla mnie wszystkim. Spotkaliśmy się pewnego wieczoru w Paryżu na Montparnassie. Panie Tadeuszu, powiadam panu jak ona śpiewała… jak ona tańczyła kankana. Jacquline. Było nam dobrze… bardzo dobrze! O Dostojewskim, czy o Platonie nie rozmawialiśmy. Bacha czy naszego Sergeja Rachmaninowa nie słuchaliśmy. Ale tańczyła wspaniale. Była też bardzo dobrą piosenkarką. Wzięliśmy ślub. Oficjalnie w kościele. Tak chciała. Ona katoliczka, ja od dziecka wychowany w obrządku prawoslawnym… panie Tadeuszu po tych moich przejściach porewolucyjnych, kiedy właściwie spadłem na przysłowiowe dno i nie mogłem się z niego wygrzebać, zagubiłem również po drodze Boga. Była we mnie kompletna pustka. I wówczas zjawiła się Jacquline, jak moje zbawienie.  Byliśmy ze sobą kilka lat. Pięknych lat. Wydawało mi się, że było to  idealne małżeństwo. I nagle pewnego dnia wszystko się skończyło. Spakowała rzeczy i powiedziała jedno słowo – odchodzę! Żadnego wyjaśnienia. Po prostu – odchodzę. I odeszła. Zniknęła z mojego życia niczym kamfora z otwartej butelki. Przyszedł inny… lepszy ode mnie. Tego nie wiem do dnia dzisiejszego, z całą pewnością. Wówczas mogłem się jedynie  domyśleć. Nigdy go nie spotkałem. Podobnie jak nigdy więcej nie spotkałem Jacquline. Rozwód wzięliśmy zaocznie. Nie miałem odwagi raz jeszcze spojrzeć jej prosto w oczy… w jej piękne zielone i czyste jak łza oczy. Cierpiałem. Bardzo cierpiałem, jak tylko może cierpieć rosyjska dusza. Ugodziła smiertelnie moją męską dumę. Dumę i honor mężczyzny. Mieliśmy za sobą tyle dobrych lat… tyle lat  i… niech pan tylko pomyśli skwitowała to jednym słowem… odchodzi!  I odeszła.

Ciarki mnie przeszły. Co za niezwykła historia. I dlaczego właściwie Kuzmin mnie o tym wszystkim mówi. Dlaczego się otworzył przede mnę i zrobił ze mnie kogoś na kształt spowiednika, dlaczego właśnie przede mną,  dwa razy młodszym, a może i więcej od niego. Może przez te wszystkie lata nie miał nikogo, komu mógłby opowiedzieć o bólu, który go trapił przez tyle lat. Czyżby ta wielka miłość i tragedia rozstania  sprawiły, że nigdy więcej nie zainteresował się inną kobietą?

Nie śmiałem go pytać o dalsze szczegóły. Przypomniały mi się podobne dramaty w literaturze, jak np. historia profesora Humberta i Lolity w znakomitej książce Nabokowa „Lolita”, czy stary przedwojenny film niemiecki „Niebieski Anioł” z genialnym Emilem  Janningsem,  roli profesora Immanuela Ratha obok Marleny Dietrich jako Loli, w reżyserii wielkiego reżysera filmowego, końca lat dwudziestych i początku trzydziestych, Józefa von Sternberga. Kuzmin nie umarł, jak filmowy profesor Rath, przy biurku w szkolnej klasie, ani nie popełnił samobójstwa, ale jego uczucie do Jacquline nie wygasło, a dalsze jego dzieje świadczą niezbicie o jego silnej indywidualności.


Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego, reżysera-dokumentalisty z Toronto ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Ukazało się już ponad 30 odcinków o dzieciństwie reżysera w Czortkowie, wojnie, czasach powojennych, szkole filmowej w Łodzi, pracy dokumentalisty itd. Najwięcej części dotyczy wspomnień afrykańskich z lat 50/60. gdzie reżyser został wysłany przez Światową Organizację Zdrowia, aby zrealizować filmy o zdrowiu. To był wyjątkowy czas przemian w Afryce i okazja do poznania zanikających kultur. Poprzednie odcinki:




Z rodzinnego albumu. Stara szkoła.

Moja najbliższa rodzina (beze mnie) – tata, Julek, mama, Ela, w czerwonej sukience, później opisywanej, Jadzia Kosińska, Witek, ciocia Janka – siostra taty

Teresa Fabijańska-Żurawska (Łańcut)

Muszę wrócić do 1939 roku, gdy po wkroczeniu okupantów niemieckich, została bardzo szybko zorganizowana ich administracja. W listopadzie pozwolono na otwarcie szkoły podstawowej, wówczas zwanej powszechna. Obowiązywał nowy program nauczania, bez historii, bez geografii, bez literatury polskiej, z surowym zakazem korzystania z podręczników szkolnych wydanych przed wojną. Inspekcie kontrolne odbywały się często i znienacka. Nie jednego nauczyciela aresztowano, a może i zgładzono. Cóż więc pozostało? Ja, głupstwo, dopiero zaczynałam. Uczyłam się pisać, czytać, rachować, rysować  i śpiewać z panem Feliksem Szczudłowskim, przezywanym przez dzieci Felu-Kapelu. Przygrywał nam na skrzypcach i czynił to z wielką miłością. Biedny, chory był na gruźlicę. Moje starsze rodzeństwo, a zwłaszcza Ela i Witek będący w wieku gimnazjalnym, pozbawieni zostali w ogóle możliwości uczenia się. W małym miasteczku, jakim był wówczas Hrubieszów, trudno było o prywatne lekcje. Tajne komplety zaistniały dopiero później. Julek zaliczał jeszcze podstawówkę.

Chodziliśmy do tzw. „starej szkoły”, którą był sympatyczny, drewniany, parterowy budynek dawnej plebani prawosławnej. Osiem dużych klas i przybudówka kuchenna, od frontu drewniany, otwarty ganek z ławeczkami i duże boisko ze skarpą, po której zimą zjeżdżało się na czym kto mógł. W dole założono przed wojną skwer z młodymi jeszcze roślinami i tędy szło się do kościoła szkolnego pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, patrona młodzieży.

Starą szkołę pokochałam od pierwszego dnia i miło wspominam do dzisiaj. Pierwszą moją panią była urocza, młoda osoba, którą uwielbiałam i patrzyłam w jej ładną, kolorową buzię, jak w obrazek święty. Niestety nie pamiętam ani jej imienia, ani nazwiska.

Uczyliśmy się na raty. Klasy młodsze przychodziły później i kończyły, gdy było już ciemno na jesieni i zimą. Nie pamiętam, by starsze rodzeństwo opiekowało się mną w tym trudnym, początkowym okresie. Raczej lekcji i zegara pilnował Oleś Du Chateau, starszy o dwa lata, przynajmniej jego pamiętam. Należałam raczej do zdyscyplinowanych z natury i chyba ambitnych i pracowitych. Problemów z nauką nie było, najwyższe noty z góry na dół. Katechetą był ksiądz Edward Dolecki, działacz konspiracyjny AK. Ofiarował swoje radio marki „ECHO” do nasłuchu Polskiej Służbie Informacyjnej BIP, co było wielką pomocą w uzyskiwaniu wiadomości. Dowiedziałam się o tym dużo później z książki – pracy zbiorowej p.t. „Łuny nad Huczwą i Bugiem”, wyd. w Zamościu w 1992 r. Lekcje religii były wielką radością, a umiejętność zwracania się do dzieci była wielkim darem bożym. Ksiądz Dolecki przygotowywał nas do pierwszej Spowiedzi i Komunii Świętej. Pamiętam lekcje w kaplicy grobowej przy kościele św. Stanisława, gdzie wilgoć i ziąb przenikliwy wyłaził z grubych murów, nawet w ciepłe dni wiosenne. Czasem uczyliśmy się na cmentarzu przykościelnym, niegdyś grzebalnym. Kościół zbudowany pod koniec XVIII w. jako unicki pod wezwaniem św. Mikołaja został w XIX w. zamieniony przez władze carskie na cerkiew prawosławną, później rekoncyliowany i wreszcie stał się katolickim kościołem szkolnym, dzisiaj cieszący się cudownym obrazem Matki Bożej Sokalskiej.

O tym, że cmentarz był grzebalny i dużo starszy od kościoła świadczyć mogą sterczące w osuwisku od strony Huczwy kości, którymi chłopcy rzucali w siebie, jak śnieżkami. Wiedziały o tym dzieci z naszej szkoły, stojącej po sąsiedzku. Miejsce usytuowania kościoła miało od wieków charakter szczególny, ze względu na ukształtowanie wysokiego brzegu rzeki. Był to najwyższy teren wyspy, na której powstał Hrubieszów, pierwotnie zwany Rubieszowem.

A więc niezwykła szkoła, w niezwykłym miejscu, z niezwykłą atmosferą, jakby fluidy czasu zawisły właśnie tu, zakumulowane, zawirowane wartkim nurtem Huczwy. Ale szkoła to przede wszystkim żyjący ludzie z całym swym bogactwem różnorodności charakterów, talentów, osobowości. Pierwsze koleżanki – przyjaciółki na następne lata, pierwsze porównania zdolności, umiejętności manualnych, kontrowersje myślenia, zachowań i reakcji, pierwsze zdziwienia i rozczarowania, ale i zachwyty. W drugiej klasie uczyliśmy się w przybudówce kuchennej. Była nieforemna, bez osi, z jednym małym oknem i drzwiami na wylot. Siedzieliśmy w ławkach drewnianych o pulpitowej konstrukcji blatu, u którego w prostej szczytowej znajdowały się dwie okrągłe dziury na kałamarze. Pod pulpitem półka na teczkę. Ławki były dwuosobowe, ale zsunięte po trzy w rzędzie. Tutaj siedziała zdecydowana większość dziewczynek. Pod oknem pojedynczy rząd dla chłopców. Zazdrościłyśmy im większej swobody. Zanim ta szósta przedarła się przez cały rząd, upływało trochę czasu. Czasem czułyśmy się zaklinowane.

Mama Eleonora Fabijańska wącha różę

Z całej klasy najbardziej podobała mi się Hania Skopińska, pierwsza przyjaciółka, której jestem wierna do dziś. Hania miała wtedy dwa grube, pszeniczne warkocze, jasnoróżową buzię i śliczne białe zęby, które tak ładnie było widać w uśmiechu. Zimą nosiła robiony na drutach golf z melanżu biało-seledynowego, w którym buzia jej jeszcze bardziej piękniała. Poza tym Hania imponowała mi talentem. Szybko i bardzo pomysłowo rysowała papierowe lalki w różnych wielkościach i na każde zamówienie. Lalki nosiły kolorowe stroje, bereciki, kokardy, miały warkocze i wszystko, co mogło się podobać. Hania uczyła się grać na fortepianie i w ogóle była dziewczynką z dobrego domu. Z Hanią wolno mi było się przyjaźnić i bywać w jej domu. Państwo Skopińscy przybyli do Hrubieszowa chyba zza Buga. Początkowo zamieszkali w małym, typowo hrubieszowskim drewnianym domu z werandką od ulicy zwanej Podzamczem, blisko mostu. Szalowany deskami i malowany olejna farbą na kolor szaro-niebieski, stapiał się z zielenią sadu i ogródka od strony Huczwy. Jedne imieniny Hani odbyły się właśnie tam. Co podano w ten czas wojenny, nie pamiętam, chyba było kakao – zdobyty rarytas. Każde dziecko miało swoje miejsce, przeznaczone przez gospodarzy, jak nakazywał dawny, dworski obyczaj. Przed talerzem, na stole leżała karteczka z imieniem i nazwiskiem, ozdobiona przez Hanię kredkami i żywym kwiatkiem. Dotąd przechowuje ten skarb w szufladzie. Imieniny te zostały uwiecznione amatorskim zdjęciem, na którym dominuje ogromny, biały motyl nad głową solenizantki.

Piszę o tym, bo jest to świadectwo głębokich tradycji obyczajowych polskiej inteligencji i świadomość potrzeby kultywowania piękna w życiu codziennym, mimo szarzyzny i niepewności jutra. Myślę, że takie chwile pomogły nam przetrwać najgorsze, bo zawsze było odniesienie do czegoś wzniosłego. Ogromnie dużo zawdzięczam Hani rodzicom. Nie krępowali nas swoją obecnością, a umiejętnie, z dala pozwalali nam na niecodzienne zabawy. Miałyśmy swoją pocztę, pisywałyśmy listy zaszyfrowane naszym, wyłącznym, jedynym językiem.

Trzecią papużką była córka lekarza, doktora Cieślaka, Marysia, o niesamowitych ogromnych zielonych oczach i wspaniałych warkoczach. Była błyskotliwa, oczytana (tak, tak, nawet w drugiej klasie szkoły podstawowej), inteligentna i grająca na fortepianie przy każdej okazji. Trzymałyśmy się we trzy do końca wojny. Potem obie ich rodziny wyjechały do Zamościa, my dopiero rok później.

Państwo Cieślakowie mieszkali w drewnianym domu, blisko cerkwi. Już nie istnieje ani ten dom, ani szaro-niebieski z gankiem. Brak szacunku dla obiektów zabytkowych w czasach PRL zniszczył charakter dawnego Hrubieszowa, który miał szansę stać się atrakcją turystyczną tego pięknego, bogatego w wydarzenia historyczne, regionu.

Doktorostwo Cieślakowie z Marysią i Markiem opuścili Hrubieszów, gdy okupacja jeszcze trwała. Państwo Skopińscy przenieśli się do bardziej nowoczesnego domu, też drewnianego, ale z piętrem, gdzie mieli spore mieszkanie składające się z dużych trzech pokoi i kuchni, ze wspólną dużą łazienką. To już były luksusy. W tym domu bawiłyśmy się częściej niż u Marysi. Mimo okupacji chodziłam do szkoły regularnie, rok po roku. Z wyjątkiem ospy wietrznej i jakiś gryp, nie chorowałam. Rekordy bił u nas Julek, chorował na szkarlatynę, na tyfus, wiecznie na anginy. Witek natomiast dwa razy zaliczył kilkutygodniowe leżenie w szpitalu, raz na ślepą kiszkę (wyrostek robaczkowy), a raz miał złamana nogę przez własną nadmierną ruchliwość. W ogóle Witek naszej mamie przysparzał najwięcej emocji. Przepadał nie wiadomo gdzie i nie wiadomo jakie miał towarzystwo. Ale to on nas właściwie utrzymywał. Najpierw handlując nićmi przywożonymi z Warszawy, później legalnie, koncesyjnie prowadząc kiosk z papierosami, a potem pracował w magazynach jabłek. Potrafił upiec chleb, zdobyć mąkę, opał, naftę do lampy i wszystko co było potrzebne do przetrwania. Od początku wojny, od powrotu z naszej wędrówki na wschód, Witek, mający zaledwie 14 lat, poczuł się odpowiedzialny za całą rodzinę, nie tylko najbliższą.

Całe szczęście, że otwarto średnią szkołę, tzw. handlówkę, na potrzeby niemieckiej administracji, przygotowującej do pracy w biurach i w sklepach. Uczyli ci sami profesorowie, co przed wojną w gimnazjum. W ciągu dwóch lat uczyli się prowadzenia księgowości, umiejętności stenografowania, towaroznawstwa, języka niemieckiego. Ela i Witek skończyli tę szkołę. Ela później dokształcała się we własnym zakresie, jednocześnie pracując w biurze Polskiego Czerwonego Krzyża, świetnie działającej placówce, prowadzonej przez doktora Władysława Kuczewskiego, dobroczyńcy tamtych czasów. Wspomniałam wcześniej o jego tragicznej, podstępnej śmierci z rąk „pacjenta”, ukraińskiego nacjonalisty.

Nasza nauka nie była normalna, Niemcy utrudniali, jak tylko mogli. Często trzeba było zmieniać miejsce lekcji. Po zagładzie Żydów, uczyliśmy się w pożydowskich domach prywatnych, zimnych i zdewastowanych. Idąc do szkoły nigdy nie wiedziałam, gdzie będą lekcje, ale zawsze ktoś stał na czatach i dawał nam znać. To była konspiracja. A starsze rodzeństwo nie miało swojego przedwojennego budynku, więc uczyli się nawet w stodole. Jakoś nikt nie narzekał, a dzisiaj mamy co wspominać.

Lila i mama ze mną w Hrubieszowie na ulicy Staszica (w głebi widać pomnik) w 1938 r. (Eleonora Fabijańska, Teresa Fabijańska, Maria z Piątkowskich Wacławowa Banaszkiewiczowa)

Na wiosnę 1940 roku musieliśmy opuścić nasze mieszkanie w śródmieściu. Z trudem i z pomocą cioci Janki Kosińskiej znalazło się mieszkanie na Poberżanach. Tak nazywało się przedmieście w kierunku Zamościa, a ulica po dziś dzień nosi nazwę Zamojskiej. W piętrowym, nowym domu, jedynym murowanym wówczas w tej okolicy, mieliśmy dwa pokoje z kuchnią. W podwórzu była komórka na węgiel i sławojka. Przetrwaliśmy tutaj do powrotu ojca w 1945 roku.

Mieszkanie było sympatyczne, chociaż dla nas przymałe. Jak zwykle były też plusy, bo okoliczni gospodarze z ich ogrodami i płodami rolnymi pomogli nam przeżyć, ale gdy spojrzę egoistycznie, dla mnie była zbyt duża odległość do szkoły. I droga była niebezpieczna, nie było chodników, ani nawet poboczy. Trzeba było iść szosa, a to była droga wojsk okupacyjnych z Zamościa za Bug. Jeździły okropne czołgi, ciężarówki z żołnierzami niemieckimi, wozy pancerne kolumnami po kilkadziesiąt, bez przerwy, w dzień i w nocy. Najpierw koncentracja na linii Bugu w czerwcu 1941 r., potem stałe, niekończące się przejazdy, a pomiędzy nimi z trudem przedzierały się chłopskie wozy. Droga była szutrowana, ciężki transport powybijał dziury, które zawsze były pełne wody o błotnistej mazi. Ominąć je i nie zostać ochlapanym, to sztuka, której nauczyłam się z czasem. Po obu bokach drogi głębokie rowy zbierały mazistą wodę, ale w czas suchy nauczyłam się po rowach tych skakać, odbijając się zygzakiem. Najgorzej zimą szło się w mróz siarczysty (w te wojenne lata zimy były srogie) pod drutami elektrycznymi. Każde zbliżenie do słupa natężało melodię denerwującą i groźną. Mówiło się wtedy: będzie mróz, bo druty grają. Dobrze się działo, gdy dobry gospodarz pozwalał dzieciom przysiąść na rozłożystych saniach. Wtedy strach mijał i droga szybko zeszła.

Na szczęście zimy miały swój koniec. Poberżany ze swoją zielenią, sadami przy domach, warzywnikami miały niepowtarzalny urok. Ludzie żyli zgodnie, solidarnie i z przyjaźnią. W każdym niemal podwórku miałam koleżanki, starsze lub rówieśniczki, z którymi organizowałam teatr podwórkowy, różne zabawy i wyczyny sportowe, m.in. moda przyszła na szczudła. Robiliśmy je sami z tyczek po fasoli. Nie umiem dzisiaj pojąć, jak mogliśmy na nich chodzić. Niewątpliwie dużą zapamiętaną atrakcją był cyrk. Nie wiem skąd przyjechał i chyba to było po 1941 roku. Rozbito go na wygonie – półokrągłym placu  znajdującym się w połowie ulicy Zamojskiej, po lewej stronie idąc od miasta. Kacze doły, może z czasów działań I wojny światowej, świetnie nadawały się do zjazdów na sankach. Boże, co my wtedy wyprawialiśmy! To nie była normalna jazda, tylko wszystkie możliwe popisy. Ślizgawka na śluzie w czasie okupacji nie funkcjonowała, gdzieżby to było możliwe pod okiem Landrata, który rozgościł się we dworze Du Chateau, jak we własnej rezydencji. Pozostawały więc sanki i ewentualnie podtopione łąki pod lasem na ślizgawkę. Jednak to już nie miało żadnego charakteru, ot pozamarzane mniejsze i większe kałuże. Przed wojną utrzymywane i czyszczone lodowisko ściągało towarzystwo. Przychodziły całe rodziny, młodzież gimnazjalna, która przy muzyce dawała popisy jazdy figurowej i holendrowania. Mama miała śliczny komplet z białej angory: golf, szal, czapka i spódniczka kroju podobnego do tych, ktore nosiły słynne łyżwiarki, np. Sonia Henni. Mama jeździła ładnie, tata jeździł zgrabnie, Ela holendrowała brawurowo trzymając się za ręce z dwoma kolegami. Bracia uczyli się, jeździli szybko wokoło lodowiska. Nawet ja miałam łyżewki na podwójnej płozie i ciągle się przewracałam. Tak już zostało, łyżwy nie były moją miłością.

Wróciłam miłym wspomnieniem do czasów wcześniejszych, ale muszę wrócić do okupacji. Chciałabym, aby moje wnuki zrozumiały i zapamiętały, że nie wolno najeżdżać innego kraju, nie wolno brutalnie włazić w czyjeś życie, nie wolno szydzić z innych ludzi, nie wolno wyśmiewać cudzej świętości, nie wolno zabijać, niszczyć życia.

Najgorszy był początek okupacji, rok 1939 i 1940 z bardzo mroźną zimą oraz 1944 i 1945 już bez wojsk niemieckich, za to z sowieckimi. To lata, które odcisnęły się w pamięci jako lata głodu, chłodu, świerzbu, wszy i odmrożonych kończyn. W latach tych nawet kartek żywnościowych nie było. Przydziały żywności dla ludności pozarolniczej przewidywały kaszę, nie pamiętam jaką, okropną mąkę, ciemną i zanieczyszczoną, marmoladę z buraków, płynną, brązową melasę, wyglądającą jak klej stolarski, zastępującej cukier i dla dzieci pół litra mleka. Po te produkty stawało się w gigantycznych kolejkach na zmianę, bo trzeba było stać kilka godzin, właściwie bez żadnego pożytku, ale zrezygnować się nie dało.

Wielką pomocą do 1944 roku (później już władza ludowa zabrała) był nam Wiszniów Banaszkiewiczów, majątek ziemski niedaleko Hrubieszowa, gdzie mieszkała, córka cioci Niusi – Lila z Piątkowskich z rodziną. Tam na cmentarzu wiejskim pochowany jest mój dziadek ze strony mamy, Anzelm de Schmieden-Kowalski i jego najstarsza córka, ciocia Niusia, związana z Czumowem. Zwłaszcza w okresie, gdy babunia Mania była z nami, podrzucano nam prawdziwą mąkę, czasami kaszę. Kurczak i jakieś wiktuały spływały nam jak manna z nieba. Mama smażyła nam wtedy ulubione jabłka w cieście i placuszki na miodzie. Można było nawet upiec tort z fasoli, tzw. jaśka. Smakował niczym marcepan. W czasie świątecznym robiło się torty makowe bez cukru, cukierki z płatków owsianych i piło zamiast herbaty napar ze skórek jabłkowych. Tych na Poberżanach nigdy nie brakowało. Przyjmowało się gości sałatką jarzynową zwaną vinaigrette. Najwięcej było w niej buraków i kartofli oraz małej fasoli. Smakowała znakomicie.

_____________________

TERESA-ZOFIA FABIJAŃSKA-ŻURAWSKA, emerytowany starszy kustosz Muzeum-Zamku w Łańcucie, jest historykiem sztuki ze specjalnością w dziedzinie pojazdów konnych.

Wspomnienia Teresy Fabijańskiej-Żurawskiej w 2021 roku będą się ukazywać w ostatni czwartek miesiąca.


Poprzednie części wspomnień:




Ameryka w oczach i pamiętnikach wybitnych Polaków w XVIII, XIX i XX w. Część 2.

Czesław Miłosz w Berkeley, fot. A. Lizakowski

Adam Lizakowski (Chicago)

List 25

Dużo spacerujesz po Chicago, opisz jakąś dzielnicę.

Pisałem już o ulicy Milwaukee, Archer, Belmont, Michigan, Fullerton, na której mieszkam, Logan Square, pisanie o bogactwie tych dzielnic jest nudne, tak samo jak o biedzie, która wszędzie jest taka sama. Tak, bywam w różnych dzielnicach, których mieszkańcy mają różne filozofie życia, choć te same pragnienia, zdrowia, szczęścia i bogactwa.

Potrzebne są mi dzielnice chicagowskie, potrzebna

jest mi przestrzeń do oddychania i czucia poezji

najbardziej odpowiada mi chicagowska preria

spod Juliet i Aurory, tam czuję się dziko i swobodnie,

ale ty pytasz o dzielnice, więc może Golden Coast

o której pisał Carl Sandburg a jedną z ulic nazwano

na jego cześć, są tam najpiękniejsze i najbogatsze

domy nowobogackich sprzed stu lat, tam się jeszcze

czuje krew mordowanych zwierząt i pot emigrantów,

chociaż wszystko jest już od dawna wyperfumowane

i wyczyszczone na cacy, łazienki są marmurowe,

a schody mahoniowe, w domach pachnie nie tylko

marzeniami, ale i starością, która lubi wygodę,

komfort i przestrzeń, mieszkania są wysokie,

dobrze oświetlone, przez przezroczyste szyby

można zobaczyć jak milionerzy mają urządzone pokoje

właściciele jakichś domów w mieście czy wielkich

udziałów na giełdach, można się skryć za pień dębu

i pomarzyć:  mieć taki dom w takim miejscu

sto jardów od jeziora, taką żonę,

taki luksus śniadania podanego do łóżka,

taką bibliotekę z dużym kominkiem w takim domu,

w którym służący włoży zakładkę w książkę,

gdy ociężała głowa w sen zapadnie.

Czesław Miłosz 1911-2004 [10]

Żył w Ameryce, żył przez cztery dekady, ale nigdy nie czuł się Amerykaninem, ani też nigdy tak naprawdę nie rozumiał i nie patrzył na Amerykę jak jej obywatel. Przez cały okres pobytu na kontynencie amerykańskim (a był tu dwukrotnie, pierwszy raz zaraz po wojnie, a drugi rozpoczął się w 1960 r.), pisał o Ameryce jak Europejczyk. Ameryce zawdzięczał wiele, ona go karmiła i stworzyła, zapewniła mu pracę i godziwe życie. Lecz ani w Berkeley na uniwersytecie, na którym dostał pracę, ani w innych miejscach w Ameryce, nikt nie wiedział. że jest poetą i piszę niezrozumiałe wiersze w jakimś mało znanym języku, a cóż dopiero, że jest wybitnym poetą. Natomiast widziano, że jakimś cudem bez wykształcenia, bo nie miał doktoratu, został wykładowcą akademickim na jednym z najlepszych uniwersytetów w Ameryce i to, że w Europie klepał biedę, że jest uciekinierem ze Wschodniej Europy, a gdzie to jest to dokładnie mało kto wiedział. I tak do końca nie było wiadomo kim jest, bo raz dawał do zrozumienia że jest Litwinem piszącym po polsku, a raz, że jest Polakiem, ale polskość to sprawa, którą nie można się  chełpić, więc lepiej o niej nie mówić. Poeta doskonale wiedział, że Amerykanie, naród ludzi silnych i dumnych, dla których liczy się tylko ten najlepszych, najszybszy i najbogatszy, nie ma „ucha ani cierpliwości” wysłuchiwać biednych Polaków, którzy po raz kolejny stracili swoją ojczyznę, niby wygrali wojnę, ale jej nie wygrali. Miłosz wiedział, że u Amerykanów nie znajdzie ani sympatii, ani współczucia jako „biedny Polak”, bo mówiąc językiem sportowym,  dla nich liczy się tylko złoto, czyli pierwsze miejsce, i kto by tam pamiętał o drugim, czy trzecim miejscu, podczas gdy Polacy pamiętają nawet kto był dziesiąty czy dwudziesty piąty.

Mówienie o swoich klęskach, czy pokazywanie ran Amerykom, nie wzbudzanie u nich wspomnianej już sympatii, ale lekceważenie, czy nawet niechęć do obnażającego swoje rany. Sprzedali Polskę Stalinowi i doskonale o tym wiedzieli, a wszelkie domagania się Polaków, to jest Polonii amerykańskiej o pomoc, na forum amerykańskiej opinii publicznej, mijało się z celem. Dla Amerykanów nie ma „pojęcia, ani geograficznego, ani kulturalnego czy też politycznego – Polacy”, oni mówią o Polakach jako o East European, czyli Wschodni Europejczycy. Jeszcze nie zasłużyliśmy na to, aby nazywano nas Polakami, ani w żaden sposób nie zdobyliśmy ich sympatii, aby nazywali nasz kraj Polska. Jedynie Rosjanie mają pełna aprobatę Amerykanów i ich kraj nazywa się Rosja, jej mieszkańcy to Rosjaninie, ich literatura jest  rosyjską, a ich poetów nazywają rosyjskimi poetami.

Czesław Miłosz z Paryża,  jak już zostało napisane, trafił do Berkeley w 1960 roku, z jednej rzeczywistości do drugiej, z jednego terytoriom literatury na drugie. W nim nie będzie miał tyle swobody jak w Europie, ale to wbrew pozorom ułatwi mu znalezienie nowego rozwiązania i pomysłu na siebie. On po prostu wymyśli lub znajdzie formułę tłumacza/profesora/poety, stworzy amerykańskiego Czesława Miłosza. W Ameryce podejmie tematykę swojej małej ojczyzny, Europy, istnienia człowieka na tym małym skrawku ziemi, jego cierpienia i samotności w świecie, wszelkie uwikłania w historię najnowszą, dokonywania wyborów życiowych ludzi, za których tego wyboru dokonał Józef Stalin. To o wiele bardziej będzie zaprzątać mu umysł niż narodziny beatników, wiersze hippisów z pobliskiego San Francisco (z drugiej strony zatoki), działalność jednej z najważniejszych księgarń i wydawnictwa w Ameryce – City Lights Bookstore, której właścicielem był poeta, beatnik Lawrence Ferlinghetti. Jego wędrówki literackie  będą w inne rzeczywistości, odbywać się będą innymi ulicami, jemu będą potrzebne inne świadectwa literackie, on ledwo spojrzy na młodzieżą amerykańską i jej fascynację kulturą dalekiego wschodu, medytację, piosenki/ ballady i pieśni Boba Dylana i innych. 

Poetę Ginsberga nazwie „nieszczęśnikiem”, a jego wiersze i wiersze Dzieci Kwiatów, śmierć króla Rock & Roll’a Elvisa Presley’a, będą poza jego  zainteresowaniem. On chcę być amerykański, ale na swój sposób, jego Ameryka musi spełniać jego wyobrażenia przywiezione z Europy,  ale ona ich nie spełnia, pokazuje swoje amerykańskie oblicze, które intelektualiście europejskiemu  nie odpowiada.

W listach do Marka Skwarnickiego, na którego będziemy się tutaj jeszcze kilka razy powoływać, poeta pisał:

A zatem Ameryka jako tymczasowe obozowisko, upiorne miejsce spełnionych proroctw Witkacego, świat bez historii, kraj „duchowej nędzy” odludnych stanów, gdzie jedyną kulturalną rozrywką tubylców jest gapienie się godzinami na przejeżdżające auta, picie, albo strzelanie z pistoletu z auta do mijanych znaków drogowych.

Miłosz więcej o Ameryce pisał w swojej prywatnej korespondencji niż w esejach o Ameryce, żył tworzył w zupełnie innych obszarach istnienia, był od tych młodych ludzi, Amerykanów  mentalnie zupełnie inny, i niewiele go z nimi łączyło, ani nie żył ich problemami, ani nie wdawał się z nimi w dyskusję,  tym bardziej nie przeżywał tego wszystkiego tak jak oni. On miał swoich dyskutantów w Europie, żył w swoim polskim/europejskim mieszczańskim,  profesorskim „nudnym świecie”, w którym wprawdzie dużo się działo i dramatów, i rozterek rodzinnych/osobistych, których nie brakowało, ale Ameryka w której żył była za szybą. Przez nią oglądał świat w którym było mu dane żyć, „nudę amerykańską” przekuwał na ciężką harówkę, bo pisanie jest niewyobrażalnie ciężkim zajęciem. Życie poety, kosmity Miłosza w Kalifornii było bardzo tradycyjne w sensie amerykańskim, praca od rana do wieczora, (korespondencja, praca twórcza, wykłady) oraz myślenie o Europie i Polsce, tak jak to robią emigranci, ze wszystkich stron świata.

Korespondencja z przyjaciółmi w języku polskim i rozmowy w języku polski, to zabierało poecie lwią część jego życia w Ameryce. Europa która teoretycznie powinna być na drugim końcu świata praktycznie była tuż „pod nosem” na wyciągnięcie ręki, leżała na biurku pod oknem, i „skrywała się” w książkach na półkach stojących pod ścianą. Wyjazdy na weekendy, wypady na łono przyrody, oglądanie Ameryki od strony gór, oceanu, pustyni, prerii to też patrzenie na nią i opisywanie językiem i okiem Polaka, bo przeważnie wyjeżdżał z rodziną lub przyjaciółmi, z którymi rozmawiał tylko i wyłącznie po polsku. Trzeba dodać, że więcej wiedział od Amerykanów o miejscach, które odwiedzał, albo w szczególny sposób upodobał sobie,  ale ta wiedza nie  czyniła go Amerykaninem.

Czesław Miłosz przy swoim biurku w Berkeley, fot. A. Lizakowski

W  porównaniu choćby z życiem  wspomnianego już poety wydającego swoje książki w City Lights Bookstore, Allenem Ginsbergiem, który żył Ameryką i tym wszystkim, co się w niej działo. Nazwisko największego poety Ameryki drugiej połowy XX wieku Allena Ginsberga w „Widzeniach” pojawia się tylko raz, w rozdziale piętnastym pt. „Wizerunek bestii”, na samym początku poematu „Howl”, a w nim Moloch, którego ucho dymiący grób!. Rozdział rozpoczyna się zdaniem Allen Ginsberg skandując swoją na odwrót – whitmanowską pieśń był Każdym. (s.58.) Słowo „Każdym” z dużej litery. Miłosz lubił Ginsberga za jego Whitmanowską postawę, ale nie cenił jego działań, bo uważał, że taka postawa służy bardziej anarchii niż sprawie, którą Ginsberg reprezentował. Nie jest to pochlebne zdanie o poecie, który podporządkował swoje życie poezji, podobnie zresztą jak i poeta, profesor, kosmita Czesław Miłosz. Jak już wspomniano obaj poeci są na dwóch różnych biegunach osobowości; Ginsberg szaleństwa w tym co robił, a Miłosz w spokoju mieszczańskiego z dystansu patrzący na Europę i Amerykę. Ginsberg zarośnięty, brodaty błazen Ameryki, gorączkowo gestykulący rękoma i Miłosz wygolony, ułożony, wyważony uczony, profesor uniwersytecki. Nic ich nie łączy, a jednak poeta wileński cytuje go, bo widzi w nim zmiany zachodzące w Ameryce, widzi w nim Walta Whitmana XX wieku. Ten Moloch, którego duszą elektryczność i banki!  Ten kraj pieniądza „Złotego Cielca” właśnie poprzez poezję i poetów takich jak Ginsberg zamienia się lub zmienia Amerykę w miejsce, gdzie kultura i sztuka, poeci i artyści będą mieć znaczenie. Nigdy wcześniej, ani później nie było tylu ludzi piszących i czytających poezję jak za czasów „dzieci kwiatów”, o których pan Czesław właściwie nie pisze.

Miłosz

Mógłby być górskim wodospadem

nigdy pustynią czy ziemią jałową

wielkim jagiellońskim dębem w cieniu którego

umęczony wędrowiec zawsze znajdzie wytchnienie

potrafił z powietrza wyłapać bąbelki życiodajnego tlenu

nasycić nim poezję, słowa jego są jak ziarna

które w czytelniku rosną, rozwijają się, kwitną

kołyszą się łany czekając na rękę żniwiarza,

jest księżycem, który przyciąga fale morza

a piękne kobiety śpią niespokojnie,

jest aniołem z wielkimi krzaczastymi brwiami

w kształcie skrzydeł ptaka spłoszonego

w środku nocy z gniazda do którego nigdy już

nie powróci, ale wciąż pamięta zapach trawy

jabłek, biel pokoi, kształty domów, jeziora, rzeki

jest litewskim niedźwiedziem mieszkającym

w pięknym mieście Berkeley

w cudownej Kalifornii, na wzgórzu niedźwiedzi Grizzly

ale on nie pomrukuje, on śpiewa pieśń o tym

że nikomu nie warto zazdrościć, o kolibrach

kwiatach kapryfolium, dziewczęcych pośladkach

biednym chrześcijaninie patrzącym na płonące getto

o miastach do których nigdy nie wróci, tobie i mnie.

Kim jest Miłosz dla mnie tysiące razy pytałem siebie?

matką karmiącą jasną dorodną piersią

z cienkimi niebieskimi żyłkami

której życiodajne mleko piję w upale chicagowskim.

Jakie jest znaczenie jego poezji w mym życiu?

czy to bilet w podróż do dalekich krajów,

do lasów tropikalnych w których wielobarwny

śpiewak skacze z gałązki na gałązkę

wyśpiewując pieśń starodawnych puszcz

rzek, piasek pustyń wygrzewa się w słońcu

a skały z lekkością motyli uniosły się w przestrzeń

ku dalekim galaktykom, gdzie czas płynie pionowo.

Miłosz muza żyjąca w cieniu eukaliptusów z widokiem

nad Zatokę San Francisco, mieście wielkości mrówki,

którego światła odbijają się w wodzie, jak obłoki,

poeta wierny swoim ideałom młodości,

nadsłuchuje gry świerszczy, patrzy

w jasno-żarzące się ślepia aut, o czym myśli?

W 1990 roku zapytałem go o to przy wódce i śledziach,

słońce w Zatoce już się utopiło, a noc na atramentowo

pomalowała czubki złotego mostu:

Och!!! Panie Adamie ?westchnął, gdyby tak się dało

dożyć do setki, a potem raz jeszcze licznik cofnąć do zero.

(Adam Lizakowski, wiersz o Czesławie Miłoszu)

Zbigniew Herbert [11]

Krótkie wyjazdy Polaków często związane były z handlem rzadkimi na Zachodzie dobrami, co pozwalało na przetrwanie paru dodatkowych dni podróży. Nierzadko Polacy jadący na Zachód obładowani byli konserwami, suchą kiełbasą (zwłaszcza kabanosami!), nie mówiąc już o innych niepsujących się wiktuałach, umożliwiających zmniejszenie wydatków na żywność. Ówcześni polscy pisarze mogli uczestniczyć w międzynarodowych zjazdach – zwłaszcza za oceanem – jedynie za pieniądze gospodarzy, a często wiązało się to także z poniżającymi sytuacjami, jak handel drobnymi towarami lub przynajmniej rewanżowaniem się „polskimi prezentami”. Herbert wspomina o tym procederze mimochodem i żartobliwie, pisząc do Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego w drodze do Nowego Jorku:

W tej chwili znajduję się w samolocie w drodze do Nowego Jorku. Na dole coś niebieskiego. Pytałem stewardessę, co to takiego, powiedziała, że „ołszen” pewnie Atlantycki, ale ja już teraz niczemu nie wierzę, bo Amerykanie to kupcy, a jak poczują rolnika znad Wisły, to chcą go ograbić. Więc sprawdzam co chwilę woreczek na piersiach i parę wianków suszonych grzybów, które w Buffalo są za cenę złota. Tak mówił [nazwisko nieczytelne] Przyboś i Stępień.

Oj mili, moi mili. Jadę grosza trochę uciułać. Nowojorska Centrala Poetów organizuje taki cyrk, więc będę łykał ogień, sztangą liryki narodowej nad głową potrząsał, a jak trzeba, to na konie siędę i krwi utoczę. Alić krew, którą toczyć bym chciał – daleko[1].

Wzmianka o suszonych grzybach, tradycyjnie zawożonych na handel lub prezenty do Stanów, jest raczej tylko żartem, gdyż po dwóch latach pobytu w Europie Zachodniej Herbert raczej nie mógł mieć już zapasów tego cennego towaru. Natomiast wspomnienie nazwisk dwóch współpasażerów sugeruje, że poeta referował handlowe rozmowy kolegów, a poza tym całą scenę aranżuje w konwencji sprawozdania z podróży za chlebem. Dodajmy, że Herbert podczas swojego pierwszego wyjazdu do Ameryki raczej niewiele zaoszczędził, ponieważ – jak zwykle – podróżował, zwiedzał muzea i biblioteki[2], a po drugie – też tradycyjnie – nakupił książek, które „małymi paczkami trzeba słać do Europy”[3].

Dziś każdy jako tako zarabiający człowiek może sobie pozwolić na wycieczki, które dla poety były ogromnie kosztowne. Na podróże i pobyt na Zachodzie przeznaczał tantiemy z przekładów, a także dorywczych prac redaktorskich i translatorskich. Na szczęście otrzymał wszystkie możliwe nagrody literackie Europy i Ameryki (z wyjątkiem Nobla), a także przyznawano mu zachodnie stypendia. Herbert opowiada o przerażeniu jego izraelskich przyjaciół, kiedy niemal całą nagrodę miasta Jerozolimy (a była to znaczna suma) wydał na podróż po Ziemi Świętej. Nie oszczędzał na spokojne życie, tylko inwestował w siebie, w swoje wrażenia, w pasję poznawania świata i w książki. Jako materiał literacki, procentowały wierszami i esejami. Właściwie tylko wyjazd do USA służył inwestycjom krajowym (gdzie na kalifornijskim uniwersytecie stanowym pracował jako visiting professor), to znaczy zgromadzone środki zostały przeznaczone na zakup mieszkania. Mógłby przywieźć więcej pieniędzy, ale – mimo rad Artura Międzyrzeckiego – na profesorskiej posadzie wytrzymał tylko rok [4].

PS.

Można więc przypuszczać, że na nędzne utrzymanie podczas pierwszego wyjazdu Herberta na Zachód wystarczyło na przykład pięć dolarów dziennie, czyli że za stypendium ministra można było przeżyć aż trzy tygodnie. Jest to oczywiście wartość bardzo mocno przybliżona.


Przypisy:

[1] Zbigniew Herbert – Julia Hartwig – Artur Międzyrzecki. Korespondencja, red. M. Zagańczyk, Warszawa 2012, s. 53.

[2] Stąd wzmianka na temat projektowanego szkicu o jednorożcu. W przypisach czytamy, że „Herbert pracował nad szkicem o przechowywanej w Musée de Cluny w Paryżu XV‑wiecznej tkaninie „Dama z jednorożcem” (Tamże, s. 214). Wzmianka w liście pisanym z Nowego Jorku wskazywałaby także na zainteresowanie poety tkaninami przechowywanymi w The Cloisters Museum (oddział nowojorskiego Metropolitan Museum of Art na górnym Manhattanie), gdzie znajduje się seria siedmiu tkanin przedstawiających polowanie i schwytanie Jednorożca – The Hunt of the Unicorn (Bruksela, około 1500 roku).

[3] Tamże, s. 58.

[4] Tamże, s. 71.

Herbert prowadził zajęcia (od 21 października 1970 roku do 15 czerwca 1971 roku) ze współczesnej poezji europejskiej i dramatu na uniwersytecie stanowym (School of Letters and Science California State Collage w Los Angeles). Wykłady te omawia Maciej Tabor w szkicu Tradycja poezji europejskiej w wykładach Zbigniewa Herberta w California State College [w:] Dialog i spór. Szkice o twórczości Zbigniewa Herberta, red. J.M. Ruszar, Lublin 2006.


Zakończenie

Chicago, fot. A. Lizakowski

Przeżycia osobiste opisanych przez nas osób, wybitnych Polaków w pewnym stopniu powinny oddać posmak i charakter Ameryki  z przełomów XVIII w i XIX oraz tej z przełomu XIX i XX wieku. Wiele spostrzeżeń sprzed dwustu czy stu lat wciąż jest aktualnych. Wiele motywów wyjazdu z kraju, opuszczenia go jest wciąż mino upływu tak wielkiego czasu bardzo podobna. Podobne są też początki i kłopoty adopcyjne. Najpierw jest wielka chęć wyjazdu za wielką wodę, szukanie tam jakby ratunku od problemów codzienności we własnym kraju, wiara, że tam będzie lepiej. Po przyjeździe następuje stres, rozczarowanie, jakiś wewnętrzny ból, i dla wielu przekonanie, że jednak dokonali złego wyboru, powinni zostać u siebie. Zbyt wielkie widzą różnice, może nawet przeżywają szok kulturowy. Mijają najpierw  miesiące i lata emigrant staje się coraz bardziej „odporny na Amerykę” osamotnienie, zostaje zastąpione pracą, ciężką pracą na dodatek mało płatną która pochłania większą część życia.

To co wydawała się na początku poprzestawiane do góry nogami w tej Ameryce  z czasem zdaje się mieć sens. Dwa wojujące ze sobą światy, dwie kultury, dwa jakże różne spojrzenia na Amerykę i na to, co pozostało z drugiej strony oceanu, z czasem zaczyna łączyć się w jedną całość. Emigrant już nie jest tą samą osobą, którą był jeszcze kilka lat wcześniej doskonałym dowodem tego jest Helena Modrzejewska na jej przykładzie można łatwo zaobserwować zmiany jak wciągu kilku lat stała się innym człowiekiem.

                                                                       ***

Przełom wieków XIX i XX to wielki rozwój polskości w Ameryce, bez byłych Powstańców i wielkiej rzeszy  chłopstwa  – prawie że masowego polskiego osadnictwa w Ameryce – nie byłoby ani polskich parafii,  ani  tak wielu, wielu kościołów, w samym Chicago ponad dwadzieścia. Jednak nie poeci, pisarze czy literaci, nie żołnierze czy patrioci odegrali główną rolę w powstaniu Polonii amerykańskiej, ale właśnie księża, duszpasterze, bez nich polskość w Ameryce na początku XXI wieku, trudno sobie nawet wyobrazić. Dla  przybywających  Polaków w drugiej połowie XIX wieku do Nowego Świata ważnym motywem był  patriotyzm — tak, wielu Polaków przyjeżdżało tu budować nową Polskę i tu organizować pomoc staremu krajowi, nawet wojsko, dla wyzwolenia kraju z niewoli zaborów, jak np. Błękitna Armia generała Hallera. Była też chęć służby poprzez ewangelizację — wystarczy z setek duszpasterzy, budowniczych kościołów Polonii wymienić tylko kilku z nich ks. Moczygęba, ks. Pitas, o. Justyn, Wacław Kruszka i wielu, wielu innych). Bez nich wśród rozrastającej się Polonii niepiśmiennej, oni umieli pisać i czytać po polsku i po angielsku. Bez tych ludzi całkowicie oddanym pracy społecznej nie byłoby polskich szkół sobotnich. Polskie gazety miałyby o wiele trudniejsze początki. Gazeta codzienna „Dziennik Związkowy” najstarsza polskojęzyczna gazeta codzienna w USA, powstała w styczniu roku 1908 jako organ Związku Narodowego Polskiego (ang. Polish National Alliance, w skr. PNA) i od tego czasu wychodzi nieprzerwanie, będąc tym samym najstarszą polskojęzyczną gazetą na świecie wydawaną bez przerwy. W niej przez wiele lat publikowałem swoją twórczość, a przede wszystkim mogły na jej łamach ukazywać się recenzje moich kolejnych książek pióra nieodżałowanego redaktora dwutygodnika „Zgoda” Wojciecha A. Wierzewskiego oraz dziesiątki recenzji ze spotkań i wieczorów autorskich członków mojej grupy poetyckiej „Niezapłacony Rent”, która działała w Chicago na początku lat 90. ubiegłego wieku.

Adam Lizakowski (z prawej) i Wojciech A. Wierzewski (1941-2008) – literaturoznawca, krytyk filmowy, nauczyciel akademicki, publicysta, fot. arch. A. Lizakowskiego

                                                                       ***

Nie byłoby dzisiaj Polonii amerykańskiej, tylu Amerykanów polskiego pochodzenia, gdyby nie emigranci z powstań narodowych  w XIX wieku. Prawdopodobnie nie byłoby takiej Polonii amerykańskiej  w Chicago czy w Nowym Jorku jaką mamy dzisiaj, gdyby nie zabory, nędza i głód, niechęć wielu młodych Polaków do służby w armiach zaborców. Wiek XX także „dopomógł” odbudować Polonię amerykańską, najpierw niefortunne dla Polski i Polaków zakończenie II wojny światowej, a cztery dekady później napływ emigrantów na fali solidarnościowej spowodowany wprowadzeniem przez generała Wojciecha Jaruzelskiego stanu wojennego i jego dalsze konsekwencje. Wiek XXI może przynieść dalsze zmiany. Po zniesieniu wiz dla Polaków można już mówić o zupełnie innej polskiej Ameryce, która już nie jest celem marzeń za lepszym i wygodniejszym życiem, ale celem podróży i poznania tego wielkiego kraju od strony turysty, a nie wiecznie głodnego i biednego emigranta za chlebem, panie, za chlebem…

Chicago, 2010 r.,  Pieszyce 2021 r.

Źródła:

List 25 pochodzi z tomu Adama Lizakowskiego p.t. „156 Listów poetyckich z Chicago do Pieszyc„, wydanego przez Urząd Miasta i Gminy Pieszyce w 2012 r.

[10] Adam Lizakowski – Czy poeta Czesław Miłosz był kosmitą?, Helikopter, 10/2018.

Czesław Miłosz  (ur. 1911 r. na Litwie, zm. 2004 r. w Krakowie), polski poeta, prozaik, eseista, historyk literatury, tłumacz, dyplomata; w latach 1951–1993 przebywał na emigracji, do 1960 we Francji, następnie w Stanach Zjednoczonych. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1980); profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley i Uniwersytetu Harvarda; pochowany w Krypcie Zasłużonych na Skałce;  Uznawany za najwybitniejszego polskiego poetę XX wieku.

[11]  Zbigniew Herbert. Materiał podchodzi z portalu nowynapis.eu.

Zbigniew Bolesław Ryszard Herbert (ur. 1924 r. we Lwowie, zm. 1998 r. w Warszawie), polski poeta, eseista, dramaturg, twórca cyklu poetyckiego „Pan Cogito”, autor słuchowisk; pośmiertnie odznaczony Orderem Orła Białego. Z wykształcenia ekonomista, prawnik i filozof.

Laureat ponad dwudziestu nagród literackich. Od końca lat 60. XX w. był jednym z najpoważniejszych pretendentów do Literackiej Nagrody Nobla. Jego książki zostały przetłumaczone na 38 języków.

Cześć 1:


Zobacz też:




Ameryka w oczach i pamiętnikach wybitnych Polaków w XVIII, XIX i XX w. Część 1.

Chicago, fot. Brigitte Pixabay

Adam Lizakowski (Chicago)

List 9

Jak żyją Polacy w Ameryce?

W pustce,

która jest tak ogromna, że jeden nie widzi

drugiego. Myśli o własnym JA poszerzą

tę pustkę. W młodości miałem mocne skrzydła,

wzbijałem się wysoko w przestworza.

Ziemia mnie karmiła, o tym zapomniałem.

Ilu jest takich, co wymieni przyjaciół

na samochody? Rodzinne szczęście na

pieniądze? Pokochali rzeczy, które stawiają

wyżej niż siebie samych. Nawet nie zauważają

jak szybko pozbędą się głodu kultury,

jak szybko porosną sadłem obojętności.

W artykule korzystamy z Antologii p.t. „Ameryka w pamiętnikach Polaków”[1] oraz z komputerowych stron Wikipedii. Wybrane przez nas fragmenty nie potrzebują komentarzy ponieważ w bardzo wyraźny sposób przekazują to, co chcieliśmy pokazać.

Przez dwa stulecia obraz Ameryki i wyobrażeń o niej  jest właściwie bardzo podobny, nie uległ wielkim zmianom, można nawet powiedzieć, że jest taki sam, i nie będzie to wielką przesadą. Wykorzystamy sylwetki kilku osób znanych w kulturze polskiej od dwóch stuleci. Nie byli to emigranci z prawdziwego zdarzenia, oni tylko jakby „otarli się” o Amerykę, po prostu wpadli do Ameryki na chwilkę, a później dużo o niej mówili, pisali. To stara prawda o Ameryce – maja do powiedzenia najwięcej ci, co byli w niej tylko na chwilkę, lub przez chwilę. Tomasz Kajetan Węgierski, Julian Niemcewicz, Jakub Gordon i Henryk Sienkiewicz, Helena Modrzejewska jako jedyna z tego grona osób zdecydowała się na pozostanie w Ameryce i ona jako jedyna na ziemi amerykańskiej zmarła.

Tomasz Kajetan Węgierski na litografii Seweryna Oleszczyńskiego, poł. XIX w., fot. domena publiczna

Tomasz Kajetan Węgierski [2]

Nie miał jeszcze dwudziestu lat (ur. 1756r), kiedy wokół jego twórczości powstała atmosfera sensacji i skandalu, jak żaden bowiem z piszących współcześnie – a przecież tworzyli i Ignacy Krasicki i Stanisław Trembecki –ganił, przemawiał, dopiekał, kąsał, drwił, nie oszczędzając nikogo, „na wszystkie targając się stany”.

Po „Ameryce angielskiej”, a ściślej po wolnych już byłych trzynastu koloniach – Stanach Zjednoczonych Ameryki – Węgierski podróżował około sześciu miesięcy, opuścił ją prawdopodobnie pod koniec roku 1783. Przejechał prawie przez wszystkie stany i poznał wielu wybitnych ludzi tworzącego się państwa. Spotkał naczelnego dowódcę wojsk amerykańskich Jerzego Waszyngtona.

A dlaczego przypłynął do Ameryki?  Jak podaje autor wyboru i komentarzy  tej Antologii, Bogdan Grzeloński w opracowanej przez siebie biografii Węgierskiego:

Na pewno zawiodły go do nowo powstającego państwa fantazja i ciekawość, ale też bez wpływu nie była moda w 1782 roku na salonach nadsekwańskich książka Amerykanina francuskiego pochodzenia Hektora ST. Jean de Crevecoeura: Listy angielskiego farmera. Albowiem daje ona – jak pisał -, zachwycający obraz szczęśliwego życia mieszkańców Ameryki angielskiej.

Pod koniec drugiej połowy XX wieku wielu przyszłych emigrantów myślało bardzo podobnie, ten szczęśliwy obraz Ameryki w ich oczach i umysłach nadal funkcjonował.

A oto jak Węgierski pisze o generale Waszyngtonie, pierwszym prezydencie Ameryki:

Wszystkie portrety generała Waszyngtona, jakie widziałem w Europie, nie są prawie nic do niego podobne. Jest to jeden z najpiękniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałem; jego postać jest szlachetna, wojownicza mina, a maniery swobodne. Grzeczność z jego strony, okazywana od pierwszej chwili spotkania się aż do ostatka, podoba mi się niesłychanie, i przy końcu dwu godzin można było spostrzec, że się go dopiero poznało.

Amerykanie i dzisiaj  są opisywani i spostrzegani w bardzo podobny sposób. Mili, uprzejmi, nawet uczynni jeśli to nic nie kosztuje, dlaczego by nie? Z wiecznie „przyklejonym uśmiechem” na ustach.

Julian Ursyn Niemcewicz, fotografia pochodzi z książki wydanej w 1917 r. w Nowym Jorku, Wikimedia Commons

Julian Ursyn Niemcewicz [3]

W Ameryce Niemcewicz znalazł się 18 sierpnia 1797 roku. Właściwie wbrew swoim zamierzeniom. Z „ofiary” dla Naczelnika – Kościuszki. Pamiętać bowiem należy, że był on adiutantem Kościuszki w powstaniu 1794 roku i wraz z nim po klęsce pod Maciejowicami dostał się do więzienia petersburskiego. Utraconą zaś wolność odzyskał dopiero po śmierci carycy Katarzyny II. Z łaski imperatora Pawła I.

Przed wyjazdem z Petersburga pragnął jednak zobaczyć się z Naczelnikiem. Ciekaw był jego zdrowia, samopoczucia, projektów. Sam bowiem mimo ciężkiego śledztwa czuł się dość dobrze. Tymczasem Kościuszkę znalazł leżącego na kanapie, z obwiniętą głową i wyciągniętą  jak martwą nogą. I jak odnotował we wspomnieniach;

bardziej jak widok ten zmartwił mię głos jego, prawie zgaszony, trudność i nieporządek w tłumaczeniu się, znajdowaniu myśli i słów; zdawał się przerażonym nadzwyczajną trwogą; nic nie mówił, a kiedy głos podniósł kiwał palcem, pokazując, że nas w przedpokoju podsłuchują.

Dlatego też nie potrafił odmówić życzeniu Najwyższego Naczelnika, popartemu zresztą łzami, by razem udali się do Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Z Petersburga „ze wspaniałej dzielnicy admiralicji”, jak pisał Niemcewicz wyjechali śnieżnym rankiem w poniedziałek 19 grudnia 1796 roku. Do celu – Filadelfii- ówczesnej stolicy młodego państwa, dotarli po ośmiu miesiącach podróży.

Niemcewicz dobrze sobie w Ameryce poradził,, nawiązał wiele osobistych kontaktów z wieloma znaczącymi w tym czasie osobami m.in. z przyszłym prezydentem Stanów Zjednoczonych T. Jeffersonem i Johnem Adamsem, też przyszłym prezydentem tego kraju. Jak podają źródła dużo podróżował zwiedził wszystkie stany z wyjątkiem dwóch, Północnej i Południowej Karoliny. Poznał pierwszego prezydenta Stanów  Jerzego Waszyngtona.

Ożenił się z bogatą wdową po generale amerykańskich wojsk rewolucyjnych panią Zuzanną Livingston – Kean. Dzisiejszym językiem można powiedzieć, że urządził się świetnie, nawet otrzymał  amerykańskie obywatelstwo, o które dzisiaj tak wielu Polaków zabiega. Oddał się pracy literackiej, dużo tworzył i wydawało się, że zapomniał o ojczyźnie, że Ameryka wynagrodziła jego wcześniejsze niedole, ale myśl o Polsce nachodziła go bardzo często. Rozdział  amerykański w swojej biografii zamknął słowami:

Każdego obywatela pierwszą jest powinnością być pożytecznym społeczeństwu, w którym się urodził. Póki trwała Polska, starałem się powinności tej zadośćuczynić: gdy rozszarpaną została, i ja stałem się wygnańcem.

Ostateczną decyzje wyjazdu ze Stanów podjął na początku 1807 roku i 2 maja tegoż roku opuścił Amerykę. Z żoną jednak utrzymywał bardzo serdeczne listowne kontakty, a ta w testamencie zapisała mu roczną pensję 6 tys. dolarów. Przykład J.U. Niemcewicza jest jedynym mi znanym z tak pięknym zakończeniem. O takim życiu prawdopodobnie marzył i marzy niejeden emigrant. Otrzymać amerykańskie obywatelstwo, bogato się ożenić, poznać wielkich polityków, i jeszcze ze znaczna emeryturą powrócić na starość w rodzinne strony. To się nazywa urodzić pod szczęśliwą gwiazdą.


List 14

Czym jest dla ciebie poezja?

Łatwiej powiedzieć czym nie jest.

Na pewno nie jest źródłem dochodów,

ma pewno nie żyję dla niej. Na pewno

jest ją trudno oszukać. Łatwiej jest

oszukać sąd, państwo. Najłatwiej

siebie, poezji nigdy. Ona domaga się,

aby oddać jej wszystko, łącznie z życiem.

Wielu poetów oddało życie dla niej.

Zdolność pisania wierszy to nie umiejętność

wysławiania się, prorokowania słowem.

Spoglądanie milczeniem pauzy, obnażanie

metafor, to jeszcze nie poezja. Łapanie

chwil pazurami przecinków, kneblowanie

ust wielokropkiem to jeszcze nie poezja.

Trzeba mieć serce, duże serce, tak duże,

że nie trzeba go szukać w głębi siebie.

Takie serce od jednej iskry zapłonie.

Ta garstka popiołu co zostanie to jest

poezja.

Maksymilian Jatowt, ps. Jakub Gordon, fot. domena publiczna

Jakub Gordon [4]

Życie jego i chęć służenia ojczyźnie nadaje się  na co najmniej kilkanaście odcinków serialu w którym Gordon odrywałby główną role. W Ameryce przebywał od 1855 do 1860 roku. Uciekając przed carską policją (fałszując dokumenty) schronił się w Niemczech, a tam „bez przytułku i opieki”, zdecydował się na podróż do Ameryki, w celu polepszenia swojej sytuacji materialnej, a przede wszystkim chciał odpocząć od Rosji, w której był zesłańcem politycznym na Sybirze przez wiele lat.

Tak oto pisze o Ameryce i Polakach tam spotkanych:

Często słyszałem użalających się Polaków w Ameryce. „Gdybym tak był pracował w Polsce – mówił nie jeden z nich – tobym sobie już dawno majątek zebrał„.

Sposób pracowania jest zupełnie inny niż w Polsce. Przybądź no tam kto z lenistwem, prędko odzwyczaisz się od niego. Albo nic nie zrobisz, albo wypędzisz z siebie próżniaka.

Nie na próżno mówi każdy rzemieślnik co się dostał na tę półkule, że trzeba rozpocząć na nowo swój zawód nauką. Jego czynność, równie jak chód nawet muszą być odmienne w Ameryce, bo tam godzinę odbywa się w czterdzieści minutach.

Proszę się przypatrzyć np. polskiemu murarzowi – jak on stoi przy cegłach, których ma użyć do stawiania muru, jak wprzódy trzy razy każdą dwa razy obróci, potem nałoży fajkę, zapali, przywoła chłopca z wapnem i znów cegłę obróci, aż póki ją położy.

Ten sam murarz w Ameryce w tym samym czasie złoży dziesięć cegieł lub kamieni. Dom murowany postawiony zostanie (wprawdzie z pomocą maszyny) w dwa tygodnie; w Polsce potrzeba na to dwa lata.

Autor tych słów pisał je prawie 150 lat temu. Czy dużo różnią się one od  tych „polskich narzekań i spostrzeżeń o Ameryce” w XXI wieku? Chyba nie. Komentarz sam się nasuwa. Ameryka wciąż jest miejscem w którym żyje się wygodnie, lepiej, Amerykanie są szczęśliwsi i dużo więcej i lepiej pracują niż np. Europejczycy. Druga obserwacja, że wciąż niestety trzeba „wszystkiego” uczyć od początku, od stawiania pierwszych kroków poprzez pracę i styl pracy. Ostatnim spostrzeżeniem jest to, że mimo wszystko nasz emigrant wrócił do starej ojczyzny. Nie pozostał w tej tak podziwianej przez siebie Ameryce.


List  21

Napisz, czy ciężko jest być Polakiem w Ameryce?

Kilkanaście lat mieszkałem w Polsce i ciężko

było być Polakiem wśród Polaków.

Polacy to trudne społeczeństwo, uciążliwi,

wiecznie niezadowoleni i nader leniwi,

mało słowni i w gorącej wodzie kąpani.

W Ameryce jest jeszcze gorzej.

Wczoraj młodociany Amerykanin

wyzwał mnie od głupich Polaków.

Chciał, abym dał mu dolara,

ofiarowany dolar mógłby zaoszczędzić mi wyzwisk,

uświadomił mi, że Kościuszko, Puławski niewiele są warci

w historii tego kraju wobec pieniądza.

Dolar to jest coś, za niego można kupić uznanie

( na jak długo).

Jestem głupi, pomyślałem otwierając drzwi samochodu,

jestem głupi, pomyślałem wjeżdżając na autostradę 55,

jestem głupi, a moja głupota jest wielka jak Ameryka

od Atlantyku po Pacyfik,

minąłem chicagowskie Down Town  kierując się na północ,

jestem głupi – a to ciekawe – pomyślałem,

jestem głupim Polakiem dla tych, co coś ode mnie potrzebują,

są  też tacy, którzy potrzebują mnie do pogardy,

aby lepiej się poczuć, wyciszyć swoje kompleksy

nie cierpię z tego powodu, mam świadomość,

że jestem potrzebny tym biednym ludziom

jak chleb, powietrze, woda.

Hnryk Sienkiewicz, drzeworyt Aleksandra Regulskiego, „Tygodnik Ilustrowany”, 1884, nr 92, fpt. domena publiczna

Henryk Sienkiewicz [5]

Pomysłem wyjazdu na drugą półkulę, do Ameryki, zaraziła Sienkiewicza gwiazda scen warszawskich Helena Modrzejewska. I jak pisze we swoich wspomnieniach, Litwos był pierwszym do tego żeby przemawiać za emigracją. W Stanach Sienkiewicz znalazł się na przełomie lutego i marca 1876 roku. Aby spłacić swoje długi zaciągnięte w „Gazecie Polskiej”, która go sfinansowała rozpoczął pisać „Listy z podróży do Ameryki”. Pierwszy list ukazał się w „Gazecie” w około sześć tygodni po przyjeździe autora do San Francisco – 9 maja 1876 roku, ostatnie korespondencje publikowane były w marcu 1878 roku.

Ameryka bardzo służyła pisarzowi, a jego talent poparty został wielką pracowitością i jeszcze większym zapadłem do pracy. W liście do Juliana Horiana donosił:

Zaledwie po półrocznym pobycie (sam się zdumiewał), że zdążył kropnąć już: pięć korespondencji bitego pisma – każda sześć arkuszy, dramat w V aktach p.t. „Na przebój„, opowiadania „Sellin Mirza” i „Szkice węglem”.

Dużo podróżował, zwiedzał, obserwował i jak większość emigrantów, chociaż pisarz emigrantem nie był ,obserwował i porównywał to, co zostało w kraju, do tego co tutaj zastał. Przede wszystkim podróżował po Ameryce co i dzisiaj jest rzadkością, bo większość rodaków jak raz już „zapuści korzenie” to trudno jest ich później gdziekolwiek wyrwać. Sienkiewicz przemierzył Kalifornię od północnego go południowego krańca, od rzeki Klamath po rzekę Gilę. Polował na bawoły w stepach Wyoming, był na pustyni Mohave, zwiedzał kopalnie srebra w Virgina City w stanie Nevada, podziwiał Niagarę, przebywał w Chicago i Nowym Jorku.

Badacze twórczości Litwosa twierdzą, że jego „Listy z podróży” mają rzetelną wartość dokumentarno-historyczną. Tak samo jak szereg wywodów socjologicznych dotyczących Stanów i polskiej emigracji zarobkowej masowo napływającej na ziemię amerykańską po roku 1870 roku. Mylił się pisząc, że wychodźstwo to rychło się wynarodowi, że jest to martwa gałąź narodu polskiego.

W liście do redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” Edwarda Leo, popularnego wówczas dramaturga warszawskiego, pisanym z gór Santa Ana w listopadzie 1876 roku tak pisze:

Z Ameryką jest tak: z początku wszystko mnie raziło, wszystko mi się nie podobało – teraz muszę się bronić sympatii, tym bardziej że czuję się, iż to nie są uczucia z góry powzięte, umówione, ale przeciwnie: mimo uprzedzeń szturmem biorące serce i rozum.

Krótko Wam powiem, jest mi tu tak dobrze, że gdybym miał zapewnione życie wieczne, nie chciałbym go spędzić gdzie indziej.

W tym samy roku 1876 Henryk Sienkiewicz pisał w swoich listach do Warszawy:

Z drugiej strony, spytajcie się tylko naszych obywateli wiejskich, co się dzieje u nas po wsiach, a usłyszycie niezawodnie całe historie o kradzieżach żyta, pszenicy, o wypasaniu nocami łąk i koniczyny, o łamaniu płotów, drzew przy drogach, o nocnych napadach na sady owocowe itd. Tu własność jest szanowana do najwyższego stopnia. Nikt tu, np. w Kalifornii, z powodu ciepłego klimatu nie zamyka koni, owiec, bydła, drobiu; nikt nie otacza ostrokołami ogrodów; nie ma prawie wcale stodół i spichrzów; nie słyszałem jednak nigdy nikogo skarżącego się, żeby mu coś zginęło. Własność prywatna jest tu rzeczą tak świętą, że możesz ją prawie choćby na publicznej drodze złożyć, a nikt jej jeszcze nie ruszy.

O literaturze, poezji i sztukach pięknych kobiety tutejsze niewiele mają pojęcia, przy czym poznanie literatur zagranicznych utrudnia nieznajomość obcych języków. Nie spotkałem kobiety, która by znała rysunek lub malarstwo. Znajomość muzyki, na nieszczęście więcej jest rozpowszechniona, ale za to do najwyższego stopnia powierzchowna. Brak Amerykankom i pracy, i muzycznych zdolności, i wreszcie estetycznego poczucia. Przeglądając nuty w różnych domach tutejszych, nie spotkałem się ani razu z Haendlem, Mozartem, Beethovenem, Szopenem, Lisztem, z mistrzami francuskimi lub włoskimi. Wszędzie znajdowałem tylko jakieś walce, polki, marsz Georgia i… „quausque tandem, Catilina!” [6],  „La prerie d’une vierge” [7] Bądarzewskiej. Tutejsze dziewice grywają ową „La prerie” jeżdżąc wraz z krzesłem wzdłuż klawiatury, wzdychając, podnosząc oczy – słowem: zupełnie jak u nas, co ma oznaczać niewinność, idealność, panieńskie tęsknoty, fałszywe apetyty i tym podobne.

Pobyt w Ameryce i korespondencje, które były publikowane w prasie polskiej, zyskały uznanie i wzbudziły zainteresowanie Sienkiewiczem. Powodzenie pisarza świetnie odmalował Bolesław Prus w artykule „Co p. Sienkiewicz wyrabia z piękniejszą połową Warszawy” na łamach „Kuriera Warszawskiego” z 1880 roku.

Już po powrocie z Ameryki, prawie każda z dam, przechodząc ulicą, posądzała prawie każdego wyższego i przystojnego mężczyznę o to, że jest Sienkiewiczem. (…) Nareszcie spotykając co krok fryzury á la Sienkiewicz, wiedząc, że młodzi panowie jeden po drugim zapuszczają Hiszpanki, starają się mieć posągowe rysy i śniadą cerę, postanowiłem poznać jego samego (…) Z mego kąta widzę, że sala prawie wyłącznie zapełniona jest przez płeć piękną. Kilku mężczyzn, którzy tam byli do robienia grzeczności damom, albo pisania sprawozdań, tak już w ciżbie kobiet potracili poczucie własnej indywidualności, że mówili: byłam, czytałam, wypiłyśmy we dwie sześć butelek…

Tak pisał o Sienkiewiczu  Bolesław Prus, a  Julian Krzyżanowski  historyk literatury, o naszym Nobliście tak napisał:

Schodząc z pokładu „Germanikusa” na bruk nowojorski trzydziestoletni Henryk Sienkiewicz był tylko dobrze zapowiadającym się „prozatorem”. Rozstając się  zaś z Ameryką miał już nie tylko poważne wzbogacony dorobek, ale przede wszystkim bogaty był w doświadczenia będące podglebiem, na którym w kilka lat później wyrosła twórczość autora powieści historycznych od ?Ogniem i mieczem” po „Krzyżaków” i „Na polu chwały”. 

Dalej czytamy, że gdyby twórca „Hani” nie wyjechał z Warszawy

byłby się udusił i zmienił w wyrobnika prasowego, (…) gdyby nie przypadek otwierający mu szlak szczęśliwej przygody, szlak, który wiódł go na nieoczekiwanie wyżyny. Wkroczenie na szlak ten stała się podróż do Ameryki.


List 22

Napisz coś o Ameryce.

Napisać  „coś” o Ameryce może tylko ten, co tutaj

był kilka miesięcy. „Coś” tak wielkie jak Ameryka

trudno jest zrozumieć, opisać.

„Coś” wierzy w istnienie

dzieci urodzonych ze srebrną łyżeczką w ustach.

Amerykę najprościej opisać jako sen

wiele snów luźno powiązanych ze sobą

ciężką głową nurkującą w kosmosie nocy

jak rakieta uwięziona na korzeniu kręgosłupa

z ciężarkami stóp

Helena Modrzejewska, fotografia wykonana w Nowym Jorku, ze zbiorów Joanny Sokołowskiej-Gwizdka

Helena Modrzejewska [8]

Gdy opuszczała Warszawę była gwiazdą numer jeden  scen polskich. O jej względy ubiegali się najwybitniejsi literaci drugiej połowy XIX wieku. Adam Asnyk, Aleksander Świętochowski, Teofil Lenartowicz. Kochał się w niej Stanisław Witkiewicz, malarz Chełmoński, Adam Chmielewski późniejszy brat Albert, kochał się w niej Henryk Sienkiewicz. Zanim wyjechała z Polski miała ustaloną pozycję, nikt jej nie zagrażał, nawet nie był w stanie się zbliżyć do niej. Uważana była za najpiękniejszą kobietę swojej epoki, poeci, malarze, dziennikarze, uwielbiali ją, posiadała niesamowity talent i wdzięk, ale jej marzeniem  była gra „Szekspira w jego własnym języku”.  Jednak nie wybrała sceny angielskiej tylko amerykańską.

Zadebiutowała na scenie amerykańskiej 20 sierpnia 1877 roku w California Theatre w San Francisco. Zdobyła publiczność i krytykę.

Teatr wył, ryczał, klaskał, tupał, – jak donosił obecny na przedstawień Henryk Sienkiewicz. – Już wiosną 1878 roku naśladowano jej toalety – suknie a la Modjewska, kapelusze a la Modjewska, – bo takie używała nazwiska w Stanach  nie potrzebowała nawet roku aby podbić Amerykę.  Jej wizerunkiem ozdabiano pudełka zapałek i cygar, a w restauracjach podawano kompot  a la Modjewska. 

Jak sama gwiazda teatru pisze w swoich „Wspomnieniach”, które zostały  oparte na notatkach, korespondencji i materiałach prasowych:

Po próbie Mc Cullough podszedł do mnie, aby porozmawiać. Był widocznie wzruszony i powiedział mi wiele pochlebnych rzeczy i od razu ustalił datę mojego debiutu  na 13 sierpnia. Przed pożegnaniem zapytał, jak się pisze i wymawia moje nazwisko. Napisałam je w całości w polskiej ortografii – „Helena Modrzejewska” i wręczyłam mu kartkę. Spojrzał na to, uśmiechnął się i poskrobał w głowę i powiedział: – Wątpię, czy to kto na świecie potrafił odczytać. Obawiam się, że będzie pani musiała zmienić swoje nazwisko madame!.

Bardzo ciekawie opisuje madame Modjewska, bo takie w końcu wybiera „amerykańskie nazwisko”, spotkanie z Henry Wadsworth Longfellowem jednym z najbardziej znanych i wybitnych  poetów Ameryki. Uważany przez Amerykanów za giganta  – intelektualistę  amerykańskiej kultury, która w owym czasie nie istniała i cokolwiek było znane i uznane przez Amerykanów pochodziło z Europy,, przeważnie z Anglii. H.W. Longfellow, był uznany za równym takim pisarzom i myślicielom amerykańskim  jak . Nathaniel Hawthorne, Ralph Waldo Emerson, Henry David Thoreau, Oliver Wendell Holmes lub William Prescott. Oni byli uznani za reprezentantów  intelektualnej ówczesnej Ameryki.

Rok 1878. Jednym z najbardziej ważkich wydarzeń podczas mojego pobytu w Bostonie było spotkanie z Henry W. Longfellowem. […] Mówił dalej w ten sposób, ze swobodą skończonego światowca i tym mnie po prostu oczarował. Potem wszedł do pokoju Ralf i obydwoje zostaliśmy zaproszeni na lunch do domu poety w Cambridge. Wielkim urokiem Longfelowa była właśnie ta doskonała prostota, tak rzadka u sławnych ludzi. Nie znajdowałam u niego ani cienia protekcjonalności, jakże częstej u znanych pisarzy. Sławny i niezarozumiały człowiek jest rzadkością, ale w autorze Ewangeliny i Hiwawathy nie było ani krzty zadufania. Do komplementów zdawał się nie przywiązywać wielkiej wagi. 

Ze wspomnień Heleny Modrzejewskiej nie dowiemy się o tym jak żyli ówcześni polscy emigranci, ani czym żyła amerykańska społeczność. Problemy jednych i drugich nie były znane Modrzejewskiej, ona bywała w kręgach ludzi wpływowych i bogatych, mogących sobie pozwolić na życie ponad przeciętną, jej znajomi i wielbicie to bankierzy i politycy, senatorzy i kongresmani, generałowie i bogaci obszarnicy ziemscy. Na powrót do Polski, do ojczyzny, Modrzejewska nie zdecydowała się, za bardzo się zamerykanizowała, na stare lata sprzedała posiadłość w Santiago Canyon i kupiła nową na wyspie Bay Island w East Newport w Kalifornii. Sprawami polskimi interesowała się do końca swojego życia:

losy nieszczęsnej ojczyzny poruszają nas do głębi serca i zawsze śledzimy z najwyższym udziałem i bólem ucisk  tej najbardziej skrzywdzonej części  naszego kraju, która pozostaje pod zaborem prusko-niemieckim – pisała.

Ignacy Jan Paderewski przemawia do tłumów w Nowym Jorku, fotografia ze zbiorów Joanny Sokołowskiej-Gwizdka

Ignacy Jan Paderewski wirtuoz i polityk [9]

Ten „pierwszy” zdobył całą muzyczną Europę, obie Ameryki i Afrykę. Jego nazwisko podobno było znane nawet Eskimosom. Człowiek, który zawarł w sobie, w swoim charakterze, osobowości, wszystko to, co najpiękniejsze, wszystko to co zwykły normalny Polak powinien w swoim sercu mieć – umiłowanie ojczyzny i ogromną pracę nad sobą oraz swoim warsztatem.

Bez niego trudno jest nawet wyobrazić sobie jakby wyglądała Polska, jakby miały się sprawy polskie gdyby nie jego muzyka. Po raz pierwszy Paderewski trafił do Stanów Zjednoczonych jako 30-letni pianista, cieszący się już zasłużoną sławą w Europie, a nawet popularnością podobną do dzisiejszych celebrytów, a to dzięki osobistemu urokowi, urodzie i bujnym falom blond włosów. W USA zrobił furorę. Jego zarobki w firmie Steinway, produkującej fortepiany i organizującej koncerty, wyniosły podczas tournée w 1891 roku – na dzisiejsze pieniądze – niemal 2 mln dol., a następnego roku aż 3,2 mln dol. Były to wpływy jedynie z biletów, nie licząc sprzedaży wydawnictw nutowych własnych kompozycji (a jego „Menuet G-dur” sprzedano w nakładzie ponad 1 mln egzemplarzy). Żaden muzyk tyle wtedy nie zarabiał. Sukces finansowy przybysza zza oceanu Amerykanów nie raził. Przeciwnie – powiększał tylko jego sławę i powszechne uznanie. Paderewski ruszył także utartym szlakiem do USA, szukając tam pomocy. W trakcie licznych koncertów – jak zanotował w pamiętnikach – z reguły zwracał się do publiczności ze słowami:

Proszę was: mówcie o Polsce waszym życzliwym, dobrym przyjaciołom. Powiedzcie im, że hen daleko od waszego kwitnącego kraju, zasobnego, szczęśliwego kraju, żyje w ogromnej nędzy wielki naród. Zgnębiony biedą, a jego cierpienia przekroczyły wszelkie granice ludzkiej wytrzymałości. Powiedzcie im, że ten właśnie naród, gdy oni byli w potrzebie, posłał im Kościuszkę i ofiarował Pułaskiego.

Część 2:

Zobacz też:

________________________________________________

Źródła:

Wszystkie wiersze pochodzą z tomu Adama Lizakowskiego p.t. „156 Listów poetyckich z Chicago do Pieszyc„, wydanego przez Urząd Miasta i Gminy Pieszyce w 2012 r.

[1] Ameryka w pamiętnikach Polaków. Antologia. Wybór i komentarze Bogdan Grzeloński. Wydawnictwo Interpress. Warszawa 1975 rok. Skrót AWPP, będziemy używać jako źródła informacji.

[2] Tomasz Kajetan Węgierski (ur. 1756 r. na Podlasiu, zm. 1787 r. w Marsylii) – polski poeta epoki oświecenia, szlachcic, badacz i podróżnik, tłumacz, satyryk i wolnomularz.

Wokół postaci Węgierskiego panowała atmosfera skandalu i sensacji ponieważ poeta ten w sposób zjadliwy i gwałtowny atakował wady i niesprawiedliwości swojego wieku oraz wysoko postawione na dworze osoby, nie wyłączając króla. Cała jego twórczość zamyka się w latach siedemdziesiątych. Niektóre utwory ukazywały się na łamach „Zabaw przyjemnych i pożytecznych”, jednak większość pozostała w rękopisach. Uczył się w Collegium Nobilium. Był kancelistą w Departamencie Sprawiedliwości Rady Nieustającej, utracił posadę po opublikowaniu jednego ze swoich utworów satyrycznych i musiał opuścić kraj. Podróżował po Europie i Stanach Zjednoczonych. Charakteryzuje go postawa libertyńsko-epikurejska. Prowadził walkę przeciwko obskurantyzmowi sarmackiemu, był antyklerykałem.

[3] Julian Ursyn Niemcewicz  (ur. 1757 r. w Skokach koło Brześcia Litewskiego, zm. 1841 w Paryżu) – polski dramaturg, powieściopisarz, poeta i pamiętnikarz.

Pochodził ze średniozamożnej rodziny szlacheckiej (później jednego z najbogatszych rodów Polesia). Ukończył warszawski Korpus Kadetów. Był adiutantem Adama Kazimierza Czartoryskiego. Zwiedził Francję, Anglię i Włochy. Poseł inflancki Sejmu Wielkiego, aktywny członek Stronnictwa Patriotycznego, współautor (z Hugonem Kołłątajem) projektu Konstytucji 3 Maja. W 1791 r. był jednym z założycieli Zgromadzenia Przyjaciół Konstytucji Rządowej. Po zwycięstwie Targowicy przebywał na emigracji w Niemczech. Sekretarz Tadeusza Kościuszki podczas insurekcji kościuszkowskiej. Został wzięty do niewoli po bitwie pod Maciejowicami i osadzony w Twierdzy Pietropawłowskiej w Petersburgu. W 1796 r. uwolniony przez cara Pawła I razem z Kościuszką udał się do USA, gdzie zamieszkał ożeniony z Amerykanką. W latach 1802-1804 odwiedził Polskę, w 1807 wrócił do kraju. Od 1822 osiadł w swych dobrach w podwarszawskim Ursynowie (które chciał nazwać nota bene Ameryka), wprowadził tam nowoczesne metody ogrodnictwa i bez reszty oddał się twórczości literackiej. Pełnił urząd sekretarza senatu w Księstwie Warszawskim i Królestwie Kongresowym. Podróżował po kraju jako wizytator szkół. Członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk od 1802 aż do 1826 r. jako prezes. Przeciwnik konspiracji, a zwolennik legalizmu. Po wybuchu powstania listopadowego w 1830 r. wyjechał w misji dyplomatycznej do Londynu. Od 1833 r. w Paryżu związany był ze stronnictwem Adama Jerzego Czartoryskiego. Został pochowany na cmentarzu des Champeaux w Montmorency.

[4] Maksymilian Jatowt właściwe nazwisko Maksymilian Jatowt (ps. Jakub Gordon),  nie znamy dokładnej daty urodzenia, pomiędzy latami 1823-1827. Miał kontakt z ludźmi księdza  Piotra Ściegiennego – organizatora powstań chłopskich w 1844 r. W drodze na Sybir udaje mu się zbiec z konwoju i przedostać do Galicji, później na Śląsk. W Mikołowie spotyka poetę Cypriana Kamila Norwida, który udziela mu pomocy – pożycza pieniądze i swój paszport.  Podróżuje po Europie . W 1848 roku udaje się do Polski tam nieopatrznie przekracza granicę zaboru rosyjskiego i ponownie wpada w ręce władz carskich. Zostaje oskarżony o współpracę z lewicą emigracyjną, o dezercję i zostaje skazany na służbę w karnych batalionach – początkowo na Uralsku, następnie w Orenburgu.

W 1855 r, po sześciu latach, jeszcze raz wymyka się władzom carskim, ucieka do Niemiec, ale tam jak pisze „myśli jego kierują się ku łagodnemu horyzontowi i politycznemu Stanów Zjednoczonych”.

W Ameryce spędza pięć lat, przyjmuje amerykańskie obywatelstwo, zwiedza wiele stanów przeważnie leżących w dorzeczu ”matki” rzek amerykańskich – Mississippi. W 1860 r. wraca do Europy, do Francji i debiutuje tomikiem wspomnień z okresu służby w carskim wojsku p.t. „Moskwa. Pamiętnik Polaka z Korony, obywatela Stanów Zjednoczonych”. W 1866 r. wraca do kraju i osiedla się w Galicji. Od 1872 r. mieszka we Lwowie, umiera 27 listopada 1895 r.

[5] Henryk Adam Aleksander Pius Sienkiewicz pseudonim Litwos (ur. 1846 r. w Woli Okrzejskiej, zm. 1916 w Vevey w Szwajcarii) – polski powieściopisarz i publicysta, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w roku 1905 za „całokształt twórczości”. Jeden z najpopularniejszych pisarzy polskich przełomu XIX i XX w.

[6] Quausque tandem, Catilina!…, łac. – „Jak długo więc Katylino!”.. słowa Cycerona z mowy przeciwko Katylinie.

[7] La piere d’une vierge  franc. – Modlitwa Dziewicy, popularny wówczas utwór muzyczny.

[8]  Helena Modrzejewska (ur. 1840 w Krakowie, zm. 1909 w Newport Beach w Kalifornii, USA) – wybitna polska aktorka specjalizująca się w rolach szekspirowskich i tragicznych (rola tytułowa w „Marii Stuart” Juliusza Słowackiego).

W 1876 r. emigrowała do Kalifornii i od tej pory występowała głównie w Stanach Zjednoczonych jako Helena Modjeska. Modrzejewska emigruje do Kalifornii wraz rodziną, Julianem Sypniewskim z rodziną, Łucjanem Paprockim oraz Henrykiem Sienkiewiczem. Do grupy planującej emigrację początkowo należeli też Staisław Witkiewcz oraz Adam Chmielowski – obydwaj jednak zrezygnowali z wyjazdu. Emigranci osiedlili się miejscowości Anaheim w Kalifornii gdzie prowadzili farmę. Z tego okresu wywodzą się „Szkice węglem” Henryka Sienkiewicza.

Grupa osadników z czasem rozstaje się. Modrzejewska po paruletniej bytności za granicą i nauce języka angielskiego z sukcesem debiutuje w Stanach Zjednoczonych na deskach California Theatre. Kontynuuje swą karierę aktorską na obczyźnie; przeważnie występując na scenach amerykańskich i angielskich. Zyskuje uznanie i rozgłos. W 1883 r. przyjmuje obywatelstwo amerykańskie. Grając w języku angielskim ugruntowała swoją międzynarodową sławę.

[9] Ignacy Jan Paderewski (ur. 1860 r. w Kuryłówce na Podolu, zm. 1941 r. w Nowym Jorku). Wybitny pianista, kompozytor, polityk, premier Polski, działacz niepodległościowy, profesor konserwatorium w Warszawie.




Marceli Nencki – stypendysta Alfreda Nobla

Dwór w Boczkach, „Wieś Ilustrowana”, kwiecień 1913 r.

Maria Duszka (Sieradz)

Być może nie zainteresowałabym się postacią Marcelego Nenckiego, gdyby nie to, że w 2017 r. podczas Międzynarodowego Festiwalu Poetyckiego „Maj nad Wilią” w Wilnie poznałam panią Katarzynę Markiewicz. Jak się okazało, jest ona potomkinią i spadkobierczynią rodu Nenckich. Mieszka w Wodyniach w powiecie siedleckim, ale każdego roku w okolicy dnia Wszystkich Świętych przyjeżdża do Boczek w gminie Szadek, aby zapalić znicze przed kapliczką, która pozostała w parku dworskim. Odwiedza także cmentarz w Rossoszycy, gdzie znajduje się grób rodziny Nenckich. Tak się złożyło, że z Boczek pochodził także mój dziadek Władysław Dostatni,  tata mojej mamy, który zginął w czasie wojny w obozie koncentracyjnym  Gross – Rosen. Przodkowie moi i Katarzyny Markiewicz na pewno więc się znali. Dziwnym zrządzeniem losu, my, ich potomkinie poznałyśmy się na Litwie. I właśnie to spotkanie, rozmowy z panią Katarzyną zainspirowały mnie do bliższego poznania fascynującej biografii naszego uczonego. 

Zacznijmy jednak od historii rodu. Nenccy (pierwotna forma nazwiska to Nencha) wywodzą się z Inflant. W XVII w. otrzymali tytuł szlachecki i prawo używania herbu Lubicz. Mieszkali w Braniewie na Mazurach. W 1841 r. Wilhelm i Katarzyna Nenccy zostali właścicielami wsi Boczki, Sikucin i Kobyla koło Szadku. Mieli prawdopodobnie piętnaścioro dzieci, z czego ośmioro zmarło we wczesnym dzieciństwie.

BOCZKI – BERNO

Marceli Nencki urodził się 15 stycznia 1847 r. Wcześnie został sierotą – jego ojciec zmarł, gdy chłopiec miał 13 lat, matka cztery lata później. Zanim jednak to się stało, już w wieku 9 lat rozpoczął naukę w gimnazjum w Piotrkowie. Ukończył ją w 1863 r. i od razu przyłączył się do powstania styczniowego. Po jego upadku, w obawie przed represjami, zmuszony był wyjechać do Krakowa, gdzie zaczął studiować filozofię. Okazało się jednak, że i w tam nie mógł czuć się bezpiecznie. Przeniósł się więc do Drezna, gdzie zaopiekował się nim pisarz Józef Ignacy Kraszewski, który był zaprzyjaźniony z rodziną Nenckich. Za jego radą Marceli podjął studia na wydziale filozoficznym uniwersytetu w Jenie, uczył się tam głównie języków starożytnych. Wkrótce przeniósł się do Berlina, gdzie, podobnie jak jego brat Leon, rozpoczął studia medyczne na uniwersytecie. Już wtedy zaczął się interesować procesami chemicznymi zachodzącymi w organizmach żywych czyli nauką, którą po jego śmierci nazwano biochemią  – terminu tego w języku polskim po raz pierwszy  użyto we wspomnieniach o Nenckim na łamach „Czasopisma Lekarskiego” w 1901 r.

Przyjście z wieńcem, z teki p. Nenckiego z Boczek (podpis pod zdjęciem w gazecie), „Wieś Ilustrowana”, przypuszczalnie sierpień 1911 r.

W 1870 r. po napisaniu rozprawy pt. „Utlenianie związków aromatycznych w ciele zwierzęcym” Nencki uzyskał stopień doktora medycyny. Przez dwa kolejne lata prowadził badania z zakresu chemii organicznej w Akademii Technicznej pod kierunkiem Adolfa Baeyera. Jego nowatorskie, odkrywcze prace naukowe zwróciły na niego uwagę środowiska naukowego. Zaczęto doceniać jego talent, przenikliwy umysł i niezwykłą pracowitość. Został asystentem w Instytucie Anatomii Patologicznej w Bernie (Szwajcaria). Tam, doceniony przez życzliwych starszych kolegów, szybko zdobywał kolejne stopnie naukowe: docenta, profesora honoris causa, profesora nadzwyczajnego, a potem profesora zwyczajnego. Już w wieku 30 lat objął specjalnie dla niego utworzoną katedrę chemii fizjologicznej. Wkrótce został kierownikiem Instytutu Chemii Medycznej. Mógł prowadzić badania, które wywierały duży wpływ na rozwój medycyny, nie tylko szwajcarskiej. Jego sława jako autorytetu naukowego, ale także życzliwego, niezwykle lubianego człowieka sprawiła, że do jego katedry zaczęli przyjeżdżać młodzi naukowcy nie tylko z całej Europy, ale także Ameryki. Konieczne stało się wybudowanie nowej, obszernej siedziby instytutu, gdzie pomieściliby się wszyscy chętni chcący pracować pod kierunkiem polskiego uczonego.

Dr Jakowski, jeden z jego uczniów tak pisał:

Gdy się przybyło do Berna, po pierwszym zaraz widzeniu się z profesorem, po pierwszych jego radach i wskazówkach, zwłaszcza przybysz z naszego kraju czuł się jak u siebie. Ta życzliwość jego i serdeczność nie ograniczała się tylko do stosunków profesora do uczniów w laboratorium, podczas zajęć naukowych, lecz cechowała i prywatne jego stosunki z rodakami przybyłymi doń po wiedzę. Mogę śmiało powiedzieć, że korzyść odniesiona z pobytu w pracowni Nenckiego przewyższała to, na co udający się do niej był przygotowany.

Podkreślano, że:

Był on człowiekiem, którego każdy musiał polubić. Życzliwość ludzką zyskiwał niesłychaną prostotą charakteru, zupełnym brakiem zawiści fachowej i najzupełniej równym postępowaniem ze wszystkimi: uczonymi – kolegami, studentami, asystentami, możnymi świata tego i posługaczami pracownianymi.

W Bernie Nencki ożenił się z Marią Heleną Schultzen, siostrą swojego kolegi. Miał z nią syna Leona Jana, który został lekarzem. Małżeństwo to dość szybko rozpadło się. Nenckiego nie interesowało światowe życie, jakie lubiła wieść jego żona, i odwrotnie. Maria pozostała w Berlinie, Marceli wyjechał do Rosji. Pozostali jednak w przyjaźni, przez całe życie korespondowali z sobą.

STYPENDIUM OD NOBLA

Po 20 latach pracy w Bernie Marceli Nencki otrzymał zaproszenie do Petersburga. Zaproponowano mu kierowanie Zakładem Chemii w powstającym tam Instytucie Medycyny Eksperymentalnej. Do Rosji pojechało z nim kilkoro jego współpracowników i asystentów, w tym Nadia Sieber – Szumowa.

Czuję się tu jako tako. Kraj jest mi obcy, ale w laboratorium swoim posiadam bogate wyposażenie i wszystkie środki, abym mógł pracować. I to jest dla mnie rzeczą najważniejszą – pisał z Petersburga w jednym z listów do bliskich.

Nencki współpracował ściśle z kierującym Zakładem Fizjologii Iwanem Pawłowem (tym od „odruchu Pawłowa”). W 1894 r. obaj uczeni otrzymali stypendium  od samego Alfreda Nobla. W liście skierowanym do nich fundator pisał o swoim głębokim zainteresowaniu eksperymentami z zakresu fizjologii oraz problematyką  starzenia się i umierania.

Alfred Nobel finansował badania Nenckiego i Pawłowa

Nasz uczony był nie tylko teoretykiem, ale dążył do tego, aby wyniki jego badań mogły mieć zastosowane w praktyce. Między innymi w znacznym stopniu przyczynił się do zwalczenia wielu chorób zakaźnych, w tym epidemii cholery. Stworzył także szczepionkę przeciwko atakującej bydło epidemii dżumy i księgosuszu. Prowadzenie badań nad tymi specyfikami wiązało się z koniecznością wyjazdów w głąb Rosji – na Kaukaz i do Kraju Zabajkalskiego. Jak wyglądała taka praca w terenie? Nencki pisał w liście do żony:

Mam na głowie ponad 300 sztuk bydła, w tym 40 sztuk bawołów i wielbłądów – prawdziwych czworonogów – wobec 30 osób personelu, około 10 lekarzy weterynarii oraz zmęczonych i rozdrażnionych asystentów. To wszystko w porządku i harmonii utrzymać, zaopatrzyć i w stosunku do każdego być sprawiedliwym i przyjacielskim – jest niemałą sztuką.

Nie było więc łatwo, ale dzięki jego pracy w ciągu kilku lat zostały opanowane epidemie powodujące śmierć setek tysięcy zwierząt. Rosja miała za co być mu wdzięczna.

W 1897 r. zorganizowano obchody 25-lecia pracy naukowej Marcelego Nenckiego. Został członkiem honorowym Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego i Towarzystw Lekarskich w Wilnie, Krakowie i Lwowie, a władze rosyjskie nadały mu tytuł… generała. Nencki podziękował za przyznane wyróżnienie i jednocześnie wystąpił z pisemną prośbą, aby zwolniono go z konieczności noszenia munduru generalskiego i orderów.

Tęsknił do kraju, często spędzał wakacje w Boczkach. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że pracując w dużych, dobrze wyposażonych ośrodkach naukowych ma większe możliwości rozwoju. Otrzymywał propozycje objęcia katedry farmakologii i farmakognozji, a także chemii na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem oferowano mu pracę na Uniwersytecie Lwowskim,  jednak z różnych przyczyn nie zdecydował się na to.

Gdyby dane mu było żyć dłużej, być może wróciłby do kraju. Był w pełni sił twórczych, kiedy zaatakował go rak żołądka. Być może do rozwoju tej choroby w jakiś sposób przyczynił się intensywny, wyczerpujący tryb życia jaki uczony prowadził. Zmarł  w wieku 54 lat, 14 października 1901r.  Został pochowany na cmentarzu ewangelicko-reformowanym w Warszawie.

PATRON INSTYTUTU BIOLOGII DOŚWIADCZALNEJ

Katedrę Chemii w Petersburgu objęła po nim Nadia Sieber – Szumowa. Ona też ofiarowała w 1909 r. 50 tysięcy rubli na utworzenie Instytutu Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego w Warszawie. Ideę tę zrealizowano dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. Pierwszym dyrektorem Instytutu był prof. Kazimierz Białaszewicz, pod jego kierownictwem powstała wiodąca placówka biologiczna w kraju. W jej skład wchodziły: Zakład Fizjologii, Zakład Biologii Ogólnej i Zakład Neurobiologii. W latach dwudziestych utworzono Zakłady Embriologii Doświadczalnej, Morfologii i Biometrii. Powstała także sieć ośrodków terenowych: Stacja Hydrobiologiczna na jeziorze Wigry, Stacja Morska na Helu i Stacja Rzeczna w Pińsku. W okresie wojny Instytut  poniósł ogromne straty, zginęło wielu jego pracowników. W latach 50. otrzymał nową siedzibę przy ul. Pasteura 3 w Warszawie i został włączony w struktury Polskiej Akademii Nauk. Obecnie pracuje w nim około 300 osób.  

Marceli Nencki zostawił po sobie w sumie 173 prace z wielu dziedzin: chemii organicznej, fizjologicznej i lekarskiej, a także bakteriologii i epidemiologii. Dorobek naukowy jego życia został opublikowany w języku niemieckim pod tytułem „Opera omnia” w 1904 r. w Braunschweig (Brunszwiku). O tym, że jego osiągnięcia są cenione do dziś, świadczyć może fakt, że w 2011 r. nakładem wydawnictwa Nobel Press ukazało się wznowienie wersji niemieckiej oraz wersja włoska jego dzieła. Niestety, do tej pory nie ukazało się wydanie polskie. O poziomie jego dokonań najlepiej świadczy fakt, że mimo ogromnego postępu w dziedzinach, którymi się zajmował, jego prace są do dziś cytowane w literaturze światowej.  

W 1904 r. Iwan Pawłow otrzymał Nagrodę Nobla (ustanowioną trzy lata wcześniej – w roku śmierci Marcelego Nenckiego). Być może, gdyby żył, otrzymałby ją także nasz uczony. Nencki współpracował przecież z Pawłowem, dopomógł mu także w publikacji jego prac na zachodzie Europy.  

Na podstawie tego dokumentu wysiedlono rodzinę Nenckich z Boczek

WYSIEDLENI                                              

Brat Marcelego, Leon po studiach w Niemczech i Szwajcarii był przez wiele lat ordynatorem oddziału wewnętrznego szpitala św. Ducha w Warszawie. Zmarł w 1904 r. W trzy lata później odszedł z tego świata kolejny z braci – mieszkający w Boczkach Adam Nencki. Jego syn, również Adam (to bardzo często występujące imię w tej rodzinie) był m.in. współzałożycielem i prezesem Kółka Rolniczego w Szadku. W 1924 r. podjął próbę (wtedy jeszcze nieudaną) utworzenia banku spółdzielczego w tym mieście.

Na początku II wojny Nenccy musieli opuścić rodową posiadłość. W archiwum rodzinnym zachował się pisany po niemiecku dokument, na podstawie którego dokonano wysiedlenia. Jest w nim mowa o tym, że Barbara Kowalska  i Barbara Nencka muszą opuścić Boczki i wyjechać do Generalnej Guberni do dnia 16.12.1939 r. Mogły zabrać ze sobą bagaż podręczny i 100 marek. Część wyposażenia dworu przekazały na przechowanie służbie. Wyjechały do majątku Adama Nenckiego w Zgórznicy koło Stoczka Łukowskiego. W tamtejszym dworze przez cały okres wojny bardzo aktywnie działała komórka Armii Krajowej. Niektórzy członkowie rodziny przypłacili to życiem.

W 1950 r. zabrano Nenckim majątek w Zgórznicy. Okazało się, że nie mogą też wrócić do swojej siedziby rodowej w Boczkach – ich dawni pracownicy oddali im wtedy przechowywane u siebie książki, obrazy i inne przedmioty. Dzisiaj należą one do Katarzyny Markiewicz. To jej mama, Barbara Nencka w 1939 r. musiała na zawsze opuścić Boczki. Pani Katarzyna czyni starania o odzyskanie tego, co zostało z rodzinnych włości. Szkoda jej starego, pięknego niszczejącego parku, o który nikt nie dba. Marzy także choć o tym, aby w Boczkach została w jakiś sposób upamiętniona historia rodu Nenckich, a zwłaszcza najwybitniejszego z nich, Marcelego. 

Herb rodu Nenckich Lubicz




Jurij Piotrowicz Kuzmin – rosyjski nauczyciel w Gwinei

Wspomnienia reżysera-dokumentalisty z pocz. lat 60.

Afryka, fot.  Henri Willox z Pixabay

Tadeusz Jaworski (1926-2017)

Wybór, opracowanie tekstu i redakcja Joanna Sokołowska-Gwizdka

W sercu Czarnego Lądu w niedawnej jeszcze francuskiej Afryce Zachodniej, po wyzwoleniu w Republice Gwinei, w  miasteczku Labe, położonym na okalających go wzgórzach, odwiedziłem College Clasique et Moderne. Oprowadzał mnie z dumą młody nauczyciel – Habib Bah. Dość często spotykam tu tubylców noszących to samo nazwisko, co dynastia monarchów Bah, z Futa Dżalon. Może królowie cieszyli się za życia tak ogromnym kultem ich wasali, że z miłości i szacunku co drugiemu dziecku, nadawano jego nazwisko, albo monarchowie zapładniali kobiety w imię „imperium et libertas”, nadając wielkodusznie dzieciom zrodzonym z nieprawego łoża, przywilej noszenia ich nazwisk (oczywiście bez roszczeń do tronu).

Wśród grona pedagogów poznałem tu również siedmiu białych nauczycieli. Podczas naszej konwersacji, padało od czasu do czasu nazwisko Kuzmin… profesor Kuzmin. Było to rosyjskie nazwisko, co do tego nie miałem wątpliwości. Tylko skąd na miłość boską, w tym małym, zagubionym w buszu Labe, wśród mieszkających tu muzułmanów, wziął się nagle Jurij Piotrowicz Kuzmin… i do tego profesor? Na placyku przed hotelem, jacyś chłopcy grali w piłkę nożną. Spytałem wiec pierwszego z nich czy przypadkiem nie zna profesora Kuzmina. Chłopak przytrzymał prawą nogą leżącą przed nim na ziemi piłkę i spojrzał na mnie z zaciekawieniem. Reszta z nich, stojąc obok przyglądała mi się dość  podejrzliwie. Po pewnej chwili mały chłopak wykopnąwszy piłkę w stronę swoich kolegów spojrzał na mnie z uśmiechem i powiedział po francusku – Proszę Pana, to jest mój profesor.Tak, tak – krzyknęli jeden przez drugiego pozostali. – Proszę Pana, Proszę Pana, to jest nasz profesor. Dzięki temu zbiegowi okoliczności nie miałem już potrzeby udawać się powtórnie do college’u, aby dowiedzieć się więcej szczegółów na temat profesora Kuzmina. Wystarczyło, jak się okazało, wystawić nos na ulicę przed hotelem i spytać pierwszego lepszego ucznia szkolnego.

Okazało się, że profesor Kuzmin jest tu niezwykle popularną osobą i znają go niemal wszyscy, młodzi i starzy. Po chwili zrobiło się koło mnie tłoczno, gdyż grupka dzieci otoczyła mnie kołem przekrzykując – Profesor rosyjskiego… Kuzmin, Kuzmin. Jeden z uczniów, nieco starszy od pozostałych, mający mniej więcej około 10-ciu lat, złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. – Proszę Pana, proszę iść za mną. Po chwili przystanął i  spojrzawszy mi prosto w oczy uśmiechnął się i powiedział – nazywam się Ibrahim. – Ibrahimie, jesteś eleganckim uczniem – odpowiedziałem.

Szliśmy wąskimi uliczkami, wśród kolorowego tłumu przechodniów. Mały Ibrahim, o skórze koloru hebanowego, połyskującej w słońcu jak welwet i widocznym w jego  oczach sprycie i ja – Europejczyk ubrany w myśliwskie ubranie w kolorze khaki i kapelusz a la safari, jakbym się co najmniej wybierał na polowanie. Po drodze minęliśmy mnóstwo małych sklepików, kramów i stoisk oraz ulicznych domokrążców. Dzięki Ibrahimowi w jednym z tych małych sklepików znalazłem profesora Kuzmina.

Mały Ibrahim dokładnie wiedział więc, gdzie go szukać. Profesor Kuzmin kończył właśnie robić drobne zakupy. Ibrahim złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę Kuzmina, jednocześnie wskazując na niego – To, proszę Pana jest mój profesor. W tym małym mieście, gdzie białych można policzyć na palcach, nie miałem wątpliwości, że to profesor Kuzmin. Stał przed półkami zarzuconymi rozmaitego rodzaju towarami bławatnymi i puszkami konserw. Podszedłem do niego. Spojrzał na mnie nieco zafrapowany, jakbym przybył z innej planety. A ja zwróciłem się do niego po rosyjsku. – Przepraszam, zakładam, że jest Pan Jurij Piotrowicz Kuzmin. A następnie sparafrazowałem znaną powszechnie scenę ze spotkania nad jeziorem Tanganika, Sir Henry Mortona Stanleya (odkrywca Afryki w XIX w. red.) z doktorem Dawidem Livingstonem. – Dzień dobry, profesorze Kuzmin, nazywam się Tadeusz Jaworski, jestem z Warszawy. W pierwszej chwili Kuzmin z nieukrywanym wzruszeniem o mało nie zamienił się w legendarny „słup soli”. Szybko jednak opanował się i spokojnym już głosem odpowiedział pięknym literackim językiem rosyjskim, z charakterystyczną melodią oraz bez najmniejszych naleciałości i akcentów obcego języka, tak często przez nas nabywanych, po wielu latach przebywania za granicą.

Bardzo mi miło Panie Tadeuszu Jaworski, miło mi też, że jest Pan z Warszawy, bo już myślałem, że przybył Pan z innej planety. Wskazał ręką na błękitny, jak farbka do prania, nieboskłon. Moj mały przewodnik Ibrahim, stał obok patrząc mi uporczywie prosto w oczy. Zrozumiałem jego aluzję i to jego złudne, smętne spojrzenie. Dałem mu kilka gwinejskich franków, które szybko schował do kieszonki spodenek i skwitował – Bardzo dziękuję, proszę Pana. Profesor Kuzmin uśmiechnąwszy się do niego, pogłaskał go po ojcowsku po jego krótkiej „barankowej” czuprynie, dziękując mu za pomoc jaką okazał mi w jego znalezieniu. – Ibrahim jest jednym z moich lepszych uczniów – powiedział – i dobre dziecko. Wyszliśmy ze sklepiku  na rozgrzaną słońcem gwarną ulicę.   

Jurij Piotrowicz Kuzmin był „białym” emigrantem z porewolucyjnej Rosji. Na pierwszy rzut oka  wydawał mi się lat około siedemdziesięciu lub nieco więcej. Wysoki i szczupły trzymał się prosto jak żołnierz pod komendą „na baczność”. W jego niebieskich, nieco przekrwionych, lecz pełnych dumy oczach, zauważyłem smutek ciężkich przeżyć, a jednocześnie, jak w zwierciadle, widać było typową, otwartą, rosyjską duszę i serce. Energiczna, pełna dostojeństwa twarz człowieka rozumnego i steranego życiem, a szczególnie jego wysokie czoło poryte siecią zmarszczek i bruzd, wyglądało jak popękana ziemia w czasie suszy, a długie i rozwichrzone, srebrne włosy oraz sumiasty wąs miał w sobie coś z legendarnego Sarmaty z rejonu dolnej Wołgi. Był on człowiekiem z duża klasą i o niezwykle eleganckich manierach. Wystarczyło zaledwie kilka słów, a już wyczułem „chemię” między nami. Staliśmy przez chwilę ściskając sobie mocno dłonie. On z krwi i kości Rosjanin, człowiek z życiowym bagażem i z tęsknotą za swoim krajem oraz ja Polak, zdrowy byk, w stosunkowo jeszcze młodym wieku, chwilowo przebywający w Afryce. Nasze spotkanie miało w sobie dodatkowy i niezwykle ujmujący aspekt, gdyż zdarzyło się we wnętrzu egzotycznego Czarnego Lądu, w gwarnym, kolorowym tłumie tubylców, będących w ferworze załatwiania swoich większych lub mniejszych transakcji handlowych, wśród których wałęsały się zwierzęta domowe, gdakające kury i piejące koguty, a do tego w miejscu, gdzie kilkaset metrów od nas skakały pośród gałęzi drzew rozwydrzone i szczekające małpy.

Szkoła w Afryce, fot. touchafrica z Pixabay

Jurij Piotrowicz Kuzmin urodził się we wsi w Riazanskiej Guberni, w rodzinie bardzo bogatych ziemian. Wyższe studia prawnicze ukończył na  jednym z najstarszych rosyjskich uniwersytetów, Państwowym Uniwersytecie w Petersburgu. Dzięki wpływowym znajomościom ojca, będąc wówczas bardzo młodym człowiekiem z dyplomem prawnika, dostał pracę w ówczesnym Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Nie ulega wątpliwości, że poza rodzinnymi koneksjami w sferach ówczesnej carskiej administracji, Jurij Piotrowicz musiał posiadać wyjątkowe zdolności i kwalifikacje zawodowe, otrzymując w tak młodym wieku pracę z korpusie dyplomatycznym, Jego Imperialnej Wysokości cara Mikołaja II i akredytację na stanowisko pierwszego sekretarza w rosyjskiej ambasadzie w Londynie. Funkcję tę sprawował aż do roku 1920, a wiec jeszcze dwa lata po rewolucji, kiedy, podobnie jak inni wyższej rangi pracownicy ambasady, został wyrzucony na „śmietnik” rewolucji i zastąpiony przez sowieckiego dyplomatę. W ciągu jednej nocy znalazł się na londyńskiej ulicy. Kuzmin doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w jego przypadku i z jego statusem rodzinnym oraz powiązaniami, powrót do porewolucyjnej sowieckiej Rosji byłby równoznaczny w najlepszym przypadku ze zsyłką na Syberię, a w najgorszym, z wyrokiem śmierci. Znalazłszy się między młotem a kowadłem, a wiec życiem zapewniającym mu minimum egzystencji w Anglii lub powrotem do Moskwy, wybrał tymczasowy pobyt w Londynie, a potem emigrację do Francji, gdzie podczas rewolucji i po jej zakończeniu na wygnaniu znalazło się wiele tysięcy tak zwanych ”białych Rosjan”. Pewnego deszczowego i ponurego dnia, pozbawiony środków do życia, ten w czepku urodzony ziemianin z Riazanskiej Guberni, jeszcze do niedawna wysokiej rangi zawodowy rosyjski dyplomata, wysiadł z pociągu, z wagonu trzeciej klasy na paryskim dworcu kolejowym Gare du Nord, przy ulicy de Dunkerque.

W Paryżu w krótkim stosunkowo czasie dzięki księciu Włodzimierzowi Andrzejowi Oboleńskiemu i znajomościom, które nawiązał wśród napływającej tu ciągle nowej fali bogatych rosyjskich emigrantów, Jurij Piotrowicz Kuzmin, prawnik i zawodowy dyplomata, dziś nauczyciel w College Clasique et Moderne w afrykańskim miasteczku Labe, dostał w końcu pracę  w Companie Frances de Tourisme.   

W małym hotelowym pokoiku z jednym ledwie kręcącym się u sufitu wiatraczkiem obracającym w kółko to samo ciepłe i parne powietrze, usiłowałem za wszelką cenę zasnąć głębokim snem. Nie bardzo mi się to udawało. Liczyłem po cichu do stu… potem do dwustu. Sen nie przychodził. Powracały do mnie jak refren słowa Kuzmina – starego człowieka, który na odchodnym, jakby od niechcenia powiedział – wiesz Tadeusz, jakby ci to powiedzieć, tu jest pusto, nie ma nawet komu ręki podać, ani z nikim porozmawiać. Właśnie te słowa prześladowały mnie, dlatego trudno mi było usnąć. Zrozumiałem je chyba właściwie. Kuzmin otoczony od wielu lat ogromnym szacunkiem przez swoich oddanych mu uczniów, których autentycznie kochał, jakby były jego własnymi dziećmi oraz powszechnie szanujących go autochtonicznych mieszkańców Labe, był jednocześnie ignorowany przez pozostałe tu, mimo że niewielkie, towarzystwo francuskich bufonów. Stąd też, jak mi się wydaje, zbudował sobie domek z dala od miasta, na skraju dżungli, wybierając samotność i pewnego rodzaju izolację, jako styl życia.  

Następnego dnia, tak jak się umówiłem, udałem się na kolejne spotkanie z Jurijem Piotrowiczem. Zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że nie będzie to dla mnie łatwa sprawa. Nie ma tu nazw ulic, numerów na domach, czy kierunkowskazów. Wiedziałem tylko, że mieszka gdzieś na skraju miasta, a wokoło jest dżungla. Kiedy rozstawaliśmy się poprzedniego dnia, spytałem Kuzmina, jak trafić do jego domu. spojrzał na mnie swoimi głęboko osadzonymi oczami, uśmiechnął się i rzekł – mój drogi Tadeuszu, posługuj się końcem swojego języka. I miał stuprocentową rację. Zdarzyło mi się to niejednokrotnie w rozmaitych i dość przedziwnych okolicznościach i w nie jednym kraju. Najlepszym rozwiązaniem było przysłowie „koniec języka za przewodnika”.  

Po skromnym śniadaniu wyszedłem na zatłoczoną ulicę i niedaleko mojego hotelu zagadnąłem pierwszego napotkanego chłopca. Po szkolnym mundurku zorientowałem się, że jest uczniem College Clasique et Moderne. Zapytałem, czy zna drogę do profesora języka rosyjskiego – Kuzmina. Chłopiec zdecydowanym ruchem ręki wskazał kierunek. Ruszyliśmy więc przed siebie. Mój mały przewodnik znając tu każdą ulicę i ścieżkę prowadził mnie oczywiście na skróty do zagubionego wśród  gąszczów dżungli domku. Po pół godzinie padając ze zmęczenia, z przepoconą koszulą  na plecach i strużkami potu spływającymi po moim czole, mój mały przewodnik nagle przystanął, spojrzał na mnie i wskazał przed siebie palcem – to tu, proszę Pana.

Nad uroczyskiem, w głębokim wąwozie, przez który przepływał rwący strumień czystej jak kryształ wody, na dnie którego niczym rozwichrzone warkocze zmieniały swoje formy i odcienie zielone wodorosty, zbliżyliśmy się do małej chatki przypominającej bardziej kurnik niż dom. Podchodząc bliżej, na chwilę przystanąłem przysłuchując się coraz to głośniejszej i wyraźniej dochodzącej do mnie muzyki operowej. Tak, to była muzyka z dobrze mi znanej opery Modesta Musorgskiego „Borys Godunow”. W swoim czasie, kilka lat po wojnie, odwiedzając słynną Galerię Tretiakowską w Moskwie, stałem przez dobre kilka minut przed znakomitym portretem Musorgskiego, namalowanym przez znanego rosyjskiego portrecistę Ilję Repina. Twarz Musorgskiego utrwaliła się wtedy na zawsze w mojej pamięci. Dramatyczny i świetny w kolorze portret zrobił na mnie ogromne wrażenie. Kompozytor z rozwichrzonymi włosami, z potarganą brodą, patrzący przenikliwie oczami pełnymi zdziwienia, ogarnięty strachem, jakby wypatrywał czegoś eterycznego i nieuchwytnego. 

Fiodor Szalapin, jako Borys Godunow, fot. www.wikiwand.com/pl

Na odległość wyciągniętej ręki skakały, drocząc się ze mną, natrętne, skrzeczące małpy i wyciągając łapki prosiły o jedzenie, a tu „Borys Godunow”. Nie miałem najmniejszej nawet wątpliwości, że to był Musorgski, gdyż słyszałem jedną z najbardziej znanych i tragicznych arii z tej opery, w wykonaniu genialnego Fiodora Szalapina. Nie trzeba być znawcą muzyki, aby poznać znakomity i unikalny basowy tembr głosu tego znakomitego artysty. Czyżby była to stara płyta nagrana jeszcze w czasach kiedy Szalapin śpiewał Godunowa w starym Teatrze Maryjskim w Sant Petersburgu, teatrze którego tradycja sięga odległych czasów carycy Katarzyny II? Tak, nie miałem najmniejszej wątpliwości, że był to fragment z III aktu „Borysa Godunowa”, w momencie kiedy na pierwszy plan wchodzi cerkiewny  śpiew chóru. Kiedy oglądałem operę w teatrze, zawsze ten fragment wywierał na mnie przeogromne wrażenie, zarówno pod względem muzyki, jak i oprawy plastycznej. Pamiętam doskonale ten moment, kiedy na scenie pojawiał się chór bojarów, wydający wyrok na Samozwańca. Potężny niski basowy glos Szalapina był przejmujący. Podobnie jak śmierć cara, po której wchodził ponownie basowy śpiew mnichów i bojarów i był tak dramatyczny, że siedziałem w krześle coraz bardziej skurczony, jakby mnie coś przygniatało.

Stałem bez ruchu na tej ścieżce, aż do momentu kiedy chór zaintonował ludową pieśń… ”rozpędziła się, rozhulała się noc… zuchwałość junacka…” i kiedy z dali dochodziła coraz bardziej narastająca pieśń śpiewana przez mnichów. Płyta musiała być bardzo stara ponieważ głos Szalapina od czasu do czasu był jakby chropowaty, a czasem nawet na sekundę czy dwie się zacinał.

Jurij Piotrowicz zauważył mnie z daleka i jakbyśmy się znali co najmniej od wielu lat, z wyciągniętymi rękoma wyszedł naprzeciw mnie, witając się ze mną, tym razem typowo po rosyjsku, a więc serdecznie i wylewnie. Ciągle w uszach brzmiał mi dochodzący z domku Kuzmina śpiew mnichów z „Borysa Godunowa”. – Panie Kuzmin, jaka niespodzianka „Borys Godunow”, Modest Musorgski, Fiodor Szałąpin, tu, tak daleko od europejskiej cywilizacji – powiedziałem. – To jest stara płyta i oczywiście stary gramofon – odpowiedział. – Kiedy byłem studentem w Petersburgu, po raz pierwszy widziałem „Borysa Godunowa” w Teatrze Maryjskim z Fiodorem Iwanowiczem Szałapinem i do tej pory pamiętam to przedstawienie – dodał.

Domek profesora Kuzmina to właściwie tylko jedna dość dużych rozmiarów izba i w dodatku bez drzwi. Zamiast okienbyły tu otwory w ścianie zakryte gęstą moskitierą. Przez tę malutką posiadłość, którą obejść można było wolnym krokiem, w ciągu jednej minuty, przepływał szeroki strumień wody. Na grzędach rosły kartofle, cebula i najrozmaitsze gatunki kwiatów. Specjalną troską otaczał Kuzmin róże. Wszystkie te warzywa i kwiaty, jak twierdził, przypominały mu dzieciństwo i rodzinne strony w Riazańskiej wiosce.

Jurij Piotrowicz nie posiadał wówczas żadnego obywatelstwa. Po rewolucji Sowieci oficjalnym dekretem pozbawili go rosyjskiego obywatelstwa podobnie jak uczynili to w stosunku do większości „białych emigrantów”, a w szczególności do dawnej arystokracji i oficerów carskiej armii. W żadnym kraju Jurij Piotrowicz oficjalnie się nigdy nie naturalizował. Dopiero jak mi oświadczył, w ostatnim czasie złożył tu podanie o obywatelstwo Republiki Gwinei. Od lat próbował wprowadzać do programu w jego college’u naukę języka rosyjskiego. Dlaczego dzieci tubylców w Labe miały się uczyć języka rosyjskiego, tego nie zdołałem się od niego dowiedzieć.

Prowadząc nieprzerwanie nasze tete-a-tete w końcu doszliśmy do jego jednoizbowego domku, który przy większym podmuchu wiatru mógłby się rozsypać jak domek z kart. Ale właśnie taki domek z kart, bez fundamentów i ledwie trzymający się ziemi,  jak powiada Kuzmin, tym razem z bezbłędnym angielskim akcentem – this is my castle.

Poza drewnianym stołem, kilkoma krzesłami i wygodnym fotelem obitym starą, wypłowiałą, żakardową tkaniną i jeszcze kilkoma rupieciami, nie było w tym pokoju wielu rzeczy. Rozejrzawszy się, zauważyłem po chwili na małej podrapanej komodzie stary jak świat gramofon z dużą trąbą. Nie wiem czy był on na korbkę czy na baterię. Jedno wiem na pewno, że był to antyk. Uwagę moją zwróciła również dość bogata domowa biblioteka starych i nowych wydawnictw książkowych w rozmaitych językach. Wśród posegregowanych na półkach pod ścianami, alfabetycznie według autorów, zauważyłem książki rosyjskie, francuskie, angielskie i… szereg polskich. Ściany tego pokoju to właściwie od podłogi do sufitu regały z książkami.

Jurij Piotrowicz, jak wielu ludzi z wyksztalceniem prawniczym, poza swoją dziedziną, interesował się i z pasją badacza i studiował literaturę i filozofię. Na półkach znajdowały się książki pisarzy francuskich, angielskich, a także polskich. Były tam utwory Dostojewskiego, Lermontowa, Tołstoja i Puszkina obok Apollinaire’a, Baudelaire’a i James Joyca. Kafka obok Józefa Conrada, Szekspira i Bernarda Shaw. Arystoteles obok Racine’a i Sokratesa. Był tam również stos płyt z muzyką klasyczną, operową i operetkową. Płyty z wczesnymi nagraniami Edith Piaf, Maurice’a Chevaliera i trudno mi uwierzyć, ale zauważyłem też płyty z piosenkami naszej Hanki Ordonowej i Aleksandra Wertyńskiego. Szybko przemierzając wzrokiem półki i niezmierzone ilości książek, odkryłem coś bardzo mi bliskiego. W tym małym domku Kuzmina, w środku Afryki, znalazłem na półkach poezje w języku polskim – Adama Mickiewicza, Słowackiego, Norwida i Tetmajera, a także powieści Sienkiewicza i Prusa i Wyspiańskiego.


Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego, reżysera-dokumentalisty z Toronto ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Ukazało się już ponad 30 odcinków o dzieciństwie reżysera w Czortkowie, wojnie, czasach powojennych, szkole filmowej w Łodzi, pracy dokumentalisty itd. Najwięcej części dotyczy wspomnień afrykańskich z lat 50/60. gdzie reżyser został wysłany przez Światową Organizację Zdrowia, aby zrealizować filmy o zdrowiu. To był wyjątkowy czas przemian w Afryce i okazja do poznania zanikających kultur. Poprzednie odcinki: