Tina Popko – artystka wielu talentów (2)

Tina Popko, fot. Paweł Szeterlak

rozmawia Łukasz Przelaskowski (Holandia)

Łukasz Przelaskowski: Kochasz poezję i piszesz piękne wiersze, ujmujące i pełne romantyzmu, głównie erotyki, genialnie budujesz formę erotycznego uniesienia, które trzyma w napięciu, aż do końca przyprawiając o szybsze bicie serca. Czy te wiersze są o Tobie?

Tina Popko: W wierszach mówi podmiot liryczny, a nie ja, więc nie należy zakładać, że są o mnie. Oczywiście  często czerpię natchnienie z życia, marzeń lub kieruję słowa do konkretnej osoby, nieraz wyidealizowanej w utworze, lecz wiele rzeczy może (nie musi) być ubarwionych. Zdarza się też, że z czasem dedykuję komuś wiersz napisany wcześniej. Trzeba jednak pamiętać, iż treść może nie mieć nic wspólnego ze mną, moim życiem, czy upodobaniami.

Czy masz w tej całej pogoni artystycznej czas na miłość, przyjaźń?

Miłość i przyjaźń są dla mnie bardzo ważne. Mam przyjaciół, z którymi znam się od wielu lat. Staram się pielęgnować te relacje, traktuję ich jak rodzinę. Większość z tych osób jest daleko, ale to nie przeszkadza w kontakcie. Nawet zapracowana osoba, której zależy na znajomości, znajdzie czas dla bliskich.

Czy tak utalentowana i piękna kobieta, a zarazem samotna, mogłaby zdradzić coś ze swojej prywatnej sfery uczuć? Jak można zdobyć serce tak wyjątkowej osoby jak Ty? Czy mogłabyś opisać Twój typ mężczyzny pod względem zarówno osobowości, jak i aparycji?

Obecnie skupiam się na swoim rozwoju, co nie znaczy, że nie miałabym czasu na miłość, ale wierzę, że sama przyjdzie, więc nie szukam na siłę. Ważne jest, abym była przede wszystkim szczęśliwa sama ze sobą i tak jest. Jeżeli chodzi o osobowość, to mężczyzna powinien być inteligentny, zaradny, romantyczny, empatyczny, opiekuńczy, spontaniczny i choć trochę szalony. Nie musi być artystą, ale powinien podziwiać i cenić sztukę. Ważne jest, by umiał okazywać i pielęgnować uczucie, miał jakąś pasję, poczucie humoru, lubił i umiał słuchać, doceniał mnie i oczywiście świata poza mną nie widział (śmiech). No cóż… chcę być tą jedyną, miłością czyjegoś życia – i z wzajemnością. Aparycja ma drugorzędne znaczenie, ale skoro już pytasz, to dobrze, gdyby mężczyzna był wysoki i wysportowany.

Tina Popko, fot. Paweł Szeterlak

Obecnie zamieszczasz twórczość poetycką na swojej stronie na Facebooku, a także stronie internetowej. Masz jakieś większe plany związane z Twoimi wierszami?

Oczywiście. Planuję je wydać, a także nagrać w formie poezji śpiewanej.

Jakich poetów oraz wykonawców poezji śpiewanej lubisz?

Moim ulubionym wykonawcą poezji śpiewanej jest śp. Marek Grechuta. Z poetów lubię m.in. Leśmiana, Balińskiego, Cummings’a, Baudelaire’a, Szymborską, Poświatowską, Przerwę – Tetmajera, Asnyka, Borowskiego, Staffa, Wierzyńskiego, Mickiewicza, Tuwima, Kraszewskiego, Langego.

Jaka jest Twoja ulubiona książka?

„Rozmowy z Bogiem” Walsch’a. Uważam, że każdy powinien przeczytać tę książkę i żyć zgodnie z prawdami w niej zawartymi, a będzie spokojny i szczęśliwy. Faktem jest, iż mamy ogromny wpływ na swoje życie. To my decydujemy, kim jesteśmy i mamy prawo do wielu wyborów. Możemy osiągnąć wszystko – wystarczy być tego świadomym, pracować nad swoimi myślami, które są energią i przemieniają się w materię, czyli zdarzenia. To jest siła przyciągania. Są dwa źródła wszystkich uczuć – miłość i strach. Należy całkowicie porzucić to drugie. Problemy i cierpienie to… iluzja. Jesteśmy na tym świecie po to, aby na własne życzenie doświadczać, poznawać dobro przez istnienie zła i przypomnieć sobie, że jesteśmy boską cząstką. Tyle w skrócie.

Tina Popko, fot. Paweł Szeterlak

Jesteś człowiekiem renesansu. Masz wiele pasji i zainteresowań, związanych nie tylko ze sztuką, ale także z ezoteryką, magią, astrologią, parapsychologią, reinkarnacją, religiami, sztukami walki, sportem, filozofią itd. Jakie wartości urzekają Cię w filozofii?

Wiele tematów  mnie fascynuje, np. filozofia słowa i fakt, iż idea wszystkich rzeczy tkwi w ich nazwie, czyli w słowie. Inną kwestią, którą poruszę, jest to, że każdy wybiera jeden z dwóch głównych sposobów egzystencji – oparty na posiadaniu lub byciu. Jestem przedstawicielką tego drugiego sposobu i uważam, iż może dać on więcej szczęścia, a odczuwanie tego zależy od jednostki, a więc jest subiektywne (ludzie nie są sobie równi, istnieją nadludzie, jak twierdził F. Nietzsche). Pochłaniające są też rozważania nad tematem miłości, np. jej stadia według S. Kierkegaarda. Osobiście, uznaję to uczucie za najwyższą wartość, najpiękniejsze ludzkie doznanie i sens życia. Według mnie, prawdziwa miłość jest jedyna, nieskończona i niełatwa do znalezienia w dzisiejszym świecie pełnym wątpliwych „wartości”. Według Lacana chodzi w niej o przekroczenie narcyzmu i próbę dotknięcia „bytu drugiego”. Moje życie wewnętrzne jest bogate, uznaję więc, że istnienie konkretnych jednostek może być wartościowe i magiczne, jednak życie człowieka, a jego wartość w odbiorze ogółu to dwie odmienne kwestie. Nie uniknę też rozmyślań na temat mizantropii, sensu wszystkiego, poglądów Schopenhauera i wielu innych.

Tina Popko w programie telewizyjnym „Must be the music”

Wystąpiłaś w programach takich jak „Must be the music” i „Szansa na Sukces”. Wykonałaś tam fenomenalnie „Think” A. Franklin oraz „A gdyby tak” zespołu Vox. Publiczność szalała, klaskała i wiwatowała na stojąco, jury zaniemówiło. Czy przyniosły one Tobie promocję, a z nią ciekawe propozycje współpracy? Jak sama podchodzisz do takich programów i występów?

Nie wszystkie tego rodzaju programy dopuszczają w swoim regulaminie zawodowych, profesjonalnych wokalistów, ale dobrze, że chociaż dają im szansę pokazania się, jeśli nie zwycięstwa. Stwierdziłam więc, że warto jest wystąpić, co potwierdziło się w dużej ilości otrzymanych wiadomości z gratulacjami i propozycjami współpracy. Większość takich ofert wiąże się z wyłącznością na długi okres, więc daję sobie czas na decyzję i być może na lepsze propozycje, zwłaszcza, że jeszcze napływają. Tak więc, zachęcam do kontaktu, jestem otwarta na ciekawe oferty współpracy.

Jak odnajdujesz się w czasie pandemii jako artystka?

Czas pandemii to dobry okres na dokończenie rzeczy, które były odkładane na później, na pisanie wierszy i tekstów piosenek, komponowanie, naukę nowych utworów, uaktualnienie portfolio i demo, próby wokalne, aktorskie oraz  taneczne.  Miałam też nagrania do kilku seriali.

Tina Popko, fot. Marcin Chyła

Na Twojej stronie można przeczytać m.in. recenzję wybitnej Pani choreograf Grażyny Mulczyk – Skarżyńskiej o Tobie jako świetnej modelce, wyróżniającej się m.in. estetyką i harmonią ruchu, pięknym poruszaniem i elegancją. Czym jest dla Ciebie modeling i fotomodeling?

Moda to jedna z moich pasji, a  moje motto to: „zawsze ubieraj się tak jakbyś miał spotkać swojego najgorszego wroga”. Sesje zdjęciowe uwielbiam odkąd byłam nastolatką, wtedy też wyszłam po raz pierwszy na wybieg, to wspaniałe uczucie. Dobra modelka powinna być pewna siebie, charakterystyczna, kreatywna, mieć swój styl i talent aktorski, by umieć wyrazić emocje. Jestem indywidualistką, a moda pomaga to podkreślić. Lubię fotografię oraz pracę jako modelka i fotomodelka, traktuję to jak sztukę. Podobnie jak na scenie – jestem wtedy w swoim żywiole, sprawia mi to frajdę, daje dużo pozytywnej energii i przenosi w ten inny, magiczny świat, oderwany od rzeczywistości, czyli mój świat (uśmiech).

Jakie masz zawodowe i prywatne marzenia oraz plany?

Chcę zawsze być szczęśliwa, mieć z kim dzielić się tym szczęściem i nadal móc robić to, co kocham, czyli grać, śpiewać, tańczyć, rozwijać pozostałe pasje, np. rysowanie, malowanie. Do tej pory często zmieniałam miejsca zamieszkania i grałam gościnnie w teatrach, a teraz jestem już gotowa pracować na etacie i osiąść w jednym miejscu. W przyszłości chcę mieć dom i konia, o którym marzę od dziecka.

Tina Popko, fot. Paweł Szeterlak

Jedną z największych Twoich miłości są konie. Masz doświadczenie jeździeckie?  Za co tak kochasz konie?

Pierwsza lekcja jazdy odbyła się jak miałam 9 lat i już wtedy pokochałam konie. Mam spore doświadczenie, skaczę przez przeszkody, uwielbiam jazdę w terenie. Dziadkowie mieli konia pociągowego, na którym jako pierwsza jeździłam. Kocham te zwierzęta za wszystko, są niezwykle mądre, uwielbiam spędzać z nimi czas, nie tylko na jeździe. Są przyjaciółmi człowieka i najpiękniejszymi stworzeniami na świecie. Można być z nimi naprawdę blisko. Dawałam nawet koniowi jedzenie z ust, to było cudowne uczucie, miałam ciarki na całym ciele. Pamiętam wszystkie konie, które kochałam, są nadal w moim sercu i śnią mi się nawet po latach. Kolekcjonuję figurki, plakaty, znaczki i inne rzeczy związane z końmi.

Praca w Twoim zawodzie wymaga ogromu pozytywnej energii i wysiłku, skąd ją bierzesz i jak rozładowujesz stres?

Gdy robię to, co kocham, zawsze jestem pełna energii. Dodatkowo czerpię ją ze słuchania muzyki, tańca, sportów, spotkań z przyjaciółmi, podróży, jazdy rowerem, autem lub motorem. Planuję skok ze spadochronem, rozważam także powrót na Aikido jeśli wystarczy mi czasu. Lubię też chodzić po górach, spędzać czas w lesie i nad wodą.

Co poleciłabyś kolejnym młodym pokoleniom osób zainteresowanych pracą aktorów, wokalistów, tancerzy, muzyków czy modeli? Jak pracować nad sobą, a czego się wystrzegać?

Aby osiągnąć sukces, trzeba ciężko pracować, być w pełni zaangażowanym, zmobilizowanym, stawiać sobie jasne cele, nigdy się nie poddawać, nie przejmować się niepowodzeniami, nie porównywać z innymi, zainwestować czas i energię w swoje wykształcenie oraz skupiać się na własnym rozwoju.

Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów, a także pomyślnej realizacji wszystkich marzeń, planów i projektów.

 Dziękuję również.

Wiawiad, cześć 1:

Linki:

Strona Internetowa: http://www.tinapopko.com.pl/

Nowa strona: http://tinapopko.pl/

Facebook: https://www.facebook.com/Tina-Popko-actress-singer-model-103102661290658 

Kanał YouTube: https://www.youtube.com/channel/UC_aFPggDoqWppYNJvcaw2yQ 

Instagram: https://www.instagram.com/tina.popko/ 




Janina Smolińska: amerykański sen pięknej Polki

Janina Smolińska w Hollywood, fotografia sytuacyjna (fot. ze zbiorów NAC, Koncern
Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji. Sygnatura: 1-K-9047)

Marek Teler

Niewielu jest Polaków, którzy osiągnęli ogromne sukcesy w Hollywood. W dwudziestoleciu międzywojennym było ich kilku. Historia Janiny Smolińskiej, która próbowała wtedy zawojować wytwórnie filmowe Los Angeles, pokazuje przy tym, że amerykański sen może zakończyć się równie prędko,jak zacząć.

Aktorka, tancerka, nieoficjalna Miss Polonia i korespondentka zagraniczna magazynu „Kino” – w latach 20. i 30. XX wieku Janina Smolińska była w Polsce uważana za międzynarodową gwiazdę wielkiego formatu. Dziennikarze walczyli o możliwość przeprowadzenia z nią wywiadu, a o jej skomplikowanych małżeńskich perypetiach rozpisywała się amerykańska prasa bulwarowa. Dzisiaj aktorka ta jest postacią całkowicie zapomnianą. Na szczęście prasa sensacyjna z okresu dwudziestolecia międzywojennego pozwala nam częściowo zrekonstruować jej złożony życiorys.

Na scenach Moskwy i Paryża

Janina Smolińska przyszła na świat w 1897 roku na Mazowszu jako córka Edwarda Smolińskiego i Wandy z Rutkowskich. Rok urodzenia artystki znany jest z listy pasażerów transatlantyku płynącego z portu Cherbourg do Nowego Jorku w 1928 roku, tam też podano jako miejsce urodzenia „Poltzk”, czyli Płock. Nie można jednak wykluczyć, że Smolińska, chcąc ukryć fakt urodzenia się na wsi, podała w dokumentach nazwę najbliższego większego miasta. W latach 1899–1908 rodzice Smolińskiej mieszkali bowiem we wsi Konopki w gminie Stupsk, gdzie urodziło się młodsze rodzeństwo aktorki: w 1899 roku Zofia, w 1905 roku Czesław, a w 1908 roku Wiktoria.

W późniejszych latach Janina Smolińska wzorem wielu koleżanek po fachu często odejmowała sobie lat. W akcie ślubu z 1931 roku podała rok urodzenia 1899, zaś w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” z grudnia 1928 roku oszukała dziennikarza, że urodziła się w 1905 roku w Warszawie. Zalotnie dodała przy tym: „Z wieku mojego nie robię żadnej tajemnicy”.

Kiedy Janina miała czternaście lat, rodzice wyjechali z nią do Rosji. Jako, że od wczesnego dzieciństwa fascynowała się teatrem i tańcem, państwo Smolińscy zapisali ją do szkoły baletowej działającej przy operze moskiewskiej. W wywiadzie dla „Kina”, w którym aktorka opowiadała o swojej młodości, nie padła wprawdzie nazwa tej instytucji, ale z całą pewnością musiał to być słynny Teatr Bolszoj, który od wielu lat patronował Moskiewskiej Akademii Choreografii. W tym czasie Akademii przewodził wybitny baletmistrz i choreograf Wasilij Tikhomirov. Dyrektor ten uczył tańca w sposób bardzo klasyczny, unikając wkradającego się do sztuki baletowej nowatorstwa.

Smolińska okazała się pilną uczennicą i szybko stała jedną z głównych tancerek w zespole. Wkrótce wraz z grupą taneczną wyruszyła na światowe tournée. Przez cztery lata młode dziewczęta podróżowały przez centrum Rosji, Syberię, Mandżurię, Japonię, Turcję, Bułgarię, Rumunię i Czechosłowację. Polska tancerka miała wówczas okazję występować na scenach w Piotrogrodzie (Petersburgu), Tokio i Konstantynopolu. „Nie straciła Ojczyzna moja w mych oczach na zestawieniu z najbogatszymi czy najpiękniejszymi krajami na którejkolwiek półkuli świata. Podziwiać można ziemie obce i nieraz można zachwycać się nimi i lubić szczerze to albo inne otoczenie; ale ziemię swoją rodzoną miłuje się przecież jak matkę” – pisała o swoich licznych zagranicznych wojażach w korespondencji dla „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” z marca 1930 roku.

W 1918 roku Janina została zaangażowana jako koryfejka (baletnica tańcząca w wyróżnionej grupie tancerek, ale jeszcze nie solistka) do baletu w Jassach i zapewne jeszcze w tym samym roku wyszła za mąż za pułkownika rumuńskiej armii. Nigdy nie podała w żadnym wywiadzie jego nazwiska, był to zresztą bardzo krótki związek. Pierwszy mąż Smolińskiej, stojący po stronie białych, zginął wkrótce w czasie walk z bolszewikami. Po śmierci męża, dowiedziawszy się o odzyskaniu przez Polskę niepodległości, stęskniona za ojczyzną tancerka porzuciła szkołę baletową i postanowiła wrócić do odrodzonego kraju.

W Polsce Janina Smolińska spróbowała swoich sił w aktorstwie. Wiadomo, że w 1922 roku wystąpiła w niemym filmie Za trzy spojrzenia produkcji wytwórni Estefilm Katowice, zaś w 1923 roku w Od kobiety do kobiety, w którym główną rolę grał jeden z najwybitniejszych polskich aktorów teatralnych – Józef Węgrzyn. Mając wciąż w pamięci sale pełne ludzi oglądających jej występy taneczne, Smolińska liczyła na to, że w krótkim czasie stanie się gwiazdą filmową. Na wielką karierę w Polsce nie miała jednak większych szans. „Grałam w kilku filmach polskich, ale wyniki pracy były tak znikome, że liczyć się z nią nie należy” – wspominała ten epizod z życia na łamach „Kina” w 1932 roku.

W 1924 roku wyjechała więc do Paryża, gdzie postanowiła wrócić do korzeni i zatrudnić się jako tancerka. Nabyte w prestiżowej Moskiewskiej Akademii Choreografii umiejętności sprawiły, że po kilku miesiącach spędzonych w teatrze Palace stała się jedną z głównych gwiazd Folies Bergère, kultowej paryskiej sali koncertowej. W 1925 roku wystąpiła między innymi jako Le Chianti u boku francuskiej aktorki Suzy Béryl w rewii Un Soir de Folie. Smolińska nie bała się wyzwań i nagich scenicznych występów przed ogromną widownią. Wieść o rewiach z udziałem Polki szybko dotarła do polskiej prasy. W lutym 1926 roku jedna z lwowskich gazet opisała spektakl, w którym Smolińska grała japońską kurtyzanę: „«Robiła» ją Smolińska zupełnie naga, zasłaniając jedynie trzymanym w ręku czarnym kotem miejsca, które pruderia, nieprzezwyciężona nawet przez współczesne music-halle, każe na scenie zasłaniać”.

Jednocześnie jednak Janina Smolińska nie rezygnowała z ambitniejszych przedsięwzięć. W Paryżu zagrała w kilku nowatorskich filmach wytwórni Pathé, łączących animację z grą prawdziwych aktorów. Nad całością prac czuwał pionier polskiego filmu rysunkowego, Stanisław Dobrzyński. „Paryż pieścił mnie, jeśli się można tak wyrazić. Role miałam pierwszorzędne, uznanie krytyki, jakie tylko wymarzyć sobie można i objawy uwielbienia ze strony publiczności” – wspominała na łamach „Ikaca” w 1930 roku. Wkrótce o urodzie polskiej tancerki z Folies Bergère zrobiło się głośno, piękno pomogło jej też w późniejszych latach dostać się do Hollywood.

Fotos z filmu Monsieur Le Fox. W środku z pakunkiem stoi Gilbert Roland. Po jego
lewej stronie (oznaczona jako „I“ – Lena Molena, po prawej, oznaczona jako „II“
– Janina Smolińska (fot. ze zbiorów NAC, Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny –
Archiwum Ilustracji. Sygnatura: 1-M-2787-2)

U bram Hollywood

13 września 1927 roku Janina Smolińska wzięła udział w wyborach „La belle de Deauville”, w których nagrodą miała być główna rola kobieca w filmie o tym samym tytule w reżyserii Henriego Diamanta-Bergera. Podobny konkurs miał też na celu wyłonienie głównej roli męskiej. Ostatecznie w żeńskiej kategorii zwyciężyła panna Renée Méré i to ona podpisała kontrakt filmowy z wynagrodzeniem wynoszącym 50 tysięcy franków za rolę. Smolińska zajęła drugie miejsce, ale ponieważ nie wybrano w konkursie żadnego mężczyzny, podjęto decyzję, że również zostanie zaangażowana do filmu w jednej z głównych ról. O samej produkcji, jeżeli w ogóle została nakręcona, brak jakiejkolwiek informacji.

Z kolei pod koniec maja 1928 roku artystka uczestniczyła w konkursie piękności aktorek filmowych w Brukseli. Wyróżniała się na tle innych kandydatek niebanalną urodą, dzięki czemu pokonała trzysta innych kobiet z całego świata i otrzymała tytuł nieoficjalnej polskiej Miss Polonia (pierwszą polską miss z prawdziwego zdarzenia została rok później warszawianka Władysława Kostakówna). Tak opisywał urodę Smolińskiej cztery lata później dziennikarz „Kina”: „Uroda – niezwykle oryginalna i frapująca, chwilami nawet niepokojąca. Heban włosów, głęboko osadzone, żywe i pełne niesamowitego blasku oczy i uśmiech… dziecka. Cocktail. Dziwne połączenie wampira i dziecka”. Urodę polskiej gwiazdy doceniono również na konkursach piękności w Londynie i Paryżu.

„Dostaję tysiące propozycji małżeńskich, nawet z najbardziej egzotycznych krajów. Jestem stale oblegana przez ciekawych, niedających mi spokoju fotografów. Ach, panie, jakim przekleństwem jest dla mnie czasami moja piękność” – narzekała nieskromnie na nadmierną popularność w rozmowie z dziennikarzem „Rzeczypospolitej” w grudniu 1928 roku.

23 listopada 1928 roku Janina Smolińska po ośmiodniowej podróży przybyła z Francji do USA. W polskiej i amerykańskie prasie pisano, że brała udział w wyborach Miss Universe w Galveston, w Teksasie, lecz nie figuruje ona na liście kandydatek do tytułu. Ponadto teksański konkurs Miss Universe 1928 odbył się 4 czerwca 1928 roku, zatem urodziwa Polka musiała wziąć udział w innym konkursie piękności, być może również noszącym nazwę „Miss Universe”. Wiosną 1929 roku występowała między innymi w teatrze Capitol w Detroit, a polskie dzienniki sensacyjne pisały o jej planach poślubienia księcia Sergiusza Wołkońskiego, prowadzącego w tym mieście szkołę fechtunkową. Ostatecznie jednak do małżeństwa nie doszło, a artystka po kilku miesiącach wyjechała do Los Angeles.

Wkrótce Smolińska otrzymała ofertę zagrania w kilku hollywoodzkich filmach wytwórni First National Pictures oraz Metro-Goldwyn-Mayer. Już po kilku miesiącach trafiła na plan „Płomiennej piosenki” w reżyserii Alana Croslanda. Praca w Hollywood nie należała jednak do najłatwiejszych. W 1930 roku tak żaliła się warszawskiemu miesięcznikowi „Naokoło świata”: „Trzeba przecież ciągle ładnie wyglądać, a skąd czerpać to piękno, gdy się jest bezustannie niewyspaną. Nie można tu myśleć o swobodzie, a zawsze trzeba pozować, ciągle trzeba być lalką i choć nie dla filmu a jednak grać. Zawsze trzeba być ostrożną i sprytną, zawsze stosować więcej dyplomacji, niż zaufania. A w dodatku tego wszystkiego bardzo często nie rozumieć co zazdrosne usta mówią lub nawet nie rozumieć co życzliwie radzą”.

Do filmów malował ją jednak wybitny Max Factor (Maksymilian Faktorowicz), a poza tym była otoczona kwiatami i luksusowymi willami, w których mieszkały największe gwiazdy kina, zatem nie miała na co narzekać. W „Płomiennej piosence” polska artystka kierowała 300-osobową grupą taneczną, lecz jej rola należała do drugoplanowych.

Nie obyło się też bez małego skandalu z udziałem tancerki – kiedy reżyser Crosland zdążył już krzyknąć „Kamera, akcja!”, okazało się, że strój Smolińskiej jest zbyt skąpy jak na ówczesne wymagania hollywoodzkich cenzorów. Ostatecznie film odniósł ogromny sukces i doczekał się nawet nominacji do Oscara za najlepszy dźwięk. Rok później na ekranach kin pojawił się „Monsieur Le Fox”, w którym również można było zobaczyć polską piękność. W tym czasie o Janinie Smolińskiej zrobiło się w polskiej prasie sensacyjnej naprawdę głośno. Do kraju napływały zdjęcia z Hollywood. Polka pojawiała się na nich obok takich gwiazd, jak choćby Gilbert Roland, wybitny amerykański aktor meksykańskiego pochodzenia.
Z kolei zagraniczny dziennik „Hollywood News” nazwał Smolińską jedną z najurodziwszych i najbardziej utalentowanych artystek.

W Mieście Aniołów z pewnością pomagali odnaleźć się Smolińskiej inni przedstawiciele tamtejszej Polonii. W tym samym czasie karierę w USA robił między innymi niegdysiejszy student Politechniki Warszawskiej, Edward Zylberberg-Kucharski, obsadzany w amerykańskich filmach w rolach latynoskich kochanków pod pseudonimem Eduardo Raquello. Pod obco brzmiącymi nazwiskami, takimi jak Pola Negri, Gilda Gray czy Estelle Clark, kryły się aktorki polskiego pochodzenia – Apolonia Chałupiec, Marianna Michalska i Stanisława Zwolińska. W Ameryce od kilku lat przebywał również Paweł Faut, którego Smolińska poznała w Polsce na planie filmu „Za trzy spojrzenia”. Młody aktor był aktywnym działaczem Polonii, a jego płyta „Polish Eagles” sprzedała się w USA w nakładzie 100 tysięcy egzemplarzy.

Smolińska zaangażowała się w informowanie polskiej prasy o losach mieszkańców Los Angeles, zostając korespondentką zagraniczną magazynu „Kino” i dziennika „Ilustrowany Kurier Codzienny”. Dzieliła się między innymi najnowszymi informacjami na temat Grety Garbo, Carol Lombard i Clary Bow. Z kolei w listopadzie 1930 roku donosiła o kryzysie przemysłu filmowego w Hollywood i plotkach na temat planów przeniesienia całego biznesu do Nowego Jorku. „Mary Pickford i Charlie Chaplin sprzeciwiają się temu, bo nie chcą opuścić słonecznej Kalifornii, ale też nie chcą uwierzyć w podszepty zakulisowych finansistów, których „genialne” pomysły mogą znów doprowadzić do katastrofy tak, jak się obraca w katastrofę „business” filmu dźwiękowego, a to z przyczyn, które zaraz wytłumaczę” – snuła swoją dramatyczną wizję artystka. Ostatecznie stolica amerykańskiej kinematografii pozostała na swoim miejscu, chociaż już wkrótce zabrakło w niej miejsca dla Janiny Smolińskiej.

Czar pryska

Problemem dla polskiej artystki okazało się prawo pobytu w Stanach Zjednoczonych. Ze względu na pracę w wytwórni Firs National Pictures, 23 listopada 1929 roku przedłużono jej możliwość legalnego przebywania w Ameryce o pół roku, lecz po tym czasie Smolińska z jakiegoś powodu nie zwróciła się z wnioskiem o kolejną prolongatę. Możliwe, że przez te właśnie kłopoty aktorki Universal Pictures zrezygnowało z obsadzenia jej w głównej roli w jednym ze swoich filmów. Sytuacja stała się na tyle poważna, że 16 czerwca 1931 roku wydano wobec Smolińskiej nakaz aresztowania. 22 czerwca artystka znalazła się w więzieniu, lecz natychmiast, po wpłaceniu kaucji w wysokości 500 dolarów, została uwolniona. O wszystkich wydarzeniach związanych z problemami pięknej Polki w Hollywood skrupulatnie informowały amerykańskie dzienniki, między innymi „Reading Eagle”, „Pittsburgh Post-Gazette” i „Miami Daily News”. Na wydłużenie prawa pobytu w Stanach Zjednoczonych imigranci mieli różne sposoby. Jednym z najpopularniejszych były krótkie wyjazdy do Meksyku, po których mogli automatycznie odnowić prawo zamieszkania w USA.

Janina Smolińska znalazła inny sposób – małżeństwo. 3 września 1931 roku w Santa Ana w Kalifornii Smolińska zawarła cywilny ślub z 47-letnim rozwiedzionym przedsiębiorcą Wacławem Walterem Grabowskim, który na początku XX wieku wyemigrował do Stanów Zjednoczonych z Raciąża. Prowadził on firmę, która dostarczała peruki do hollywoodzkich filmów. Wybranek Janiny był również aktywnym działaczem polonijnym, prezesem zrzeszenia polsko-amerykańskich klubów w Kalifornii. W 1928 roku podejmował w swoim mieszkaniu Jerzego Jelińskiego, polskiego harcerza, który w ciągu dwóch lat objechał samochodem świat dookoła.

Małżeństwo z Grabowskim było wyjątkowo nieudane, a początkowa sielanka szybko zamieniła się w koszmar. Biznesmen zarzucał żonie, że późno wraca do domu i źle się prowadzi, a 31 grudnia 1931 roku w tajemnicy przed nią złożył pozew o rozwód. Rozpoczęło to prawdziwą batalię w sądzie i na łamach prasy. Smolińska pokazywała sędziemu Charlesowi B. McCoyowi posiniaczone ramiona i nogi, kreując się na ofiarę przemocy domowej. Grabowski z kolei mówił, że to żona zaatakowała go pierwsza, czego dowodem miało być jego podbite oko. Według Janiny i jej adwokata, L. A. Blooma, wina leżała po stronie męża.

Pierwotnie miał zgodzić się na ślub w celu przedłużenia aktorce pobytu w Kalifornii oraz na jej wyjazd na kilka miesięcy do Polski. Kiedy jednak Smolińska czekała na pociąg do ojczyzny, dowiedziała się z prasy, że Grabowski złożył pozew rozwodowy. Chociaż w połowie lutego 1932 roku Walter Grabowski wycofał pozew i pogodził się z żoną, medialna szopka, którą małżonkowie urządzili w amerykańskiej prasie, poważnie zaszkodziła ich karierze. Janina chciała przede wszystkim odpocząć i wrócić do ojczyzny, gdzie czekali na nią z utęsknieniem krewni i dziennikarze, dla których nadal miała nieskazitelną opinię. Jeszcze w trakcie procesu rozwodowego, 5 lutego 1932 roku, wsiadła więc w pociąg do Nowego Jorku, skąd miała się udać w drogę powrotną do Polski. Jak utrzymywali znajomi Grabowskich, to Walter kupił żonie bilet i dał tysiąc dolarów na nieprzewidziane wydatki na trasie.

Po krótkim pobycie w Paryżu, 29 maja 1932 roku Smolińska znalazła się już w Hotelu Europejskim w Warszawie, gdzie udzieliła wywiadu przedstawicielowi magazynu „Kino”. Pragnęła odpoczynku od nadmiernego zainteresowania, jakie w ostatnim czasie wywołała. „Wyjeżdżam nad polskie morze, na Hel. Niech się trochę pocieszę jego widokiem” – opowiadała o swoich planach na łamach gazety. W rozmowie zwierzyła się również z pomysłu nakręcenia filmu „Emigrant”, opowiadającego o losach polskiej emigracji w Ameryce. Ostatecznie produkcja nie została zrealizowana.

Powrót do korzeni

Smolińska miała spędzić w Polsce tylko pół roku, ale została na prawie dwa lata, budząc powszechny podziw na warszawskich salonach. Na początku 1933 roku wzięła udział w Balu Mody w Hotelu Europejskim, na którym otrzymała pierwszą nagrodę za suknię balową ze rdzawej tafty dzieła popularnego warszawskiego domu mody Goussin Cattley. Pobyt w ojczyźnie zaowocował jednak również kolejnym skandalem obyczajowym z udziałem Smolińskiej. 18 maja 1933 roku na łamach „Dobrego Wieczoru” ukazała się informacja, że pisarz Stanisław Brochwicz-Kozłowski, jakoby narzeczony aktorki, oskarżył ją o przywłaszczenie 2500 zł i cennych kosztowności oraz pobicie. Wszystko było oczywiście wierutnym kłamstwem, do czego po tygodniu przyznał się sam autor pomówień. „Wszelkie zarzuty przeciw p. Janinie Smolińskiej o przywłaszczenie i działanie na moją szkodę są pozbawione prawdy. Dobre imię p. Smolińskiej, która tak wiele zdziałała na całym świecie dla propagandy polskiej sztuki, nieskazitelność i szlachetność jej charakteru wykluczają możliwość popełnienia przez nią czynów nieetycznych” – tłumaczył w liście do redakcji „Dobrego Wieczoru” Brochwicz-Kozłowski, załączając przeprosiny za wyrządzoną jej krzywdę moralną. Sam autor zamieszania, który już przed wojną sympatyzował z nazistami, zostanie w 1941 roku zamordowany przez polskie podziemie jako niebezpieczny agent gestapo.

Mimo afery z Brochwiczem-Kozłowskim Smolińska bardzo miło spędziła czas w ojczystym kraju. W listopadzie 1933 roku zachwycała się na łamach lwowskiej „Awangardy” perspektywą budowy w Brzuchowicach pod Lwowem nowej wytwórni filmowej, stale podkreślała też swoją troskę o Polskę i jej obraz na arenie międzynarodowej. „Wszystko się ogromnie posuwa naprzód. Jedno mam tylko zastrzeżenie: za mało jest u nas reklamy i propagandy, za mało krzyczymy o sobie” – mówiła o kraju w rozmowie z dziennikarzem Karolem Fordem tuż przed kolejnym wyjazdem do Hollywood w styczniu 1934 roku. Chwaliła się również, że podczas pobytu w Los Angeles ogłosiła międzynarodowy konkurs na najpiękniejsze pismo filmowe, w którym „Kino” zdobyło pierwszą nagrodę. To właśnie z tym pismem Smolińska miała zawsze najlepsze relacje, pojawiła się w nim nawet jako gwiazda z okładki (w 1930 roku jej kadr z filmu „Płomienna piosenka” trafił też na okładkę „Światowida”). W Mieście Aniołów czekali na nią mąż Walter Grabowski oraz wytwórnia First National Pictures, która postanowiła odnowić z nią kontrakt, ale amerykański sen nie spełnił się już po raz drugi. Paryż, w którym miała się zatrzymać w drodze do Stanów Zjednoczonych, z jakiegoś powodu stał się jej domem na kolejne lata.

W lipcu 1934 roku Janina Smolińska w wywiadzie udzielonym dziennikarce „Kina” Thei Weinberg, piszącej jako Thea Incognito, zdradziła, że Folies Bergère chce ponownie nawiązać z nią współpracę. Nie była jednak pewna, jaką podjąć decyzję. „Mam dość kontraktów i dosyć… doświadczenia” – tłumaczyła. Pracowała w tym czasie nad własną rewią objazdową, planowała wyjazdy do Ameryki Południowej i Afryki Północnej oraz chwaliła się propozycjami filmowymi od francuskiego studia Pathé-Natan i polskiego reżysera Jana Kucharskiego. Pierwszą ofertę odrzuciła od razu – właściciel Pathé Bernard Natan cieszył się w prasie złą sławą, a jego firma miała już w tym czasie duże problemy finansowe. Druga propozycja zakładała wyjazd na kilka miesięcy na afrykańską wyspę Fernando-Po (obecnie Bioko). „Czy film na Fernando-Po jednak porwie Smolińską, czy też jej praca nad rewią, twórcza i samodzielna zatrzyma ją na dłużej?” – zastanawiała się reporterka „Kina”.

W czerwcu 1935 roku polska artystka pojawiła się na okładce „Paris Music Hall”. W skąpym kostiumie rewiowym, ze smukłą sylwetką baleriny podpisana jako „Janina Smolińska. Gwiazda Hollywood” promowała najnowsze przedstawienie, w którym brała udział. Po niemal dziesięciu latach szukania swojego miejsca w świecie wybrała powrót do korzeni, na deski ukochanej sceny Folies Bergère. Nie chciała jednak tylko występować. Lata pracy na scenie sprawiły, że postanowiła podzielić się swoją cenną wiedzą z innymi młodymi dziewczętami, które również marzyły o karierze tanecznej. Pod koniec lat 30. Smolińska założyła własny zespół baletowy o nazwie Balet Polski, do którego zaangażowała polskie tancerki mieszkające we Francji. Część organizowanych przez artystkę spektakli miała charakter typowo rewiowy, chociaż zdarzały się również tańce dziewcząt w polskich strojach ludowych.

W 1938 roku występ zespołu Smolińskiej w Paryżu oglądał między innymi konsul generalny Rzeczypospolitej, Stanisław Kara. O polskiej gwieździe znów rozpisywała się prasa, a Smolińska znalazła swoje miejsce na ziemi. W czerwcu 1939 roku magazyn „As” donosił o występach baletu Baletu Polskiego w Nicei i planach światowego tournée grupy, którego zwieńczeniem miał być występ w Nowym Jorku. Dziennikarz „Asa” tak pisał o zespole Smolińskiej: „Francuzi oceniają niezmiernie życzliwie działalność artystyczną świetnej tancerki Janiny Smolińskiej, jak również jej owocną pracę pedagogiczną, która daje pierwszorzędne rezultaty”.

Działalność „Baletu Smolińskiej”, jak ochrzciła go polska prasa, została jednak brutalnie przerwana przez wybuch II wojny światowej. W okresie działań zbrojnych Janina Smolińska nie zapomniała o swojej ojczyźnie i angażowała się w życie kulturalne francuskiej Polonii. 16 lutego 1940 roku paryski „Narodowiec” donosił, że gościła na uroczystej premierze spektaklu Teatru Polskiego w Paryżu z udziałem emigracyjnych władz, gdzie w główne role wcielali się m.in. Zbigniew Ziembiński i Irena Eichlerówna. O dalszych losach artystki wiadomo niewiele.

Jeszcze w latach 50. mieszkała w Paryżu przy Rue Saint-Marc. W 1954 roku prestiżowe pismo taneczne „Dancing Times” donosiło, że artystka założyła własną szkołę taneczną i planuje realizację nowego programu baletowego. Z rodzimych gazet zniknęła jednak całkowicie. W prasie pogrążonej w mrokach stalinizmu Polski Ludowej nie było już miejsca, aby informować o Polce, która próbowała podbić Hollywood i z sukcesem zawojowała Paryż.

Marek Teler: Zapomniani artyści II Rzeczypospolitej, Promohistoria (Histmag.org),Warszawa 2019.

Wśród polskich biografów zajaśniała nowa gwiazda! Dziennikarz Marek Teler – niestrudzony i utalentowany detektyw – z niespotykaną drobiazgowością przeprowadził serię śledztw dotyczących losów polskich artystów, którzy podczas II wojny światowej opuścili krąg scenicznych reflektorów i rozpłynęli się w mroku. Po dekadach możemy poznać ich historie, które okazują się bardziej zdumiewające i zawikłane od ich filmowych i estradowych kreacji – mówi o książce Marcin Szczygielski.

Marek Teler (ur. 1996) – dziennikarz, popularyzator historii, bloger. Współpracownik portalu historycznego Histmag.org i czasopisma „Focus Historia”. Interesuje się między innymi historią kobiet oraz genealogią. Autor książek: „Kobiety króla Kazimierza III Wielkiego” oraz „Kochanki, bastardzi, oszuści. Nieprawe łoża królów Polski: XVI–XVIII wiek”.

Wśród polskich aktorów dawnego kina światową sławę osiągnęli nie tylko Eugeniusz Bodo, Mieczysław Fogg czy Jan Kiepura, ale także mnóstwo innych osób, których błyskotliwe kariery legły w gruzach po wybuchu II wojny światowej. Marek Teler w swojej najnowszej książce „Zapomniani artyści II Rzeczpospolitej” na nowo odkrywa historie zapomnianych polskich gwiazd. Poznajemy m.in. losy sławnej Iny Benity, odkrywamy kłamstwa arystokraty-skandalisty ukrywającego się pod pseudonimem „Harry Cort” oraz podążamy za karierą Edwarda Raquello, etatowego amanta Hollywood, a później wymagającego szefa „Głosu Ameryki”, a także wielu innych artystów, których zawiłe życiorysy same w sobie stanowiłyby scenariusz dobrego filmu. Dużą wartością książki są cenne źródła historyczne, takie jak relacje członków rodziny, wypowiedzi z ówczesnych czasopism czy oryginalne zdjęcia, dzięki którym można porównać współczesne ideały piękna z tymi przedwojennymi.

Od wydawnictwa

Książka Marka Telera ukazała się w wersji papierowej: 14.01.2020 r. Jest dostępna w formie papierowej: https://histmag.org/fizyczny_sklep  oraz elektronicznej: https://histmag.org/sklep




Obrzędy i dieta Masajów

Wspomnienia z podróży do Afryki na początku lat 60.

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

W rozległym cieniu wspaniałej Błyszczącej Góry, czyli pasma Kilimandżaro, w myśl plemiennej tradycji, Moroni kiedy wychodzą zwycięsko z konfrontacji „oko w oko” z lwem, czy innym groźnym drapieżnikiem, wracają z buszu do bomy w chwale i sławie. Tam odbywa się ceremonialny obrzęd – spektakularny taniec, który nazywają „engilakinoto”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy, taniec zwycięski. Towarzyszy mu rytmiczny śpiew wojowników, połączony z biciem się w piersi. Kiedy taniec nabiera tempa i staje się coraz głośniejszy, Moroni dla zademonstrowania bomie swojej siły i energii, zaczynają wertykalnie podskakiwać, jak na sprężynach, bez uginania w kolanach ich długich nóg, na wysokość ok. jednego metra, a czasem nawet i więcej.

Jedna z wielu legend jakie mi opowiedział Lelana, na temat tego  skąd na ziemi wzięli się Masajowie, była niezwykle interesująca. Ich początek, wziął się bowiem z dwóch równorzędnych sobie, uzupełniających się plemion. Jedno z nich stanowiły wyłącznie kobiety, zaś członkami drugiego byli mężczyźni. Symbolicznie  można by tę historię przyrównać do biblijnej historii Adama i Ewy. Plemię kobiet znane jako Moroyok, zajmowało się wypasaniem antylop, które Masajowie uważają, za prototyp ich dzisiejszych świętych krów. Sam fakt, że to były antylopy, dodaje tej legendzie specjalny, romantyczny smaczek.

Antylopy! Dla mnie to jedno słowo zawiera piękno natury, subtelność i elegancję. A więc kobiety Moroyok na początku zajmowały się hodowlą nie krów, kóz czy owiec lecz antylop. Jest to pastoralna, pełna sielankowości opowieść z kluczem, o pięknych antylopach oraz kobietach z plemienia Moroyok, które z ogromnym sukcesem sprawowały rządy, takie ówczesne emancypantki. Znalazły one wielką pomoc w słoniach, które okazały się im być przyjazne i niezwykle pomocne w ich codziennym życiu. Oczyszczały bowiem z krzewów pastwiska, dla antylop oraz przynosiły gałęzie do budowy chat i zagród.

Równolegle istniało męskie plemię pasterzy znanych jako Morwak, którzy trudnili się mniej romantyczną hodowlą bydła domowego, a więc krów, owiec i kóz. Jak głosi dalej legenda, od czasu do czasu, te dwa sąsiadujące ze sobą plemiona kobiet i mężczyzn spotykały się w buszu.  Nic więc dziwnego, że w rezultacie tych  romantycznych spotkań wśród wysokich traw sawanny, młode kobiety z plemienia Moroyok zaczęły zachodzić w ciążę i rodzić dzieci. Na początku dziewczynki były wychowywane przez kobiety, a chłopców wychowywali ojcowie.

Jednak po czasie te dzielne i do tej pory niezależne kobiety z plemienia Moroyok, straciły swoje stada antylop, a nie mając innego wyboru, zjednoczyły się z mężczyznami z plemienia Morwak i przez to  straciły wszystkie prawa, które były do tego momentu ich przywilejem, stając się całkowicie od nich zależne. Był to akt uznania przez nie absolutnego autorytetu mężczyzn i przejęcia obowiązku pracy dla nowych „masters”. Jednakże w odróżnieniu od wielu innych afrykańskich plemion Czarnego Lądu, masajskie kobiety cieszą się do tej pory szacunkiem i respektem ze strony mężczyzn. 

Inną z legend na temat początku Masajów jest ich starożytne pochodzenie.  Masajowie twierdzą, że pochodzą od hebrajczyków i jakoby ich oryginalną religią był judaizm. No, cóż mity i legendy, czy ludowe opowieści zmieniają się w zależności od polityki, sezonowych poglądów i potrzeb, a co ważniejsze motywacji do kontynuowania obranej drogi w życiu.

Obrzezanie chłopców – ”emarata” i dziewcząt – „enuratare” jest jednym z najważniejszych momentów w ich przyszłym życiu. Kończy się ono ceremonią „emanyatta”. Obowiązkiem ojca rodziny jest, aby jego dzieci poddały się temu rytuałowi, według wszelkich wymaganych tradycją regulaminów. Z tej okazji rodzina zaprasza przyjaciół do wzięcia udziału w ceremonii w charakterze świadków. Uroczystość odbywa się zazwyczaj w specjalnych chatkach,  przeznaczonych do tego celu, nazywanych „nkang-oo-ntaritik”, czyli w wolnym tłumaczeniu mojego asystenta, „chaty dla małych ptaków”. Gdy młodzi ludzie zostaną umieszczeni w chatach, obowiązkiem każdego ojca rodziny jest dostarczanie im mleka, zmieszanego ze świeżą krowią krwią oraz innych podstawowych produktów żywnościowych, którymi mają obowiązek dzielić się między sobą.

Masajowie żywią się głównie krowią krwią zmieszaną mniej lub więcej pół na pół z mlekiem. Krwią napełniają tykwy, dolewają mleko i wszystko mieszają w tykwach, a potem z nich piją. Strzała  z łuku z niebywałą precyzją  trafiła w szyjną tętnicę krowy. Dwóch młodych Moroni trzymało ją za rogi. Mimo to nastąpił tumult. Krowa zaczęła nieco wierzgać. Biedna krówka zapewne myślała, że to już koniec, ta ostatnia chwila. Szamotała się przez chwilę, a spod jej kopyt unosił się rudawego koloru miałki kurz. Krew trysnęła łukiem z tętnicy. Wszystko razem trwało kilkanaście sekund. Z błyskawiczną wręcz szybkością dwóch Moroni, podskoczyło do już spokojnie stojącej krowy i pierwszy, szybszy przyłożył do otwartej tętniczej rany i tryskającej z niej krwi, podłużną tykwę przypominającą flakon do kwiatów. Przed nami stała nieco wystraszona „święta” krówka. Stała spokojnie z wybałuszonymi oczami, tymi rozbrajająco niewinnymi i zawsze dla mnie tak ujmującymi jakby rozumiała, że nic jej nie grozi, że jest to tylko jeden z tych rutynowych codziennych porannych masajskich zwyczajów, ten sam któremu ona i inne krówki były poddawane każdego dnia. Tyle tylko, że tym razem z tejże krówki „wydojono”, nie mleko, a świeżą, gorącą tętniczą krew. Krówka zatrzepotała kilka razy uszami, jakby chciała się otrzepać od much i poddała się całkowicie dalszej procedurze. Jak wiadomo otwarta, nawet na moment, tętnica tryska krwią jak fontanna, stąd też mimo, że dość  duża była ta tykwa szybko wypełniła się ciepłą krwią. Aby nie uronić jej więcej niż trzeba i zatrzymać jej gwałtowny strumień, jeden z tych młodych wojowników Moroni, we właściwym momencie pochylił się i szybkim ruchem palców zaczerpnął garść leżącego obok krowiego łajna, po czym płaskim ruchem dłoni zaklajstrował tętniczą ranę. Ceremoniał ten został dla nas powtórzony wielokrotnie, oczywiście na innych stojących obok cierpliwie krówkach, toczenie krwi z żywej krowy mimo, że wiedziałem doskonale jak ten akt się odbywa i że jest to ich codzienny „rytuał”, że ta krowia tętnicza krew jest jednym z głównych składników w ich codziennej diecie, a przede wszystkim, że krówce się w gruncie rzeczy nic złego nie stało, to patrząc na tę unikalną scenerię, było dla mnie w niej zawsze coś makabrycznego. Tak więc wypuszczane z łuku strzały, kolejno przebijały krowie tętnice. Krew z nich tryskała. Krew zebrana w tykwie była momentalnie mieszana z mlekiem. Moi operatorzy Sergiusz Sprudin i Jurek Gościk oraz operator dźwięku Zbyszek Wolski, uwijali się z werwą, podobnie jak ta strzała wypuszczona z łuku, rejestrując na taśmie cały rytuał. W tej porannej uczcie śniadaniowej jedynie Moroni, szef Lelana i ja braliśmy czynny udział. Próbowałem więc pić ten krowi koktajl prosto z tykwy, tak jak oni. Nie bardzo mi to przechodziło przez gardło. Wołałem moich kolegów, aby także wzięli udział w tej sjeście, lecz nie dali się namówić. Byli bardzo zajęci? Oczywiście to był wykręt. Więc na „polu bitwy” pozostałem ja sam. Wojownicy masajscy pili duszkiem, a ja… ja  z duszą na ramieniu, wylewając to niecodzienne śniadanko na ziemię, dopóki nie przypomniałem sobie o naszej kaszance. Przecież lubimy jeść kaszankę, która jest niczym innym jak kaszą zmieszaną z krowia czy świńską  krwią. Od tego momentu piłem ten koktajl wielokrotnie i bez szczególnego zahamowania, jednak nie mogę powiedzieć, że mi smakował. Nie mogłem jednak odmówić moim masajskim przyjaciołom ich nadzwyczajnej gościnności i pomocy jaką nam udzielili.

Masajowie od czasu do czasu jedzą mięso ubitego wołu, albo upolowanego nosorożca. W Nairobi moi przyjaciele Eustachy (Staszek) i Maria Antonina (Didi) Sapiehowie, którzy znali Kenię i Tanzanię oraz ich mieszkańców lepiej niż „własną kieszeń”, opowiedzieli mi coś, co brzmiało niemalże jak fantastyczna opowieść z bajek, że trzech Masajów, jak się dobrze przysiądzie, to potrafią skonsumować całą dużą krowę w ciągu jednej doby. Potem śpią przez cały tydzień. 

Masajowie sawanny, pasterze i nieustraszeni wojownicy, o wspaniałych sylwetkach, potrafią stawić czoła każdemu niebezpieczeństwu. W ich codziennym zachowaniu zauważyłem sporo brawury, niebywałe wręcz zuchwalstwo, zadziorność, dzielność i często narażanie własnego życia, jedynie po to, aby zademonstrować bomie swoją męskość. Ten aspekt ich charakteru kładę na karb ich ciągłego przebywania na sawannie i w buszu, wśród dzikich drapieżnych zwierząt, przed którymi muszą bronić nie tylko swoje krowy, ale i siebie samych. Z tego co się dowiedziałem, masajscy wojownicy zerwani raptownie z głębokiego snu, kiedy instynktownie wyczują jakiekolwiek niebezpieczeństwo, w ułamku sekundy gotowi są stawić czoło najbardziej groźnemu drapieżnikowi, a także stanąć do walki z przeciwnikiem, równie niebezpiecznym jak dzikie zwierzęta, na przykład wrogo nastawionym tubylcem z innego plemienia. Dla Moroni przebywającego wraz ze swoim stadem bydła na pastwiskach sawanny największym zagrożeniem dla ich krów są lwy oraz lamparty i chetah. W drastycznej i niebezpiecznej konfrontacji, masajski wojownik podejmie bez wahania akcję i głośno wykrzykując jakieś skandowane i rytmiczne słowa, dzierżąc w ręku oszczep, zaatakuje drapieżnika. W takiej sytuacji  dzikie zwierzę najczęściej się wycofa.

W bomie niedaleko Ngasumet, pierwszą rzeczą jaka wpadła mi w oczy, były ciężkie worki, zwisające z grubych konarów baobabów, o ciemno szarym kolorze i  niezbyt regularnej formie. Jak się szybko wyjaśniło były to misternie zbudowane z drobnych gałązek, trawy i miodu, gniazda dzikich pszczół. W pierwszej chwili ogarnął nas strach, co to się stanie, jeśli nagle spłoszone wylecą z tych porowatych worków roje dzikich afrykańskich pszczół i nas zaatakują. Ustawiliśmy się więc z kamerami, z zachowaniem jak najdalej idącej ostrożności, niezbyt blisko tych wiszących gniazd, ale z długimi obiektywami, aby zarejestrować niezwykle interesujący moment. Kilku młodych Moroni również ostrożnie, ale bez najmniejszego strachu odcinali maczetami te pszczele worki, po czym szybko wrzucali je do glinianej kadzi, mniej więcej półtorametrowej, a czekające już na tę chwilę stare kobiety wchodziły do środka bosymi stopami, rozgniatając te pszczele gniazda. Nie miałem pojęcia jak to się stało, że te stare kobiety nie były przez pszczoły śmiertelnie pokąsane. Być może Moroni wiedzieli, że pszczoły te już zginęły. Jurek Gościk, jak zwykle nieustraszony, zamiast użyć długiego obiektywu, robił zbliżenia Moroni i całej pszczelej operacji standardowym obiektywem. Miał swoje powiedzonka, które nas rozbawiały. – Jak mnie jakaś zołza ukłuje, to bagatelka,  byle nie w krocze – powiedział, nie odwracając oka od lupy.

Fermentacja w kadzi trwała kilka dni. Z jednej strony prażące słońce, a z drugiej nieustanna akcja starych kobiet, które nadzorując proces fermentacji w tej mini fabryczce miodowego „krupniku”, bez przerwy przeżuwały jakieś drobne listki nieznanej mi rośliny, ponoć rosnącej na sawannie i dla dodania aromatu z niebywałą wręcz zręcznością, zbliżały się do kadzi, po czym „wstrzykiwały” w tę mieszankę ślinę, z wyssaną cieczą z listków, do fermentującej miodowej papki, pełnej nie żywych pszczół, pogniecionych gałązek i trawy. I ja tam byłem i wraz z  szefem Lelaną i całą moją ekipą ten „krupniczek” piłem… piliśmy… bo musieliśmy, lecz prawdę powiedziawszy, za wyjątkiem szefa Lelany, który rozkoszował się tym alkoholowym miodkiem, my sączyliśmy go przez zęby i to bez najmniejszej przyjemności.

Ruszyliśmy w stronę słynnych masajskich studni w okolicy Ngasumet. Kiedy przybyliśmy na miejsce było jeszcze szarawo. Powoli jednak wysuwała się spoza horyzontu czerwonawo ciemna słoneczna tarcza. Sawanna zaczęła nabierać koloru. Po drodze w głębi otwartych od góry tuneli zauważyłem po bokach małe zbiorniki z dość brudnawą, mulista wodą. Były to miejsca, gdzie Moroni od czasu do czasu myli z kurzu swoje krowy, zanim zeszły do samego dna, do sztucznie zbudowanych z gliny dużych rozmiarów koryt z pitną wodą, często pokrytych na powierzchni zielonymi glonami lub niebiesko kwitnącymi nenufarami. W niektórych z tych wodopojów kilku półnagich Moroni, stojąc po pas w wodzie, skórzanymi pojemnikami dodatkowo przelewało wodę, do tego uformowanego  z gliny długiego jakby żłobu. Na zewnątrz wokół tych studni, stały tysiące krów, czekając na swoją kolejkę. Sceneria z pogranicza fantazji, a jednak tak prawdziwa i realistyczna. Krowy stłoczone przy wejściu, krowy wychodzące na zewnątrz, krowy na sawannie, beczące owce i kozy, rżące swoim piskliwym, urywanym dźwiękiem osiołki. Ryki i piski. Kurz. Moroni z twarzami pomalowanymi  kolorem ochry, w ich czerwonych „szukach”, z dzidami i długimi kijami w ręku, pogwizdujący na swoje krowy z dużymi rogami, stłoczone w powodzi wyschniętych, kruchych i przeźroczystych traw sawanny. Kobiety masajskie uginające się pod ciężarem skórzanych  bukłaków, pełnych pitnej wody ładowały je na grzbiety osiołków, po czym taka karawana podążała w stronę bomy, odległej niejednokrotnie o kilkanaście kilometrów. Znikali w krajobrazie, który przeobrażał się dzięki gigantycznym smugom światła, przechodzących z czarnego w kolor jasno żółtawy, sienny i ciepłą żółć ugru, aby w końcu zamienić się w staro złoty i całkowicie odsłonić rozległy krajobraz spalonej słońcem sawanny i buszu. Ta transformacja przypominała mi tła z portretów znakomitych holenderskich malarzy Rembrandta van Rijn czy Johanna Vermeera.

W czasie naszego pobytu w tej masajskiej bomie, koło Ngasumet, doszło niemalże do zbrojnej między plemiennej konfrontacji. Konflikt nastąpił z powodu jakoby kradzieży ich świętych krów. W przeszłości o te same bądź podobne sprawy przelewano tu krew. Tym razem na sawannie niedaleko Kilimandżaro, stanęły naprzeciw siebie dwa wrogie sobie ugrupowania. Z jednej strony masajscy wojownicy Moroni, a z drugiej wojownicy z plemienia Wa-Meru, zamieszkujący tereny wokół wulkanicznej góry Meru, kilkadziesiąt kilometrów od pasma górskiego Kilimandżaro, dziesiątej co do wielkości  góry w Afryce. Naprzeciw siebie stanęło, oko w oko, około  pięciuset uzbrojonych w oszczepy i łuki wojowników z obu stron, umalowanych w wojenne barwy. W Aruszy pod Kilimandżaro, było ponoć duże poruszenie wśród lokalnych i rejonowych władz.. Do wojny na szczęście nie doszło. Policja i tanzańskie wojsko, rozpędziły zwaśnionych wojowników obu plemion, na cztery wiatry. A nam sprzed nosa uciekła niezwykła okazja nakręcenia „wojny”, która mogła się jedynie wydarzyć kilkadziesiąt lub więcej lat temu. Na tych okruchach informacji o Masajach kończę moje wspomnienie o szefie Lelanie, jego ludziach  i jego bomie, chociaż na ten temat można by napisać książkę. Nie było to jednak nasze ostatnie spotkanie z Masajami, ponieważ w drodze powrotnej natrafiliśmy zupełnie przypadkowo na małą osadę Nabarene.

_______

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. 




W cieniu legendy Hollywood

Joanna Sokołowska-Gwizdka (Austin, Teksas)

O Gregory’m Pecku, mówią – pierwsza żona Greta (z domu Eine Matilda Kukkonenen) i ich syn Stephen.

Tworzyli wspaniałą rodzinę. Dobrzy, ciepli, kochający. Byli wzorem dla szybko rozpadających się związków w Hollywood. Widziano ich wszędzie razem, na przyjęciach i cocktailach. Wszędzie, gdzie kręcono kolejny film z wielkim gwiazdorem Gregory’m Peckiem, w Rzymie, we Francji czy w Anglii, tam była z nim jego rodzina, kochająca żona Greta i trzej synowie. Niestety po 14 latach i ten związek się rozpadł. Pojawiła się inna kobieta. Mimo, że nie byli razem ponad 40 lat, Gregory ciągle był obecny w sercu pierwszej żony i na skrzętnie przechowywanych fotografiach w rodzinnym albumie.

Greta  Peck:  Gregory urodził się w Kalifornii w La Jolla. Jego matka, po wyjściu ponownie za mąż, zamieszkała potem w San Francisco. Obydwoje rodzice urodzili się w Ameryce, ale  ojciec miał irlandzko-angielskie pochodzenie, a matka belgijskich przodków. Matka Gregory’ego była miłą i sympatyczną kobietą, miałyśmy ze sobą bardzo dobry kontakt.

Stephen Peck: Babcia zmarła w wieku 98 lat. Byliśmy z nią zżyci. Dziadka mało pamiętam. Ale pamiętam drugiego męża babci. Miał konie i jeździł do San Francisco na wyścigi. Konie nosiły imiona dzieci i wnuków, np. sir Stephen.

Greta Peck: Gregory zapisał się na Uniwersytet w Berkeley z zamiarem studiowania medycyny. Ale potem on i kilku przyjaciół dostali stypendium i pojechali na studia w Neighborhood Playhouse do Nowego Jorku. Gregory od początku szkoły był bardzo pracowity. Nawet jak występował w sztuce dopiero na samym końcu i miał do wypowiedzenia tylko kilka zdań, uczył się tej jednej kwestii i uczył, dopracowując szczegóły. Wtedy ktoś zwrócił na niego uwagę.

Pochodzę z Finlandii. Urodziłam się na dworcu kolejowym w Helsinkach. Moja mama będąc w 8 miesiącu ciąży jechała ze swojego miasta do szpitala. Nie zdążyła dojechać, bo zadecydowałam, że to najwyższa pora, żeby przyjść na świat. Po wielu latach pojechaliśmy z rodziną na wycieczkę do Szwecji, Danii, Norwegii i Finlandii. Wtedy wszyscy odwiedziliśmy moje miejsce urodzenia, stację kolejową.

Mieliśmy liczną rodzinę i dobre rodzinne kontakty. Pamiętam wycieczkę z matką statkiem do Rosji. To było duże przeżycie, które wspominam do dziś. Mój ojciec był wziętym jubilerem, powodziło nam się więc dobrze. Gdy skończyłam 12 lat rodzice zadecydowali, że wyjedziemy na stałe do Nowego Jorku. Reszta rodziny została w Finlandii. Tylko kuzyn mojej matki był przez wiele lat konsulem w Kalifornii.

Od kiedy przyjechałam z rodzicami do USA, cały czas mieszkałam w Nowym Jorku. Ostatnie moje mieszkanie znajdowało się na Manhattanie. Jak poznałam Gregory’ego? Pracowałam dla Katrin Cornell, pierwszej damy teatru, jako charakteryzatorka. Dużo z nią wyjeżdżałam. Gregory zaczynał wtedy próby w teatrze. Byliśmy razem na 9-cio miesięcznym turneé. Zaprzyjaźniliśmy się i podjęliśmy decyzję o małżeństwie. Wkrótce Gregory otrzymał zaproszenie do Kalifornii, bo ktoś ze studia MCA widział go w jednej ze sztuk w szkole.

Mieliśmy nietypowy ślub. Szliśmy ulicą, przechodziliśmy w pobliżu wielkiego kościoła na Clifft Ave. i zadecydowaliśmy, że nie ma na co czekać, skoro i tak mamy się pobrać. Weszliśmy do kościoła i wzięliśmy ślub. Ksiądz znalazł nam świadków. Następnego dnia powiadomiliśmy rodziców i zaprosiliśmy przyjaciół na obiad. Dlatego nie mamy żadnego zdjęcia ślubnego. To było takie praktyczne, bez tych wszystkich ceremonii.

Mniej więcej w lipcu 1943 roku wyjechaliśmy do Kalifornii. Wydawało mi się, że mieszkamy na campingu. Nie byłam przyzwyczajona do życia poza miastem. Czułam pustkę, brakowało mi ruchu i szumu na ulicach Beverly Hills. Najbliższy dom oddalony był aż o 3 mile. Szliśmy tam czasem z Gregorym i z przyjaciółmi po przyjęciu o 4-5 rano, żeby wykąpać się w basenie.Właściciel tego domu był wspaniałym śpiewakiem i kochał muzykę. Nastawiał nam płyty, a my pływaliśmy. Mieliśmy wtedy tyle energii.

Po przyjeździe do Kalifornii Gregory zaczął intensywne próby w filmie Jacquesa Tourneura pt. „Odwet”. Tytuł „Odwet” wzbudzał jednak oburzenie, mówiono, że jest zbyt brutalny i zamieniono go na „Dni chwały”. Potem Gregory dostał następną rolę w „Kluczach do nieba”, za którą otrzymał nominację do Oskara. Nakręcenie tego filmu w 1945 roku zajęło 9 miesięcy i kosztowało 3 mln. dolarów. Wszyscy się dziwili, że to taka olbrzymia suma. Ale film odniósł wielki sukces. Od tego czasu Gregory był cały czas zajęty.

Zaraz po przyjeździe do Kalifornii przestałam pracować. Pensja 1000$ na tydzień całkowicie nam wystarczała. Prowadziliśmy dom otwarty, znaliśmy popularnych aktorów, mieliśmy serdecznych przyjaciół. Często spotykaliśmy się z Paulem Gettym, mimo jego licznych wyjazdów. Syn Paula chodził do szkoły ze Stephenem. Zanim powstało „Paul Getty Museum” w Malibu, na tym malowniczym, górzystym terenie, z widokiem na Ocean, w okresie wielkanocnym ukrywane były kolorowe jajka, a dzieci miały za zadanie je odszukać i dostawały za to nagrody, lody, ciastka itd.

Podczas wielomiesięcznej pracy nad filmem z tą samą grupą ludzi, zawiązywały się trwałe przyjaźnie. Często przychodził do nas Roni Reagan z pierwszą żoną. Żona Roni’ego i Gregory grali w tym samym filmie, mieszkaliśmy więc razem prawie rok na Florydzie. Była świetną aktorką i bardzo dobrym przyjacielem.

Praca Gregory’ego i jego różne przedsięwzięcia zawsze mnie interesowały. Gdy razem z przyjacielem założyli teatr w La Jolla, wszyscy jeździliśmy tam w weekend przez całe wakacje. Gregory wystawiał kolejną sztukę, a my podziwialiśmy.

Miałam mnóstwo swoich zajęć. Gregory był zapracowany od rana do wieczora, ale każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem. Musieliśmy  być blisko siebie. Dlatego, gdy rozpoczynały się zdjęcia do nowego filmu szykowaliśmy się wspólnie do podróży.

Pół roku spędziliśmy w Anglii podczas zdjęć do filmu „Kapitan Horn Blower”. Carey miał wtedy 1,5 roku. Musiał mieć jeszcze niańkę do opieki. Gdy jechaliśmy pociągiem mieliśmy 52 sztuki bagażu, tyle rzeczy było nam potrzebnych.

Mieszkaliśmy też dłuższy czas w Rzymie podczas zdjęć do filmu „Rzymskie wakacje”, w którym po raz pierwszy wystąpiła Audrey Hepburn.

Pamiętam, że zaprosił mnie kiedyś do siebie właściciel fabryki butów, pan Ferragamo. Przyjął mnie w dużym salonie i obdarował różnymi modelami ze swojej najnowszej kolekcji. Te będą na spacer, te z wizytą, a te na imieniny u cioci. Wyszłam z 12-oma parami butów. Byłam trochę zażenowana tą hojnością, ale nie znałam włoskiego i zupełnie nie wiedziałam jak powiedzieć „nie” czy „dziękuję”.

Stephen Peck: We Włoszech mieszkaliśmy w dużej willi poza miastem, otoczonej winnicą. Szybko nauczyliśmy się włoskiego. Nawet najmłodszy Carey do kucharza mówił po włosku.

Greta Peck: Wiele ról Gregory’ego bardzo lubiłam, ale chyba najbardziej rolę prawnika, za którą dostał Oskara („Zabić drozda”). To był bardzo dobry film. Gregory bronił Murzyna prześladowanego przez południowców. Musiał wtedy wstawać o 4 rano, żeby być ucharakteryzowanym na starszego niż był w istocie.

Nie byłam zazdrosna. On grał z wieloma pęknymi kobietami, Ingrid Bergman, Jenifer Johns, miał też przystojnych aktorów jako partnerów. To było oczywiste w tym zawodzie.

Nigdy nie marzyłam o tym, żeby zagrać w filmie razem z  Gregory’m. Nawet mi to nie przyszło na myśl. Mieliśmy bardzo wypełnione życie. Do późnej nocy byłam zajęta domem, dziećmi. Poza tym Gregory  nie chciałby mieć żony aktorki.

Czy jeszcze raz wyszłabym za mąż za Gregory’ego? O tak, na pewno. W tamtym czasie tak. Nasz związek był bardzo udany. Nigdy nie byliśmy wrogami.

Dlaczego więc doszło do rozwodu. Oddaliliśmy się od siebie. Ja wyjechałam do USA, wtedy gdy Gregory pracował w Europie. On  lubił życie rodzinne, życie małżeńskie.Więc to jest naturalne, że spotkał kogoś, skoro mnie przy nim nie było.

Nasz rozwód nie był taki jak wiele innych rozwodów. Nie oskarżaliśmy się nawzajem. I jesteśmy przyjaciółmi do dziś.

W Ameryce dzieci poszły do szkół, a kiedy ojciec przyjechał w nowej życiowej sytuacji, dalej się z nim widywały i to dość często.

Po rozwodzie spędzałam z dziećmi każdą Wigilię, a Gregory pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia. Poprosiłam o Wigilię, bo to fińska tradycja. Ja jestem luteranką, Greg katolikiem, ale Święta Bożego Narodzenia były zawsze ważne dla nas obojga. Gregory poza tym zabierał dzieci na wakacje i w weekendy. Był dobrym ojcem.

Jakiś czas po rozwodzie związała nas tragedia. Jonathan, nasz najstarszy syn, popełnił samobójstwo. Mieszkał w Santa Barbara. Był pisarzem. Wyglądał zupełnie jak Gregory.

Stephen, nasz średni syn, przeżył Wietnam. Po powrocie nakręcił dokumentalny film o tym, co się wydarzyło podczas wojny i o jej konsekwencjach.  Film ten zdobył wiele nagród, pokazywany był też w Europie.

Stephen Peck: Nigdy nie chciałem być aktorem i myślę, że nie rozczarowałem tą decyzją ojca. Ten zawód to nie business, żeby móc przekazać go dzieciom. Żeby grać, trzeba mieć unikalny zbiór cech osobowości i charakteru. No i trzeba mieć talent. Albo pragnie się być aktorem, albo nie.

Między mną a ojcem było wiele różnic. Ojciec jest skomplikowaną osobowością i nie wszystko w nim można lubić. Jak zresztą w każdym człowieku. Czasami więc nie mogliśmy się porozumieć. On wie, co ja teraz robię, ale nie uczestniczy w tym.

Związany jestem z organizacją „Weterani Los Angeles”. Pracuję w administracji socjalnej. Organizacja ta daje przejściowe miejsce zamieszkania bezdomnym weteranom. Prowadzi poradnictwo w krytycznych sytuacjach, daje pomoc psychologiczną, pośredniczy w znalezieniu pracy. Ludzie zbierani z ulicy, zamieszkują w ośrodku, a specjaliści przeprowadzają bardzo skomplikowany proces adaptacji. Do tej pory odczuwamy skutki wojny w Wietnamie. W samym okręgu Los Angeles jest 25 tys. bezdomnych weteranów. Jest to największa populacja bezdomnych w całym kraju.

Greta Peck:  Organizacja ta ma swoją siedzibę w Long Beach.  Ja przyjeżdżam tam w każdy poniedziałek. Zajmuję się znajdowaniem miejsc pobytu dla bezdomnych i rehabilitacją. Poza tym przygotowuję posiłki, rozmawiam, organizuję Christmas Party. Zaprzyjaźniłam się. Ci ludzie przychodzą też do mnie do domu. To jest naprawdę bardzo miłe.

Nasz najmłodszy syn, Carey pracuje w Metro, w dziale zaopatrzenia. On wierzy, że to, co robi jest bardzo ważne, bo ze względu na duży ruch samochodów, metro rozwiązuje wiele codziennych problemów.

Stephen i Carey ożenili się z artystkami, malarkami. Na wernisażach synowych spotykam Grega. Greg też czasami przychodzi na spotkania związane z pracą Stephena.

Nie daję dzieciom recepty na szczęśliwe życie. Nie mówię im, co powinni robić. Oni mają już własne życie, a ja chcę być tylko ich przyjaciółką. Jeśli się zapytają, dam im najlepszą radę, jaką umiem znaleźć.

Przyzwyczaiłam się być sama. Mam różne rodzaje aktywności, które wypełniają moje życie, a których bym nie miała w małżeństwie.

Jestem szczęśliwą osobą. Zawsze otoczona byłam wartościowymi ludźmi, miałam kochane dzieci. A w tej chwili cieszę się życiem bardziej niż kiedykolwiek, bo więcej widzę i więcej doceniam.

 

Rozmowa odbyła się w domu Grety Peck w Los Angeles w 1998 roku.

Rozmawiała: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Greta Peck zmarła w Los Angeles w 2008 roku w wieku 96 lat.

________

O Gregory’m Pecku:

https://www.cultureave.com/gregory-peck-nie-chcialem-by-mnie-zaszufladkowano/




Wierzenia i obyczaje Masajów

Wspomnienia z podróży do Afryki na początku lat 60.

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Masajowie – nomadzi bezkresnych płaskowzgórzy Wielkiego Przełomu równikowej Afryki, wypasają swoje krowy, owce i kozy, w rejonie pomiędzy Kilimadżaro i Mount Kenya, gdzie w zależności od sezonu trawa jest zielona i soczysta. Pięknie wyglądają wśród stad swojego bydła ci wysmukli i długonodzy, o ciemnobrązowej skórze z odcieniami głębokiej czerni, o relatywnie niedużych głowach oraz kędzierzawych włosach,  ci masajscy pasterze Morani, z  luźno przerzuconymi przez ramię rudawo czerwonymi „togami”, które nazywają „szukami”. Masajscy Morani – wojownicy, zapytani o ich powiązanie z bydłem, a nie z uprawą ziemi, mają tylko jedną odpowiedź – Bóg dał nam pod opiekę krowy, wiec nam Masajom, nie uchodzi zajmować się uprawą ziemi. Masajowie są przekonani, że ich Wielki Bóg Szari Mungo, dał im w posiadanie i pod opiekę „święte krowy”, mianując ich jednocześnie rządcami  nie tylko wszystkich krów w Afryce, ale i na całym świecie. Gęsto zalesione wzgórza płaskowyżu Wielkiego Przełomu, są znakomitym rezerwuarem pitnej wody, tak ważnym w okresach suszy, stąd też Masaje uważają to miejsce za święte. Kiedy zagraża im, bądź ich krowom niebezpieczeństwo, ze strony drapieżnych zwierząt, Morani potrafią stawić czoła w obronie ich stada.

Małe miasteczko Narok. Ostatni bastion, a raczej większa osada, przed wjazdem do kraju Masajów. Miasteczko, w którym doradzano nam zaopatrzyć się obficie w pitną wodę, żywność i w benzynę do samochodów. Nie mieliśmy z tym najmniejszej trudności, ponieważ było tu wiele małych hinduskich oraz libańskich sklepików i kramów. Bez najmniejszego kłopotu mogliśmy się zaopatrzyć niemal we wszystko, co było nam potrzebne. Przysłowiowe mydło i powidło, zresztą jak wszędzie na tym kontynencie. W dodatku benzyna nalewana prosto z metalowych beczek. Sama mieścina  Narok wyglądała raczej obskurnie i dość brudnawo. Przed nami roztaczał się falujący płaskowyż sawanny, gdzie w pewnym miejscu, nam niewiadomym, przebiega państwowa granica między Tanzanią i Kenią. Jeśli chodzi o Masajów, to ta granica nie ma dla nich najmniejszego znaczenia i jest absolutną fikcją, ponieważ nie uznają oni granic i wraz ze swoim bydłem od setek lat wędrują tam, gdzie znajdą  pastwiska ze świeżą trawą i wodą.

Na niebie nie było ani jednej chmurki, upał dawał się nam we znaki, ociekający obficie potem jechaliśmy niemalże na przełaj, bo żadnej drogi tam nie było, zostawiając za sobą świeżą koleinę, na ugniecionej przez nasze koła zeschniętej i spalonej słońcem trawie. Od czasu do czasu natrafialiśmy na ogromne stada bawołów. Tu i ówdzie stały grupy niezwykle sympatycznych słoni, które dzięki swojej okazałości, pozbawione są jakiegokolwiek strachu przed innymi zwierzętami, za wyjątkiem najohydniejszego w tym przypadku drapieżnika „homo sapiens”, w karabinem w ręku. Tuż przed zachodem słońca, zauważyliśmy dość rzadkie i niezwykle trudne do uchwycenia wydarzenie, jakim był wspaniały, stary lampart, wciągający z ogromnym trudem na drzewo upolowaną antylopę gnu i układający ją na grubych konarach drzewa. Hieny, dzikie świnie, dzikie psy, a także pełne godności długonogie i długoszyjne żyrafy, były czymś tak normalnym i napawającym uczuciem wiary, że dopóki są między nami i są częścią naszego świata, świat wydawał się być piękny i tchnący optymizmem. Często mijaliśmy spłoszone warkotem naszych silników antylopy, elandy, impale oraz gazele Thompsona, które zrywały się i w popłochu, pędząc na oślep omijały z ogromnym wyczuciem, dużych rozmiarów, jakby sztucznie zbudowanych, piramidalnych w formie, kopców termitów.

Masajowie z okolic Ngasumet okazali się nam bardziej życzliwi. Nikt z nich nie miał koszmarnych  snów o Wielkim Bogu Szari-Mungo, w sprawie przepędzenia białych przybyszów, gdyby tacy zjawili się w ich „bomie”, z kamerami w ręku. Na moje pierwsze pytanie jakie skierowałem do wodza „bomy”, na temat ewentualnej współpracy zrealizowania szeregu scen do filmu, odpowiedz jego była zdecydowana i konkretna! How much? A więc za ile? Od tego momentu zaczęła się moja wprawdzie krótkotrwała, lecz owocna przyjaźń z wodzem „bomy” Lenana, który od pierwszego wejrzenia zwracał się do mnie po imieniu, w nieco skrótowej formie „Tada!” Natomiast nas wszystkich nazywano „L’Ojuju”. Ponieważ dość często przechodząc obok tubylców „bomy” słyszeliśmy z ich ust to „L’Ojuju”, a mając za sobą spore doświadczenie i znając już nieco leksykon rozmaitych zaklęć i przeklęć przez Dżu-Dżumenów, czy etatowe czarownice, zaintrygowani tym raczej sympatycznym w tonie „L’Ojuju”, brzmiącym jak coś w rodzaju pozdrowienia, spytałem w końcu jednego z naszych asystentów, co właściwie znaczy w masajskim narzeczu to „L’Ojuju”. Okazało się, że tak Masajowie określają białych. W ten sposób zostałem dla nich „Tada L’Ojuju”. Szybko więc nauczyłem się i odpowiadałem jednym potwierdzającym słowem –  „hepa” czyli „tak”! Mając za sobą zgodę wodza „bomy” Lelany, a w krótkim czasie również kilku starszych wioski, o nieznanych mi przedtem takich imionach jak Tolito, Sendeyo i Neliang, postanowiliśmy zabiwakować w tej przyjaznej nam „bomie” na dłużej. Na skraju wioski, niedaleko wysokiego kolczastego parkanu, po jego zewnętrznej stronie rozbiliśmy nasz obóz, łącznie z obszernym, oddzielnym, „wezyrskim” namiotem, który był dla nas czymś w rodzaju „living roomu”, gdzie mogliśmy zbierać się razem, przygotowywać posiłki, a także przyjmować wodza, młodych wojowników Morani i wioskową starszyznę. Nasz obóz wyglądał więc dość imponująco i zrobił dobre wrażenie na tubylcach. Oczywiście będąc po zewnętrznej stronie tego wysokiego parkanu, byliśmy bardziej eksponowani i nawet w porze nocnej narażeni na niespodziewany atak dzikich zwierząt.

Chaty w „bomie” przypominały mi nieco eskimoskie igloo, lecz nie ze śniegu, a zbudowane z patyków i gałęzi zaklajstrowanych błotem, z dachami pokrytymi glinką zmieszaną z krowim łajnem, które nawiasem mówiąc jako „obiekt architektoniczny”, bardzo mi się podobały. Nie zauważyłem jednak nigdzie okien,  bądź otworów okiennych. Sądzę, że ma to miejsce ze względu na ochronę mieszkańców przed wtargnięciem do środka rozmaitego rodzaju drapieżników. Nie wiem do jakiego stopnia wąski przesmyk wejściowego otworu chroni ich przed jadowitymi żmijami, skorpionami, pająkami czy tarantulami. Na samą myśl przechodzą mnie ciarki. Miałem dostatecznie wiele okazji w poprzedniej i obecnej podróży po tym kontynencie i bardzo niedobre doświadczenie na własnej skórze, aby się tego diabelskiego brzydactwa bać. Ukłuła mnie w czasie snu, mimo moskitiery, czarna jak smoła tarantula. Nie wiedziałem jak wlazła do łóżka i znalazła się na mojej lewej ręce. Poczułem, że coś się wolno po ręce posuwa. Obudziłem się. Niedoświadczony, zamiast ją szybko zrzucić na podłogę i zadeptać, ja przygniotłem ją tam gdzie była, a więc na ręce. Wówczas mnie ukłuła. Ponieważ ma w sobie jad, jej ukłucie było ekstremalnie bolesne.

Chaty w narzeczu Masajów nazywane Manyattas, owalne w kształcie, są raczej niskie. Strukturalnie zbudowane są z patyków i oblepione tak zewnątrz, jak i wewnątrz glinką zmieszaną z krowim łajnem. Każda z tych chat była ogrodzona dość wysokim płotem splecionym  z kolczastych cierniowych krzewów, z jedynym małym wejściem do środka. Te  jednakowo wyglądające chaty są nie tylko niskie, ale w środku bardzo małe. Odniosłem wrażenie, że ta prymitywna konstrukcja ich chat musi być związana z ich nomadzkim i pasterskim życiem, ponieważ w ciągłym poszukiwaniu nowych pastwisk i świeżej trawy dla swych krów, przemierzają ogromne obszary sawanny, przemieszczając się w tej gigantycznej rawinie Wielkiego Afrykańskiego Przełomu, pomiędzy jeziorem Wiktorii a pasmem górskim Kilimandżaro. A te kolczaste, cierniowe, wysokie płoty oraz wąskie małe wejścia do chat są  pomyślane jako naturalna osłona przed dzikimi zwierzętami.

Byłem zaskoczony informacją, że każdy Masaj uważa, że poligamia jest nie tylko dobrą plemienną tradycją, ale także czymś w rodzaju „ogniwa”, które łączy, ponieważ w ich tradycji i filozofii życia rodzinnego posiadanie większej ilości żon nie tylko cementuje rodzinę, jako jednostkę społeczną, ale służy lepszemu współżyciu w małżeństwie. Pierwsza żona jest jednak u Masajów najważniejsza i jedynie jej syn, jeśli zabraknie ojca, ma prawo objąć funkcję „pater familias”.

Po raz pierwszy w tej „bomie” zauważyłem niezwykle paskudny zwyczaj plucia. Z tym pluciem miałem już uprzednio wiele doświadczeń w innych rejonach Afryki i wśród innych plemion, takich jak na przykład Bassari, w zachodniej części tego kontynentu, gdzie plucie głównie praktykowane jest przez  stare, wiejskie, „etatowe” czarownice, które tak mnie jak i moją ekipę opluwały w  czasie kręcenia zdjęć, a w czasie opuszczania przez nas wioski ścieżkę, po której szliśmy, w celu odpędzenia wraz z nami złego ducha Dżu-Dżu. Tu z kolei w tej „bomie” i przypuszczam również, że i w innych, Masajowie chodząc,  bez przerwy plują, podobno dlatego, że w ich mniemaniu woda, bądź ślina pomaga wyrzucić im z siebie zło lub „złego”, jak również i to, że plując, wypluwają z siebie złe myśli na temat swoich ziomków. Co za wspaniały akt samokrytyki! Jakaż to szkoda, że my nie możemy tak sobie pobryzgać śliną, przechadzając się po Nowym Świecie czy Starym Mieście, po Marszałkowskiej, czy przy Alejach Ujazdowskich i wyrzucać przy tej okazji „złego”, i plotkarskie, złośliwe czy krytyczne opinie o innych.

Kiedy w „bomie” na placyku spotykałem przechodzących obok siebie dwóch starych Masajów, jeden drugiego witał słowem „Entasupai oh ”, co znaczy w ich narzeczu, jak przetłumaczył mi jeden z moich nieodłącznych i niezwykle pomocnych asystentów, oznacza „Oh, stary!” Zupełnie jakbym się witał na Krakowskim Przedmieściu z moim przyjacielem Januszem Nasfeterem, Tadziem Łomnickim czy Zbyszkiem Cybulskim, kiedy klepaliśmy się po plecach mówiąc „jak się masz stary!?” 

Starzy Masajowie, witając młodych wojowników Morani mówią „przyjaciel”, wówczas młody wojownik odpowiada „hepa”, a więc  „tak”, a z kolei stary  odpowiada „Entasupai”, po czym znowu ten młody dla potwierdzenia mówi „hepa!” Natomiast jeśli Morani spotka na swej drodze starszą i zamężną kobietę, to nie może zwrócić się do niej zwyczajnie, „Entakwenyja oh”, a więc „żona”, tylko „Oh Entekwynyja” czyli „oh pani!” Jest to  nietolerowane faux-pas zwrócić się do niej w inny sposób niż „oh pani”!  Kiedy natomiast na ścieżce, czy przed chatą w „bomie” spotykają się dwie starsze. zamężne Masajki, wówczas jedna z nich, obojętnie która, wita drugą słowami „Oh Entakwenya” – „oh pani”, a ta druga odpowiada „igho”. Jeśli zaś chodzi o młodą dziewczynę, to wojownik Morani, zazwyczaj zwraca się do niej mniej oficjalnie, „Entasipai oh”, czyli „hej młódko”, na co ona bardziej poufale odpowie mu „hepa…hepa ” albo „Igho”. Zaś w rodzinie ten sam wojownik powita swoją siostrę jednym bezceremonialnym słowem „supai”, a ona mu odpowie z respektem „hepa”. Masajowie witają również swoje dzieci „Entakwenya… oh” w tym przypadku znaczy dziecko! Zauważyłem też, że kiedy spotyka się kilku młodych wojowników z dziewczętami, atmosfera między nimi jest niezbyt ceremonialna. Dziewczęta witają chłopców jednym słowem „takwenya”,  a wśród bliższej rodziny czasem nawet się całują. Natomiast nie wolno Masajowi całować kobietę w usta, ponieważ usta, jak twierdzą, nie są do całowania, tylko do jedzenia.

Któregoś dnia przystanąłem wraz z moim asystentem na dość dużym placyku w „bomie”, który przypominał mi coś w rodzaju wsiowego podwórka. Stało tam dwóch młodych wojowników, patrząc jeden na drugiego. Nagle ni stąd ni zowąd, wbili zamaszyście swoje długie oszczepy w ziemię, po czym podeszli w kierunku ściany chaty i stanęli naprzeciw siebie. Po chwili jeden z nich zapytał drugiego – czy masz dla mnie jakieś dobre wieści? Ten z kolei odpowiedział, patrząc mu prosto w oczy – mam dla ciebie wyłącznie dobre wieści! Na początku tej towarzyskiej rozmowy stali obaj na jednej nodze, przypominając piękne flamingi na jeziorze Maniara. Po chwili zmienili pozycję stając na drugiej nodze. Minęło kilka minut i nagle obaj stanęli na obydwóch nogach. Coś tam mamrotali między sobą, czego ani mojemu asystentowi, ani mnie, nie udało się uchwycić. Jedyne dźwięki jakie doszły moich uszu, była to jakby zrymowana wibracja głosów. Znowu minęło chwil kilka, po czym obaj wojownicy usiedli w kucki z podkurczonymi nogami, kolanami podpierając brody i zastygli w tej pozycji. I tak minęło znowu kilka minut, a ja z moim tłumaczem stojąc niedaleko,  przyglądałem się tej intrygującej scenie. Nie zauważyłem, aby któryś z tych dwóch Morani wyraził w stosunku do nas jakąkolwiek niechęć, bądź sprzeciw. Po prostu nie zwracali na nas uwagi. A ja z moim notatnikiem, jak skryba notowałem każdy szczegół i tłumaczony mi ad hoc między nimi dialog. W pewnym momencie jak zawierucha zjawili się moi koledzy z kamerami. Obaj Morani jednocześnie powstali  z  kucek. Nie zauważyłem jednak w ich postawie niczego, co wskazywałoby, że są niechętni moim operatorom z kamerami.

Żegnając się jeden z nich powiedział do drugiego – do widzenia… módl się do Boga za to, że spotkałeś niewidomego, który nie wyrządził Ci krzywdy. Niewidomego, który nie wyrządził ci krzywdy? Było to przecież zwyczajne, towarzyskie spotkanie. Po przetłumaczeniu przez mojego asystenta tej frazy miała dla mnie ona coś z abrakadabry. Co oznaczało to sformułowanie „niewidomego…, który, nie wyrządził ci krzywdy?” Żaden z nich nie był niewidomy. Nigdy przedtem, ani potem nie doświadczyłem tak przedziwnej asocjacji, o tak symbolicznej wymowie. Czyżby był w to rodzaj jakiegoś unikalnego masajskiego savoir-vivru? Za chwilę jeden z nich wyjąwszy z ziemi wbity oszczep, skierował swoje kroki w kierunku przedsionka chaty, a  drugi zamierzał pójść w przeciwnym kierunku. Chcąc widocznie sprawić jeden drugiemu przyjemność na rozstanie i powiedzieć coś miłego, rzekł – Idź i połóż się… wypij miód i mleko. Morani wchodząc do przedsionka, odwrócił się i odpowiedział – niech się tak stanie. Wauuu! Co za wyszukana grzeczność, co za galanteria, pomyślałem sobie. Co za fantastyczny obyczaj.  

Masajowie według ich plemiennej tradycji nie mają tak zwanego „Paramount Chief”, a więc głównego wodza,  jak ma to miejsce wśród innych plemion. Mają natomiast etatowego znachora, jako  duchowego przywódcę, a więc coś na kształt „spiritus movens”, jakim jest Lelana. Nazywają go Laiboni. Taki przywódca duchowy, jak ja go tu określam „znachor”, jest bardzo ważną osobą ciesząc się wśród Masajów ogromnym autorytetem. Jego stanowisko jest dziedziczne. Jako oznaki władzy i godności posiada on bardzo skromne insygnia, takie jak pałka, róg znachorski czy tykwę, w której trzyma zazwyczaj święte kamienie. Mimo, że są to skromne atrybuty władzy i dostojeństwa, dają mu jednak, w myśl masajskich tradycji i wierzeń więcej niż zwyczajna władza. Jak mi mówił Lelana, zazwyczaj na każdy rodzinny klan przypada jeden Lajboni, do którego obowiązków należy oficjalne otwieranie rytualnych ceremonii i poświęceń, uzdrawianie nie tylko z chorób fizycznych, ale również psychicznych.  Są oni również głównymi doradcami starszyzny wioskowej oraz spirytualnymi łącznikami pomiędzy mieszkańcami „bomy” i Bogiem. Władza jaką sprawują w ramach jednego rodzinnego klanu jest dziedziczna. Jest więc taki Laiboni czymś w  rodzaju super  „pater familias”. W myśl tradycji, masajskie kobiety i dzieci, modlą się dwa razy dziennie do gwiazd,  śpiewając ich urzekające pięknem pieśni, prosząc o to, żeby krowy były zdrowe i dobrze się miały, a także modlą się, za swój rodzinny klan i klany innych w ich „bomie”. Z absolutną wiarą i determinacją Masajowie uplasowali się w samym epicentrum wszechświata. Jako plemię wybrane przez Boga, są całkowicie przekonani o tym, że ich Wielki Bog Ngai, stworzył świat formując go w trzech grupach. Pierwszą z nich – powiada mi szef Lelana – to byli Torrobo  czy Okiek, ludzie karzełkowatego wzrostu, Pigmeje zajmujący się myślistwem, którym Bóg Ngai, jako podstawowe pożywienie dał miód i zwierzęta. Druga grupa to sąsiadujące z nami – jak powiedział szef Lelana – od strony północnej plemiona farmerskie, rolnicy którym nasz Bóg Ngai dał nasiona i zboże. Zaś trzecia i ostatnia to my Masajowie, którym Bóg Ngai dał krowy. Według istniejącej legendy Masajowie ześlizgnęli się na ziemię po bardzo długim sznurze, który łączył niebo z ziemią i dał im w posiadanie  przede wszystkim święte krowy, a także owce i kozy. Są więc Masajowie od wielu stuleci ich opiekunami z nakazu Boga Ngai, a zwierzęta te są dla nich źródłem pożywienia, ubrania oraz dobrobytu jakim cieszą się ich rodzinne klany i inne klany ich „bomy”.

Lenama, rozmawiając ze mną przez mojego asystenta, zakończył swój monolog mniej więcej tymi słowami – my Masajowie, pasterze, nie zajmujemy się rolnictwem, bo to oznacza oranie trawy, a przecież Bóg nie przeznaczył jej do tego celu, trawa jest dla naszych krów, jest dla nas święta! Dla nas Masajów oranie ziemi, a także kopanie grobów dla zmarłych jest niedozwolone. Jest to jeden z głównych powodów dlaczego nie uprawiamy rolnictwa. Wyrzucamy więc zwłoki na pożarcie hienom i sępom, tuż  poza ogrodzeniem „bomy”. Ziemia jest dla nas  święta. Ziemia daje nam trawę dla naszych krów. Nasze krowy należą do naszego Boga Ngai, który dał nam je jedynie pod nasza opiekę.

Co za piękna pełna pokory, a jednocześnie fantazji wykładnia ich przekonań i ich wiary. Jestem oszołomiony i pod ogromnym wrażeniem tych opowieści Lelany, który z taką pasją potrafił o tym mówić. Ileż jest w tym poetyki i wzniosłości.

Fot. Flickr i Pinterest

_______

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. 




Afryka. Fauna Ngorongoro.

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Nasz długotrwały pobyt w rejonie północnej Tanzanii i południowej Kenii, nasze „szwędanie” się po bezkresnych terenach sawanny i buszu, z mniejszym bądź większym sukcesem, wiązało się przede wszystkim z Masajami, tym wyjątkowo niezwykłym pod każdym względem – romantycznym i koczowniczym, pasterskim plemieniem, zamieszkującym po obydwu stronach  pasma górskiego Kilimandżaro, których postanowiłem utrwalić na taśmie filmowej i poświęcić ich unikalnemu życiu i tradycjom, oddzielną sekwencję.

Ngorongoro jeden z ogromnych rezerwatów, gdzie spędziliśmy długi okres czasu, rejestrując na taśmie filmowej fascynujące sceny z życia tubylców z plemienia Czaga, jest jednym z największych po wulkanicznych kraterów na świecie. Ngorongoro o średnicy 20 km jest częścią Narodowego Parku Serengeti. Otaczające go na obrzeżach ściany mają wysokość około 60 metrów. Środek tego gigantycznego, bezkresnego płaskowyżu, gdzie obok sawanny, natrafia  się zarówno na gęsty busz, jak i podmokłą dżunglę, jest wymarzonym pastwiskiem dla masajskich krów, owiec i kóz. Jest to również obszar pełen mniejszych lub większych jezior, mnóstwa strumieni oraz rzek, jak również naturalnych mini zbiorników wody wypływającej tu i ówdzie na powierzchnię ziemi. Ngorongoro jest więc prawdziwym rajem dla dzikich zwierząt, których liczba sięga tu milionów, a także dla setek tysięcy krów, kóz i owiec, należących do masajskich  pasterzy. Kiedy kończy się sezon deszczowy, kiedy strumienie i rzeki  wysychają pozostawiając na powierzchni gliniaste, suszą popękane koryta, kiedy wyschnięte żarem słońca trawy sawanny łamią się pod kopytami snujących się tu dzikich zwierząt w poszukiwaniu jedzenia i wody, chroniąc się przed spiekotą w cieniu akacji, udało nam się utrwalić na taśmie lwią rodzinkę z rozbrajająco leniwym i znudzonym „pater familias”, królem puszczy starym lwem, podczas kiedy w pewnej odległości od niego pracowite, piękne i smukłe lwice, czaiły się w trawie przygotowując się do polowania na pasące się niedaleko od nich stada antylop i pasiastych zebr. Stare lwisko z wyleniałą złocisto-czarną grzywą od czasu do czasu ziewając, odsłaniało  swoje potężne kły, aby po chwili zacząć wylizywać sobie długim jęzorem brud z pomiędzy ogromnych pazurów. Z naszej perspektywy, siedzących w samochodach, widzieliśmy jak na dłoni stado zebr, które pasło się i piło wodę w niedużej kałuży, a nieco dalej skubały trawę, rozglądając się na wszystkie strony, czujne antylopy. Przyczajone lwice obserwowały w napięciu stado zebr, zapewne oceniając sytuację i planując strategię natarcia, jednocześnie od czasu do czasu z ogromna ostrożnością i prawie bezszelestnie na wpół podkurczonych nogach, niemalże dotykając brzuchami ziemi, posuwały się coraz bliżej stada zebr, wśród których były dwie młode, zapewne niedawno urodzone. Obserwacja tej unikalnej dla nas akcji, toczącej się przed naszymi oczami, była niezwykłym przeżyciem, a jednocześnie okazją dla utrwalenia tego egzotycznego świata na taśmie filmowej.

Gdy obserwowałem tak z pewnej odległości gotowe do skoku, przyczajone lwice, ogarnął mnie smutek, mimo że zdawałem sobie doskonale sprawę z praw natury i walki o byt. Za chwilę jeden, bądź oba młode „pasiaki” padną z przegryzionym gardłem. Nastąpił atak. Wizualnie był to wspaniały widok, kiedy lwice jak rakiety, dały susa w powietrze. Stado zebr i antylop w popłochu zerwało się do ucieczki i rozpierzchło na wszystkie strony, z wyjątkiem kompletnie zaskoczonych tych dwóch młodziutkich zebr. Nasze kamery cicho terkotały, a operator dźwięku Zbyszek Wolski, próbował nagrać dramatycznie urywane dźwięki pozornej ciszy, która w pewnym momencie zamieniła się w kakofonię pisków i ryków oraz  dudniących kopyt. Operator Sergiusz Sprudin z przysiadu, kręcił znudzonego starego króla puszczy, natomiast operator Jurek Gościk, jak zwykle nieustraszony, wyskoczył z Land Rovera i z kilku rozmaitych pozycji rejestrował tę całą  dramatyczną sytuację. Nie wytrzymałem nerwowego napięcia, w ułamku sekundy podjąłem decyzję i dałem znak kierowcy do natarcia na pełnym gazie i z silnym terkotem naszych silników, z myślą o przegnaniu lwic. Spłoszone warkotem silnika i gwałtownym skokiem naszego samochodu w ich kierunku oraz kurzem spod kół, który podniósł się gęstym tumanem, lwice zwolniły tempo i zatoczywszy wielkie półkole, nie zatrzymując się ani na chwilę, wycofały się z pola polowania. Obie młodziutkie zebry tym razem zostały uratowane. Wprawdzie moi dwaj operatorzy byli wielce zawiedzeni moją decyzją i klęli nie tyle pod nosem, ile całą „gębą”, a operator Jerzy Gościk, rąbnął nawet o ziemię tropikalnym kapeluszem i zrezygnowany usiadł na zewnątrz samochodu prosto na ziemi, aby po chwili wyrzucić z siebie złość. Ryknął, jak młody lew w moja stronę – Tadziu, taka okazja i poszła na marne, już nigdy nam się nie nadarzy, dlaczegoś to zrobił. Odpowiedziałem  – zrobiłem to, bo tak czułem. Musiałem tak zareagować, ponieważ nie mogłem pogodzić się z tym, że te dwie młode zebry zostaną za chwilę rozszarpane przez lwice i to na naszych oczach. Było to ponad moje siły. Po chwili jedna z zawiedzionych nieudanym polowaniem lwica, dala dużego susa niedaleko naszych samochodów i wolno powróciła pod drzewo akacji, gdzie rozleniwiony i znudzony stary król puszczy, nie zwracając ani na nią, ani na nas najmniejszej uwagi, ciągle coś tam sobie wydłubywał spomiędzy potężnych pazurów. Samotna hiena stała w oddali w nadziei, że i jej przypadnie w udziale kawałek padliny po młodych zebrach. Tuż niedaleko pasło się spokojnie stado dzikich świń, z wystającymi dużymi kłami, które są ponoć tak ostre jak szable i jak mi powiedzieli nasi przewodnicy, te pokaźnych rozmiarów, niewinnie wyglądające świnki, w samoobronie potrafią być bardzo niebezpieczne, a w gromadzie stawić czoło nawet lwom. Na błękitnym niebie, bez jednej chmurki zataczały koliste kręgi czarne sępy, podobnie jak ta samotna hiena spodziewając się wkrótce dorwać się do padliny. 

Kiedy odjechaliśmy nieco dalej, w wysokich krzakach buszu skrzeczące babuny czyli pawiany o dużych dość brzydkich głowach i świecących  w słońcu czerwono-niebieskawych, obślizgłych i brzydkich, jakby wylakierowanych olejem, zadach, przeganiały natrętną Chetah. Babuny potrafią w sytuacjach z ogromną determinacją  bronić swoje nowe potomstwo.

W jednym z najniższych miejsc ponad poziomem morza, w kraterze Ngorongoro, na jego dnie odbitym światłem słonecznych promieni połyskiwały wody wspaniałego  jeziora Maladi, które jest gigantycznym zbiorowiskiem milionów rozmaitego rodzaju ptaków, a wśród nich flamingi o czerwonych dziobach, odznaczające specjalną urodą, dużo większe niż te, które oglądałem na jeziorach Wielkiego Przełomu. Ngorogoro to również rezerwat potężnych, leniwych i poczciwych słoni. Spotkaliśmy ich tam więcej niż gdzie indziej, może z wyjątkiem rezerwatu Tsawo w Kenii, gdzie występowało ich też duże zagęszczenie. Żyją w gromadzie trzymając się bliżej buszu i tropikalnego lasu. Od czasu do czasu spotykaliśmy na sawannie słonia samca, tak zwanego samotnika. Z opowiadań moich lokalnych przewodników wiem, że są one bardzo agresywne i lepiej się od nich trzymać z daleka. Samce są tu wyjątkowo duże, zresztą podobnie jak w innych rejonach Afryki. Uwagę naszą zwrócił niezwykle interesujący szczegół ich potężnego cielska. Ich penisy! Kiedy są podniecone i gotowe do spółkowania, te ich przyrodzenia widziane z pewnej odległości wyglądają jak piąta noga.

Wśród wysokich krzewów buszu natrafialiśmy również niejednokrotnie na nieruchomo stojące samotne nosorożce. Przeważnie ukryte w gąszczu i na pierwszy rzut oka prawie niewidoczne, niespłoszone spokojnie zawsze przeżuwały liście krzewów, bądź trawę. Jednak w momencie, kiedy poczuły w powietrzu coś obcego,  zbliżającego się w ich stronę, w odróżnieniu od innych dzikich zwierząt, które raczej unikają konfrontacji, nosorożce wręcz przeciwnie, momentalnie ruszały do ataku. Piszę „poczuły”, ponieważ mają one znakomity węch, natomiast wyjątkowo słaby wzrok. Są niebezpieczne, mało inteligentne i złośliwe. Zapewne specjaliści interesujący się tymi przedpotopowymi potworami, maja z pewnością inne zdanie. Natomiast ja jako laik, rezerwuję sobie własną na ten temat opinię, ponieważ przeżyliśmy i to nie sprowokowane ataki tych samotnych potworów i gdyby nie szybkość naszych samochodów, którą mogliśmy rozwinąć na otwartych przestrzeniach sawanny, niewiele brakowało, aby poważnie uszkodziły nasze pojazdy, a przy tym i nas samych. Ze zdumieniem i jednocześnie ze strachem, jednego razu  przyglądałem się z rozpędzonego samochodu, tej ogromnej, nieobliczalnej, rozpędzonej masie cielska  nosorożca i szybkości jaką potrafiły osiągnąć, pędząc na oślep tuż przy naszej karoserii, a nawet od czasu do czasu w nią uderzając. Wielokrotnie napędzały nam sporo strachu oraz uderzającej do głowy adrenaliny. Stąd też staraliśmy się nie zawierać z nimi bliższej „znajomości” i trzymać się od nich  z daleka. Galopujący tuż przy samochodzie nosorożec w odległości wyciągniętej z samochodu ręki, co raz mi się przydarzyło i dostałem w konsekwencji rozstroju żołądkowego, to nie igraszka, szczególnie kiedy towarzyszy temu przeraźliwy tumult jego potężnych kopyt oraz ciężkie sapanie, a swoim potężnym i twardym jak stal rogiem, z łatwością uderza w karoserię naszego  samochodu. Gdybym się wówczas wychylił z Land Rovera i wyciągnął w tym momencie rękę, mógłbym z łatwością pogłaskać jego róg. Jeśli chodzi o masę cielska, przypominał mi nieco słonia na krótkich nogach. Ot, taki słoniowy Toulouse-Lautrac.

 

_______

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. 




Wierzę w ciężką pracę

Rozmowa z Philippe Tłokińskim, odtwórcą roli Jan Nowaka-Jeziorańskiego w filmie „Kurier”.

Bożena U. Zaremba:

„Kurier” traktuje o jednym z najbardziej tragicznych wydarzeń polskiej historii, Powstaniu Warszawskim, ale film nie do końca jest na serio – to trochę połączenie Jamesa Bonda i Indiana Jones’a.

Philippe Tłokiński:

Pierwszy raz spotkałem się z porównaniem do Indiana Jones’a [śmiech]. Jeżeli chodzi o temat poruszony w filmie, to rzeczywiście dotyka on ważnych wydarzeń z historii Polski. Z drugiej strony „Kurier” nie opowiada o Powstaniu Warszawskim. Traktuje raczej o jego kulisach. Znamy zakończenie tej historii, ale zawsze pozostanie pytanie, czy decyzja o podjęciu powstania była słuszna. Mimo powagi tematu, twórcy chcieli zrobić kino atrakcyjne.

Jak doszło do tego, że zagrał Pan w tym filmie?

Zostałem zaproszony na casting, który miał kilka etapów. Konkurencja była duża. W końcu dostałem propozycję. Lubię swój zawód i długo nie odmawiałem ról, również w kinie studyjnym, artystycznym. Liczyło się zdobywanie doświadczenia. Dzięki temu trafiłem na plan „Nocy Walpurgii” Marcina Bortkiewicza – bardzo ważnej produkcji w mojej karierze. Na początku pracowaliśmy właściwe za darmo, zależało nam na tym projekcie. Dopiero potem dostaliśmy dofinansowanie. „Kurier” to była wspaniała rola i to pod okiem mistrza kina polskiego.

Co Pana pociągało w postaci głównego bohatera?

Przed rozpoczęciem filmu mało znałem Jana Nowaka-Jeziorańskiego, zresztą podejrzewam, jak większość Polaków. Na castingu musiałem przygotować długie monologi, w tym ten wypowiadany w komendzie głównej AK. Nie były one wcale łatwe do zagrania, ale ten materiał bardzo mi się spodobał. Kiedy wiedziałem już, że zagram w „Kurierze”, zgromadziłem mnóstwo książek dotyczących nie tylko samego Nowaka-Jeziorańskiego, ale i czasów, w których żył.

Urodził się Pan we Francji. Na ile, więc znana była Panu historia i kultura Polski?

Rodzice są Polakami, w domu rozmawialiśmy po polsku. Podczas, gdy wszyscy moi znajomi jeździli na wakacje do Włoch, my spędzaliśmy je w Polsce. W Genewie, gdzie mieszkaliśmy, jest duża społeczność polska, istnieje polski kościół, wokół którego ludzie się gromadzą. Styczność z kazaniem podczas mszy, spotkania z Polakami, umożliwiły mi kontakt z tradycją, kulturą i językiem, który jest kluczem do wszystkiego.

Co zadecydowało o pójściu w kierunku aktorstwa?

To był pewien proces, który dział się krok po kroku. Nie wiedziałem od dziecka, co chcę robić w życiu. Nie chcę, żeby to zabrzmiało pretensjonalnie, bo mam, wobec tego, co się stało dużo pokory, ale to nie ja wybrałem teatr, tylko teatr mnie wybrał. Lubiłem zajęcia z teatru, dobrze mi na nich szło. Pomyślałem wtedy – dlaczego nie scena. Mój ojciec, z kolei, był zawodowym piłkarzem i podobną karierę wymarzył sobie dla mnie. Ja sam rozważałem przez chwilę zdawanie na prawo. Tyle, że jak znajomi mnie pytali, co mi się podoba w zawodzie prawnika, okazywało się, że to, co mnie najbardziej pociąga to retoryka, krasomówstwo i publiczne wystąpienie. I mówili mi wtedy: „Ty nie chcesz zostać prawnikiem, ty chcesz być aktorem” [śmiech]. Kiedyś nieśmiało zapytałem profesora, który prowadził zajęcia z teatru, co powinienem wybrać. I on odpowiedział mi, że jego zdaniem byłbym kompletnym głupcem, gdybym nie został aktorem, po czym wyszedł, teatralnie trzaskając drzwiami [śmiech]. Dodało mi to odwagi, żeby w końcu odpowiedzieć sobie na pytanie, czego chcę. Profesor był dla mnie takim duchowym ojcem. Mojemu tacie nie udało się pomóc mi w kwestii znalezienia drogi życiowej, ale udało mu się coś innego – odpuścić, porzucić własne ambicje, zrozumieć mnie i wesprzeć.

Jednym z wiodących tematów filmu „Kurier” jest kwestia wyboru.

W pewnym sensie. Główny bohater dostaje rozkaz, z którym się nie zgadza. Kreuje sobie antytezę i dąży do celu, żeby realizować ten drugi scenariusz. Ta sytuacja pokazuje zresztą, jak skłócona była wtedy władza. Później, kiedy Nowak-Jeziorański spotyka młodych ludzi już uzbrojonych i orientuje się, że powstania nie da się zatrzymać, dochodzi do wniosku, że trzeba się poddać losowi i na spotkaniu z dowódcami AK wypowiada opinię, która tak naprawdę zgadza się z tym pierwszym rozkazem. Ta opinia jest „post-powstańcza”, to znaczy ten dialog nie miał historycznie nigdy miejsca w takiej formie, to już jest powiedziane z perspektywy. Ale merytorycznie wszystko się zgadza.

To bardzo dojrzała wypowiedź.

Bo jest prorocza. Stanowi odzwierciedlenie tego, co Jan Nowak-Jeziorański napisze w przyszłości. Film tak naprawdę nie broni decyzji o rozpoczęciu powstania, ale pokazuje w jakim duchu została ona podjęta. Bardzo lubię ostatnie ujęcie filmu, kiedy rozpoczyna się powstanie, odwracam się do Partycji Volny i z jakimś żalem pytam: „Idziemy?” I potem wszyscy biegną do światła. Światło oznacza śmierć. I tam nie ma zaskoczenia, bo przecież znamy historię, wiemy, jaki przebieg miało powstanie. Historii nie możemy zmienić, ale możemy ją zrozumieć i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Dzisiaj z perspektywy czasu łatwo powiedzieć, że Powstanie Warszawskie było błędem, bo  zginęło tysiące ludzi, a Warszawa została kompletnie zniszczona, ale przecież nikt się tego nie spodziewał.

Co według Pana może w tym filmie przemówić do widza zagranicznego?

Film ten ma być przede wszystkim dobrą przygodą, rozrywką, z elementami kina akcji czy kina szpiegowskiego. Wspomniała Pani o Indiana Jonesie. To jest według mnie dobre porównanie, bo w „Kurierze” jest dużo lekkich scen, robionych z dużym poczuciem humoru. Jest też wiele wymyślonych epizodów, jak na przykład wątek związany z agentką Doris.

Właśnie jej postać bardzo mi przypominała postać Elsy Schneider z trzeciej części „Indiana Jones”, nawet fizycznie aktorki są bardzo podobne i rozwój tego wątku jest podobny, chociaż nie zdradzajmy tutaj, jak się rozwinie.

Wątek ten został specjalnie wymyślony, dla urozmaicenia fabuły. Reasumując – jest to kino dynamiczne, a przy okazji widz może nauczyć się czegoś na temat historii Polski. „Kurier” spełnia więc dwie podstawowe funkcje kultury: dostarcza rozrywkę i edukuje.

W następnym filmie z Pana udziałem wciela się Pan w postać innego sławnego Polaka, matematyka Stanisława Ulama, który między innymi brał udział w tworzeniu broni nuklearnej w USA. Czy może Pan coś powiedzieć już bliższego na temat tego filmu?

Jeszcze nie widziałem końcowej wersji filmu, więc mogę go ocenić jedynie na podstawie tego, co przeżyłem na planie. Ten film ma w sobie ogromny potencjał.  Jest to kino artystyczne, autorskie, podobne w konwencji do „Pięknego umysłu”. Wszechobecna w tym filmie bomba wodorowa jest elementem budującym napięcie, zgodnie z powiedzeniem, że bez konfliktu nie ma teatru. To najbardziej potworna broń, jaką człowiek stworzył i to jest przerażające, że jednym przyciśnięciem czerwonego guzika może rozwalić cały świat. A paradoks całej tej sytuacji polega na tym, że od wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie i Nagasaki do dzisiaj nie było incydentu z bronią nuklearną, że dzięki temu utrzymuje się na świecie pokój, bo wiadomo, że użycie broni wodorowej oznaczałoby koniec naszej cywilizacji.

Czy Profesor Ulam miał w związku z tym jakieś rozterki moralne?

Tak, oczywiście. Hiroszima dla twórców bomby była szokiem, nie mogli pogodzić się z tym, że ich wynalazek został wykorzystany w tak okrutny sposób. A potem kazano im wymyślić broń o jeszcze większej mocy. I Ulam stanął przed dylematem, czy dzielić się wynikami swoich badań.

Obraca się Pan ciągle w tematach historycznych. Ostatnio zagrał Pan jeszcze – w Teatrze Telewizji – postać Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Ta sztuka oparta jest na jego powieści o gułagu „Inny świat”. Temat mroczny – brud, głód i przemoc. Ale moje kolejne filmy nie będą już produkcjami historycznymi. Wracam do współczesności.

Włada Pan biegle trzema językami: francuskim, polskim i angielskim

…jeszcze znam włoski.

Popyt na takich aktorów, jak Pan, powinien być, więc spory.

Znajomość języków daje mi przewagę [śmiech]. Jak nie we Francji, to w Polsce, jak nie w Polsce, to w Szwajcarii. Praca aktora jest nieregularna – czasem człowiek jest bardzo zajęty, a potem następuje długa przerwa. Nie patrzę na to, czy rola jest mała czy duża – chcę, żeby zawsze była dla mnie jakimś wyzwaniem, albo chociaż przyjemnością. Wychodzę z założenia, że jak film jest udany to ludzie pójdą go zobaczyć, a jak nie, to jest on dla mnie dobrym doświadczeniem. Jest jeszcze jedna ważna dla mnie sprawa: ja nie wierzę w talent, wierzę w ciężką pracę. Jak nie pracujesz nad sobą, to nic z tym talentem nie zrobisz. Nigdy nie słyszałem o talencie, który został zniszczony pracą.

Ale talent może mieć różne barwy, nie tylko musi oznaczać umiejętność szybkiego przyswojenie sobie tekstu. Można mieć także na przykład talent do pracy, do analizy czy determinacji. W tym kontekście, w czym leży Pana talent?

Myślę, że jest to właśnie talent do pracy. Bardzo dużo czasu spędzam na uczeniu się tekstu, na przygotowywaniu się do castingu czy jakiejś roli. To jest oczywisty element bycia aktorem, tak jak dla pianisty spędzanie dziesięciu godzin dziennie na ćwiczeniu. Ja to uwielbiam.

A ćwiczenie też może być pracą twórczą?

Na tym to polega. Występ jest jedynie końcowym rezultatem tej wielogodzinnej, twórczej pracy. Przy moim zawodzie istotne też jest spotkanie właściwych osób we właściwym momencie i wdzięczność za to, że ktoś dał Ci szansę. Całe moje działanie opiera się na wierze w pracę i w to, że będzie dobrze. Jak miałem okres posuchy, nadzieja była dla mnie bardzo ważna. Propozycja roli zawsze się w końcu pojawia.

Film będzie pokazywany podczas Festiwalu Polskich Filmów w Austin oraz Festiwalu Polskich Filmów w Miami na Florydzie:

https://www.austinpolishfilm.com/

https://www.pffmiami.com/