Dwa oblicza Afryki

Od wioski plemienia “Fuzzy-Wuzzy” w Sudanie do pałacu afrykańskich monarchów ludu Fulanów na terenie płaskowyżu Futa Dżalon (Fouta Djallon) w Gwinei. Wspomnienia reżysera-dokumentalisty z pocz. lat 60.

Tadeusz Jaworski w Futa Dżalon, fot. arch. T. T. Jaworskich

Tadeusz Jaworski (1926-2017)

Wybór, opracowanie tekstu i redakcja Joanna Sokołowska-Gwizdka

SUDAN

Minęły prawie trzy dni od naszego przyjazdu. Wydawało mi się, że dostatecznie poznaliśmy już codzienne życie „Fuzzy-Wuzzy” i byliśmy przekonani, że mając ich zgodę i przyjazny stosunek, zrealizujemy unikalną i dramatyczną sekwencję do pełnometrażowego filmu „Zmierzch czarowników”. Z takim zamiarem przecież tu przyjechaliśmy. Za pośrednictwem naszych przewodników Alego i Ahmeda oględnie rozpocząłem negocjacje z „Sheikiem” w sprawie współpracy jego klanu, przy realizacji filmowych zdjęć. Mimo okazanej nam serdeczności w ciągu tych kilku dni pobytu, nagle w czasie rozmowy wyczułem wyraźnie ze strony „Sheika” coraz to większy chłód w stosunku do nas i naszych zamiarów, w rezultacie czego nastąpił niespodziewany krach w naszych stosunkach.

Kiedy mężczyźni klanu, zebrani na placu w środku osiedla, jak zwykle każdego dnia, z mieczami u boku, nożami za pasem i z oszczepami w ręku, zobaczyli moich operatorów przygotowujących filmowy sprzęt, a przede wszystkim kamery z obiektywami, momentalnie wyczułem w ich zachowaniu coraz to większe napięcie i wyraźne zdenerwowanie, a w ich świdrujących oczach pojawiła się dzikość. Pełen konfuzji nie bardzo wiedziałem co robić, czy się do nich uśmiechnąć, czy raczej nie zwracać uwagi udając, że tego nie widzę. Mimo, że było diablo gorąco, ok. 50 stopni Celsjusza, poczułem na ciele obficie spływający zimny pot.

Pomagając moim kolegom w przygotowaniu sprzętu do zdjęć, od czasu do czasu zerkałem na „Sheika”, który podszedł do grupy wojowników i gestykulując oraz pokazując na nas palcem, coś do nich bełkotał. W międzyczasie grupa tubylców się powiększyła, spoglądając na nas niezbyt przyjaźnie, a nawet wrogo. Z minuty na minutę coraz więcej przybywało uzbrojonych wojowników. Ali i Ahmed, którzy pomagali nam w przygotowaniu sprzętu, w pewnym momencie wycedzili do nas przez zęby dramatycznym głosem –  let get out from here and quickly….they will kill us Tad! (uciekajmy stąd szybko, zabiją nas, Tad). Okazało się, że powodem tej wrogości były obiektywy naszych kamer, w których zobaczyli „złe oczy”. Według nich mogły one przynieść całemu klanowi nieszczęście, a słowa – raz dwa trzy… próba głosu, próba głosu…  wydobywające się z kamery dźwiękowej, były dla nich czymś, ze świata czarnoksięstwa. Nie pomogły perseweracje z mojej strony, górę wziął zabobon.

Z każdą następną chwilą narastała wroga atmosfera. Ali, który studiował w Polsce na Politechnice, mówił wprawdzie nie najlepiej po polsku, niemniej można go było bez kłopotu zrozumieć, w pewnym momencie cały roztrzęsiony, podskoczył do mnie i ryknął – prose pana, uciekajmy… ale sybko…bardzo sybko. Zrozumiałem jego przynaglanie i oblany zimnym potem syknąłem do moich kolegów – chłopaki, „spierdalamy” stąd i to szybko… bo nas wykastrują. Nie zwlekając ani sekundy tak szybko jak mogliśmy wraz z naszym sprzętem znaleźliśmy się za rogatką osiedla, zostawiając za sobą wojowników „Fuzzy-Wuzzy”. Zwinęliśmy byle jak nasze namioty i wrzuciwszy je do przyczepy, spakowaliśmy resztę naszych rzeczy i sprzęt oraz załadowawszy to wszystko w pośpiechu na samochody, bez pożegnania ruszyliśmy na szybkich obrotach, z powrotem do Atbary. Odjechawszy mniej więcej 100 metrów od osiedla, zatrzymaliśmy się na moment. Z osady dochodził do nas coraz bliższy dźwięk… Uhhuuuhhhhuu! Zza zakrętu, w dzikim marszu i z okrzykami, pojawili się nieco w pół zgięci, uzbrojeni w miecze, włócznie i łuki, wojownicy „Fuzzy-Wuzzy”. Stanęli na dróżce, przestępując z nogi na nogę, jakby drepcząc w tańcu. Było ich na oko około 100 do 150-ciu. Ni stad ni zowąd cała stłoczona masa posunęła się kilka kroków do przodu, wymachując jednocześnie w tym samym rytmie włóczniami w gorę i wykrzykując… UhhhhUhhhhuuu. Był to dla nas sygnał, aby niezwłocznie ruszyć w drogę. Jakby ktoś dał im komendę, nagle cala ta masa wojowników z wyciągniętymi oszczepami przed sobą, ruszyła szybkim krokiem w nasza stronę. Patrząc do tylu, krzyknąłem do Sergiusza Sprudina – daj na gaz! Po chwili straciliśmy wojowników „Fuzzy- Wuzzy” z oczu, jak również tak pożądaną i zaplanowaną sekwencję o nie-arabskim plemieniu wojowników Beja, walczących w XIX wieku po stronie sudańskich Mahdistow, których rozsławił na cały świat w swoim poemacie jako „Fuzzy-Wuzzy” Rudyard Kipling, za ich bitewne przymioty – brawurę i dzielność.

Następnego dnia wczesnym rankiem spakowaliśmy nasz samochód z przyczepą i zjedliśmy pospiesznie śniadanie. Było ono skromne i typowo sudańskie. Podano nam wpierw herbatę z imbiru, który nazywają tu ginger, ponoć bardzo zdrowy, na stole zjawiły się małe bocheneczki chleba, jak bułki, gulasz z fasoli podlany oliwa i posypany serem feta, sałatka z pomidorów zmieszanych z zieloną pietruszką i zalana jakimś ostrym w smaku sosem oraz smażone kulki z ziarna zbożowego posypane cukrem. Potem była mocna i bardzo słodka kawa, która postawiła nas na nogi. Jurek Gościk jak zwykle w dobrym nastroju, na zakończenie naszej śniadaniowej „sjesty”, ni stad ni zowąd smętnym głosem powiedział – szczerze mówiąc chłopaki, byłem bardzo roztrzęsiony, bo myślałem, że nas „Fuzy-Wuzy”, naprawdę wykastrują. Pomyślcie panowie, nie dość, że pozbawili by nas przyjemności życia, to świadomość, że paradowaliby po osiedlu z naszyjnikami z naszych zasuszonych jaj, jako trofeów i symbolu ich dzielności… no  tego „kurwasz pałasz” bym nie przeżył. W tym momencie operator Sergiusz Sprudin wypiwszy ostatni łyk kawy, zwrócił się sarkastycznie do Jurka Gościka – przesadzasz Jurek… dramatyzujesz. Na to Jurek gwałtownie zareplikował – może dla ciebie Sergiusz, ta sprawa jest już nieważna… ale dla mnie... Przerwałem ten dyskurs – czas pożegnać naszych przewodników i ruszyć w drogę – powiedziałem. Pożegnaliśmy więc życzliwych Alego i Ahmeda, którzy okazali nam, dzięki znajomości narzecza i lokalnych ludzi, nieocenioną pomoc. Na samą myśl, że wojownicy „Fuzzy-Wuzzy”, paradowaliby z naszyjnikami z naszych wysuszonych jąder w poszukiwaniu żon, oblał mnie zimny pot i przyznałem rację Jurkowi.

Pustynia, fot. Wolfgang_Hasselmann z Pixabay 

Na horyzoncie, na skraju wzgórza, wolnym krokiem szły objuczone wielbłądy. Po uzgodnieniu z moimi kolegami drogi, w rezultacie wybraliśmy pustynny szlak pełen wydm, po wschodnim brzegu Sahary, przez Pustynię Nubijską do Wadi Halfa, która z informacji, jakie posiadaliśmy, była niebezpieczna, zarówno ze względu na ruchome piaski, jak i ewentualnych profesjonalnych bandytów. Jednak licząc na odrobinę szczęścia i pomoc ze strony lokalnej ludności, ta wersja wydawała mi się do przyjęcia. Pustynia Nubijska na odcinku między Wadi Halfa a Abu Simbel była bardzo trudna do przebycia bo nie istniała tam żadna droga, ani dróżka, za wyjątkiem jakiejś zdarzającej się koleiny. Najbardziej jednak niebezpieczne były tak zwane „quick sands” – ruchome piaski, na których, bez bardzo doświadczonego przewodnika, można było utonąć wraz z całym dobytkiem.

GWINEA

Z racji mojego zawodu, w Europie, Ameryce czy w Afryce, miałem okazję spotykać rozmaitych ludzi, o różnych statusach społecznych, rodzinnych czy zawodowych. Zawsze przy sobie nosiłem małą nagrywarkę, dzięki czemu po czasie mogłem odtworzyć czy to wywiady, czy zwyczajne rozmowy. Spotykałem przecież monarchów, prezydentów, premierów i innych polityków, a także, co było dla mnie ogromną satysfakcją, uczonych, filozofów, teologów, pisarzy, ludzi sztuki i kultury. Dziś większość z nich nie żyje. Jedni umarli śmiercią naturalną, inni w wyniku politycznych rozgrywek byli mordowani. Z perspektywy czasu, to co udało mi się zarejestrować, jest już historią, a oryginalne i unikalne zapisy na taśmie, nigdzie nie publikowane, są dla mnie niezwykle ważne.

Spotykaliśmy na naszych drogach niezwykłe „personas dramatis”, o długich nazwiskach, takich jak król Ashantów ze Złotego Wybrzeża, Otumfuno Nana Osei Tutu Agyeman, Ashantene Prempeh II. Był to monarcha o niezwykle błyskotliwej inteligencji i wykształceniu, które otrzymał na Uniwersytecie w Oksfordzie, siedzący na słynnym złotym tronie Ashantów, którego waga ma ponad tysiąc kilogramów szczerego złota i tylko on, przy rzadkich okazjach, miał prawo na nim usiąść. Kiedy robiliśmy z nim zdjęcia, w jego królewskiej rezydencji niedaleko stolicy królestwa Ashantów Kumasi, król uśmiechając się popełnił uchybienie formie i plemiennemu zakazowi, gdyż pozwolił mi usiąść na swoim tronie. Tron był duży i dość wygodny, wiec pomyślałem sobie, jaka byłaby to niezwykła frajda, gdybym mógł go zapakować i przywieźć na Sadybę, do naszego domku, nie tyle, aby na nim siedzieć ale korzystać z jego wartości.

Przy okazji odwiedzin wioski Timbo, spotkaliśmy się z rodziną ostatniego monarchy królestwa Futa Dżalon, króla Kiermo Oumara Bah, z dynastii, która rządziła tym państwem od około 300 lat. Timbo, mała wioska położona spektakularnie w niewielkiej kotlinie, tuż u podnóża górskiego masywu, w swoim czasie była okazałą stolicą królestwa. Po drodze do Timbo minęliśmy XVIII-to wieczny symbol religii islamskiej, niezwykle interesujący meczet wbudowany w krajobraz płaskowzgórza i stanowiący ciekawy relikt muzułmańskiej sakralnej architektury.

Meczet w wiosce Timbo, fot. www.delcampe.net

Król Bah zmarł w 1946 roku, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Zachowała się jednak jego stara rezydencja zamieszkała przez najbliższą rodzinę jego Królewskiej Mości. Król, jak się dowiedziałem, był skrajnie konserwatywnym muzułmaninem. Jak przysługiwało muzułmaninowi, miał cztery żony i ogromną ilość dzieci. Tuż po jego śmierci trzy z jego żon powróciły do swoich rodzin, natomiast czwarta i najmłodsza żona, dziś sędziwa królowa Neme Futia Bah, tradycyjnie sprawowała rolę Królowej Matki. Jej obecna funkcja, podobnie jak i pozostałej rodziny królewskiej, miała charakter czysto ceremonialny. Królowa Neme Futia Bah, panowała, lecz nie rządziła. Odwiedziliśmy ją w jej pałacu. Okazała się kobietą wysoką i szczupłą, o niezwykłej nobliwej urodzie, jak również osobistej godności. Zrobiła na mnie duże wrażenie, swoją aparycją i sposobem bycia. Uwagę moją zwróciła jej niezwykle unikalna i interesująca fryzura, uformowana z dwóch sztywnych warkoczy, ustawionych do przodu jak rogi.

Królowa przyjęła nas w oficjalnym salonie swojej rezydencji. Ubrana była  w bogate królewskie szaty oraz obwieszona olbrzymią ilością biżuterii. Nie mam wątpliwości, że nie były to sztuczne kamyczki. W całości połyskująca  zlotem i srebrem oraz mnóstwem kolorowych szlachetnych i oczywiście drogocennych kamieni, przypominała mi z wyglądu niezwykle strojną bożonarodzeniową choinkę. Dziś wiele kobiet, jak i mężczyzn w Gwinei porzuca tradycyjny ubiór muzułmański na rzecz europejskiego. Wielu tubylców obojga płci, prawdopodobnie dla zademonstrowania swojego sentymentu dla nowo wyzwolonego kraju, nosi koszule, zaś kobiety sukienki w pasy, reprezentujące kolorami narodową flagę.

Stara królowa cieszyła się ciągle ogromnym autorytetem i  szacunkiem, wśród tubylczej ludności z plemienia Fulani, jak również szacunkiem nowych okręgowych władz. Była osobą inteligentną, doskonale rozumiejącą nową sytuację polityczną i administracyjną kraju oraz zmiany społeczne, które zaszły w młodej republice. Zdawała sobie również sprawę z tego, że królewska autokratyczna władza, czyli jednowładztwo, które jeszcze do niedawna spoczywało w rękach jej męża, dziedzicznego i dożywotniego monarchy, despotyzm i feudalizm, którym cieszyła się dynastia Bah od wielu pokoleń, stała się bezpowrotną przeszłością. Stąd też zachowując tytuł Królowej Matki i rozumiejąc jej tytularną i ceremonialną rolę, tak ona,  jak i jej dzieci powoli zaczynały się „demokratyzować”. Jej najstarszy syn, król Ibrahim Tiermo Bah, który objął tron po swoim ojcu i piastował go aż do  roku 1956, szybko zorientował się w zasadniczych i radykalnych zmianach, jakie zaszły w nowo wyzwolonym kraju i dobrowolnie się zdetronizował, obejmując jednocześnie oferowane mu przez rząd gwinejski, stanowisko gubernatora okręgu Telimele. W wyborach do Zgromadzenia Narodowego w stolicy Konakry, a więc parlamentu republiki gwinejskiej, zajął on również fotel poselski, jako deputowany rejonu Futa Dżalon.

Pałac monarchów afrykańskich, fot. Sharon Ang z Pixabay

Mimo, że królowa Neme Futia Bah, nie była uprzedzona o naszej wizycie, podjęła nas ze znaną mi z innych okazji, starą tradycyjną, afrykańską gościnnością i wystawnym  obiadem. W dawnych czasach stary król Kiermo Oumara Bah, często podejmował w tej rezydencji białych gości. W związku z tym z  jego inicjatywy zbudowano tu specjalną willę, której dał nazwę Fata, przeznaczając ją wyłącznie dla dystyngowanych gości, którzy zdecydowali się zatrzymać tu na noc. Rezydencja przypominała mi skrzyżowanie architektury afrykańskiej z europejską. Obok niej, w pięknie utrzymanym ogrodzie, wśród cytrusowych drzew, zbudowano tu specjalną altanę, zwieńczoną daszkiem, z ryżowej słomy. Z tego co mi  szepcze na ucho, siedzący obok mnie gubernator Mamodou Bela, właśnie w tej altance, pod tym daszkiem z ryżowej słomy, król Bah podejmował, znakomitą ponoć herbatą, zagranicznych gości, prowadząc z nimi prywatne, jak również oficjalne rozmowy, a często nawet rokowania i pertraktacje.

Cały kompleks królewskiej rezydencji otoczony był kamiennym murem, z wielkim  dziedzińcem w jego centrum oraz  pełnymi kolorowych kwiatów, wśród których pośrodku rosły stare cytrusowe drzewa. Wnętrza poszczególnych willi urządzone były po europejsku. Westybul, salony i każdy z  gościnnych pokoi wyłożone zostały dywanami. W rogu jednego z salonów uwagę moją zwróciła, ogromnych rozmiarów, pancerna ogniotrwała kasa. Wspaniała biżuteria królowej Neme Futia Bah, dała mi asumpt, że nie świeci ona pustką. Ściany głównej rezydencji pałacu zdobiły stare i piękne rzeźby murzyńskie, wyciosane rękami ludowych snycerzy, które mogłyby bez wątpienia stanowić znakomitą kolekcję sztuki afrykańskiej, w każdym z muzeów świata. Patrząc na nie i na wystrój wnętrza z antycznymi meblami pochodzenia europejskiego, doszedłem do niezwykłej i dość niespodziewanej konkluzji. Koncepcja połączenia tak różnych elementów wizualnych, nie tylko nie kłóciła się ze sobą, a wręcz przeciwnie uzupełnia się, stwarzając przy tym bardzo specyficzną atmosferę wnętrz.

Wnętrze pałacu monarchów afrykańskich, fot. Sharon Ang z Pixabay

W salonie jadalnym dość pokaźnych rozmiarowa w jednym z rogów stał nowoczesny sprzęt audio złożony z radia, adapteru oraz ogromnej ilości płyt. Dopełnieniem wnętrza tej rezydencji i gościnnych willi, były nowoczesne łazienki wykładane białymi kaflami z emaliowanymi wannami, umywalkami, klozetami, jak również z dość wyszukanymi sedesami oraz bidetami. Na stolikach pełno było przyborów toaletowych oraz rozmaitych perfum i toaletowych wód. Z tego by wynikało, że stary król Kiermo Oumara Bah, umiał dbać o higienę, zarówno swoją, jak i swoich czterech żon. W czasie oględzin kompleksu pałacowego wraz z otaczającymi go willami, naliczyłem w łazienkach mnóstwo bidetów. Nie wiem kiedy je tu zainstalowano, jestem jednak przekonany, że jest to inspiracja dawnych francuskich kolonizatorów. We Francji najważniejszymi elementami wyposażenia domów dla kobiet były bidety, a do tego duża ilość perfum oraz pomadek do ust. Na jednej z werand zauważyłem podwójny fotel-huśtawkę, ze specjalnym daszkiem dla ochrony przed słońcem. Na nim podobno król Bah lubił wypoczywać, przeważnie w towarzystwie jednej ze swoich  żon.

Tuż przed udaniem się do jadalni sędziwa królowa Neme Futia Bah, nagle podniosła się z fotela i pożegnawszy się z nami serdecznie, z lekkim skłonem głowy w naszą stronę, pełna godności, wraz z towarzyszącymi jej córkami, księżniczkami Bojko, Asjata i Hedzatu,  opuściła nas udając się w stronę prywatnej części ich rezydencji-pałacu. W pierwszej chwili bylem nieco zaskoczony, tym nagłym pożegnaniem i opuszczeniem salonu. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że islam zabrania kobiecie, nawet jeśli jest królową czy księżniczką, zasiąść do tego samego stołu z mężczyznami. Gospodarzem i osobą pełniącą honory domu był więc starszy wiekiem, o pięknej hebanowej skórze, szczupłej sylwetce, niezwykle szlachetnych rysach twarzy oraz eleganckim, pełnym godności sposobie bycia, czarnoskóry muzułmanin, będący urzędnikiem dworskim w służbie monarchy. Coś w rodzaju szambelana. Ubrany był w białą długą togę sięgającą mu do kostek, z białą, szamerowaną złotą nicią „jarmułką” na głowie, spod której wychodziły na zewnątrz siwe „barankowe” włosy. Jak przystało na dworskiego urzędnika „szambelan” podjął nas wykwintnym obiadem, który na dużych srebrnych półmiskach wniosła bezszelestnie pałacowa służba.  Jak zwykle w takich okolicznościach przy okazji oficjalnych kolacji jednym z głównych dań było tradycyjne „fo-fou”, tym razem po królewsku przyrządzone znakomite, z mięsem baraniny… i o dziwo w bardzo delikatnym sosie.


Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego, reżysera-dokumentalisty z Toronto ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Ukazało się już ponad 30 odcinków o dzieciństwie reżysera w Czortkowie, wojnie, czasach powojennych, szkole filmowej w Łodzi, pracy dokumentalisty itd. Najwięcej części dotyczy wspomnień afrykańskich z lat 50/60. gdzie reżyser został wysłany przez Światową Organizację Zdrowia, aby zrealizował filmy o zdrowiu. To był wyjątkowy czas przemian w Afryce i okazja do poznania zanikających kultur. Poprzednie odcinki:




Podróż przez życie

Rozmowa z reżyserem Jerzym Antczakiem o najnowszej książce „Jak ja ich kochałem”.

Dwór został soecjalnie zbudowany dla filmu „Noce i dnie”, fot. arch. Jerzego Antczaka

Joanna Sokołowska-Gwizdka:

Jestem po lekturze Pana najnowszej książki. Muszę przyznać, że przeczytałam ją „jednym tchem”. To piękna opowieść o życiu i bliskich Pana sercu osobach, na tle skomplikowanej historii Polski. Powołuje się Pan też na poprzednią książkę wspomnieniową „Noce i dnie mojego życia”. Kiedy i w jakich okolicznościach narodził się pomysł, aby ta książka powstała?

Jerzy Antczak:

Książka powstała z potrzeb spłacenia olbrzymich długów i utrwalenia ludzi, nie tylko z pierwszego planu,  ale często z drugiego, albo  trzeciego  szeregu. Chciałbym, żeby mój czytelnik zobaczył twarze tych, którzy wspierali mnie kiedy brodziłem po rubieżach świata w poszukiwaniu sensu istnienia i źródeł sztuki. W książce próbowałem ocalić od zapomnienia imiona tych wszystkich, którzy przytrzymywali mi tę drabinę, po której się wspinałem.   

W książce podaje Pan tyle szczegółów sprzed lat, cytuje listy, opisuje z detalami różne sytuacje z dzieciństwa we Włodzimierzu Wołyńskim. Czytelnik ma wrażenie iż Panu przez całe życie towarzyszy. Skąd u Pana tak doskonała pamięć chwil?

Trudno  mi  powiedzieć,  ale  chyba  pamięć jest  czymś  wrodzonym, czego nie można się nauczyć. Pamięć można wyćwiczyć, ale tylko do pewnego stopnia. Sięgając pamięcią wstecz, pierwsze doznania mogę zarejestrować od szóstego roku życia,  a  więc gdzieś od 1935 roku.  Od tej daty po dzień dzisiejszy życie moje obfituje w wydarzenia, których logika oszałamia. Wszystko jest zagęszczone, ale najbardziej zdumiewa konsekwencja z jaką te wydarzenia łączą się, tworząc w pełni ukształtowany monolit czyli – moją gotowość do otwierania i zamykania różnych etapów! 

W czasie odpływu inwencji, sięgam na chybił trafił po jakąś książkę. Otwieram na stronicy którą dotknie wskazujący palec i czytam, wierząc,  że odnajdę coś, co mnie odbuduje. Podobnie stało się w  czasie  pisania  „Jak ja  ich  kochałem”. Wyciągnąłem z półki książkę Anny Piwkowskiej zatytułowaną, Achmatowa, czyli kobieta. Jest to biografia wybitnej rosyjskiej poetki, której życie przypadło na dwie epoki: czas carskiej Rosji, kiedy w wieku 18 lat zaświeciła na niebie poezji jak meteor, aby nie zgasnąć do końca życia.  A oto  cytat  z  dziennika Achmatowej:

Dwadzieścia procent w każdych wspomnieniach sfałszowanych jest przez wyobraźnię,  bowiem każda pamięć pamięta co innego. I pamięta inaczej. Pamięć ludzka ma to do siebie, że niczym reflektor wyświetla pojedyńcze momenty  pozostawiając wokół nieprzenikniony mrok…

Achmatowa ma rację. Nawet przy najdoskonalszej pamięci nie sposób wywołać pełnej prawdy wydarzeń z dalekiej, czy nawet najbliższej przeszłości.  Ale ja jednak, spróbowałem dokonać rzeczy karkołomnej, wbrew temu co dowodzi Achmatowa: opisałem wydarzenia, które stanowiły najważniejsze ogniwa w mojej karierze, postarałem się ożywić ich klimat i znaki czasu.  Wreszcie, ustaliłem jakie przeżycia odłożyły się w mojej emocjonalnej pamięci, stając się karmą dla przyszłych artystycznych dokonań. 

Historia, nawet ta najbardziej dramatyczna, przeżyta i zapamiętana przez ludzi, ma w sobie ładunek emocji, czego nie mają podręczniki i źródła naukowe. Opowiedziana przez Pana historia, trafia głęboko do serca. Dwór rodziny Burtanów w Białozowszczyźnie, gdzie mieszkał Pan na początku wojny, jego klimat, zapach pól, codzienne rytuały, a potem wymordowanie właścicieli, rezydentów i służby przez ukraińskich nacjonalistów, czy też historia Pana ojca, chorążego we Włodzimierzu Wołyńskim, potem działacza w podziemiu AK, a po wojnie fałszywe oskarżenie, uwięzienie i oczekiwanie na proces z groźbą kary śmierci – budzą sprzeciw czytelnika. Na ile te i inne dramatyczne wydarzenia Pana ukształtowały?

Dramatycznych wydarzeń w moim długim życiu nie brakowało, ale największy wpływ, a właściwie piętno na mojej osobowości wywarły wydarzenia związane z moim ojcem. Spójrzmy  na  to  w  wielkim  skrócie. 

W  1914  roku  ojciec  w  wieku  18  lat  zgłasza się  na  ochotnika  do  wojska. Odbywa  kampanie  wojenne  1918,  1920,  1939, a  potem  od  1940 do  1945  jako  wysoki  dowódca  AK  dowodzi  dużą  jednostką  zwaną  „pod obwodem”. W 1946  roku,  w ramach rozrachunku z akowskim podziemiem,  ojciec zostaje  aresztowany, oskarżony  o  wydanie  rozkazu  zabójstwa trzech sowieckich skoczków spadochronowych, za co groziła kara śmierci. W  książce „Jak  ja  ich  kochałem”, wiele miejsca  poświęcam przeznaczeniu. A oto namacalny dowód  działania  tej  siły, związanej z losami ojca. 

We Włodzimierzu Sara Pinkwas prowadziła mały sklepik, gdzie było wszystko  –  „mydło, szydło i powidło”. Moja matka bardzo lubiła  ten  przybytek i jego niezwykłą atmosferę. Syn Sary – Icek, po agresji bolszewików na Polskę we wrześniu 1939 roku został komendantem lokalnej milicji.

Sara pamiętała  serdeczność mojej mamy i wymogła na nim opiekę nad naszą rodziną. Dzięki temu nie zostaliśmy wywiezieni na Syberię. A jako bliscy zawodowego wojskowego znajdowaliśmy się na samym szczycie listy przeznaczonych do zsyłki. 

Icek Pinkwas objawił się ponownie i nieoczekiwanie po wojnie w  Polsce i pod nazwiskiem Mikołaj Pluta, jako wysoki rangą funkcjonariusz NKWD – został głównym doradcą Wydziału I (kontrwywiadu), którego celem było ściganie i karanie polskiego podziemia. Zupełnie  przypadkiem  dostaje do  rąk  sprawę  ojca.  Zapoznawszy się z aktami sprawy doznał zaskoczenia. Odkrył, że obwinionym to dobrze mu znany Władysław Antczak, były chorąży 23 Pułku Piechoty stacjonującego we  Włodzimierzu Wołyńskim. W enkawudziście odżyły czułe wspomnienia. Przypomniał sobie moją mamę, jej sympatię do tajemniczego świata Żydów, wreszcie szacunek, jakim nasza rodzina, w tym ojciec, okazywali jego rodzicom. Znalazł w akcie oskarżenia szyte grubymi nićmi fałszerstwa. Sporządził raport dla samego ministra spraw wewnętrznych Stanisława Radkiewicza. Z adnotacją, że na skutek nieprawdziwych faktów przedstawionych przez oskarżyciela zaleca umorzenie śledztwa i wypuszczenie podejrzanego na wolność. Tak w wielkim skrócie wyglądała decyzja przeznaczenia, która za pośrednictwem Icka  Pinkwasa  vel Mikołaja Pluty uratowała tacie życie. A Sarę Pinkwas sportretowałem w  „Nocach  i  dniach”,  jako  Arkuszową.

A oto  kres  wędrówki  ojca. Rok 1961. Siedząc  przy łóżku, widząc smugę cienia na jego twarzy,  zapytałem go:  –  Tato czy ty masz żal do tego wszystkiego co cię spotkało?  Do zdrady twoich podwładnych? Do tych lat, które ci odebrali w więzieniu? Ojciec zamyślił się, a potem uśmiechnął. – Nie, Jurku… nie mam żalu… W ogóle nie mam żalu do nikogo i do niczego.  Bo w końcu człowiek jest panem swojej woli i musi ponosić konsekwencje swoich czynów. – No, ale przecież musisz mieć jakąś ocenę tego wszystkiego. –  Tak.  Mam.  Po prostu w chwili kiedy pękło to, o co walczyłem, znalazłem się po złej stronie boiska.

I tej pokory ojca nie mogłem darować – nie tylko reżimowi, który go sponiewierał, ale przede wszystkim tym towarzyszom broni ojca, którzy się zeszmacili! 

To była ta straszna lekcja życia, która mnie gryzie po dziś dzień.

Okładka książki

Ukończył pan wydział aktorski w Wyższej Szkole Aktorskiej w Łodzi, występował Pan w teatrze, dzięki Panu powstał słynny łódzki teatr 7.15. Co zatem zafascynowało Pana w reżyserii, że stał się Pan jednym z czołowych twórców Teatru Telewizji.

W roku 1953, zaraz po dyplomie, zostałem asystentem w Szkole Aktorskiej. Odkryłem wtedy w sobie zdolności pedagogiczne, możliwość wykorzystania swojej niezwykłej łatwości porozumiewania się z młodzieżą, otwierania młodych aktorów, wydobywania z nich odpowiednich tonacji i kolorów, rozbudzania pasji. Ale ciągle nie była to jeszcze reżyseria, tylko zwykłe wprawki.  

W latach pięćdziesiątych działały w Polsce trzy studenckie teatry: warszawski STS, gdański Bim-Bom i traktowany trochę z pobłażaniem „Pstrąg”, nagrodzony w Łodzi. Jakież więc było zaskoczenie, kiedy na Ogólnopolskim Festiwalu Teatrów Studenckich w Krakowie, za program Nie mamy czasu, „Pstrąg” w  mojej reżyserii zdobył nagrodę „Kaduceusz Polski”. Jednym z jurorów festiwalu był Igor Sikirycki, wybitny satyryk i poeta, Kierownik Artystyczny Teatru Satyryków w Łodzi. Niespodziewanie zaproponował mi wyreżyserowanie w tymże teatrze składanki pod tytułem Z innej beczki.

Po sukcesie Z innej beczki (zagraliśmy ponad sto pięćdziesiąt przedstawień przy pełnej widowni) Igor Sikirycki oraz dyrektor generalny Michał Tomski, zaproponowali mi objęcie funkcji kierownika artystycznego. Miałem wtedy dwadzieścia osiem lat. Marzyła mi się nazwa „Teatr Mały” albo „Teatr Kameralny”. Warszawa nie zgodziła się. Teatr ma kontynuować linię programu lekkiego, grając tylko od czasu do czasu „sztuki poważne”.

Wymyśliłem więc: „Teatr 7:15.”  – nazwę neutralną, która połknie wszystko. Warszawa ją zaakceptowała. Na otwarcie sezonu wybrałem Pułapkę na myszy Agaty Christie. Sztukę postanowiłem wyreżyserować sam. Był  to początek  mojej reżyserskiej  drogi.  Niestety,  w  rok po  objęciu  dyrektury Teatru 7,15, mimo ogromnych sukcesów, w bardzo przykrych okolicznościach zostałem odwołany  ze  stanowiska. 

I od teraz przeznaczenie bierze lejce mojego życia w garść i nakazuje  mi  poświęcić się  reżyserii. Jestem  dwa lata w  teatrze  Kazimierza  Dejmka, gdzie reżyseruję  dwie  sztuki.  Po czym  od  1958  do  1963 pełnię obowiązki naczelnego reżysera Telewizji Łódź, gdzie serią wybitnych realizacji telewizyjnych  Teatru Popularnego,  którego  jestem  założycielem, zdobywam uznanie krytyki oraz serca widzów całego  kraju. W moich działaniach  reżyserskich, doświadczenie aktorskie odgrywało główną rolę, nadając przedstawieniom emocjonalny koloryt.

Na  fali  tych  sukcesów, zostaję  powołany  na  stanowisko  Naczelnego  reżysera Telewizji  Polskiej.  I tak  oto wyglądała  moja  droga  do  reżyserii  telewizyjnej,  która była  uwerturą do realizacji filmów fabularnych.

Jadwiga Barańska i Mariusz Dmochowski w filmie „Hrabina Cosel”, 1968 r.

W 1967 r. podjął się Pan nowego wyzwania – ekranizacji powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego Hrabina Cosel, z Jadwigą Barańską i Mariuszem Dmochowskim w rolach głównych. Film był kręcony m.in. w zamku w Łańcucie. Syn ówczesnego wicedyrektora zamku, Wrzesław Żurawski, tak wspomina tamten czas:

„Hrabina Cosel”, to było duże przedsięwzięcie. Oczywiście moi rodzice byli z reżyserem w stałym kontakcie, drżąc o zamek. Mnie tylko czasem udawało się wcisnąć na plan w sieni zamkowej, gdzie była grana scena uczty. Na filmie niestety nie zauważa się, że były specjalnie pieczone piękne, prawdziwe prosiaki, indyki i inne mięsiwo. Ta uczta trwała kilka dni. Socjalizm czasu nie liczył. Mariusz Dmochowski w końcu po kilku dniach miał pięknie rozerwać indyka rękami, rzucić jedną nogę któremuś z ministrów, a sam  z błyskiem oka wbić zęby w drugą nogę. Niestety zaraz zaczął pluć i wołać…okropne, bo indyk czekał na tę scenę około tygodnia”.

A jak Pan wspomina ten czas?

Aby temu wspomnieniu nadać niemal metafizyczny ciężar muszę przywołać  rolę  przeznaczenia. Gdyby  nie  szczęśliwy zbieg okoliczności, a  właściwie  decyzja LOSU, nigdy  bym  tego  filmu  nie reżyserował. W styczniu 1967 roku, Zdzisio Skowroński  dał mi do przeczytania swój scenariusz według powieści Ignacego Kraszewskiego Hrabina Cosel. Powiedział z tajemniczym uśmiechem: – Przeczytaj. Jest tu szansa dla Jadwigi  na debiut  fabularny w tytułowej roli.

Przeczytałem. Scenariusz porwał mnie, ale wyzwolił niepokoje, czy powinienem ten film reżyserować, bo podejrzenie, że „Antczak obsadzi Barańską w Hrabinie” przejdzie przez brutalne sito komisji scenariuszowej. Najpierw sprawiono baty Kraszewskiemu! Że to melodramat. Staroć. Trochę pochwalono scenariusz i dialogi. Od biedy może to być film kategorii B. Podkreślano kilka razy, ze szczególnym naciskiem, że rola Hrabiny Cosel jest bardzo złożona i wymaga doświadczonej filmowo aktorki. Nie mówiąc już o tym, że – jak sugeruje Kraszewski – musi być piękną kobietą. W końcu padło pytanie: „Kto to będzie reżyserował?” Zdzisio strzelił bez wahania.  „Obecny tu reżyser Antczak”.    

Rozpoczęto od pogłaskania mnie po ramieniu, że jestem dobry w telewizji i moje filmy telewizyjne da się oglądać, ale zaraz dodano, że chyba jeszcze nie dojrzałem do  debiutu w pełnym metrażu. Dyskusja była długa i bardzo głośna. Niespodziewanie Aleksander Ford, który do tej pory nie brał udziału w dyskusji, powiedział ściszonym  głosem:  –  Prace pana Antczaka dla Telewizji dają mu licencję do robienia Hrabiny Cosel. – I tak oto jedno zdanie Boga kina polskiego, z którym nigdy w życiu nie zamieniłem słowa, przeważyło szalę.

Ale dziwne są zrządzenia losu. W 1995 roku moim asystentem na UCLA w Los Angeles był Robert Moreland.  Któregoś  dnia zapytał mnie: – Czy znany ci jest polski reżyser filmowy, Aleksander Ford? – Oczywiście! Dlaczego pytasz..? – Powiesił się w motelu mojej ciotki. Zostawił na stole sto dolarów z kartką, na której napisał, żeby po nim posprzątać.

Niech Pan odpoczywa w pokoju, Panie Aleksandrze.

Jerzy Bińczycki jako Bogumił Niechcic i Jadwiga Barańska jako Barbara Niechcic w filmie „Noce i dnie”, fot. arch. Jerzego Antczaka

Kadr z filmu „Noce i dnie”, fot. arch. Jerzego Antczaka

Największą sławę przyniosła Panu ekranizacja powieści Marii Dąbrowskiej „Noce i dnie”. Po latach, z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, znów obejrzałam film podczas Festiwalu Polskich Filmów w Austin – i muszę przyznać, film się nie zestarzał, nadal wzrusza, wywołuje łzy, zmusza do refleksji. Traciliśmy życie i majątki w Powstaniach, ciężko pracowaliśmy na dzierżawionej ziemi, potem przyszła wojna i zabrała resztę. A jednocześnie, mimo zaborów i wojennej zawieruchy ludzie żyli, kochali się, marzyli i przeżywali swoje życie najlepiej jak potrafili. W tym filmie jest polska dusza i polski los. Przez karty Pana najnowszej książki od początku do końca, jak powtarzający się refren, przewijają się „Noce i dnie”. Czy ten nominowany do Oskara film, wciąż jest dla Pana najważniejszy?

Tak.  To  jest  moje  Opus  Magnum,  do  które  właściwie  dochodziłem  całe  życie. W książce „Jak ja ich kochałem”, wiele miejsca poświęcam wydarzeniom, które wspierały moją wyobraźnię, najpierw przy pisaniu scenariusza, potem  w reżyserii.   

Tomek  Miernowski,  jeden  z trzech  producentów filmu  napisał  esej  p.t.  „1800 Nocy i Dni –   opis obyczajów”. Pisze  Tomek  we „Wstępie”:      

Realizacja filmu „Noce i dnie”  trwała 5 lat. Tyle co II wojna światowa. 1800 dni i nocy. Według norm produkcyjnych metraż tego giganta odpowiada 14 pełnometrażowym filmom fabularnym. Rozwinięta kopia filmu zajęłaby drogę równą odległości z Warszawy do Mińska Mazowieckiego. Setki aktorów, w tym największe gwiazdy polskich scen, tysiące statystów, góry rekwizytów i stylowych kostiumów, dziesiątki zbudowanych od podstaw dekoracji, adaptacje rozległych plenerów wiejskich i miejskich, konie, powozy, batalistyka, pirotechnika, kawaleria i piechota ruska i niemiecka. To wszystko w gotowości  do działań przez  dwa i pół roku zdjęć. Prowadzenie takiego interesu to zadanie natury wojskowej.

Gdybym  nie  urodził  się  w koszarach i  nie  widział  z  bliska  reżimu  dyktatury  wojskowej,  która za  cenę  krwawych ofiar pozwala wygrywać  bitwy,  a  potem  w czasie  okupacji,  kiedy  ojciec jako  Inspektor  Armii  Krajowej przygotowywał się  do  odbioru  zrzutów  samolotowych  oraz  do  akcji bojowych,  nie potrafiłbym ujarzmić tej potwornej machiny, którą  Tomek  określa  jako  zadanie  natury wojskowej. 

Od 1979 roku mieszkają Państwo w Kalifornii. Czym jest emigracja dla kogoś takiego jak Pan, kto tak bardzo kocha Polskę, co widać na kartach Pana książki.

Ja nie przyjmuję do wiadomości, że jestem emigrantem. Zmieniłem tylko  miejsce  zamieszkania,  adres, ale moje serce i moje wszystkie uczucia pozostały w kraju, z którego duchowo nigdy nie  wyjechałem. Z miłością do kraju jest tak,  jak to  pięknie metaforycznie  określił Gałczyński w  jednym  ze  swoich  wierszy.

Jak pięknie i ciepło pisze Pan zarówno o rodzinie, jak i o swojej żonie Jadwidze Barańskiej, a także o jej mamie, pani Mini. Życie nie szczędziło jej trudnych przeżyć, ale mimo to, potrafiła zachować miłość do świata zarówno ludzi, jak i zwierząt.

Kochaj każdy liść, każdy promyk boskiego światła. Kochaj zwierzęta, kochaj rośliny, kochaj wszystko, co cię otacza. Jeżeli zdobędziesz w sobie kochanie tego wszystkiego, otrzymasz Boską moc pojmowania wszechrzeczy! – tak mówi Dostojewski w Zbrodni i karze. Miałem wielkie szczęście spotkać w życiu osobę utkaną z takiej właśnie materii. Towarzyszyła mi nieprzerwanie pół wieku. Pomagała w zmaganiu się z życiem i sztuką. Tą niezwykłą kobietą była matka Jadzi. Na imię miała Maria, ale nazywaliśmy ją zdrobniale Minią. Jej dar pojmowania i kochania świata był niepojęty!

Opiekując się domem, a potem naszym synem Mikołajem, znajdowała czas i siły, aby przytrzymywać chybotliwą drabinę naszych karier artystycznych i pomagać nam wspinać się po jej szczeblach w górę. Ciągle przygarniała jakieś ptactwo – kruki, wrony, gołębie, nie mówiąc o tuzinach kotów i psów. W naszym mieszkaniu o powierzchni pięćdziesięciu sześciu metrów kwadratowych rezydowali: Minia, Jadzia, ja, Mikołaj, siedem kotów i pies Żola. Ta „chewra” (banda, zgraja, przyp. red.), o różnych temperamentach i nawykach, poskramiana żelazną ręką ich żywicielki, poddawała się rygorom i stanowiła zgraną pakę. Sypiała na niej, otulając ją swoimi futerkami jak kołdrą.

Ojcowie Święci, patrzycie na mnie podejrzliwie i chyba słusznie. Bo gdyby doszło do przewodu, wymagającego bezspornych świadectw „boskiej mocy pojmowania wszechrzeczy”, musiałbym opisać jej gniew, kiedy w stosunku do zwierzęcia używano słowa „zdycha”, zamiast „umiera”, zarezerwowanego wyłącznie dla ludzi. Pieniła się: – Tylko w dwóch językach używa się określenia, że zwierzę „zdycha”. W polskim i rosyjskim. W innych mówi się, że zwierzę umiera.  

Kościół katolicki utrzymuje, że tylko istota myśląca, posługująca się ludzką mową ma duszę. I zasługuje na słowo „umiera”. Nie mam wątpliwości, że teraz będąc bliżej Boga, Minia wie już na pewno, jak to jest ze zwierzęcą duszą.

Chorąży Władysław Antczak (w mundurze) z żoną, jej bratem i synami – starszym Tadeuszem i młodszym Jerzym, Boże Narodzenie, Wlodzimierz Wołyński 1931 r., fot. arch. Jerzego Antczaka

Z kart Pana książki przebija, że mimo obowiązków zawodowych, które czasami brały górę, rodzina była dla Pana bardzo ważna. Proszę opowiedzieć o Pana Świętach Bożego Narodzenia w dzieciństwie, a potem Państwa Świętach w dorosłym życiu i na emigracji. 

Święto Bożego Narodzenia,  może  trochę dlatego  że  urodziłem   się  25 grudnia  miało  charakter  niezwykle  uroczysty. Pielęgnowany od  lat, najpierw we Włodzimierzu, gdzie wszystko  zaczynało  się od wniesienia do salonu świerkowego  chojaka,  oprawienie  go  na  stojaku, okraszenia jego  gałęzi bombkami, łańcuchami, anielskim  włosem,  świeczkami,   wreszcie  umieszczenie  na  jego  szycie  szklanej  iglicy.

Święta  Bożego  Narodzenia w  czasie okupacji  nie  odbiegały od  tradycji. Wszystko działo się tak  samo.  I  kiedy  zapalały  się  świeczki  i  zaczynały  śpiewy kolęd, znikała  czerń  okupacyjnej  nocy i  wyzwalała  tajemnicę  narodzin  Jezusa Chrystusa.

Jadzi  Mama,  Minia,  urodzona na Wileńszczyźnie,  oprócz  celebry  z  choinką, pielęgnowała modlitewnie przygotowania do  wieczerzy wigilijnej. Zawsze było z  13  potraw.  Gotowała  genialnie  i  do  dzisiaj,  mimo, że  od  jej  śmierci minęło wiele lat,  czuję  na  podniebieniu  ich  boski smak.

A jak  wyglądają  Święta  na  emigracji? Niemal tak samo, tyle,  że  świeczki  łojowe zastąpiły światełka  elektryczne  na  choince,  i  przed  domem. I  niestety, świerkowąchoinkę  tworzy zestaw  kolorowych  świateł  ułożonych w kształcie drzewka.Tylko potrawy nie uległy zmianie. Niezmiennie  ta  sam  ilość, cudownie  przygotowana przez Jadzię, która oprócz talentu  aktorskiego ma też dar  kulinarny. 

W Pana książce widać, jak bardzo jest Pan pozytywnie nastwiony do świata i ludzi. Widać to też w Pana wpisach na facebooku, gdy się je czyta robi się ciepło na sercu. Sam tytuł książki „Jak ja ich kochałem” wskazuje na Pana nastawienie do życia. Jak Pan to osiągnął, że nie ma w Panu żalu, zgryźliwości, tylko niezwykłe pokłady życzliwości.

Najważniejsze w życiu jest być kochanym i mieć obok siebie bliską istotę nastrojoną na te same fale. I najważniejsze, żeby ci ludzie, których kocham byli zdrowi. Pragnę, żeby ten straszny wirus przestał pustoszyć świat, pozostawiając po  sobie  krwawe  rany. Najważniejsze dla mnie w życiu jest trwanie. Pięknie powiedział Wojciech Kossak: Panie Boże, nie daj mi więcej, ale nie zabieraj mi tego, co mam. I to jest moje przesłanie.   

Mam już dziewięćdziesiąt lat plus, poszedłem na emeryturę po 25 latach, a w systemie amerykańskim w szkołach artystycznych emerytura nie istnieje. Mogłem do dzisiejszego dnia wykładać na uniwersytecie, ale po 25 latach doszedłem do wniosku: wystarczy! Przecież muszę napisać tę książkę. Pisanie jej była to bolesna wędrówka po czasie przeszłym, nieustanne wspominanie ludzi, których już nie ma. Ale oni dla mnie umarli, ale nie odeszli. Człowiek dotąd istnieje, dopóki trwa pamięć o nim.

Barbara Barańska i Jerzy Antczak, fot. arch. Jerzego Antczaka

Moja książka o Helenie Modrzejewskiej nosi tytuł Co otrzymałam od Boga i ludzi. To ostatnie zdanie z pamiętnika artystki. Zacytuję:

Gdy siedzę na ganku naszej willi i patrzę na purpurowe wzgórza Santa Ana, na wierzchołki Sierra Madre, albo w błękitne wody zatoki, mam uczucie spokoju i zadowolenia. Miłość do moich najbliższych wypełnia mi serce po brzegi i chociaż w myślach goszczą często obrazy ze świetnej przeszłości na scenie, to jednak nie żal, nie gorycz mąci moją świadomość, ale wypełnia ją wdzięczność za wszystko, co otrzymałam od Boga i ludzi.

Czy książka „Jak ja ich kochałem” miała być odpowiedzią na pytanie, co Pan otrzymał od życia?

Otrzymałem  niemal  wszystko, co  jest  potrzebne, aby było ono spełnione. Nie wymieniam  szczegółów  tych  darów,  bo  jestem  przesądny. 

Powieść Na  wschód  od  Edenu, jest największym arcydziełem Johna Steinbecka. Jej głównym tematem jest walka dobra ze złem w człowieku, ukazana w biblijnej parafrazie przypowieści o Kainie i Ablu.

Hebrajskie słowo „timszel – możesz” daje prawo wyboru. Przenosi odpowiedzialność  na  człowieka.  (…)  Bo  jeśli „możesz”,  to  znaczy również, że „możesz  nie”.

W  przemowie  wygłoszonej po  otrzymaniu  nagrody Nobla, motyw „timszel” znalazł swoje odzwierciadlenie. Mówi Steinbeck:

Niespełna  pięćdziesiąt lat po śmierci Nobla podwoje natury ludzkiej zostały otwarte i stanęliśmy przed straszliwym ciężarem wyboru. Uzurpujemy sobie wiele mocy, które  niegdyś  przypisywano  jedynie  Bogu.  Pełni  lęku  i  nieprzygotowani przejęliśmy  panowanie  nad  życiem  i  śmiercią  całego  świata  i  wszystkich  żywych  stworzeń. Zagrożenie, i chwała, i wybór, ostatecznie spoczywają w rękach człowieka. Test  na  możność  osiągnięcia  przez niego doskonałości jest w zasięgu jego  ręki.  Objąwszy  niemal  boską  władzę  musimy  teraz  poszukać  w  nas  samych odpowiedzialności i  mądrości, które mieliśmy nadzieję  posiada  być  może  jakieś  bóstwo.  Sam  człowiek  stał  się  naszym  największym  zagrożeniem  i  naszą  największą  nadzieją.  Zatem tego dnia  mogę  również  zacytować słowa  Świętego  Jana  Apostoła:  Na  końcu było  słowo i słowo  było  człowiekiem  i,  człowiekiem  było  słowo.     

W okresie kiedy byłem zauroczony arcydziełem Steinbecka, na marginesie  książki  notowałem frazy, które zapadały  głęboko  w  moje serce.  A oto  te  które  stały  się  busolą  kierującą  moim życiem:

Czuję,  że  człowiek  to  coś  bardzo  ważnego  –  może  ważniejszego niż  gwiazda. To  nie  teologia. Nie  mam  słabości  do  bogów. Ale  mam w  sobie  miłość do tego olśniewającego  tworu –  duszy  ludzkiej.  To  rzecz  cudowna  i  jedyna we  wszechświecie. Ciągle atakowana, a nigdy  nie podlegająca zniszczeniu –  dlatego  właśnie  że  „możesz”. 

Ludzie  w  swym  życiu,  w rozumowaniu, w pożądaniach i ambicjach, w swym skąpstwie i  okrucieństwie,  a także  w  dobroci  i  wspaniałości  –  są  uwikłani  w  matnię  dobra  i  zła.  Myślę,  że  to  jest  jedyna  nasza historia,  i że rozgrywa się  ona  na  wszystkich poziomach uczuć i inteligencji. Cnota  i występek  były  wątkiem i osnową naszej świadomości i pozostaną tkaniną  ostatniej, i  to  na  przekór  wszelkim  przemianom.  Nie  ma  innej  historii.  Człowiekowi,  który otrząśnie  już  z  siebie  pył  śmierci  życia,  pozostaną tylko  twarde,  jasne  pytania:  czy  to życie  było  dobre,  czy  złe,?  Czy  postępowałem  dobrze,  czy źle?     

Koniec  życia  nie  wydaje  się  tak  odległy,  widzisz  go  wyraźnie  niczym  linie  namalowaną na mecie.  Bez  przerwy  zadajesz  sobie  pytania:  Czy wszystko  już  zrobiłem?,  Czy  wystarczająco   kochałem?  Jakie  znaczenie  miało  dotychczas   moje  życie,  w  czasie  który  mi  pozostał?  Dochodzimy  tu  do  zatrutego  przewrotnością  sedna  sprawy: 

Czym  zapisałem  się  w  Wielkiej  Księdze  Losu?

Rozmawiała: Joanna Sokołowska-Gwizdka


Zobacz też:

____________________________________________________________

Książkę „Jak ja ich kochaem”, wyd. Axis Mundi, 2020 r. można kupić w polskiej księgarni w USA – EK Polish Bookstore:

https://ekbookstore.com/product/jak-ja-ich-kochalem/




“Fuzzy-Wuzzy” plemię ze wzgórz Morza Czerwonego

„Fuzzy-Wuzzy”, Port Sudan, fot. D.P. Chryssides

Afryka lat 60.

Tadeusz Jaworski (1926-2017)

Wybór, opracowanie tekstu i redakcja Joanna Sokołowska-Gwizdka

Mieliśmy do wyboru dwie alternatywy udania się do Egiptu. Obie bardzo trudne, każda z innego powodu. Musiałem podjąć decyzję możliwie szybko, ponieważ czas naglił. Pierwszą alternatywą była bardzo niebezpieczna droga, przez góry wzdłuż Morza Czerwonego, zamieszkałe przez tubylców z plemienia Beja Hadendowa (Hadendoa), tak zwanych „Fuzzy-Wuzzy”, do Portu Sudan, Drugą alternatywą była droga na północ przez Wadi Halfę. Mimo, że wybrałem drogę na północ, to od dawna miałem zamiar nakręcić kilka sekwencji na temat „Fuzzy-Wuzzy”. Stąd też po zrealizowaniu materiału filmowego dla ONZ/WHO p.t. „Operacja Beheira” w rejonie Atbary, podjąłem dość niebezpieczną decyzję udania się w góry Morza Czerwonego, do wiosek zamieszkałych przez koczownicze plemię „Fuzzy-Wuzzy”. Mogła to być niezwykła okazja, aby nakręcić sekwencje, bądź epizod o „Fuzzy-Wuzzy” i włączyć go do mojego pełnometrażowego filmu „Zmierzch czarowników”. O tym nie-arabskim plemieniu wojowników Beja, walczącym w XIX wieku, po stronie sudańskich Mahdistow, napisał i rozsławił na cały świat  Rudyard Kipling. Opisał ich bitewne umiejętności – brawurę i dzielność oraz specyficzne długie włosy spływające na ramiona. „Fuzzy-Wuzzy” do dziś są uważani za jedno z najdzikszych i nieustraszonych plemion nomadycznych w Afryce, którzy walczyli przeciw wojskom angielsko-egipskim, przy pomocy długich i szerokich mieczy zwanych „kaskara”, łuków z ostrymi i długimi strzałami oraz karabinów z bagnetami i z obronnymi tarczami ze skóry hipopotamów. Byli postrachem wojsk przeciwnika z powodu ekstremalnej brutalności wobec wrogów. Nie tylko zabijali, ale też ćwiartowali ciała, kastrowali i kolekcjonowali jądra poległych przeciwników, jako dowód swojej dzielności. Ilość zasuszonych jąder, nanizanych na sznurki jako naszyjniki, odgrywała ogromną rolę w wyborze żony.

Z „duszą na ramieniu”, udaliśmy się w drogę. Obraliśmy kierunek na północny wschód w stronę Morza Czerwonego, przez piaszczysto-kamienistą Pustynię Nubijską, która jest częścią ogromnej pustyni Sahara. Droga, jedyna jaka wówczas tam istniała, okazała się być bardzo trudna, tak że po kilkudziesięciu kilometrach mieliśmy zamiar wrócić z powrotem do Atbary i zrezygnować z epizodu o „Fuzzy-Wuzzy”. Około 400 kilometrów „tarki” i wybojów, dało się nam dobrze we znaki. W końcu pojawiły się przed nami tereny górzyste, pełne dolin i wąwozów. Powietrze stało się znośne, dość chłodne i suche, w porównaniu z powietrzem w Atbarze. Wzgórza, które mijaliśmy oraz doliny i wąwozy, nagie, skaliste, w kolorze czerwono-brązowym, pozbawione roślinności obszary pustynne, a także skalne uskoki wyglądały jakby zniszczyła je naturalna erozja. Jedynie w dolinach na skraju kamienistej pustyni od czasu do czasu pojawiała się zieleń traw i krzaków, karłowatych drzew oraz uschniętych akacji. Przed nami na skraju ni to drogi ni to szerokiej ścieżki po prawej stronie, ukazała się duża, biała tablica z czarnymi napisami po arabsku i po angielsku. Zatrzymaliśmy się. Była na niej informacja, z której wynikało, że kontynuowanie dalszej podróży po zmierzchu jest niebezpieczne i wobec tego zabronione. Niebezpieczne z powodu dzikich zwierząt? Czy dzikich ludzi? Staliśmy przez jakiś czas zastanawiając się co robić.

Sahara, fot. TuendeBede z Pixabay  

Nagle, zupełnie niespodziewanie, na horyzoncie zjawił się w obłoku rdzawego koloru kurzu wojskowy jeep. Był to dwuosobowy patrol sudańskiej policji. Na szczęście mieliśmy ze sobą naszych dwóch przewodników – Ahmada Mansoura i Ali Kouhra. Zaczęła się między nimi ożywiona dyskusja w języku arabskim, z której oczywiście nie rozumieliśmy ani słowa. Nieco mnie to zaniepokoiło, ponieważ obawiałem się, że za chwilę każą nam zawrócić z powrotem do Atbary i nasza wyprawa do „Fuzzy-Wuzzy” okaże się nadaremna. Jednakże po kilku minutach dyskusji policjanci odjechali, zostawiając nas na kamienistej pustyni pod tą ostrzegawczą tablicą. Dopiero w tym momencie przyszło nam do głowy, że być może nasi przewodnicy przydzieleni nam do pomocy, są zakamuflowanymi agentami z urzędu ochrony, dzięki którym mieliśmy wszędzie otwarte drzwi i lokalną pomoc. Ali i Ahmed poinformowali nas, że możemy zatrzymać się na noc w miejscu, w którym stoimy. Ustawiliśmy więc nasze namioty, zjedliśmy skromną kolację, składająca się z suchego prowiantu. Zebraliśmy szybko suchy chrust i gałązki i za chwilę na małym ogniu zagotowaliśmy wodę na herbatę. Noc przeszła spokojnie. Wczesnym rankiem kiedy pojawiła się na horyzoncie „tarcza” słońca, krajobraz wyglądał jak z bajki. Początkowo żółtawa, a po chwili coraz bardziej czerwieniejąca, przybierająca jakby zamglony kolor jaskrawo-żółty, oświetlała pustynne kamienie, raz to jasnymi, a raz cienistymi kolorami. Po podobnym, jak wczorajsza „kolacja” śniadaniu, zwinęliśmy obozowisko i ruszyliśmy w dalszą drogę. Krajobraz przed nami, który wolno zostawialiśmy za sobą, stawał się raczej smutny. Zerodowane skały, których wierzchołki sterczały ku niebu, tu i ówdzie drobny wapienny kamień oraz piasek. W miejscu, gdzie zastała je śmierć, leżały porozrzucane na piasku zasuszone resztki padliny wielbłądów, kóz i baranów. Od czasu do czasu mijaliśmy piaski pustyni, aby znowu natrafić na wapienne skały. Przed nami pojawiały się pomieszane ze sobą raz to wzgórza, a raz doliny, obszary pustynne, gdzie piasek i skruszone skały przypominające szuter, były w ciągu dnia tak rozgrzane, że byłoby niebezpiecznie po nich stąpać boso, ponieważ można było by sobie poparzyć na nich stopy. Mimo, że na początku naszej podroży wydawało mi się, że jest tu chłodniej niż w innych częściach Sudanu, szczególnie w rejonie Atbary, powietrze typowe dla pustyni było bardzo gorące, dochodząc w ciągu dnia do 45 stopni Celsjusza. Wiaterek, który zawiał od czasu do czasu, nie przynosił najmniejszej ulgi. Pustynny pył zatykał nam gardła i nosy. Noc była raczej chłodnawa. Te skoki temperatury dawały się nam dobrze we znaki. W ciągu dnia chciałoby się z siebie zrzucić wszystko co mieliśmy na sobie i chodzić nago, a w nocy przykrywaliśmy się kocami. Wyobrażałem sobie, że życie tych ludzi z plemienia Beja Hadendowa, znanych jako „Fuzzy-Wuzzy” o silnych charakterach, na co dzień musi być bardzo trudne.

Na horyzoncie, na skraju wzgórza wolnym krokiem szły sznurkiem objuczone wielbłądy. Mimo, że któregoś dnia na jarmarku w jednym z małych miasteczek w Sudanie, stojąc z tylu za jednym z nich, nagle zostałem oblany strumieniem cieplej uryny, miałem zawsze dla tych wspaniałych zwierząt emocjonalne uczucie i respekt, za ich lojalność w stosunku do właścicieli, ich niezwykłą wytrzymałość w tym nielitościwym pustynnym klimacie, ich niezwykłą cierpliwość, jak również ich pożytek. Z pewnej odległości miałem złudzenie, że jeden drugiego trzyma za ogon, tworząc nieprzerwaną ciemną linię na horyzoncie.

Przed nami zobaczyliśmy w końcu coś, co nazwałbym bardziej namiotami niż typowymi chatami,  przypominającymi duży tymczasowy biwak. Nie była to typowa wieś czy osada z zabudowaniami i uliczkami. Jak się później okazało z rozmowy z „Sheikiem”, w czasie naszego pobytu dowiedziałem się, że w może dwa lub trzy kilometry od tej osady, są inne podobne miejscowości, zamieszkałe przez inne klany. Wiedzieliśmy, że tubylcy plemienia Hadendowa w stosunku do obcych przybyszów, a szczególnie białych, nastawieni są wrogo, a nawet mogą być niebezpieczni.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy wojowników „Fuzzy-Wuzzy” w ich pełnym rynsztunku, Ali – mój przewodnik powiedzial – Tad, look at them, these are the most fearless worriers in Africa even today… they can kill you without little compassion, like you’ll kill a fly. Nie była to dla mnie nowość, bo wiele już na ich temat przeczytałem, nie mniej jednak, mimo że było diablo gorąco, ok. 50 stopni Celsjusza, poczułem na ciele obficie spływający zimny pot.

„Fuzzy-Wuzzy” prowadzą koczownicze, bądź pół koczownicze życie. Większość tubylców, którzy pozostali pasterzami – koczownikami, żyją tam gdzie znajdą trawę dla swojego bydła, cechuje wrogość w stosunku do obcych, która jest w pewnym sensie ich samoobroną przed cywilizacją, obojętnie jakiego rodzaju ta cywilizacja by nie była. Obawiają się, że może ona naruszyć, a nawet zagrozić ich stylowi życia, ich tradycji, kulturze i niezwykle dla nich ważnym – utrzymaniu języka.

„Fuzzy-Woozy” do dziś utrzymują tradycję nie obcinania włosów, formują je w stylu „afro”, a więc ich włosy są długie, puszyste, sięgające do ramion i nasączone baranim tłuszczem. Jako ubranie służy im coś na kształt długiego białego w kolorze uszytego z bawełny „płaszcza” bez rękawów. Nawet obecnie w swoich osadach na co dzień, na wszelki wypadek chodzą uzbrojeni w noże i miecze, bardzo podobne do tych jakimi posługiwali się krzyżowcy na Bliskim Wschodzie. Czują się bezpiecznie wyłącznie w gronie swojej najbliższej rodziny, bądź bardzo zaufanych i wypróbowanych przyjaciół. Jeśli zaś chodzi o pozostałych ludzi, to traktują ich z podejrzliwością, widząc w nich potencjalnych wrogów. Stąd też zapewne unikają wszelkich kontaktów ze światem. Ich chaty są raczej niskie, zbudowane z liści palmowych, nasyconych jakimś aromatycznym zapachem, który przypomniał mi zapach kadzidła.. Pośrodku ustawione są dwa slupy z półkolistymi żebrami, pokrytymi liśćmi palm. Górna część, a więc „sufit”, pokryty jest szmatami, a ściany wyłożone kocami zrobionymi z włosów kóz.

Wojownik „Fuzzy-Wuzzy”, ok. 1921 r., fot. http://www.dspace.cam.ac.uk/handle/1810/1339

Zaskakująca była dla mnie informacja „Sheika”, że zbudowanie takiej „chaty” i jej utrzymanie w porządku jest wyłącznym obowiązkiem kobiety. To kobiety, a nie mężczyźni je budują. Dowiedziałem się również, że istnieje tu specjalny rytuał kąpieli przysługujący wyłącznie kobietom, polegający na tym, że palą one drzewny węgiel zmieszany z jakimiś wonnymi kadzidłami, który nazywają tu „dymną kąpielą”. Niestety, z wiadomych powodów nie udało nam się zobaczyć tego unikalnego rytuału. Niemniej z tego co udało mi się dowiedzieć od „Sheika”, dzięki naszym przewodnikom, zapach drzewnego węgla zmieszany z kadzidłem, jest niezwykle przyjemny. Prawdę mówiąc przebywając wśród kobiet „Fuzzy-Wuzzy”, tych ponoć przyjemnych zapachów z dymnych kąpieli nie wyczułem.

Żonaci mężczyźni śpią w chatach  na jednym drewnianym łóżku pokrytym matami zrobionymi z trawy, wraz ze swoimi żonami oraz dziećmi, których wiek nie może przekroczyć siedmiu lat. Nie-żonaci wojownicy śpią na skraju obozowiska, na ziemi, tuż za obrębem osiedla. Klany składają się z kilku, lub kilkunastu rodzin. Nasz klan, gdzie zamierzałem zrobić materiał filmowy, należał chyba do większych, ponieważ składał się z co najmniej kilkunastu rodzin. Z tego co zdołałem się dowiedzieć od „Shejka”, małżeństwa zawierane są wewnątrz klanu, a najbardziej pożądanym związkiem, jest małżeństwo pomiędzy najbliższym kuzynostwem. W czasie rozmów, chcąc uzyskać jak najwięcej informacji z życia mieszkańców tej osady, dowiedziałem się, że zarówno chłopców, jak i dziewczęta poddaje rytualnemu obrzezaniu. Dla dziewcząt jest to nieludzkie i ekstremalnie bolesne okaleczenie ciała – wycięcie łechtaczki, aby pozbawić przyszłą kobietę przyjemności życia seksualnego.

Mężczyźni wyprowadzają swoje domowe bydło oraz wielbłądy do miejsc, gdzie znajdą dla nich pastwiska świeżej trawy. Do nich należy też zaopatrzenie w żywność całego klanu oraz ochrona ich kobiet. Kobiety, jak już wspominałem, mają obowiązek budowania chatek, wykonują też wszelkie prace domowe, rodzą i wychowują dzieci oraz gotują posiłki dla mężczyzn. Godzinami w ciągu dnia tłuką i miażdżą na płaskich kamieniach ziarna oraz przygotowują je zakwaszone, po czym mieszają i spożywają w formie kleiku. Poza takim kleikiem ich głównym pożywieniem są produkty mleczne, mięso wielbłądów, kóz i baranów oraz tak zwany „sorghum”. Roślina ta rośnie tu jak trawa, niejednokrotnie do wysokości 2 metrów, a jej nasiona przypominają kaszę. Mężczyznom nie wolno gotować, ponieważ według ich zwyczaju i niepisanego moralnego prawa, ta czynność przynosi haniebny wstyd. Takie samo tabu odnosi się również do budowy ich chatek-namiotów. Natomiast ku naszemu zdziwieniu dojenie krów, kóz i wielbłądów jest obowiązkiem mężczyzn. Nie tylko dojenie, ale także wydzielanie odpowiednich porcji mleka kobietom. Tego typu zwyczajów jak dotąd nie spotkałem wśród innych plemion afrykańskich.

Zaprezentowano nam też ich tańce. Szczególnie jeden z nich bardzo mi się podobał, mimo, że był „dziki” i bardzo głośny, gdyż towarzyszył mu wojenny śpiew, szalony wyraz  wirujących twarzy oraz dźwięk bębnów i tam-tamów. Mimo surowości w dźwiękach i rytmie, taniec ten był zachwycająco piękny. Było w nich życie tych ludzi, jakby ujęte w ramkę czegoś chwilowego, lecz niezwykle doniosłego.

Panuje wśród „Fuzzy Wuzzy”, dość szczególny system rządzenia w obrębie klanu. Każdy z wojowników plemienia może być wybrany na „Sheika”, jeśli cieszy się wśród swojego klanu dobrą reputacją, mądrością i gościnnością. Zauważyłem, że szczególnie „Sheik” pilnował, abyśmy będąc ich gośćmi mieli wszystko co nam potrzeba, łącznie z posiłkami. „Fuzzy-Wuzzy” zrobili na nas wrażenie ludzi honorowych, a jednocześnie skromnych, oczywiście do momentu, kiedy ktoś im w taki czy inny sposób nie zagrozi. Wówczas potrafią być okrutni i dzicy. Widocznie jest to sprawa atawistyczna sięgająca wojen, szczególnie w okresie Mahdiego, kiedy ich przodkowie Derwisze, stanowiący główny człon armii buntowników, byli znani z okrucieństwa i barbarzyńskich aktów na poległych przeciwnikach. W Afryce uważa się ich za najbardziej okrutne i nieodpowiedzialne za swoje czyny plemię. Jako relikt przeszłości, udało mi się od „Sheika” kupić dwa noże używane do kastracji wrogów, a które do tej pory wisząc na ścianie w naszym domu, przypominają mi zawsze „Fuzzy-Wuzzy”, ze Wzgórz Morza Czerwonego.

„Fuzzy-Wuzzy” obserwowali nas swoimi charakterystycznymi dzikimi, świdrującymi oczami, które wywoływały we mnie zawsze strach. Wojownicy za wyjątkiem „Sheika” robili wrażenie nieufnych, mimo to stwarzali pozory życzliwości. Za przyjaciół uważali wyłącznie najbliższą rodzinę, jak również członków tego samego klanu. Innych, obcych z innego świata, a nawet członków innego klanu „Fuzzy-Wuzzy”, traktują jako potencjalnych wrogów. 

Wierzą zabobonnie w czarną magię i fanatycznie  boja się „złego oka”, ponieważ zły duch, jak powiadają, może przynieść im choroby, nieszczęśliwe wypadki, a nawet pomieszanie zmysłów. Mimo,  że sprawiają wrażenie ludzi dzikich i nieokrzesanych oraz nieodpowiedzialnych za swoje czyny, przedkładam ich ponad „cywilizowanych” Arabów, którzy uważają „Fuzzy-Wuzzy”, za dzicz i aberrację współczesnego świata. Z mojej obserwacji Arabowie reprezentujący „lumpen proletariat” Chartumu czy Omdurmanu, są bardziej nieokrzesani i dzicy aniżeli „Fuzzy-Wuzzy” – analfabeci, nie mający żadnego kontaktu ze światem. Mają za to własne silnie rozwinięte normy postępowania i honor. 


Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego, reżysera-dokumentalisty z Toronto ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Poprzednie odcinki:




Człowiek zagrożeniem dla samego siebie

XV Festiwal Polskich Filmów w Austin

Kadr z filmu „Jestem REN”

Na XV Festiwalu Polskich Filmów w Austin, można zobaczyć filmy pozornie różne, choć mające ze sobą wiele wspólnego. Pokazują samotność człowieka i jego destrukcyjną siłę wobec siebie. Jest to z ich strony wyraz buntu przeciwko braku zrozumienia przez otaczający świat. Z jednej strony wydawało by się dobra, bliska sobie rodzina,  lecz matka, mająca poważne problemy psychiczne, wciąż się miota i wyobraża sobie, że jest zupełnie kimś innym, a z drugiej strony autentyczna postać – muzyk, który będąc u szczytu sławy i mając obok siebie kochającą osobę odbiera sobie życie. Dlaczego? Zadajemy sobie pytanie. 

„JESTEM REN„

Thriller psychologiczny, 2019, (75 min.), dostępny on-line 29 listopada – 5 grudnia 2020 r. na platformie APFF, na terenie USA.

Scenariusz i reżyseria:Piotr Ryczko, zdjęcia: Yori Fabian, dźwięk: Jacek Strzelczykwystępują: Marta Król, Marcin Sztabiński, Marieta Żukowska, Janusz Chabior, Olaf Marchwicki.

Renata z mężem Janem i synem Kamilem prowadzą pozornie spokojne życie z dala od miasta. Rodzinną sielankę zakłócają jednak epizody, w trakcie których kobieta zachowuje się w dziwny, niepokojący sposób. W relacje rodzinne wkrada się coraz silniejsza nieufność i strach. Po kolejnym niewytłumaczalnym zdarzeniu, gdy ojciec znajduje posiniaczonego syna, lecz ani on ani matka nie chcą powiedzieć co się wydarzyło, Jan namawia wszystkich na wyjazd do ośrodka na wspólną terapię. Kobiecie wydaje się, że padła ofiarą podstępu męża, który spiskuje przeciwko niej z ogromną, międzynarodową korporacją, próbując się jej pozbyć. Gdy w trakcie sesji terapeutycznej Renata przyznaje, że tak naprawdę to ona jest REN – najwyższej klasy android, sprawy jeszcze bardziej się komplikują. Kobieta czuje się osaczona i nie wie komu może zaufać. Gdy poznaje Elę (Marieta Żukowska), która ostrzega ją i mobilizuje do ucieczki, Renata postanawia walczyć o swoje życie i uciec z synem za wszelką cenę. Tylko czy z miejsca w którym się znalazła, jest w ogóle możliwa ucieczka? Kim tak naprawdę jest REN i jaką tajemnicę skrywa? Czy jej rodzina jest gotowa na bolesną prawdę?

Kadr z filmu „Jestem REN”

Kadr z filmu „Jestem REN”

Kadr z filmu „Jestem REN”

Kadr z filmu „Jestem REN”

PIOTR RYCZKO – reżyser

Absolwent reżyserii PWSFTViT w Łodzi. Jego krótkometrażowe filmy stworzone w łódzkiej Filmówce i w Norwegii, gdzie mieszkał przez lata („Sprinter” 2008, „Poza ciszą” 2006, „Mila” 2003), a szczególnie jego film dyplomowy „Potwór” zdobyły liczne międzynarodowe nagrody (film można obejrzeć na oficjalnej stronie twórcy: www.piotr-ryczko.com/shorts/). Za scenariusz filmowy pt. „Nano” twórca otrzymał trzy granty od Norweskiego Instytutu Filmowego (NFI). NFI wsparło też częściowo jego pierwszą krótkometrażową produkcję pt. „Mila” w 2001 roku. Piotr Ryczko jest też pisarzem. Jego pierwsza powieść, skandynawski thriller psychologiczny “Dziecko szyte na miarę“, został opublikowany na Amazon Kindle i Paperback i zdobył pierwsze miejsce na Amazon ranking bestseller list w swojej kategorii. We wrześniu 2018 nakładem londyńskiego wydawnictwa The Book Folks ukazała się powieść „R.E.N.”


Kadr z filmu „Proceder”, fot. Wojciech Węgrzyn

„PROCEDER„

Film biograficzny, 2019, (137 min.), dostępny on-line 6-13 grudnia 2020 r. na platformie APFF, na terenie USA.

Reżyseria: Michał Węgrzyn, scenariusz: Maciej Chwedo, Aleksandra Górecka, Michał Kalicki, Krzysztof Tyszowiecki, zdjęcia: Wojciech Węgrzyn, muzyka: Rafał Sielawawystępują: Piotr Witkowski, Kali, Antoni Pawlicki, Agnieszka Więdłocha, Małgorzata Kożuchowska, Jan Frycz, Sonia Bohosiewicz, Gabriela Muskała, Ewa Ziętek, Piotr Głowacki, Anna Matysiak. 

Poruszająca historia rapera Tomasza Chady –  chłopaka z blokowisk, z duszą poety i darem do wpadania w poważne kłopoty. Prawdziwy i szczery do bólu w swoich tekstach, Chada ginie w niewyjaśnionych okolicznościach zostawiając zszokowanych fanów i dziewczynę, którą kochał. Muzyka była całym jego życiem – pasją i światem, w który uciekał, gdy rzeczywistość nie miała mu zbyt wiele do zaoferowania. 

Chada miał i ma liczne grono wielbicieli i kontynuatorów. Jego teksty bywały dosadne, ale nie była to dosadność dla samej dosadności, to były utwory bardzo osobiste i stylistycznie rozpoznawalne. Wielu raperów uczyło się na nim, do dziś ma lepszych i gorszych naśladowców, w sferze tekstowej wyznaczył żywe do dziś standardy – mówi reżyser filmu Michał Węgrzyn. – W filmie pojawiają się także autentyczne postaci ze świata rapu, w tym obdarzony wielką charyzmą i otaczany szacunkiem Kali, który w pewnym momencie też znalazł się w niebezpiecznym świecie procederu, ale z nim konsekwentnie zerwał.

Kadr z filmu „Proceder”, fot. Wojciech Węgrzyn

Kadr z filmu „Proceder”. fot. Tomasz Ozdoba

Kadr z filmu „Proceder”, fot.Tomasz Ozdoba

Materiał wideo na YT Global Studio: https://youtu.be/M-J0tw9r6PY

Strona internetowa filmu – zapowiedź: http://www.proceder.globalstudio.film/

Teledysk Chady: https://www.youtube.com/watch?v=s35kfWoHDhM 




Unikalny film dokumenty „Tony Halik”

XV Festiwal Polskich Filmów w Austin, Teksas

Kadr z filmu „Tony Halik”

„TONY HALIK„

Film dokumentalny, 2020 (90 min.), dostępny on-line, 28 listopada – 6 grudnia 2020 r. na platformie APFF, na terenie USA.

Scenariusz i reżyseria: Marcin Borchardt, zdjęcia: Tony Halik,  muzyka: Stefan Wesołowski.

Kim był Tony Halik? Podróżnik, dziennikarz, filmowiec. Jego życiowe przygody wydają się równie nieprawdopodobne, jak przygody Indiany Jonesa. W ostatniej dekadzie zimnej wojny niezwykle popularne programy telewizyjne m.in. „Pieprz i wanilia”, które przygotowywał razem z Elżbietą Dzikowską, były dla milionów Polaków „jedynym oknem na świat”. W latach 1960-80 Tony Halik wydawał się pojawiać w dziwny sposób wszędzie na świecie, gdzie działo się coś ważnego. Znał wszystkich, wszystkich filmował, wszyscy chcieli z nim rozmawiać: Fidel Castro, Queen Elizabeth, Evita Peron, Richard Nixon.

Halik, jak przystało na wytrawnego gawędziarza, lubił ubarwiać swoje historie. Dziś trudno dowiedzieć się, co naprawdę wydarzyło się z tego, co opowiadał, a co jest tylko pokłosiem jego nieokiełznanej wyobraźni i poczucia humoru.

W filmie reżyser próbuje rozwikłać fenomen podróżnika, który dzięki swojej naturalnej charyzmie, fantazji i pasji konsekwentnie się kreował. Dzięki temu jego legenda przetrwała do dziś.

Tony Halik z synem Ozaną, kadr z filmu

MARCIN BORCHARDT
Reżyser, scenarzysta, filmoznawca, doktor nauk humanistycznyc. Reżyser filmów dokumentalnych, reklam, teledysków, programów telewizyjnych. Autor monografii naukowych „Awangardowa muzyka końca XX wieku. Poradnik dla początkujących” (2014) oraz „Anioły nie czują wstydu. Transgresja w kinie nowojorskim” (2018). Wykładowca w Gdyńskiej Szkole Filmowej i na Gdańskim Uniwersytecie, członek Polskiej Akademii Filmowej (PAF) i Europejskiej Akademii Filmowej (EFA).

2020 – TONY HALIK
2017 – BEKSIŃSCY. ALBUM WIDEOFONICZNY

dr z filmu „Tony Halik”




Filmy o tematyce społecznej

XV Festiwal Polskich Filmów w Austin

Kadr z filmu „Wszystko dla mojej matki”

„WSZYSTKO DLA MOJEJ MATKI

Film fabularny, 2019, (103 min.), dostępny on-line 21-29 listopada na platformie APFF, na terenie USA.

Scenariusz i reżyseria: Małgorzata Imielska, zdjęcia: Tomasz Naumiuk, muzyka: Włodzimierz Pawlik, występują: Zofia Domalik, Malwina Laska, Halina Rasiakówna, Adam Cywka,

Opowieść o dorastaniu, samotności i poszukiwaniu siebie w realiach zakładu karnego dla nastolatków. Olka ma siedemnaście lat. Ponieważ ciągle ucieka z sierocińca, trafia do poprawczaka. Ola ucieka, bo od lat poszukuje swojej matki, kiedyś znanej biegaczki. Sama trenuje i ma nadzieje wziąć udział w olimpiadzie, a wszystko po to, aby odzyskać matkę i dawne życie, w którym było miejsce na miłość. Prawda o życiu, jakie poznaje Ola, okazuje się bardziej brutalna niż można to sobie wyobrazić. Prawda o matce, też. Czy Ola, mimo wszystko, znajdzie swój cel w życiu?

Kadr z filmu „Jak najdalej stąd”

„JAK NAJDALEJ STĄD

Film fabularny, 2020, (98 min.), pokaz w kinie Galaxy w Austin, 8 listopada 2020 r.

Scenariusz i reżyseria: Piotr Domalewski, zdjęcia: Piotr Sobociński jr, muzyka: Hania Rani, występują: Zofia Stafiej, Kinga Preis, Arkadiusz Jakubik.

Film o współczesnych polskich emigrantach zarobkowych w Irlandii. Ola, młoda dziewczyna, mającą zapracowaną mamę i niepełnosprawnego brata, nie ma wyboru, musi pojechać do Irlandii, aby przywieźć do Polski ciało swojego ojca, który zginął w wypadku podczas pracy na budowie. W momencie wyjazdu nie ważny jest dla niej tata, którego nie widziała wiele lat, tylko obiecane pieniądze na samochód. Radząc sobie z zagraniczną biurokracją na swój własny sposób, Ola dowiaduje się więcej o tacie i jego życiu za granicą i odkrywa, że jej największym marzeniem nie był jednak samochód, ale poznanie własnego ojca.

Kadr z filmu „Jak najdalej stąd”

Kadr z filmu „Jak najdalej stąd”




Filmy dokumentalne na temat przemian w Polsce lat 80. i 90.

XV Festiwal Polskich Filmów w Austin, Teksas

Kadr z filmu „My, Naród”, Ronald Reagan i Lech Wałęsa

„MY, NARÓD„

Film dokumentalny, 2019 (58 min.), dostępny on-line 14 – 20 listopada 2020 r. na platformie APFF, na terenie USA.

Reżyseria: Ewa Ewart, scenariusz: Jacek Stawiski, zdjęcia: Mateusz Kruszelnicki, Maciej Grubiak,  muzyka: Szymon Nidzworski.

W filmie została pokazana historia trzydziestu lat polskiej transformacji, zapoczątkowanej częściowo wolnymi wyborami do parlamentu, opowiedziana z zachodniej perspektywy, ze szczególnym uwzględnieniem roli, jaką  Stany Zjednoczone odegrały w tym procesie.

Historyczne wybory 4 czerwca 1989 roku doprowadziły do upadku komunizmu nie tylko w Polsce, ale także wywołały efekt domina w całym regionie – od obalenia Muru Berlińskiego po rozpad Związku Radzieckiego.

W listopadzie 1989 r. Lech Wałęsa, którego kluczowa rola w tym procesie jest niekwestionowana, a który później stał się pierwszym prezydentem postkomunistycznej Polski, wygłosił historyczne przemówienie w amerykańskim Kongresie. Pokazana jest niezwykle ciekawa postać tłumacza Lecha Wałesy, dziennikarza Jacka Kolabińskiego.

Lech Wałęsa był jedynym Polakiem i trzecią osobą w historii Ameryki, która przemawiała jako prywatny obywatel.

Film ujawnia nieznane kulisy słynnego wystąpienia Lecha Wałęsy w Kongresie USA w 1989 r. oraz unikalny, zapomniany i nie pokazywany wcześniej materiał archiwalny.

Kadr z filmu „My, Naród”

Ewa Ewart

EWA EWART

Jest absolwentką iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 80. XX wieku pracowała jako tłumaczka i dziennikarka dla hiszpańskiej agencji prasowej EFE z siedzibą w Warszawie. Po wyjeździe z Polski w połowie lat 80., kontynuowała współpracę z EFE w Londynie.

W latach 1985–1990 przebywała w Waszyngtonie, gdzie m.in. była korespondentką Sekcji Polskiej radia BBC i nadawała reportaże o procesie przemian w Europie Wschodniej z perspektywy amerykańskiej. W 1990 r. przeniosła się do Moskwy, gdzie pracowała jako producentka newsów dla amerykańskiej stacji telewizyjnej CBS.

W 1993 r. powróciła do Wielkiej Brytanii i podjęła pracę w telewizji BBC w Londynie. Pracowała dla flagowych programów dokumentu społeczno-politycznego, takich jak Assignment, Correspondent oraz This World.

Jest wielokrotnie nagradzaną reżyserką i producentką filmów dokumentalnych. Specjalizuje się w filmach przełomowych, zrealizowała wiele dokumentów śledczych, politycznych oraz programów poruszających kwestie społeczne.

W 2009 r. otrzymała nagrodę im. Andrzeja Woyciechowskiego za cykl: „Dokumenty Ewy Ewart” emitowane w TVN24. Jest laureatką nagrody Wiktor za rok 2009 w kategorii: twórca najlepszego programu telewizyjnego.


„AMNEZJA

Film dokumentalny, 2019 (41 min.), dostępny on-line 14 – 20 listopada 2020 r. na platformie APFF, na terenie USA.

Scenariusz i reżyseria: Maciej Kuciel, zdjęcia: Piotr Wacowski, Witold Nogieć, muzyka: Wojciech Borek, Bartosz Gwóźdź, Grzegorz Zmarz.

Kazik, Muniek i Liroy. Trzech muzyków obserwujących i prezentujących przez ostatnie 30 lat polską rzeczywistość w dokumencie TVN „Amnezja” opowiada subiektywną wersję historii. Na podstawie życiowych doświadczeń, obserwacji sceny politycznej, z perspektywy trzech dziesięcioleci pokazują sukcesy i porażki uwolnionego od komunizmu kraju.

Teledyski, unikatowe archiwalia Instytutu Pamięci Narodowej, zdjęcia agencyjne i prywatne  oddają atmosferę minionych lat. Do dzisiaj rozgrzewające emocje polityczne rozmowy opozycji z komunistami w Magdalence i przy okrągłym stole, pierwszy niekomunistyczny premier Tadeusz Mazowiecki, rodzący się na straganach polski kapitalizm i inne wydarzenia tych czasów połączone z bezkompromisowymi tekstami bohaterów dokumentu tworzą konstrukcję filmu.

Od przełomowego 1989 roku obserwowanego przez Muńka z perspektywy zarobkowego emigranta, poprzez rodzący się kapitalizm widziany z kieleckiego osiedla przez rapera Liroya aż po rozpad strony opozycyjnej na dwa zaciekle zwalczające się plemiona, o którym śpiewa Kazik.

dr z filmu „Amnezja”, Kazik (z lewej)

Kadr z filmu „Amnezja”, Liroy

Reżyser Maciej Kuciel

MACIEJ KUCIEL

Z wykształcenia jest inżynierem o specjalności fizyka medyczna i dozymetria; dziennikarz, od 17 lat związany z telewizją TVN i jej programami interwencyjnymi oraz śledczymi Uwaga! i Superwizjer. Współpracował z krakowskim dodatkiem „Gazety Wyborczej”, działem prawnym „Rzeczpospolitej” i Radiem Kraków. W 2009 roku wspólnie z Szymonem Jadczakiem został nagrodzony Grand Press w kategorii news za reportaż „Dobre, bo szwedzkie”. W 2012 roku wspólnie z Danielem Liszkiewiczem został nagrodzony przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich za cykl reportaży ujawniających przywiezienie do Polski z Ukrainy tysięcy ton rakotwórczych odpadów chemicznych.