Afryka. W drodze do Konga, Rwandy i Burundi.

Tadeusz Jaworski

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

W latach 1959-68 zrealizowałem szereg filmów dokumentalnych w ramach umowy między WFDiF a  ONZ WHO, Palais des Nations w Genewie (Szwajcaria). Stało się to dzięki decyzji znakomitego polskiego reżysera-dokumentalisty, Tadeusza Makarczyńskiego, zatrudnionego przez ONZ na stanowisku dyrektora Komunikacji w ramach WHO (Światowa Organizacja Zdrowia). Z jego inicjatywy oraz z inicjatywy kierownika artystycznego Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, reżysera Jerzego Bosaka, zostałem powołany na stanowisko producenta, reżysera i autora scenariuszy tej koprodukcji. W ramach tej umowy zrealizowałem cztery filmy dokumentalne – trzy w Afryce i jeden w Nowej Zelandii.

***

Przed nami pojawiło się pasmo górskie Rwenzori, urzekające swoim pięknem i linią grzbietów, między jeziorami Alberta i Edwarda, z wyniosłym szczytem Margherita, sięgającym powyżej 5 tys. m ponad poziomem morza. Przez sawannę Narodowego Parku Elżbiety[1], przemierzaliśmy wąską drogą przez spalone słońcem szaro-złociste trawy, mijając od czasu do czasu pojedyncze zielonkawe, zmatowiałe, nisko rosnące krzaki i wysokopienne drzewa. Po cienistej stronie drzew pod osłoną ich koron  chroniąc się od żaru słońca stały patrząc na nas obojętnie swoimi wyłupiastymi oczami, ogromne, groźne afrykańskie buffalo (bawół, bizon, red.). Wprawdzie ich słuch i wzrok jest ponoć słaby, ale mają doskonały węch i szybko rozpoznają niebezpieczeństwo. Staraliśmy się więc zachować odpowiedni dystans, aby ich nie drażnić. Kiedyś już miałem okazję spotkać się oko w oko z buffalo. Na szczęście był to tylko jeden osobnik i do tego za ogrodzeniem dla dzikich zwierząt w europejskim ZOO, lecz każdy kto miał pecha spotkać się z buffalo w sytuacji konfrontacyjnej, dobrze wie, że są one jednymi z najbardziej niebezpiecznych dzikich zwierząt sawanny, zwłaszcza w dużych stadach. A kiedy z jakiegoś powodu zostaną spłoszone, bądź wyczują niebezpieczenstwo, nikt się przed nimi nie uchroni. Nawet jak stoją tak pod osłoną konarów drzew, wyglądając na bardzo spokojne stado łagodnych krów, to ich temperament może zmienić się w ciągu ułamków sekund, a siła z jaką potrafią zaatakować przeciwnika jest legendarna. Drapieżniki takie jak lwy, czy pantery instynktownie to czują i z doświadczenia wiedzą, że nie mają szansy stawić czoła buffalo, więc kiedy znajdą się w pobliżu rozdrażnionego stada, ratują się szybką ucieczką na drzewo. Stąd też polując na buffalo szukają w stadzie wątłego lub schorowanego osobnika,  izolują go od reszty stada i dopiero wtedy atakują. Wokół stojących pod drzewami buffalo, krążyły białe, nieduże ptaki. Siadały na ich grzbietach i wydłubywały ze skóry insekty.Ten typ symbiozy w świecie afrykańskiej fauny spotykałem potem często. Jeśli nie jest to buffalo, to jest nim  hipopotam bądź krokodyl.

Uwagę moją zwracają spotykane tu i ówdzie cudowne kwiaty na łodygach wysokości ok. dwóch metrów. Wyglądały jak astry, może były z tej samej rodziny, a swoją wysokością przerastały średniego wzrostu człowieka. Czy jest to sprawa klimatu, czy też innej odmiany tego kwiatu, nie jestem w stanie na to odpowiedzieć. Tak czy inaczej są urokliwe. 

Droga nasza prowadził przez znane nam już do pewnego stopnia miejsca w górach Rwenzori, skąd  bierze swój początek stosunkowo niewielka rzeka Kagera, która spływa do Jeziora Wiktoria, a oficjalnie uważana jest za początek monumentalnego Nilu. I tym razem jest to dla nas ogromnym przeżyciem, że znajdujemy się w miejscu „narodzin” jednej z największych i legendarnych rzek świata.

Byliśmy w epicentrum równikowej Afryki. Przed nami Rwanda (Republika Rwandy, dawniej Ruanda, red.), Burundi, a od strony wchodniej kontynentu afrykańskiego dawne Kongo Belgijskie[2], z wyjątkowo przepięknym jeziorem Kiwu[3]. Jeśli jakikolwiek obszar na terenie Czarnego Lądu, z którym się bezpośrednio zetknąłem i mniej lub więcej poznałem, jest w moim mniemaniu najbardziej autentyczną Afryką, to będzie właśnie ten rejon, przez który przemierzamy w drodze do Konga, Rwandy i Burundi. Poniewaz po drodze nie zauważyliśmy żadnego, chociażby najmniejszego hoteliku, postanowiliśmy starym i wypróbowanym już zwyczajem, zjechać nieco z drogi i rozłożyć obozowisko. Udało nam się też tego wieczoru upolować niedaleko naszego obozowiska, jakieś wolno spacerujące wśród traw dwa, dość duże ptaki. Okazało się, że były to pokaźnych rozmiarów tutejsze bażanty. Zamiast je upiec ugotowaliśmy je w wodzie, jednym słowem bażant w rosole. Zostaly zjedzone i smakowały lepiej niż nasz indyk.

Szybko zbliżał się wieczór. Grzbiet Rwenzori pokrył sawannę głębokim, granatowym, cieniem. Patrząc w górę ponad linię jego wierzchołka ogromna tarcza słońca schodziła bardzo szybko poza horyzont. Niebieskie jeszcze niebo nagle się zmieniło, jakby ogarnął je ogień. Co za niezwykły kolor. Co za niezwykly widok. Wczesnym rankiem na śniadanie spożyliśmy resztki upolowanych uprzedniego wieczoru bażantów i wypiwszy po garnuszku kawy „Neski” ruszyliśmy w dalszą drogę.

Tubylcy, których od czasu do czasu spotykaliśmy na drodze, lub w małych osadadach, ubrani byli w dość barwne stroje, pełne dziwacznych, a jednocześnie w interesujących kolorach i wzorach. Kolory zielone i czerwone muszą być tu szczególnie lubiane przez kobiety, nie mówiąc już o wydrukowanych na koszulach pieknych kolorowych kogutach. Wpatrzony w przestrzeń pochłaniałem nadzwyczajne w kolorze i konfiguracji terenu krajobrazy.

Jezioro Kiwu jest duże i położone wyjątkowo malowniczo, na wysokości ok. 1500 m nad  poziomem morza, a więc mniej więcej naszego Kasprowego. Takie ogromne afrykańskie „Morskie Oko”, w którym ponoć nie ma krokodyli. Powodem tego, jak twierdzą tubylcy,  jest o kilka stopni zimniejsza woda, niż gdzie indziej w tropikach. Coraz dalej za nami pozostal „Głęboki Afrykański Rów”, ten ogromny przełom w ziemskiej skorupie przechodzący przez wschodnio-centralna Afrykę. Wspinajac się pod górę, na dole w powłoce lekkiej mgly pozostawiliśmy za sobą ogromną „nieckę”, która przypominała malarską paletę zieleni, ochry i brązu.

Nagle na niebie pojawiły się  złowróżbne kłębiate chmury. Kotłowały się w swojej ogromnej masie, spoza której prześwitywało niebieskie niebo. I jak to w tropiku, nagle spadła na nas lawina wody. Tropikalny gęsty deszcz. Potem zagrzmiał grom z nieba, a na horyzoncie pojawiły sie gigantycznych rozmiarów  blyskawice. Ciskały na prawo i lewo, krzyżując się ze sobą. W strefie równikowej taka ulewa szybko przechodzi. ponad nami pojawił się błękit nieba, ogromna tęcza i wyszło słońce. A więc słońce po burzy. Tyle tylko, że nie nad Wisłą, a nad jeziorem Kiwu, z bajkową panoramą Gór Księżycowych.

Niezbyt szeroka droga idąca raz stromo w górę, a raz i stromo w dół, jest bardzo trudna do jazdy samochodowej, zwłaszcza, że jest na niej ogromna ilość bardzo ostrych zakrętów. Nic więc dziwnego, że od czasu do czasu na jej poboczach leżą stare, zardzewiałe wraki samochodów. Ziemia musi tu być bardzo urodzajna. Ostre i pochyłe zbocza pokryte są uprawnymi poletkami. Trudno mi sobie było wyobrazić jak można na tak stromym zboczu uprawiać widoczną tu kukurydzę i inne zielone w kolorze rośliny jadalne, które wydawały mi się groszkiem bądź fasolą. Każda pędź ziemi wydawała się być tu wykorzystana przez rolników, mimo tych niezwykle stromych górzystych uskokow. Od czasu do czasu mijaliśmy małe domki tubylców, a wśród nich dużo kobiet i jeszcze więcej wokół nich dzieci w rozmaitym wieku, począwszy od niemowlaków usadowionych wygodnie w małym zawiniątku na plecach, bądź przyczepionych z boku na biodrach matki, jak również tych nieco starszych, rozbieganych. Dzieci są dziećmi i wszystkie są podobne do siebie. Jednak te małe, czarne niewinne dzieci o hebanowej skórze,  pełne radości życia, rozbawione, mimo, że życie nie jest tu łatwe, przypomniały mi czasy przedwojenne, kiedy byłem uczniem szkoły powszechnej w Czortkowie i tę naszą masową zbiórkę kulek ze sreberka po czekoladkach dla murzyńskich dzieci. Zapewne ich dziadkowie i ojcowie tych srebrnych kulek nigdy na oczy nie zobaczyli. Ale dlaczego kulki ze sreberka? Nad tym wówczas się nie zastanawialiśmy. Dziś zamiast kulek srebra, przydałoby się, aby żywność i inne towary pierwszej potrzeby, szczególnie  lekarstwa, wysyłane do Afryki, trafiały do właściwego adresata, a więc przede wszystkim dla afrykańskich dzieci. Niestety szalbierstwo i powszechna masowa korupcja władz jest ogromna i trudną do zlikwidowania przeszkodą. Manna z nieba tu nie spada, a te okruchy, ktore w końcu trafiają do właściwego adresata, są znikome. Nikt tu się jednak nie skarży, nikt nie protestuje.

Rwanda i Kongo są  krajami nie tylko górskich goryli, których za wyjątkiem jednego razu, nie udało nam się zobaczyć, ale też bardzo podobnych do nich Pigmejów z plemienia Ba-Twa, których mieliśmy okazję spotkać na naszej drodze przez Kongo. Nie należą oni do najpiękniejszych ludzi na świecie. Wręcz przeciwnie, są bardzo brzydcy. Są niskiego wzrostu, ich wysokość ok. 1 m. Starsi są nieco wyżsi, lecz nie wiecej niż kilkanaście centymetrów. Nie jestem antropologiem, więc ich nie mierzyłem, ale porównując, mnie sięgali do pępka i tylko niektórzy kilka centymetrów powyżej. Niezbyt dobre wrażenie robią ich spiłowane zęby. Te szpiczate „piramidki”, wystające z dużych, stosunkowo bardzo czerwonych dziąseł, są dość odstręczające. Ba-Twa są nomadami,  a więc jest to plemię zbieracko-łowieckie i koczownicze, żyją w gęstej dżungli w miejscach, gdzie bardzo rzadko dochodzi światło słoneczne. Polują na dziką zwierzynę. Są traperami żywiąc się prawie wyłącznie mięsem. Zastawiają sidła na rozmaitego rodzaju gryzonie i dzikie świnie. Czasem udaje im się upolować małe antylopy. Nie gardzą termitami i gąsienicami. Bardzo też lubią orzechy palmowe. Nasz przewodnik Thomas (Tom) Bwangi mówił mi, że potrafią oszczepami upolować słonia. Potem rozpruwają go i cały klan zasiada do wspólnej biesiady. Wchodzą w jego wnętrzności, spożywają surowe mięso i piją krew. Resztki, które zostają po upolowanym słoniu, zjadają potem drapieżniki, a na koniec zlatują się sępy. Nie miałem ochoty tego sprawdzać, więc powtarzam tylko to, co usłyszałem od Toma.

Od czasu do czasu można było spotkać Pigmejów Ba-Twa, którzy porzucili życie nomadów. Pracowali jako najemna sezonowa siła robocza, pracująca na niewolniczych warunkach na plantacjach kawy czy herbaty. Tych, którzy pozostali nomadami  rzadko się widzi i tylko wówczas, kiedy niespodziewanie zjawiają się w małych osadach, czy wioskach po drobne zakupy. Tutsi i Hutu, jak również tubylcy ze wschodniego Konga traktują tych małych ludzikow z plemienia Ba-Twa z widocznym wstrętem i głęboką pogardą. Nawet nasz przewodnik Tom mówił o nich z lekceważeniem. Jest mi trudno się z tym pogodzić, jako że z własnej obserwacji mogę jedynie powiedzieć, że byli oni przyjażnie nastawieni i ujmujący. 

Sytuacja polityczno-społeczna w tych krajach jest „płynna” i używając tu bardzo delikatnego sformułowania, bardzo daleka od jakiejkolwiek stabilizacji, a wręcz przeciwnie, pełna pozorów, często z pogranicza urojonego świata. Szczególnie dotyczy to bogatej Katangi, we wschodnim Kongo, gdzie rządził watażka Moise Kapenda Czombe, albo  jeszcze gorszy od niego Mobutu Sese Seko Kuku Ngbendu wa za Banga, którego właściwym nazwiskiem, było Joseph-Désiré Mobutu. Nieco później miałem go nieprzyjemność spotkać. Tyran tyranów, który wszystkim oponentom robił „kuku”.

Podejrzewałem, że zarówno dla tubylców, jak i rządzących watażków, ten nowy, tworzący się świat nie jest urojeniem, lecz twardą rzeczywistością. Trudno mi było się „połapać”, w jakim kierunku podąża tu Uhuru na Umoja (suahili: Wolność i jedność, red.) i jej niezwykle skomplikowane, na tym początkowym etapie rozwoju, doktryny polityczno-społeczne. Taką zagadką była enigmatyczna postać najpierw pułkownika, potem prezydenta Józefa Mobutu, chodzącego w czarnych przeciwsłonecznych okularach,  jakby miał coś do ukrycia, o bogatej, intrygancko-bandyckiej przeszłości. Wprawdzie reprezentowałem ONZ WHO, ale jednak byłem filmowcem z Polski Ludowej, stąd też zapewne, chcąc się popisać powiedział mi, że studiował w Czeskiej Akademii Wojskowej i jest członkiem komunistycznej partii. Tylko jakiej? Tego już mi nie powiedzial!

Jakimi predylekcjami kierowali się nowi przywódcy w istniejącym sztucznym układzie geograficznych podziałów tego kontynentu, dokonanych przez kolonialne mocarstwa, które od zarania kierowały się dewizą „dziel i rządź”, vis a vis towarzyszących, nabrzmiałych odwiecznych konfliktów plemiennych. Prafrazując pytanie, jakie zadał Chrystusowi św. Piotr,  w powieści Henryka Sienkiewicza „Quo vadis… Domine” (łac. dokąd idziesz Panie, red.), codziennie sam siebie pytałem: „Quo vadis… Afryko”, gdy obserwowałem wydarzenia i kierunek w jakim podążał Czarny Ląd i jego nowi władcy – Mobutu w KongoMilton Obote w Ugandzie, Ahmed Sékou Touré w Gwinei, Julius K. Nyerere w Tanzanii, Jomo Kenyatta w Kenii, czy Kwame Nkrumah w Ghanie. Do tego dochodzili władcy Burundi oraz Rwandy, Tutsi i Hutu, gubernatorzy i pułkownicy, którzy na fali puczów i kontra puczów, jak grzyby po deszczu przychodzili i odchodzili, pozostwiając za sobą śmierć milionów niewinnych tubylców.

 ________________

[1] Park Narodowy Queen Elizabeth (ang. Queen Elizabeth National Park; „Park Narodowy Królowej Elżbiety”) – park narodowy w południowo-wschodniej Ugandzie, przy granicy z Demokratyczną Republiką Konga, utworzony w 1954 roku, w 1979 roku uznany za rezerwat biosfery. Zajmuje obszar 2000 km2 między Jeziorem Edwarda a Jeziorem Jerzego, od strony zachodniej przylega do Parku Narodowego Wirunga w Demokratycznej Republice Konga (wikipedia).

[2] Kongo Belgijskie – belgijska kolonia w centralnej Afryce, w dorzeczu rzeki Kongo, która istniała do roku 1960. Ten teren był rejonem belgijskiej ekspansji już od 1877. Jednak formalnie nie należał on do Belgii, lecz do jej króla Leopolda II. Kolonia uzyskała niepodległość w 1960 r. Pod rządami prezydenta Mobutu Sese Seko, obowiązująca od 1971 do  1997 r. – Republika Zairu. Obecnie – Demokratyczna Republika Konga (wikipedia).

[3] Kiwu (fr. Lac Kivu) – jezioro pochodzenia tektonicznego na granicy Demokratycznej Republiki Konga i Rwandy. Należy do grupy Wielkich Jezior Afrykańskich (wikipedia).

 

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Dalszy ciąg wspomnień ukaże się w poniedziałek 1 kwietnia 2019 r.

Poprzedni odcinek:

http://www.cultureave.com/rozwazania-na-temat-istoty-filmu-dokumentalnego/

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *