„80 dni Lumumby” czyli Kongo i jego droga do wolności

Tadeusz Jaworski

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Kongo! Pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy to wspomnienie z dzieciństwa, kiedy z wypiekami na twarzy po zakończeniu lekcji w szkole pędziliśmy do kina zobaczyć mrożący krew w żyłach egzotyczny film „King Kong”. Zrealizowany w 1933 roku przez Hollywood ukazał się w naszych stronach w rok czy dwa lata  później. Był to największy hit sezonu ze znaną wówczas gwiazdą hollywodzką Fay Wray. Akcja filmu byla nieskomplikowana, a monstrualnych rozmiarów goryl „King Kong”, nie miał nic wspólnego z Afryką i z Kongiem, a raczej z jakąś tropikalną wyspą. Udaje się na nią ekipa filmowa, która zostaje skonfrontowana z murzyńskim plemieniem barbarzyńców, nawiedzanym regularnie przez szantażującego wieś majestatycznego króla dżungli King Konga. Tubylcy, aby go ułaskawić składają ofiary z pięknych dziewcząt. W wyniku splotu sytuacji biała aktorka zostaje porwana przez tubylców. King Kong otrzymawszy w ofierze białą kobietę platonicznie się w niej zakochuje. Finał ma miejsce w Nowym Yorku, na szczycie najwyższego wówczas, znanego na całym świecie wieżowca, Empire State Building,  gdzie ostrzeliwany z samolotów King Kong, ku ogromnej rozpaczy aktorki, ginie.

Prawdziwe Kongo diametralnie różniło się od hollywodzkiej wersji tubylczej wsi wraz z otaczającą ją dżunglą. Kraj ten z jednej strony ma przepiękne krajobrazy, jest fascynujacy poprzez swoją ezgotykę i różnorodność plemienną z barwnymi tradycjami i obyczajami, a z drugiej  był wtedy w stanie kompletnej anarchii, trapiony przez nieustanne konflikty plemienne, rządzony przez skłócone ze sobą frakcje polityczne. Kongo pokryte niezmierzoną i gęstą tropikalną dżunglą, rozległymi sawannami, jeziorami i rzekami, pod ziemią kryje ogromne i niezmierzone bogactwa naturalne. Stąd też odwieczne konflikty, przytłumiane i ujarzmiane przez lata przez belgijskich kolonizatorów.

W latach 60. na arenie politycznej pojawiły się osoby z wybujałymi ambicjami przejęcia wladzy po Belgach, nie będąc do tego absolutnie przygotowanymi. Jedną z nich był niedawny nauczyciel, wyciągnięty jak mała rybka z wody przez Sowietów, Patryk Lumumba, który stał się jawnym agentem KGB, próbując zdobyć władzę, aby udostępnić Związkowi Radzieckiemu wpływy w tym ważnym strategicznie, militarnie i geograficznie kraju, które to wpływy umożliwiłyby kontynuację dalszej ekspansji na kontynencie afrykańskim, jak to już miało miejsce w dawnej kolonii portugalskiej – Angoli.

Nauczyciel Patryk Lumumba, jeden z charazmatycznych przywodców z aspiracjami objęcia absolutnej wladzy w przyszłej Demokratycznej Republice Kongo, w okresie wielkich przemian polityczno-społecznych i dekolonizacji kontynentu afrykańskiego okazał się nietypowym i w dużej mierze irracjonalnym politykiem. W początkowym okresie Uhuru na Umoja (suahili: Wolność i jedność, red.) zdeklarował się jako skrajny lewicowy przywódca, typu  stalinowsko-leninowskiego i podobnie jak wielu innych podobnych jemu,  takich jak Ahmed Sékou Touré w Gwinei, Julius K. Nyerere w Tanzanji czy Jomo Kenyatta w Kenii, reprezentował nowy typ przywódcy, w rodzaju afrykańsko-marksistowskiej hybrydy. Był to z jednej strony polityczny „lunatyk”, a z drugiej idealista wtrącony w wir politycznych wydarzeń, nie posiadając ku temu ani kwalifikacji, ani doświadzczenia. W wyniku politycznego chaosu  oraz zaciętych walk plemiennych i partyjnych,  nad Kongiem zawisła czarna chmura. Lumumba oraz grupa jego stalinowsko-marksistowskich zwolenników wydała mi się niezbyt dokładnie zorientowana w polityce i bez jakiejkolwiek znajomości problemów geopolitycznych Afryki w kontekście relacji z pozostalymi krajami świata, szczególnie wielkich mocarstw w okresie ekstremalnego napięcia „zimnej wojny”.

Popierani finansowo i moralnie przez Sowiecką Rosję, zarażeni tą samą „malade imaginaire”, a więc chorobą z urojenia, podobnie zresztą jak większa część zachodnioeuropejskiej i amerykańskiej intelektualnej lewicy, stali się agentami Moskwy, będąc sterowani przez sowieckie agentury i być może właśnie dlatego  pozbawieni szerszego poparcia tubylczej ludności.  Patryk Lumumba i  garstka jego najbliższych współpracowników świadomie lub nie, wpadła  w wir wewnętrznych  politycznych rozgrywek, połączonych z polityką wielkich mocarstw, które próbowały wykorzystać próżnię jaka pozostała po dekolonizacji tego kraju. Główną i bezpośrednią rolę odegrały tu wielkie międzynarodowe koncerny przemysłowe i handlowe, których działalność była od dziesiątków lat głęboko osadzona na tej ziemi, z której wyciągano bilionowe dochody.  

Nic więc dziwnego, że powiązania Lumumby i jego ludzi z sowiecką Rosją i wisząca w powietrzu groźba przejęcia „pałeczki” u władzy oraz sowieckiej infiltracji,  zakończyła się spodziewanym  aresztowaniem Lumumby i jego zwolenników oraz  egzekucją, bez jakiejkolwiek prawnej procedury.

Na morderczej fali rozpraw z rozmaitymi frakcjami politycznymi ówczesnego Konga, wypłynął na powierzchnię i przejął władzę nie nowicjusz, a znany już od dawna młody człowiek, o odmiennych zgoła poglądach politycznych aniżeli Lumumba, człowiek z orientacją prozachodnią, połączoną z popularnym wówczas dla Uhuru na Umoja dużym zabarwieniem afrykańskiego nacjonalizmu, popierany przez dawne mocarstwa kolonialne i Stany Zjednoczone oraz przez wielkie międzynarodowe koncerny, mające swoje ogromne wpływy na terenie dawnego Konga. Był nim pułkownik Józef Mobutu (wł. Joseph-Désiré Mobutu Sese Seko, red.) , późniejszy prezydent Demokratycznej Republiki Kongo.

Mobutu – ten prawdziwy „King Kong” Konga, był w początkowym okresie nie tylko jego bliskim „towarzyszem broni” i częścią jego ideologicznego oraz politycznego ugrupowania,  ale w walce o przechwycenie władzy, bez najmniejszego wahania zmienił swoje oblicze. Wyrzucił Lumumbę ze sceny politycznej, doprowadzając do jego aresztowania oraz brutalnych tortur, przejmując tym samym wraz ze swoją kliką władzę, w tym nękanym przez wojnę domową kraju, w którym pozostał na wiele lat jedną z głównych „persona dramatis”. Podstępne aresztowanie, a potem morderstwo Patryka Lumumby oraz szeregu jego zwolenników, stało się jeszcze jednym epizodem w międzyplemiennych  konfliktach i powodem kontynuacji wojny domowej w Kongo. Towarzyszyła temu przebiegła, zręczna i wcale nie skrywana „dyplomacja”, która była niczym innym jak dowodem siły i zręczności pułkownika Mobutu. Egzekucja Lumumby i jego najbliższych wpółpracowników, była zwyczajnym brutalnym morderstwem człowieka, bardzo sprytnie wykorzystanym propagandowo przez Sowietów.

Wśród wielu filmów dokumentalnych, które zrealizowałem w Afryce, jeden z nich pod tytułem  „80 dni Lumumby” (1962 r. red.),  był opowieścią o Patryku Lumumbie. Chciałem zrobić klarowną kronikę wydarzeń w Kongo, aby widz mógł  zrozumieć sens, a raczej bezsens jego działalności, która tak tragicznie się skończyła, nie tylko dla niego i jego ludzi, ale dla Konga, jako wyzwolonego kraju. 

W filmie „80 dni Lumumby” w ostatniej scenie pokazałem ładowanie kilku najbliższych współpracowników Lumumby z rękoma skrzyżowanymi do tyłu i związanymi w  przegubach sznurem, jak również trwogę w oczach i rezygnację Patryka Lumumby, który zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że jest to ich ostatnia  droga na miejsce egzekucji. Mój film kończy się odjazdem starej ciężrowki, na którą jak worki wrzucono „żywe trupy” – kilku aktywistów wraz z  ich charyzmatycznym przywódcą – Patrykiem Lumumbą. Ostatnią sceną filmu był ogólny plan gęstej ciemnej i rozległej dżungli. W dramatycznej ciszy, po dłuższej chwili oczekiwania, nagle rozlega się głośna salwa z karabinów, która echem roznosi się nad kongijskim lądem. Z gęstego lasu nagle wylatuje kłębowisko czarnych sępów, które zatacza koło na tle ciemnego, dramatycznego nieba.

W uznaniu „zasług” Patryka Lumumby dla sprawy budowy podwalin socjalizmu w Afryce, oficjalnym dekretem państwowym powołano do życia uniwersytet w Moskwie, który nazwano jego  imieniem. Absolwenci tej całkowicie substydiowanej przez władze sowieckie uczelni, w większości z krajów afrykańskich, po zakończeniu studiów wracali do swoich krajów, stając się naturalnymi emisariuszami sowieckiej Rosji. Ich głównym zadaniem miała być infiltracja w życie polityczne i społeczne kraju oraz ewentualne przechwycenie władzy. Była to bardzo sprytnie  przemyślana polityka mająca na celu zdobycie i utrzymanie władzy przez określone frakcje polityczne na kontynencie afrykańskim, powiązane z dalekosiężnymi planami władców z Kremla.

Nikt z przywódców  nie troszczył się zbytnio o przyszłość i dobro kraju. Daleki od takich sentymentów był wspomniany już pułkownik Józef Mobutu, ktory od samego początku objęcia stanowiska prezydenta Konga zajęty był gromadzeniem osobistego majątku i deponowaniem bilionów dolarów w zagranicznych bankach. Był to człowiek o wielu obliczach. Bezwzględny, nie liczący sie z prawem, jeden z największych manipulatorów politycznych Czarnego Lądu w okresie Uhuru na Umoja, stał się w szybkim czasie absolutnym władcą Konga.

Z ludźmi mu oddanymi, dzielił się łupem. Wrogów – tych prawdziwych i tych wyimaginowanych – likwidował. Stał się grabarzem kraju, który permanentnie i bez skrupułów okradał swój naród. Nie liczył się z ludnością tubylczą, która cierpiała nędzę, głód i upokorzenia. Los kraju za czasów Mobutu zależał od tego, kto więcej płacił i jak wysoka była stawka „bakszyszu”.

Kiedyś pułkownik Mobutu w przypływie „przyjacielskiego” odruchu, nagle mi oświadczył, że jest członkiem Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Wiedząc, że jesteśmy filmowcami z Polski, a więc z obozu socjalistycznego, widocznie sądził, że tym oświadczeniem sprawi nam przyjemność. Trudno mi było powiązać dwie rzeczy – jego komunistyczne afiliacje z przeszłości z tym, co aktualnie reprezentował. Zauważył widocznie, że jestem zaskoczony tym ostentacyjnym oświadczeniem, więc dla  poświadczenia prawdziwości swocih słów, wyciągnął z kieszeni jakoby partyjną legitymację  i „błysnął” mi nią przed oczami, po czym wolnym ruchem ręki schował ją z powrotem do kieszeni i z nostalgią  w głosie zaczął wspominać czasy, kiedy studiował  w Czechosłowackiej Akademii Wojskowej w Pradze. Nie wiedząc jak zareagować na te jego „wspomnienia”,  robiłem dobrą minę do złej gry.

Nie wiem dokładnie jakimi motywami kierował się Mobutu wymachujac tą legitymacją i jaka była w przeszłości jego prawdziwa polityczna orientacja, wiem natomiast, że rozprawiwszy się z Lumumbą i innymi przywódcami politycznych ugrupowań, czy też samozwańczymi plemiennymi watażkami, bez zmrużenia oka opowiedział się za mentorami, którzy lepiej płacili. Politycznie i strategicznie w dobrych stosunkach z Kongiem i jego prezydentem Józefem Mobutu Stany Zjednoczone, a także dawne państwa kolonialne, które poprzez międzynarodowe korporacje, nie miały zamiaru zrezygnować z posiadanych bogactw naturalnych Konga.

Mobutu okazał się znakomitym i oddanym partnerem. Uwielbiał dostawać bardzo drogie prezenty, np. luksusowe samochody, nie wspominając już o gotówce. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że był człowiekiem wybitnie inteligentnym, odznaczającym się bezbłędną znajomością savoir-vivru. Był on również sprytnym i przebiegłym politykiem o bardzo zmiennym i humorzastym usposobieniu. Zwolennik polityki siły, używał na każdym kroku przemocy dla osiągnięcia swych celów. Wyznawal doktrynę polityczną, zalecającą stosowanie podstępu i obłudy, w dążeniu do realizacji swoich zamierzeń. Cechował go cynizm i przewrotność oraz brak jakichkolwiek skrupułów. Tak było z Patrykiem Lumumbą i innymi przeciwnikami politycznymi, w drodze do osiągnięcia władzy. W rezultacie bez wahania zdeklarował się politycznie po stronie, która najbardziej mu odpowiadała, wybierając luksusy świata zachodniego. Jego zagraniczne konta z dnia na dzień pęczniały. Był  znany jako „rzeźnik Konga”. W ciągu wielu lat jego tyrańskich rządów i krwawych rozpraw z jego  politycznymi przeciwnikami, zdeponował miliardy dolarów w szwajcarskich bankach, gdzie dostał prawo azylu. Kilka lat później umarł we własnym łóżku, zamiast być sądzonym jako zbrodniarz wojenny i skazanym na śmierć.

Wygodne fotele nowej generacji tyranów nigdy nie będą puste. Opuszczone z takich lub innych powodów przez niektórych przywódców okresu Uhuru na Umoja,   którym w początkowym okresie  przyświecały szlachetne ideały i wizja lepszego świata, zostają szybko przejęte przez samozwańczych przywódców. Z braku jakichkolwiek demokratycznych instytucji, w tym bezprawiu i chaosie, naturalnym źródłem rekrutacji jest zwykle pozbawiona jakiegokolwiek doświadczenia w rządzeniu  skorumpowana armia i policja. Niezależnie od tego czy jest to pułkownik i prezydent Mobutu z Konga, samozwańczy marszałek John Okello z Zanzibaru czy sierżant i dożywotni prezydent Ugandy Dada Idi Amin. Czy to w Demokratycznej Republice Kongo, czy w innych wyzwolonych krajach Czarnego Lądu, lawina zielonego dolara wraz z migocącym kolorem złota, zadecydowały, że to Stany Zjednoczone i kraje zachodnioeuropejskie będą miały wpływ na losy Konga – tego olbrzymiego kraju pomiędzy Oceanem Atlantyckim na zachodzie a Górami Księżycowymi  i  ogromnym jeziorem Tanganika  na wschodzie.

__________________

Patrice Emery Lumumba (ur. 2 lipca 1925 r. w Onalua, zm. 17 stycznia 1961 r. w Elisabethville – pierwszy premier Demokratycznej Republiki Konga.  

Joseph-Désiré Mobutu (ur. 14 pażdziernika w Lisali, zm. 7 wrzesnia 1997 r. w Rabacie w Maroku –  polityk i wojskowy Demokratycznej Republiki Konga (wówczas Zairu), prezydent i dyktator w latach 1965–1997.

***

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Dalszy ciąg wspomnień ukaże się w poniedziałek 6 maja 2019 r.

Poprzedni odcinek:

https://www.cultureave.com/afryka-w-drodze-do-konga-rwandy-i-burundi/

image_pdfimage_print

2 thoughts on “„80 dni Lumumby” czyli Kongo i jego droga do wolności

  • 16 maja 2019 at 08:44
    Permalink

    Przydałby się komentarz historyczny tonujący te bzdury. Czuję się zażenowana, że dopuszcza się w przestrzeń publiczną tak nierzetelny i prymitywny historycznie materiał

    Reply
    • 16 maja 2019 at 13:14
      Permalink

      Jeśli ma Pani wiedzę na temat historii Afryki z lat 60. to będę wdzięczna za komentarz historyczny. Film „80 dni Lumumby” powstał, był pokazywany na wielu festiwalach i cieszył się zainteresoweaniem. Okoliczności powstania filmu są komentarzem reżysera, który tak zapamiętał ten czas. Magazyn „Culture Avenue” nie ma takich możliwości, żeby zatrudniać historyków, którzy weryfikowaliby czyjeś wspomnienia. Forma pamiętnika rządzi się swoimi prawami, nie jest to opracowanie historyczne, ani podrecznik historii. Pozdrawiam, Joanna Sokołowska

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *