Afryka lat 60. Garden party w Bujumburze.

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Na południowy zachód od  Bujumbury, stolicy Burundi, wysoko w górach, Światowa Organizacja Zdrowia ONZ założyła, a potem prowadziła obóz dla uchodźców ze strefy krwawej plemiennej wojny, przeważnie z plemienia Tutsi, którym udało się cudem uciec z życiem. W myśl umowy jaką podpisała nasza wytwórnia z ONZ-tem w Genewie, (w tej sprawie udałem się tam wraz z naczelnym dyrektorem naszej wytwórni filmowej na Chełmskiej 21, Zygmuntem Kniaziołuckim), zobowiązaliśmy się do zrealizowania w Afryce szeregu filmów. Jeden z nich miał dotyczyć wojny domowej w Rwandzie i Burundi, a jego akcja miała mieć miejsce w jednym z obozów dla uchodźców. Moim konsultantem i organizatorem pobytu z ramienia ONZ-tu, The Palais des Nations w Genewie był nieco starszy i jak zrozumiałem z naszej pierwszej rozmowy, z pochodzenia Czech, dr. A.J. Lukas, dyrektor generalny placówki WHO ONZ na Burundi i Rwandę, z siedzibą w Bujumburze. Był to niezwykle sympatyczny człowiek, niewysokiego wzrostu i o przyjemnej powierzchowności. Nosił okulary w metalowej oprawie z grubymi soczewkami. Widocznie był krótkowidzem. Szybko zorientowałem się, że nie mam do czynienia ze zwyczajnym biurokratą, lecz z lekarzem z prawdziwego zdarzenia, inteligentnym, błyskotliwym, z otwartą głową oraz z dużym doświadczeniem. Dzięki niemu udało mi się uzyskać zezwolenie administracji państwowej Burundi, na zdjęcia filmowe w Burundi i Rwandzie. Dr. Lukas posiadał szeroką wiedzę i dzięki jego znajomości terenu oraz niespożytej energii udało mi  się wycisnąć z niego dużo informacji, co w rezultacie bardzo pomogło mi w znalezieniu pomysłu na film oraz dramatycznego „klucza”.

Dr. Lukas, opowiedział mi o życiu w obozie uchodźców i nieustających trudnościach, które są nagminne na całym Czarnym Lądzie, a dotyczą szczególnie kobiet i dzieci. Dlatego WHO prowadziło w Bujumburze nie tylko szkołę pielęgniarek, ale i kursy edukacyjne dla tubylczych kobiet w odległych wioskach, położonych wśród wysokich wzgórz, na rozległych sawannach czy w buszu, utrzymujących stare tradycje plemienne, obyczaje i styl życia. Edukacja organizowana przez WHO miała na celu nakłanianie, aby karmić wygłodzone i umierające z wycieńczenia dzieci,  krowim, kozim czy wielbłądzim mlekiem, jak również tropikalnymi owocami, po które bez  wysiłku można sięgnąć ręką, gdyż w okolicach rosły drzewa bananowe czy pomarańczowe. Podobnie rzecz się miała z odwieczną, barbarzyńską tradycją obrzezania młodych dziewcząt, które nie tylko przeżywały ból, ale i w wielu przypadkach umierały na gangrenę. Niestety, niewiele pomagała edukacja i perswazja, ponieważ stare tradycje plemienne  oraz  lokalni znachorzy i wioskowe czarownice cieszyły się większym autorytetem wśród tubylczej ludności, niż oferowana im edukacja i dobrodziejstwo współczesnej medycyny. W ich mniemaniu znachorzy i czarownice posiadały większą siłę władzy nad siłami nadprzyrodzonymi, dzięki zaklęciom i rytuałom.  My staraliśmy się jak najwierniej utrwalić na taśmie filmowej pracę lekarzy i pielęgniarek oraz edukatorów Światowej Organizacji Zdrowia ONZ-tu, którzy z ogromnym poświęceniem i niezwykłą determinacją,  choć często bezskutecznie próbowali zmienić ten stan rzeczy. Poza egzotyką miejsca i pięknem natury, w filmie zawarta jest głęboka prawda o człowieku, o tragedii kobiet, mężczyzn i dzieci z plemienia Tutsi, masakrowanych w wojnie domowej, przez barbarzyńskie plemię Hutu.

Pewnego dnia doktor Lukas w imieniu gubernatora Bujumbury, zaprosił nas na garden party w rezydencji gubernatora, który wiedząc o naszej misji w Burundi, chciał nas poznać. Wraz z doktorem Lukasem, znaleźliśmy się w salonach i ogrodzie rezydencji na wzgórzu miasta. Ogród otoczony był wysokimi cyprysami połyskującymi w ciemnoczerwonych promieniach zniżającej się na nieboskłonie słonecznej tarczy słońca. Gdzieniegdzie, w odległości kilku metrów od siebie, stały pochodnie. – Pewnie niedługo je zapalą – pomyślałem. W rozmaitych miejscach poustawiano parasole. Na stołach ustawionych w bufetowym stylu, było mnóstwo kanapek i innych przysmaków oraz alkoholowych napoi. Kelnerzy uwijali się jak mrówki, roznosząc na tacach czerwone i białe wino.

Niedaleko ode mnie, barman z ogromną sprawnością miksował alkoholowe koktajle. Ściany wnętrza rezydencji zdobiły typowe dla Tutsi dzidy o szerokich ostrzach. Na posadzkach  leżały wyprawione skóry lampartów. W wystroju wnętrza była kombinacja europejskiej atmosfery, połączona z afrykańską egzotyką.

W rezultacie konfuzji związanej z dalszymi wydarzeniami tego wieczoru, nie odnotowałem nazwiska gubernatora. Jak przez mgłę, przypominam sobie, że mogło ono brzmieć „le Gouverneur de Bujumbura, Monsieur Buyoya”. Pochodził on oczywiście  z plemienia Tutsi. Był człowiekiem w średnim wieku. Był bardzo wysoki, podobnie jak większość ludzi z tego plemienia. Chudy jak tyka z lekko pałąkowatym kręgosłupem, mimo to świetnie się prezentował w swoim nieskazitelnie skrojonym smokingu. Odznaczał się błyskotliwą inteligencją, wyjątkowo dobrym poczuciem humoru i dopóki się nie spił, nieskazitelnymi manierami towarzyskimi. Była sobota. Pogoda tego dnia była nie najlepsza. Dzień był upalny i parny, typowy tropik. Zaczął mżyć drobny deszcz, a więc goście z drinkami w rękach przenieśli się dość szybko z pałacowego ogrodu do wnętrz, gdzie zastaliśmy stoły obficie zastawione wyszukanymi w wyglądzie i smaku przekąskami oraz baterie butelek rozmaitego rodzaju trunków.

Elita ludzi plemienia Tutsi przejęła nie tylko tradycje belgijskie w administrowaniu krajem, ale także tradycję kulturową, związaną z materialnym i duchowym dorobkiem, w tym również ze sztuką kulinarną. Zauważyłem, że lubią jeść i to dobrze. Na obficie zastawionych stołach nie brak było szynki i krewetek. Do tego faszerowane jajka i dużo jarzyn, a na gorąco wieprzowina.

Jako desery podano rozmaite torty, leguminy i inne drobne słodycze oraz czekoladowe przysmaki prosto z fabryk Lady Godiva. Wszystko razem mogłoby zadowolić nawet najbardziej wybrednego Epikuryjczyka. W czasie recepcji moją uwagę zwróciły również piękne i bardzo przystojne kobiety z plemienia Tutsi. Wiele z nich, tradycyjnie miało ogolone głowy, lecz niektóre uczestniczące w tej gubernatorskiej libacji, bogatsze i klasowo ustawione wyżej, poprzez swoje finezyjne fryzury, zdobione ornamentem, wyglądały jakby wyszły spod ręki słynnej z hafciarstwa Frygii. Ich podgolone głowy, z częściowo pozostawionymi na nich wystrzyżonymi „fryzami”, przypominały mi wyczesane w weterynaryjnej klinice… francuskie pudle! W swoich strojnych kolorowych kobiecych ubiorach z tymi wyszukanymi fryzurami, o ciemnobrązowej karnacji, wyglądały naprawdę pięknie.

Stojąc z na wpół opróżnioną  szklanką ginu z tonikiem,  przyglądając się bogatej i różnorodnej zastawie stołowej, wśród zakąsek i napoi wyskokowych, uwagę moją zwróciły dość niezwykle w tym rejonie Afryki, czeskiego wyrobu kryształowe salaterki, pełne  czerwonego i czarnego kawioru oraz dobrze mi znanej rosyjskiej wódki z nalepką „Stolicznaja”. Powiedziałem do jednego z moich operatorów filmowych Jurka Gościka, – Jurek, uszczypnij mnie, ale mocno. – A niby to dlaczego? – zapytał. – Przyjrzyj się bliżej tej stołowej zastawie to zobaczysz – odpowiedziałem. Rzeczywiście na stole stała najprawdziwsza „Stolicznaja” i  kawior… i to ile! – No to do roboty panowie, tylko nie zwlekać, bo za chwilę te salaterki będą puste – odpowiedziałem i zapraszającym gestem ręki oraz skłonem w stronę stołów, zaprosiłem moich kolegów do uczty. Afryka nie Afryka, upał jak sto diabłów, nie zwlekając ani chwili, w celach czysto dezynfekcyjnych, wychyliliśmy po kieliszku „Stolicznej”  i  zapomniawszy o belgijskich kulinarnych przysmakach, zabraliśmy się dziarsko do kawioru nakładając go łyżkami na grzanki zrobione z francuskich bagietek. Wcinając ten kawior aż nam się uszy trzęsły, odstawiwszy na bok gin i whisky, wychylaliśmy kieliszek po kieliszku „Stoliczną”, zastanawiając się jednocześnie, skąd u naszego gospodarza gubernatora te rosyjskie delicje – prawdziwy rosyjski kawior i oryginalna rosyjska wódka z nalepką drukowaną cyrylicą, w  Bujumburze w sercu Afryki Niedaleko stąd  w otaczających Bujumburę górach hasają sobie górskie goryle, na sawannie wylegują się znudzone lwy, gepardy polują na antylopy, a żyrafy z wyciągniętymi w górę szyjami zrywają i przeżuwają liście akacji, a  tu na tym garden party i w tych wnętrzach, z uginającymi się od jedzenia i napoi alkoholowych stołami, nagle zapachniało mi „Sowietskim Sojuzem”. Jeszcze nie bardzo orientując się skąd się wzięła  na stole ta rosyjska wódka i prawdziwy rosyjski kawior, oczekiwaliśmy na następną niespodziankę, kiedy to w ramach przyjaźni i międzynarodowej współpracy kulturalnej, wyskoczy z sąsiednich pokoi recepcyjnych rosyjski zespół pieśni i tańca, odstawiając w rytmie tam-tamów rosyjsko-ukraińskie przysiady. Stojąc wraz z moimi kolegami z kieliszkami „Stolicznej” w ręku, spojrzeliśmy na te butelki i kawiory i zacytowaliśmy naszą ulubioną w takich przypadkach maksymę – Dzień dobry Panie Kafka.

Mimo lekkiej i chłodnej bryzy z gór upał był nieznośny. Wychyliłem do dna kieliszek i kiedy sięgnąłem po kanapkę z kawiorem, z grona rozgadanych i nieco podchmielonych, wyrósł przede mną  jak  „Filip z konopi” kompletnie pijany i  ledwie trzymający się na nogach biały człowiek. W pierwszej chwili wziąłem go za jednego z dawnych  urzędników belgijskiego protektoratu, któremu odnowiono intratny kontrakt, więc z głupią nieco miną, skinąwszy głową i podniósłszy kieliszek powiedziałem – Monsieur… bonne santé! Facet podniósł lekko głowę i spojrzawszy na mnie przeszywającym wzrokiem wybełkotał – bon, bon… parlez françaisa poczemu ty nie gawarisz po ruski? Stanąłem, jakbym nagle połknął żabę. A on popatrzył na mnie wodnistymi oczyma, jakby zobaczył przed sobą przybysza z innej planety. W „pijanym widzie” zaczął wywijać ręką półkola i coś tam pod nosem bełkotać. Był człowiekiem w średnim wieku i średniego wzrostu, o atletycznej budowie ciała. Ubrany był w nieskazitelnie czystą, dobrze wyprasowaną białą koszulę z precyzyjnie zawiązanym czarnym krawatem oraz w dobrze skrojone czarne spodnie. Brzydal jak sto diabłów, ale prezencja,  jak z Vogue. Ziało od niego alkoholem i zapachem przetrawionego tytoniu. W chwilę potem jakby od niechcenia zabełkotał  najczystszą rosyjską mową. – Zdrastwujtie w Burundi  polskije druzja.

Gdyby się to wydarzyło w Konakry, Akrze, Lagos, Dar es Salam czy Nairobi, nie wspominając o Chartumie czy Kairze…, nie bardzo bym się zdziwił. Ale tu w sercu Czarnego Lądu, w tym małym kraju, w Bujumburze była to dla nas niezwykła niespodzianka. Na jego bladej, przezroczystej jak pergamin twarzy pojawił się uśmiech, odsłaniając po obu bokach ust złote korony zębów. Ostatni raz  widziałem takie złote zęby, wiele lat temu we wrześniu roku 1939, po wejściu Sowietów do Czortkowa. Śmierdzący dziegciem, który używano jako maść na wszy. Jako dzieci robiliśmy im psikusy pytając ich między innymi – Towariszcz  eti waszi zuby… eto nastojaszczyje zoloto?Kanieczno – odpowiadali z wigorem i z dumą – u nas mnogo zolota… u nas jest wsiewo mnogo.

Bełkocząc pod nosem, z ledwością trzymając się na nogach sowiecki ambasador nachyliwszy się jak typowy zapijaczony człowiek do mojego ucha i uchwyciwszy się mojego ramienia poinformował mnie, że jego przyjaciel gubernator Bujumbury, powiedział mu, że jest tu obecna przejazdem w drodze do obozu uchodźców filmowa ekipa z ONZ-tu, której członkami są filmowcy z Polski. Wisząc na moim ramieniu, z wódką sączącą się ze szklanki na posadzkę, ponieważ ledwie ją trzymał w ręku, jeszcze bardziej podsunął swoją zapijaczoną mordę do mnie i spytał – nu kak twaja familja… kak tiebia nazywajut… nie bojsia.  A niby dlaczego miałbym się jego bać, pomyślałem. Z jego następnych słów dowiedziałem się, że jest on akredytowanym ambasadorem  Związku Radzieckiego i to nie tylko na Burundi i Rwandę, ale również na okoliczne kraje. Skąd u licha w tym odległym i bardzo niestabilnym politycznie i społecznie kraju, gdzie krwawe porachunki plemienne i walka o władzę są sprawą dnia powszedniego, wzięli się sowieccy dyplomaci. Bez pardonu zwracał się do mnie po rosyjsku, przyjmując zapewne za fakt, że każdy Polak musi mówić i rozumieć język rosyjski. Ponieważ pochodzę z Podola i zupełnie nie najgorzej władam językiem rosyjskim i ukraińskim, więc nie miałem  najmniejszego problemu w komunikowaniu się z nim, nawet z jego pijackim bełkotem.

W czasie moich licznych podróży spotkałem niejednokrotnie ludzi ze starej rosyjskiej porewolucyjnej emigracji, znanych jako białogwardziści. Przypomniał mi się profesor Yurij Kuzmin w Gwinei i ten cudowny język rosyjski, jakim się na co dzień posługiwał, ten dobór słów i to brzmienie. Spotykałem też wielu innych wspaniałych „wędrownych ptaków” i obojętnie czy byli to byli Polacy, czy stara porewolucyjna rosyjska emigracja, po wielu latach przebywania na obczyźnie, posługiwali się bardzo pięknym i wyszukanym, nawet literackim ojczystym językiem. Z  poszczególnych słów radzieckiego ambasadora udało mi się mimo wszystko wyłapać, że „mamli” coś o Polakach i Rosjanach, o przyjaźni i braterstwie, o wspólnie stoczonej walce z faszyzmem. W pewnym momencie jakby nieco oprzytomniał, bo spojrzał na mnie swymi niebiesko wodnistymi oczami i powiedział – oczień pryjatno poznakomitsia z Wami Tadeusz Jaworskij! Na takie dictum  zesztywniałem. Skąd u licha ten sowiecki ambasador zna moje nazwisko? Zdziwiony spytałem więc wprost. – My znajem wsio – odpowiedział.  Nie bardzo wiedziałem co mam zrobić i w jaki sposób go od siebie odstawić. Tymczasem  on ledwo stojąc na nogach zaczął mamrotać mi  do ucha jakieś zupełnie nieobliczalne i absurdalne brednie, z których to urywków zrozumiałem, że w poniedziałek, a więc za dwa dni, wczesnym rankiem nastąpi w Burundi przewrót. Stojąc sztywno pomyślałem sobie, że albo jest to wariat, albo prowokator. Tylko dlaczego akurat mnie wybrał do swojej spowiedzi. 

Za dwa dni więc będzie w tym kraju przewrót i być może tradycyjnie bardzo krwawy, a tu sowiecki ambasador i pijaczyna, szepcze mi tę poufną, wydawałoby się, wiadomość do mojego ucha,  cos co wydaje się być największą tajemnicą spiskowców. Pomyślałem sobie, że jeśli nie jest wariatem, to znaczy, że „dyplomata” akredytowany w Burundi, mieszkający z dala od Moskwy, prowadzący słodkie, radosne i hulaszcze życie birbanta, jest przysłanym przez Kreml agentem KGB  i  z całym swoim zespołem spenetrował polityczną atmosferę tego kraju. Bo któż to obcemu i dopiero co spotkanemu człowiekowi, opowiada po pijaku takie niestworzone banialuki. Czyżby to zwierzenie  było wyrazem zaufania w ramach polsko-sowieckiej przyjaźni? Zwyczajny brak odpowiedzialności czy też blef poprzez, który chciał zademonstrować mi pozory siły Sowietów w Afryce. Przyjąłem tę jego gadaninę jako beztroski stosunek do rzeczywistości. Spojrzałem w stronę gubernatora, który patrząc w naszą stronę zamglonymi już od picia  oczami, ledwie trzymając się na nogach, ciężko  westchnął i jak kawal bezwolnego drewna osunął się na obok stojący fotel. Z ręki wypadła mu na podłogę szklanka z resztką niedopitej „Stolicznej”. Stojący obok niego jakiś biały osobnik, z twarzą, którą można zobaczyć w policyjnych kronikach, w rubryce „kto go zna”, był również dobrze spity, a mimo to podniósł z podłogi pustą  „gubernatorską” szklankę i dolał do niej wódkę, po czym spojrzał w naszym kierunku dużymi, wyłupiastymi oczami i grzecznie pokłonił się w naszym kierunku. – Zenia chodi siuda – powiedział ambasador, po czym dodał – Zenia, eto moj zamestitel, zanimajetsia polityczyskimi delami. Zenia był chyba tak zalany, że bał się ruszyć z miejsca, jakby go ktoś przycementował do posadzki, wiec stojąc w miejscu pokiwał do nas niezbyt skoordynowanym ruchem ręki.

Jeśli chodzi o Zenię, to od pierwszego wejrzenia nie miałem najmniejszej wątpliwości, że jest agentem KGB, czyli sowieckiego wywiadu. W Warszawie tych „smutnych panów”, jak ich nazywaliśmy, z naszej rodzimej bezpieki, poznawaliśmy od pierwszego wejrzenia. Nie tylko po długich gabardynowych, bądź z czarnej skóry trenczach, ale przede wszystkim, po twarzach i ćwiartce czystej „robotniczej krwi”, a więc najtańszej wódki, bo tylko na taką mieli zezwolenie.

Pamiętam, jak pewnego razu siedzieliśmy w głównej restauracji hotelu Bristol, na Krakowskim Przedmieściu przy małej czarnej – Bogdan Czeszko, Grochowiak, Roman Śliwonik,  chyba Jerzy Ficowski oraz ja. Nagle w niemal pustej o tej porze sali, zrobiło się koło nas bardzo ciasno. Dwóch „fagasów” z bezpieki siedzących nieopodal niepostrzeżenie zmieniając stolik na bliższy naszego, znalazło się wraz z ćwiartką wódki tuż przy nas. Usiedli przy sąsiednim stoliku, sącząc o tej porannej porze wódkę. Uszy wystawione jak czółki w naszą stronę. Nie mieliśmy najmniejszej wątpliwości, kim byli i kogo reprezentowali. Nie był to pierwszy i nie ostatni raz, kiedy nie tylko nam, ale i wielu innym kolegom z naszego środowiska to się zdarzało. Był to przykład naszego tajnego nadzoru i obserwacji podejrzanych o zdrowy rozsadek i niezależne myślenie ludzi należących do świata intelektualnego, przez organa bezpieczeństwa i policji! Bogdan Czeszko miał jak zwykle o tej porze dnia już nieźle w czubie, więc w pewnym momencie, kiedy jeden z tych bezpieczniaków siedział mu już prawie na karku nadstawiając uszy,  odsunął raptownie krzesło i odwróciwszy się w ich stronę, rozleniwionym głosem  powiedział – spier… stąd, ale szybko, dzisiaj się nic takiego tu mówić  nie będzie. Jak na rozkaz jednocześnie wstali i ulotnili się jak kamfora. Wybuchnęliśmy śmiechem. 

Zenia, wydało mi się, nie był to taki sobie zwyczajny szpicel, jak Rosjanie ich nazywają „stukacz”. Wprawdzie nie miał w sobie czaru i poczucia humoru agenta 007  czyli Jamesa Bonda,  ale miał za to coś z homunkulusa – przypominał karzełka sztucznie stworzonego przez alchemika za pomocą magii. O niskim czole i gęstej bujnej fryzurze, podobny był do górskiego goryla, a w jego postawie nie trudno było zauważyć butność połączoną z dużą dozą  impertynencji. Odniosłem wrażenie, że będąc zastępcą ambasadora do spraw politycznych, jego władza  i kompetycje były większe, aniżeli jego zwierzchnika. Pamiętam tego typu ludzi z okresu wojny i po wojnie w Polsce Ludowej. Zenia niewątpliwie był wyższym oficerem informacji sowieckiego wojskowego wywiadu. Mieliśmy ich na karku przez wiele lat w kraju. Ale tu w sercu Czarnego Lądu, tego było mi już za wiele.

Starałem się znaleźć pomysł na jak najlepsze wyjście z tej kłopotliwej sytuacji. Jeżeli to, co przed chwilą zaszeptał mi konfidencjonalnie na ucho ambasador, nie było czczą gadaniną pijaczyny czy też prowokacją, za dwa dni należało oczekiwać przewrotu w tym kraju. Tymczasem jest sobota, piękny wieczór, sympatyczna atmosfera. Atrakcyjne lokalne środowisko kobiet i mężczyzn z plemienia Tutsi. Cykady ćwierkają swoje trele. A w jednym z  recepcyjnych salonów,  tuż przed nami siedzi niemal martwy z przepicia sam pan gubernator, człowiek, który jakoby jest przywódcą spisku i głównym inspiratorem poniedziałkowego przejęcia władzy w swoje ręce. Zabawa trwa. A za dwa dni będzie tu przewrót i strumieniami popłynie krew oponentów politycznych, a przy okazji i zwykłych ludzi. Można sobie wyobrazić, w jak trudnej znaleźliśmy się sytuacji. Mało tego, wiedząc o zamierzonym puczu i jego dokładnym terminie, poczułem się częścią spisku. Dlaczego u licha ambasador wybrał sobie akuratnie mnie, człowieka którego przecież dopiero przed kilkoma minutami poznał, żeby zdradzić mi, wydawałoby się, największą tajemnicę. W tej sytuacji trzeba było być ślepym i głuchym, żeby nie dojść do konkluzji, że gubernator jest zwyczajną, przekupioną  „kukiełką” w rękach sowieckich agentów akredytowanych w Burundi. Dlaczego wybrano ten mały kraj za obiekt sowieckiej infiltracji, pozostaje dla mnie łamigłówką.

–  Mnie skazał o tebia wasz posol, towarisz Lewandowskij – odezwał się rosyjski ambasador. Ambasador w Dar-es-Salam w Tanzanii, Janusz Lewandowski, człowiek wykształcony w specjalnej szkole dla dyplomatów był inteligentny i sprytny. Kiedy korzystaliśmy z jego gościnności w polskiej ambasadzie, każdego poranku uprawiał nurkowanie i przy pomocy specjalnego sprzętu obserwował podwodne życie w oceanie. No i jak się okazało, obserwował również i nas, przekazując informacje sowieckim dyplomatom.

Szybko pracowała mi wyobraźnia. Dziesiątki scenariuszy przewinęło się przed moimi oczami. Widziałem siebie wplątanego w rewolucję w Burundi i nie najlepszy „happy end”. Wyobraziłem sobie ambasadora budzącego się następnego dnia, który nagle przypomina sobie swój monolog i zwierzenia w sprawie puczu. Jak w szpiegowskich książkach czy filmach, oczami wyobraźni zobaczyłem zbirów z ambasady sowieckiej w drodze do naszego hotelu, z rozkazem dokonania mordu.  Moje uporczywe myśli i zmieniające się scenariusze przerwał ambasador, który wzniósł toast, za polsko-sowiecką przyjaźń. Zacząłem poważnie rozmyślać, co tu zrobić, aby niepostrzeżenie ulotnić się z tego garden party. Odłożyłem szklankę z wodą, dając mrugnięciem oka sygnał  do wyjścia moim kolegom. Za mną jeden po drugim dyskretnie bez pożegnania ruszyli moi koledzy. Szybkim krokiem nie oglądając się za siebie, mijając po drodze rozbawionych gości, ruszyliśmy truchcikiem do naszego, stojącego przed rezydencją, samochodu i po chwili na pełnym gazie, odjechaliśmy do naszego hotelu.  Na nasze szczęście nigdy więcej ani ambasadora ani gubernatora nie spotkałem. Zanim udaliśmy się na spoczynek, opowiedziałem moim kolegom z ekipy epizod z rosyjskim ambasadorem. Jednogłośnie doszliśmy do wniosku, że cokolwiek się w poniedziałek wydarzy, musimy niezwłocznie opuścić miasto.

 

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Dalszy ciąg wspomnień ukaże się w poniedziałek 5 sierpnia 2019 r.

Poprzedni odcinek:

https://www.cultureave.com/w-afryce-lat-60-odwieczny-konflikt-tutsi-i-hutu/

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *