Obrzędy i dieta Masajów

Wspomnienia z podróży do Afryki na początku lat 60.

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

W rozległym cieniu wspaniałej Błyszczącej Góry, czyli pasma Kilimandżaro, w myśl plemiennej tradycji, Moroni kiedy wychodzą zwycięsko z konfrontacji „oko w oko” z lwem, czy innym groźnym drapieżnikiem, wracają z buszu do bomy w chwale i sławie. Tam odbywa się ceremonialny obrzęd – spektakularny taniec, który nazywają „engilakinoto”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy, taniec zwycięski. Towarzyszy mu rytmiczny śpiew wojowników, połączony z biciem się w piersi. Kiedy taniec nabiera tempa i staje się coraz głośniejszy, Moroni dla zademonstrowania bomie swojej siły i energii, zaczynają wertykalnie podskakiwać, jak na sprężynach, bez uginania w kolanach ich długich nóg, na wysokość ok. jednego metra, a czasem nawet i więcej.

Jedna z wielu legend jakie mi opowiedział Lelana, na temat tego  skąd na ziemi wzięli się Masajowie, była niezwykle interesująca. Ich początek, wziął się bowiem z dwóch równorzędnych sobie, uzupełniających się plemion. Jedno z nich stanowiły wyłącznie kobiety, zaś członkami drugiego byli mężczyźni. Symbolicznie  można by tę historię przyrównać do biblijnej historii Adama i Ewy. Plemię kobiet znane jako Moroyok, zajmowało się wypasaniem antylop, które Masajowie uważają, za prototyp ich dzisiejszych świętych krów. Sam fakt, że to były antylopy, dodaje tej legendzie specjalny, romantyczny smaczek.

Antylopy! Dla mnie to jedno słowo zawiera piękno natury, subtelność i elegancję. A więc kobiety Moroyok na początku zajmowały się hodowlą nie krów, kóz czy owiec lecz antylop. Jest to pastoralna, pełna sielankowości opowieść z kluczem, o pięknych antylopach oraz kobietach z plemienia Moroyok, które z ogromnym sukcesem sprawowały rządy, takie ówczesne emancypantki. Znalazły one wielką pomoc w słoniach, które okazały się im być przyjazne i niezwykle pomocne w ich codziennym życiu. Oczyszczały bowiem z krzewów pastwiska, dla antylop oraz przynosiły gałęzie do budowy chat i zagród.

Równolegle istniało męskie plemię pasterzy znanych jako Morwak, którzy trudnili się mniej romantyczną hodowlą bydła domowego, a więc krów, owiec i kóz. Jak głosi dalej legenda, od czasu do czasu, te dwa sąsiadujące ze sobą plemiona kobiet i mężczyzn spotykały się w buszu.  Nic więc dziwnego, że w rezultacie tych  romantycznych spotkań wśród wysokich traw sawanny, młode kobiety z plemienia Moroyok zaczęły zachodzić w ciążę i rodzić dzieci. Na początku dziewczynki były wychowywane przez kobiety, a chłopców wychowywali ojcowie.

Jednak po czasie te dzielne i do tej pory niezależne kobiety z plemienia Moroyok, straciły swoje stada antylop, a nie mając innego wyboru, zjednoczyły się z mężczyznami z plemienia Morwak i przez to  straciły wszystkie prawa, które były do tego momentu ich przywilejem, stając się całkowicie od nich zależne. Był to akt uznania przez nie absolutnego autorytetu mężczyzn i przejęcia obowiązku pracy dla nowych „masters”. Jednakże w odróżnieniu od wielu innych afrykańskich plemion Czarnego Lądu, masajskie kobiety cieszą się do tej pory szacunkiem i respektem ze strony mężczyzn. 

Inną z legend na temat początku Masajów jest ich starożytne pochodzenie.  Masajowie twierdzą, że pochodzą od hebrajczyków i jakoby ich oryginalną religią był judaizm. No, cóż mity i legendy, czy ludowe opowieści zmieniają się w zależności od polityki, sezonowych poglądów i potrzeb, a co ważniejsze motywacji do kontynuowania obranej drogi w życiu.

Obrzezanie chłopców – ”emarata” i dziewcząt – „enuratare” jest jednym z najważniejszych momentów w ich przyszłym życiu. Kończy się ono ceremonią „emanyatta”. Obowiązkiem ojca rodziny jest, aby jego dzieci poddały się temu rytuałowi, według wszelkich wymaganych tradycją regulaminów. Z tej okazji rodzina zaprasza przyjaciół do wzięcia udziału w ceremonii w charakterze świadków. Uroczystość odbywa się zazwyczaj w specjalnych chatkach,  przeznaczonych do tego celu, nazywanych „nkang-oo-ntaritik”, czyli w wolnym tłumaczeniu mojego asystenta, „chaty dla małych ptaków”. Gdy młodzi ludzie zostaną umieszczeni w chatach, obowiązkiem każdego ojca rodziny jest dostarczanie im mleka, zmieszanego ze świeżą krowią krwią oraz innych podstawowych produktów żywnościowych, którymi mają obowiązek dzielić się między sobą.

Masajowie żywią się głównie krowią krwią zmieszaną mniej lub więcej pół na pół z mlekiem. Krwią napełniają tykwy, dolewają mleko i wszystko mieszają w tykwach, a potem z nich piją. Strzała  z łuku z niebywałą precyzją  trafiła w szyjną tętnicę krowy. Dwóch młodych Moroni trzymało ją za rogi. Mimo to nastąpił tumult. Krowa zaczęła nieco wierzgać. Biedna krówka zapewne myślała, że to już koniec, ta ostatnia chwila. Szamotała się przez chwilę, a spod jej kopyt unosił się rudawego koloru miałki kurz. Krew trysnęła łukiem z tętnicy. Wszystko razem trwało kilkanaście sekund. Z błyskawiczną wręcz szybkością dwóch Moroni, podskoczyło do już spokojnie stojącej krowy i pierwszy, szybszy przyłożył do otwartej tętniczej rany i tryskającej z niej krwi, podłużną tykwę przypominającą flakon do kwiatów. Przed nami stała nieco wystraszona „święta” krówka. Stała spokojnie z wybałuszonymi oczami, tymi rozbrajająco niewinnymi i zawsze dla mnie tak ujmującymi jakby rozumiała, że nic jej nie grozi, że jest to tylko jeden z tych rutynowych codziennych porannych masajskich zwyczajów, ten sam któremu ona i inne krówki były poddawane każdego dnia. Tyle tylko, że tym razem z tejże krówki „wydojono”, nie mleko, a świeżą, gorącą tętniczą krew. Krówka zatrzepotała kilka razy uszami, jakby chciała się otrzepać od much i poddała się całkowicie dalszej procedurze. Jak wiadomo otwarta, nawet na moment, tętnica tryska krwią jak fontanna, stąd też mimo, że dość  duża była ta tykwa szybko wypełniła się ciepłą krwią. Aby nie uronić jej więcej niż trzeba i zatrzymać jej gwałtowny strumień, jeden z tych młodych wojowników Moroni, we właściwym momencie pochylił się i szybkim ruchem palców zaczerpnął garść leżącego obok krowiego łajna, po czym płaskim ruchem dłoni zaklajstrował tętniczą ranę. Ceremoniał ten został dla nas powtórzony wielokrotnie, oczywiście na innych stojących obok cierpliwie krówkach, toczenie krwi z żywej krowy mimo, że wiedziałem doskonale jak ten akt się odbywa i że jest to ich codzienny „rytuał”, że ta krowia tętnicza krew jest jednym z głównych składników w ich codziennej diecie, a przede wszystkim, że krówce się w gruncie rzeczy nic złego nie stało, to patrząc na tę unikalną scenerię, było dla mnie w niej zawsze coś makabrycznego. Tak więc wypuszczane z łuku strzały, kolejno przebijały krowie tętnice. Krew z nich tryskała. Krew zebrana w tykwie była momentalnie mieszana z mlekiem. Moi operatorzy Sergiusz Sprudin i Jurek Gościk oraz operator dźwięku Zbyszek Wolski, uwijali się z werwą, podobnie jak ta strzała wypuszczona z łuku, rejestrując na taśmie cały rytuał. W tej porannej uczcie śniadaniowej jedynie Moroni, szef Lelana i ja braliśmy czynny udział. Próbowałem więc pić ten krowi koktajl prosto z tykwy, tak jak oni. Nie bardzo mi to przechodziło przez gardło. Wołałem moich kolegów, aby także wzięli udział w tej sjeście, lecz nie dali się namówić. Byli bardzo zajęci? Oczywiście to był wykręt. Więc na „polu bitwy” pozostałem ja sam. Wojownicy masajscy pili duszkiem, a ja… ja  z duszą na ramieniu, wylewając to niecodzienne śniadanko na ziemię, dopóki nie przypomniałem sobie o naszej kaszance. Przecież lubimy jeść kaszankę, która jest niczym innym jak kaszą zmieszaną z krowia czy świńską  krwią. Od tego momentu piłem ten koktajl wielokrotnie i bez szczególnego zahamowania, jednak nie mogę powiedzieć, że mi smakował. Nie mogłem jednak odmówić moim masajskim przyjaciołom ich nadzwyczajnej gościnności i pomocy jaką nam udzielili.

Masajowie od czasu do czasu jedzą mięso ubitego wołu, albo upolowanego nosorożca. W Nairobi moi przyjaciele Eustachy (Staszek) i Maria Antonina (Didi) Sapiehowie, którzy znali Kenię i Tanzanię oraz ich mieszkańców lepiej niż „własną kieszeń”, opowiedzieli mi coś, co brzmiało niemalże jak fantastyczna opowieść z bajek, że trzech Masajów, jak się dobrze przysiądzie, to potrafią skonsumować całą dużą krowę w ciągu jednej doby. Potem śpią przez cały tydzień. 

Masajowie sawanny, pasterze i nieustraszeni wojownicy, o wspaniałych sylwetkach, potrafią stawić czoła każdemu niebezpieczeństwu. W ich codziennym zachowaniu zauważyłem sporo brawury, niebywałe wręcz zuchwalstwo, zadziorność, dzielność i często narażanie własnego życia, jedynie po to, aby zademonstrować bomie swoją męskość. Ten aspekt ich charakteru kładę na karb ich ciągłego przebywania na sawannie i w buszu, wśród dzikich drapieżnych zwierząt, przed którymi muszą bronić nie tylko swoje krowy, ale i siebie samych. Z tego co się dowiedziałem, masajscy wojownicy zerwani raptownie z głębokiego snu, kiedy instynktownie wyczują jakiekolwiek niebezpieczeństwo, w ułamku sekundy gotowi są stawić czoło najbardziej groźnemu drapieżnikowi, a także stanąć do walki z przeciwnikiem, równie niebezpiecznym jak dzikie zwierzęta, na przykład wrogo nastawionym tubylcem z innego plemienia. Dla Moroni przebywającego wraz ze swoim stadem bydła na pastwiskach sawanny największym zagrożeniem dla ich krów są lwy oraz lamparty i chetah. W drastycznej i niebezpiecznej konfrontacji, masajski wojownik podejmie bez wahania akcję i głośno wykrzykując jakieś skandowane i rytmiczne słowa, dzierżąc w ręku oszczep, zaatakuje drapieżnika. W takiej sytuacji  dzikie zwierzę najczęściej się wycofa.

W bomie niedaleko Ngasumet, pierwszą rzeczą jaka wpadła mi w oczy, były ciężkie worki, zwisające z grubych konarów baobabów, o ciemno szarym kolorze i  niezbyt regularnej formie. Jak się szybko wyjaśniło były to misternie zbudowane z drobnych gałązek, trawy i miodu, gniazda dzikich pszczół. W pierwszej chwili ogarnął nas strach, co to się stanie, jeśli nagle spłoszone wylecą z tych porowatych worków roje dzikich afrykańskich pszczół i nas zaatakują. Ustawiliśmy się więc z kamerami, z zachowaniem jak najdalej idącej ostrożności, niezbyt blisko tych wiszących gniazd, ale z długimi obiektywami, aby zarejestrować niezwykle interesujący moment. Kilku młodych Moroni również ostrożnie, ale bez najmniejszego strachu odcinali maczetami te pszczele worki, po czym szybko wrzucali je do glinianej kadzi, mniej więcej półtorametrowej, a czekające już na tę chwilę stare kobiety wchodziły do środka bosymi stopami, rozgniatając te pszczele gniazda. Nie miałem pojęcia jak to się stało, że te stare kobiety nie były przez pszczoły śmiertelnie pokąsane. Być może Moroni wiedzieli, że pszczoły te już zginęły. Jurek Gościk, jak zwykle nieustraszony, zamiast użyć długiego obiektywu, robił zbliżenia Moroni i całej pszczelej operacji standardowym obiektywem. Miał swoje powiedzonka, które nas rozbawiały. – Jak mnie jakaś zołza ukłuje, to bagatelka,  byle nie w krocze – powiedział, nie odwracając oka od lupy.

Fermentacja w kadzi trwała kilka dni. Z jednej strony prażące słońce, a z drugiej nieustanna akcja starych kobiet, które nadzorując proces fermentacji w tej mini fabryczce miodowego „krupniku”, bez przerwy przeżuwały jakieś drobne listki nieznanej mi rośliny, ponoć rosnącej na sawannie i dla dodania aromatu z niebywałą wręcz zręcznością, zbliżały się do kadzi, po czym „wstrzykiwały” w tę mieszankę ślinę, z wyssaną cieczą z listków, do fermentującej miodowej papki, pełnej nie żywych pszczół, pogniecionych gałązek i trawy. I ja tam byłem i wraz z  szefem Lelaną i całą moją ekipą ten „krupniczek” piłem… piliśmy… bo musieliśmy, lecz prawdę powiedziawszy, za wyjątkiem szefa Lelany, który rozkoszował się tym alkoholowym miodkiem, my sączyliśmy go przez zęby i to bez najmniejszej przyjemności.

Ruszyliśmy w stronę słynnych masajskich studni w okolicy Ngasumet. Kiedy przybyliśmy na miejsce było jeszcze szarawo. Powoli jednak wysuwała się spoza horyzontu czerwonawo ciemna słoneczna tarcza. Sawanna zaczęła nabierać koloru. Po drodze w głębi otwartych od góry tuneli zauważyłem po bokach małe zbiorniki z dość brudnawą, mulista wodą. Były to miejsca, gdzie Moroni od czasu do czasu myli z kurzu swoje krowy, zanim zeszły do samego dna, do sztucznie zbudowanych z gliny dużych rozmiarów koryt z pitną wodą, często pokrytych na powierzchni zielonymi glonami lub niebiesko kwitnącymi nenufarami. W niektórych z tych wodopojów kilku półnagich Moroni, stojąc po pas w wodzie, skórzanymi pojemnikami dodatkowo przelewało wodę, do tego uformowanego  z gliny długiego jakby żłobu. Na zewnątrz wokół tych studni, stały tysiące krów, czekając na swoją kolejkę. Sceneria z pogranicza fantazji, a jednak tak prawdziwa i realistyczna. Krowy stłoczone przy wejściu, krowy wychodzące na zewnątrz, krowy na sawannie, beczące owce i kozy, rżące swoim piskliwym, urywanym dźwiękiem osiołki. Ryki i piski. Kurz. Moroni z twarzami pomalowanymi  kolorem ochry, w ich czerwonych „szukach”, z dzidami i długimi kijami w ręku, pogwizdujący na swoje krowy z dużymi rogami, stłoczone w powodzi wyschniętych, kruchych i przeźroczystych traw sawanny. Kobiety masajskie uginające się pod ciężarem skórzanych  bukłaków, pełnych pitnej wody ładowały je na grzbiety osiołków, po czym taka karawana podążała w stronę bomy, odległej niejednokrotnie o kilkanaście kilometrów. Znikali w krajobrazie, który przeobrażał się dzięki gigantycznym smugom światła, przechodzących z czarnego w kolor jasno żółtawy, sienny i ciepłą żółć ugru, aby w końcu zamienić się w staro złoty i całkowicie odsłonić rozległy krajobraz spalonej słońcem sawanny i buszu. Ta transformacja przypominała mi tła z portretów znakomitych holenderskich malarzy Rembrandta van Rijn czy Johanna Vermeera.

W czasie naszego pobytu w tej masajskiej bomie, koło Ngasumet, doszło niemalże do zbrojnej między plemiennej konfrontacji. Konflikt nastąpił z powodu jakoby kradzieży ich świętych krów. W przeszłości o te same bądź podobne sprawy przelewano tu krew. Tym razem na sawannie niedaleko Kilimandżaro, stanęły naprzeciw siebie dwa wrogie sobie ugrupowania. Z jednej strony masajscy wojownicy Moroni, a z drugiej wojownicy z plemienia Wa-Meru, zamieszkujący tereny wokół wulkanicznej góry Meru, kilkadziesiąt kilometrów od pasma górskiego Kilimandżaro, dziesiątej co do wielkości  góry w Afryce. Naprzeciw siebie stanęło, oko w oko, około  pięciuset uzbrojonych w oszczepy i łuki wojowników z obu stron, umalowanych w wojenne barwy. W Aruszy pod Kilimandżaro, było ponoć duże poruszenie wśród lokalnych i rejonowych władz.. Do wojny na szczęście nie doszło. Policja i tanzańskie wojsko, rozpędziły zwaśnionych wojowników obu plemion, na cztery wiatry. A nam sprzed nosa uciekła niezwykła okazja nakręcenia „wojny”, która mogła się jedynie wydarzyć kilkadziesiąt lub więcej lat temu. Na tych okruchach informacji o Masajach kończę moje wspomnienie o szefie Lelanie, jego ludziach  i jego bomie, chociaż na ten temat można by napisać książkę. Nie było to jednak nasze ostatnie spotkanie z Masajami, ponieważ w drodze powrotnej natrafiliśmy zupełnie przypadkowo na małą osadę Nabarene.

_______

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. 




W cieniu legendy Hollywood

Joanna Sokołowska-Gwizdka (Austin, Teksas)

O Gregory’m Pecku, mówią – pierwsza żona Greta (z domu Eine Matilda Kukkonenen) i ich syn Stephen.

Tworzyli wspaniałą rodzinę. Dobrzy, ciepli, kochający. Byli wzorem dla szybko rozpadających się związków w Hollywood. Widziano ich wszędzie razem, na przyjęciach i cocktailach. Wszędzie, gdzie kręcono kolejny film z wielkim gwiazdorem Gregory’m Peckiem, w Rzymie, we Francji czy w Anglii, tam była z nim jego rodzina, kochająca żona Greta i trzej synowie. Niestety po 14 latach i ten związek się rozpadł. Pojawiła się inna kobieta. Mimo, że nie byli razem ponad 40 lat, Gregory ciągle był obecny w sercu pierwszej żony i na skrzętnie przechowywanych fotografiach w rodzinnym albumie.

Greta  Peck:  Gregory urodził się w Kalifornii w La Jolla. Jego matka, po wyjściu ponownie za mąż, zamieszkała potem w San Francisco. Obydwoje rodzice urodzili się w Ameryce, ale  ojciec miał irlandzko-angielskie pochodzenie, a matka belgijskich przodków. Matka Gregory’ego była miłą i sympatyczną kobietą, miałyśmy ze sobą bardzo dobry kontakt.

Stephen Peck: Babcia zmarła w wieku 98 lat. Byliśmy z nią zżyci. Dziadka mało pamiętam. Ale pamiętam drugiego męża babci. Miał konie i jeździł do San Francisco na wyścigi. Konie nosiły imiona dzieci i wnuków, np. sir Stephen.

Greta Peck: Gregory zapisał się na Uniwersytet w Berkeley z zamiarem studiowania medycyny. Ale potem on i kilku przyjaciół dostali stypendium i pojechali na studia w Neighborhood Playhouse do Nowego Jorku. Gregory od początku szkoły był bardzo pracowity. Nawet jak występował w sztuce dopiero na samym końcu i miał do wypowiedzenia tylko kilka zdań, uczył się tej jednej kwestii i uczył, dopracowując szczegóły. Wtedy ktoś zwrócił na niego uwagę.

Pochodzę z Finlandii. Urodziłam się na dworcu kolejowym w Helsinkach. Moja mama będąc w 8 miesiącu ciąży jechała ze swojego miasta do szpitala. Nie zdążyła dojechać, bo zadecydowałam, że to najwyższa pora, żeby przyjść na świat. Po wielu latach pojechaliśmy z rodziną na wycieczkę do Szwecji, Danii, Norwegii i Finlandii. Wtedy wszyscy odwiedziliśmy moje miejsce urodzenia, stację kolejową.

Mieliśmy liczną rodzinę i dobre rodzinne kontakty. Pamiętam wycieczkę z matką statkiem do Rosji. To było duże przeżycie, które wspominam do dziś. Mój ojciec był wziętym jubilerem, powodziło nam się więc dobrze. Gdy skończyłam 12 lat rodzice zadecydowali, że wyjedziemy na stałe do Nowego Jorku. Reszta rodziny została w Finlandii. Tylko kuzyn mojej matki był przez wiele lat konsulem w Kalifornii.

Od kiedy przyjechałam z rodzicami do USA, cały czas mieszkałam w Nowym Jorku. Ostatnie moje mieszkanie znajdowało się na Manhattanie. Jak poznałam Gregory’ego? Pracowałam dla Katrin Cornell, pierwszej damy teatru, jako charakteryzatorka. Dużo z nią wyjeżdżałam. Gregory zaczynał wtedy próby w teatrze. Byliśmy razem na 9-cio miesięcznym turneé. Zaprzyjaźniliśmy się i podjęliśmy decyzję o małżeństwie. Wkrótce Gregory otrzymał zaproszenie do Kalifornii, bo ktoś ze studia MCA widział go w jednej ze sztuk w szkole.

Mieliśmy nietypowy ślub. Szliśmy ulicą, przechodziliśmy w pobliżu wielkiego kościoła na Clifft Ave. i zadecydowaliśmy, że nie ma na co czekać, skoro i tak mamy się pobrać. Weszliśmy do kościoła i wzięliśmy ślub. Ksiądz znalazł nam świadków. Następnego dnia powiadomiliśmy rodziców i zaprosiliśmy przyjaciół na obiad. Dlatego nie mamy żadnego zdjęcia ślubnego. To było takie praktyczne, bez tych wszystkich ceremonii.

Mniej więcej w lipcu 1943 roku wyjechaliśmy do Kalifornii. Wydawało mi się, że mieszkamy na campingu. Nie byłam przyzwyczajona do życia poza miastem. Czułam pustkę, brakowało mi ruchu i szumu na ulicach Beverly Hills. Najbliższy dom oddalony był aż o 3 mile. Szliśmy tam czasem z Gregorym i z przyjaciółmi po przyjęciu o 4-5 rano, żeby wykąpać się w basenie.Właściciel tego domu był wspaniałym śpiewakiem i kochał muzykę. Nastawiał nam płyty, a my pływaliśmy. Mieliśmy wtedy tyle energii.

Po przyjeździe do Kalifornii Gregory zaczął intensywne próby w filmie Jacquesa Tourneura pt. „Odwet”. Tytuł „Odwet” wzbudzał jednak oburzenie, mówiono, że jest zbyt brutalny i zamieniono go na „Dni chwały”. Potem Gregory dostał następną rolę w „Kluczach do nieba”, za którą otrzymał nominację do Oskara. Nakręcenie tego filmu w 1945 roku zajęło 9 miesięcy i kosztowało 3 mln. dolarów. Wszyscy się dziwili, że to taka olbrzymia suma. Ale film odniósł wielki sukces. Od tego czasu Gregory był cały czas zajęty.

Zaraz po przyjeździe do Kalifornii przestałam pracować. Pensja 1000$ na tydzień całkowicie nam wystarczała. Prowadziliśmy dom otwarty, znaliśmy popularnych aktorów, mieliśmy serdecznych przyjaciół. Często spotykaliśmy się z Paulem Gettym, mimo jego licznych wyjazdów. Syn Paula chodził do szkoły ze Stephenem. Zanim powstało „Paul Getty Museum” w Malibu, na tym malowniczym, górzystym terenie, z widokiem na Ocean, w okresie wielkanocnym ukrywane były kolorowe jajka, a dzieci miały za zadanie je odszukać i dostawały za to nagrody, lody, ciastka itd.

Podczas wielomiesięcznej pracy nad filmem z tą samą grupą ludzi, zawiązywały się trwałe przyjaźnie. Często przychodził do nas Roni Reagan z pierwszą żoną. Żona Roni’ego i Gregory grali w tym samym filmie, mieszkaliśmy więc razem prawie rok na Florydzie. Była świetną aktorką i bardzo dobrym przyjacielem.

Praca Gregory’ego i jego różne przedsięwzięcia zawsze mnie interesowały. Gdy razem z przyjacielem założyli teatr w La Jolla, wszyscy jeździliśmy tam w weekend przez całe wakacje. Gregory wystawiał kolejną sztukę, a my podziwialiśmy.

Miałam mnóstwo swoich zajęć. Gregory był zapracowany od rana do wieczora, ale każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem. Musieliśmy  być blisko siebie. Dlatego, gdy rozpoczynały się zdjęcia do nowego filmu szykowaliśmy się wspólnie do podróży.

Pół roku spędziliśmy w Anglii podczas zdjęć do filmu „Kapitan Horn Blower”. Carey miał wtedy 1,5 roku. Musiał mieć jeszcze niańkę do opieki. Gdy jechaliśmy pociągiem mieliśmy 52 sztuki bagażu, tyle rzeczy było nam potrzebnych.

Mieszkaliśmy też dłuższy czas w Rzymie podczas zdjęć do filmu „Rzymskie wakacje”, w którym po raz pierwszy wystąpiła Audrey Hepburn.

Pamiętam, że zaprosił mnie kiedyś do siebie właściciel fabryki butów, pan Ferragamo. Przyjął mnie w dużym salonie i obdarował różnymi modelami ze swojej najnowszej kolekcji. Te będą na spacer, te z wizytą, a te na imieniny u cioci. Wyszłam z 12-oma parami butów. Byłam trochę zażenowana tą hojnością, ale nie znałam włoskiego i zupełnie nie wiedziałam jak powiedzieć „nie” czy „dziękuję”.

Stephen Peck: We Włoszech mieszkaliśmy w dużej willi poza miastem, otoczonej winnicą. Szybko nauczyliśmy się włoskiego. Nawet najmłodszy Carey do kucharza mówił po włosku.

Greta Peck: Wiele ról Gregory’ego bardzo lubiłam, ale chyba najbardziej rolę prawnika, za którą dostał Oskara („Zabić drozda”). To był bardzo dobry film. Gregory bronił Murzyna prześladowanego przez południowców. Musiał wtedy wstawać o 4 rano, żeby być ucharakteryzowanym na starszego niż był w istocie.

Nie byłam zazdrosna. On grał z wieloma pęknymi kobietami, Ingrid Bergman, Jenifer Johns, miał też przystojnych aktorów jako partnerów. To było oczywiste w tym zawodzie.

Nigdy nie marzyłam o tym, żeby zagrać w filmie razem z  Gregory’m. Nawet mi to nie przyszło na myśl. Mieliśmy bardzo wypełnione życie. Do późnej nocy byłam zajęta domem, dziećmi. Poza tym Gregory  nie chciałby mieć żony aktorki.

Czy jeszcze raz wyszłabym za mąż za Gregory’ego? O tak, na pewno. W tamtym czasie tak. Nasz związek był bardzo udany. Nigdy nie byliśmy wrogami.

Dlaczego więc doszło do rozwodu. Oddaliliśmy się od siebie. Ja wyjechałam do USA, wtedy gdy Gregory pracował w Europie. On  lubił życie rodzinne, życie małżeńskie.Więc to jest naturalne, że spotkał kogoś, skoro mnie przy nim nie było.

Nasz rozwód nie był taki jak wiele innych rozwodów. Nie oskarżaliśmy się nawzajem. I jesteśmy przyjaciółmi do dziś.

W Ameryce dzieci poszły do szkół, a kiedy ojciec przyjechał w nowej życiowej sytuacji, dalej się z nim widywały i to dość często.

Po rozwodzie spędzałam z dziećmi każdą Wigilię, a Gregory pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia. Poprosiłam o Wigilię, bo to fińska tradycja. Ja jestem luteranką, Greg katolikiem, ale Święta Bożego Narodzenia były zawsze ważne dla nas obojga. Gregory poza tym zabierał dzieci na wakacje i w weekendy. Był dobrym ojcem.

Jakiś czas po rozwodzie związała nas tragedia. Jonathan, nasz najstarszy syn, popełnił samobójstwo. Mieszkał w Santa Barbara. Był pisarzem. Wyglądał zupełnie jak Gregory.

Stephen, nasz średni syn, przeżył Wietnam. Po powrocie nakręcił dokumentalny film o tym, co się wydarzyło podczas wojny i o jej konsekwencjach.  Film ten zdobył wiele nagród, pokazywany był też w Europie.

Stephen Peck: Nigdy nie chciałem być aktorem i myślę, że nie rozczarowałem tą decyzją ojca. Ten zawód to nie business, żeby móc przekazać go dzieciom. Żeby grać, trzeba mieć unikalny zbiór cech osobowości i charakteru. No i trzeba mieć talent. Albo pragnie się być aktorem, albo nie.

Między mną a ojcem było wiele różnic. Ojciec jest skomplikowaną osobowością i nie wszystko w nim można lubić. Jak zresztą w każdym człowieku. Czasami więc nie mogliśmy się porozumieć. On wie, co ja teraz robię, ale nie uczestniczy w tym.

Związany jestem z organizacją „Weterani Los Angeles”. Pracuję w administracji socjalnej. Organizacja ta daje przejściowe miejsce zamieszkania bezdomnym weteranom. Prowadzi poradnictwo w krytycznych sytuacjach, daje pomoc psychologiczną, pośredniczy w znalezieniu pracy. Ludzie zbierani z ulicy, zamieszkują w ośrodku, a specjaliści przeprowadzają bardzo skomplikowany proces adaptacji. Do tej pory odczuwamy skutki wojny w Wietnamie. W samym okręgu Los Angeles jest 25 tys. bezdomnych weteranów. Jest to największa populacja bezdomnych w całym kraju.

Greta Peck:  Organizacja ta ma swoją siedzibę w Long Beach.  Ja przyjeżdżam tam w każdy poniedziałek. Zajmuję się znajdowaniem miejsc pobytu dla bezdomnych i rehabilitacją. Poza tym przygotowuję posiłki, rozmawiam, organizuję Christmas Party. Zaprzyjaźniłam się. Ci ludzie przychodzą też do mnie do domu. To jest naprawdę bardzo miłe.

Nasz najmłodszy syn, Carey pracuje w Metro, w dziale zaopatrzenia. On wierzy, że to, co robi jest bardzo ważne, bo ze względu na duży ruch samochodów, metro rozwiązuje wiele codziennych problemów.

Stephen i Carey ożenili się z artystkami, malarkami. Na wernisażach synowych spotykam Grega. Greg też czasami przychodzi na spotkania związane z pracą Stephena.

Nie daję dzieciom recepty na szczęśliwe życie. Nie mówię im, co powinni robić. Oni mają już własne życie, a ja chcę być tylko ich przyjaciółką. Jeśli się zapytają, dam im najlepszą radę, jaką umiem znaleźć.

Przyzwyczaiłam się być sama. Mam różne rodzaje aktywności, które wypełniają moje życie, a których bym nie miała w małżeństwie.

Jestem szczęśliwą osobą. Zawsze otoczona byłam wartościowymi ludźmi, miałam kochane dzieci. A w tej chwili cieszę się życiem bardziej niż kiedykolwiek, bo więcej widzę i więcej doceniam.

 

Rozmowa odbyła się w domu Grety Peck w Los Angeles w 1998 roku.

Rozmawiała: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Greta Peck zmarła w Los Angeles w 2008 roku w wieku 96 lat.

________

O Gregory’m Pecku:

https://www.cultureave.com/gregory-peck-nie-chcialem-by-mnie-zaszufladkowano/




Wierzenia i obyczaje Masajów

Wspomnienia z podróży do Afryki na początku lat 60.

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Masajowie – nomadzi bezkresnych płaskowzgórzy Wielkiego Przełomu równikowej Afryki, wypasają swoje krowy, owce i kozy, w rejonie pomiędzy Kilimadżaro i Mount Kenya, gdzie w zależności od sezonu trawa jest zielona i soczysta. Pięknie wyglądają wśród stad swojego bydła ci wysmukli i długonodzy, o ciemnobrązowej skórze z odcieniami głębokiej czerni, o relatywnie niedużych głowach oraz kędzierzawych włosach,  ci masajscy pasterze Morani, z  luźno przerzuconymi przez ramię rudawo czerwonymi „togami”, które nazywają „szukami”. Masajscy Morani – wojownicy, zapytani o ich powiązanie z bydłem, a nie z uprawą ziemi, mają tylko jedną odpowiedź – Bóg dał nam pod opiekę krowy, wiec nam Masajom, nie uchodzi zajmować się uprawą ziemi. Masajowie są przekonani, że ich Wielki Bóg Szari Mungo, dał im w posiadanie i pod opiekę „święte krowy”, mianując ich jednocześnie rządcami  nie tylko wszystkich krów w Afryce, ale i na całym świecie. Gęsto zalesione wzgórza płaskowyżu Wielkiego Przełomu, są znakomitym rezerwuarem pitnej wody, tak ważnym w okresach suszy, stąd też Masaje uważają to miejsce za święte. Kiedy zagraża im, bądź ich krowom niebezpieczeństwo, ze strony drapieżnych zwierząt, Morani potrafią stawić czoła w obronie ich stada.

Małe miasteczko Narok. Ostatni bastion, a raczej większa osada, przed wjazdem do kraju Masajów. Miasteczko, w którym doradzano nam zaopatrzyć się obficie w pitną wodę, żywność i w benzynę do samochodów. Nie mieliśmy z tym najmniejszej trudności, ponieważ było tu wiele małych hinduskich oraz libańskich sklepików i kramów. Bez najmniejszego kłopotu mogliśmy się zaopatrzyć niemal we wszystko, co było nam potrzebne. Przysłowiowe mydło i powidło, zresztą jak wszędzie na tym kontynencie. W dodatku benzyna nalewana prosto z metalowych beczek. Sama mieścina  Narok wyglądała raczej obskurnie i dość brudnawo. Przed nami roztaczał się falujący płaskowyż sawanny, gdzie w pewnym miejscu, nam niewiadomym, przebiega państwowa granica między Tanzanią i Kenią. Jeśli chodzi o Masajów, to ta granica nie ma dla nich najmniejszego znaczenia i jest absolutną fikcją, ponieważ nie uznają oni granic i wraz ze swoim bydłem od setek lat wędrują tam, gdzie znajdą  pastwiska ze świeżą trawą i wodą.

Na niebie nie było ani jednej chmurki, upał dawał się nam we znaki, ociekający obficie potem jechaliśmy niemalże na przełaj, bo żadnej drogi tam nie było, zostawiając za sobą świeżą koleinę, na ugniecionej przez nasze koła zeschniętej i spalonej słońcem trawie. Od czasu do czasu natrafialiśmy na ogromne stada bawołów. Tu i ówdzie stały grupy niezwykle sympatycznych słoni, które dzięki swojej okazałości, pozbawione są jakiegokolwiek strachu przed innymi zwierzętami, za wyjątkiem najohydniejszego w tym przypadku drapieżnika „homo sapiens”, w karabinem w ręku. Tuż przed zachodem słońca, zauważyliśmy dość rzadkie i niezwykle trudne do uchwycenia wydarzenie, jakim był wspaniały, stary lampart, wciągający z ogromnym trudem na drzewo upolowaną antylopę gnu i układający ją na grubych konarach drzewa. Hieny, dzikie świnie, dzikie psy, a także pełne godności długonogie i długoszyjne żyrafy, były czymś tak normalnym i napawającym uczuciem wiary, że dopóki są między nami i są częścią naszego świata, świat wydawał się być piękny i tchnący optymizmem. Często mijaliśmy spłoszone warkotem naszych silników antylopy, elandy, impale oraz gazele Thompsona, które zrywały się i w popłochu, pędząc na oślep omijały z ogromnym wyczuciem, dużych rozmiarów, jakby sztucznie zbudowanych, piramidalnych w formie, kopców termitów.

Masajowie z okolic Ngasumet okazali się nam bardziej życzliwi. Nikt z nich nie miał koszmarnych  snów o Wielkim Bogu Szari-Mungo, w sprawie przepędzenia białych przybyszów, gdyby tacy zjawili się w ich „bomie”, z kamerami w ręku. Na moje pierwsze pytanie jakie skierowałem do wodza „bomy”, na temat ewentualnej współpracy zrealizowania szeregu scen do filmu, odpowiedz jego była zdecydowana i konkretna! How much? A więc za ile? Od tego momentu zaczęła się moja wprawdzie krótkotrwała, lecz owocna przyjaźń z wodzem „bomy” Lenana, który od pierwszego wejrzenia zwracał się do mnie po imieniu, w nieco skrótowej formie „Tada!” Natomiast nas wszystkich nazywano „L’Ojuju”. Ponieważ dość często przechodząc obok tubylców „bomy” słyszeliśmy z ich ust to „L’Ojuju”, a mając za sobą spore doświadczenie i znając już nieco leksykon rozmaitych zaklęć i przeklęć przez Dżu-Dżumenów, czy etatowe czarownice, zaintrygowani tym raczej sympatycznym w tonie „L’Ojuju”, brzmiącym jak coś w rodzaju pozdrowienia, spytałem w końcu jednego z naszych asystentów, co właściwie znaczy w masajskim narzeczu to „L’Ojuju”. Okazało się, że tak Masajowie określają białych. W ten sposób zostałem dla nich „Tada L’Ojuju”. Szybko więc nauczyłem się i odpowiadałem jednym potwierdzającym słowem –  „hepa” czyli „tak”! Mając za sobą zgodę wodza „bomy” Lelany, a w krótkim czasie również kilku starszych wioski, o nieznanych mi przedtem takich imionach jak Tolito, Sendeyo i Neliang, postanowiliśmy zabiwakować w tej przyjaznej nam „bomie” na dłużej. Na skraju wioski, niedaleko wysokiego kolczastego parkanu, po jego zewnętrznej stronie rozbiliśmy nasz obóz, łącznie z obszernym, oddzielnym, „wezyrskim” namiotem, który był dla nas czymś w rodzaju „living roomu”, gdzie mogliśmy zbierać się razem, przygotowywać posiłki, a także przyjmować wodza, młodych wojowników Morani i wioskową starszyznę. Nasz obóz wyglądał więc dość imponująco i zrobił dobre wrażenie na tubylcach. Oczywiście będąc po zewnętrznej stronie tego wysokiego parkanu, byliśmy bardziej eksponowani i nawet w porze nocnej narażeni na niespodziewany atak dzikich zwierząt.

Chaty w „bomie” przypominały mi nieco eskimoskie igloo, lecz nie ze śniegu, a zbudowane z patyków i gałęzi zaklajstrowanych błotem, z dachami pokrytymi glinką zmieszaną z krowim łajnem, które nawiasem mówiąc jako „obiekt architektoniczny”, bardzo mi się podobały. Nie zauważyłem jednak nigdzie okien,  bądź otworów okiennych. Sądzę, że ma to miejsce ze względu na ochronę mieszkańców przed wtargnięciem do środka rozmaitego rodzaju drapieżników. Nie wiem do jakiego stopnia wąski przesmyk wejściowego otworu chroni ich przed jadowitymi żmijami, skorpionami, pająkami czy tarantulami. Na samą myśl przechodzą mnie ciarki. Miałem dostatecznie wiele okazji w poprzedniej i obecnej podróży po tym kontynencie i bardzo niedobre doświadczenie na własnej skórze, aby się tego diabelskiego brzydactwa bać. Ukłuła mnie w czasie snu, mimo moskitiery, czarna jak smoła tarantula. Nie wiedziałem jak wlazła do łóżka i znalazła się na mojej lewej ręce. Poczułem, że coś się wolno po ręce posuwa. Obudziłem się. Niedoświadczony, zamiast ją szybko zrzucić na podłogę i zadeptać, ja przygniotłem ją tam gdzie była, a więc na ręce. Wówczas mnie ukłuła. Ponieważ ma w sobie jad, jej ukłucie było ekstremalnie bolesne.

Chaty w narzeczu Masajów nazywane Manyattas, owalne w kształcie, są raczej niskie. Strukturalnie zbudowane są z patyków i oblepione tak zewnątrz, jak i wewnątrz glinką zmieszaną z krowim łajnem. Każda z tych chat była ogrodzona dość wysokim płotem splecionym  z kolczastych cierniowych krzewów, z jedynym małym wejściem do środka. Te  jednakowo wyglądające chaty są nie tylko niskie, ale w środku bardzo małe. Odniosłem wrażenie, że ta prymitywna konstrukcja ich chat musi być związana z ich nomadzkim i pasterskim życiem, ponieważ w ciągłym poszukiwaniu nowych pastwisk i świeżej trawy dla swych krów, przemierzają ogromne obszary sawanny, przemieszczając się w tej gigantycznej rawinie Wielkiego Afrykańskiego Przełomu, pomiędzy jeziorem Wiktorii a pasmem górskim Kilimandżaro. A te kolczaste, cierniowe, wysokie płoty oraz wąskie małe wejścia do chat są  pomyślane jako naturalna osłona przed dzikimi zwierzętami.

Byłem zaskoczony informacją, że każdy Masaj uważa, że poligamia jest nie tylko dobrą plemienną tradycją, ale także czymś w rodzaju „ogniwa”, które łączy, ponieważ w ich tradycji i filozofii życia rodzinnego posiadanie większej ilości żon nie tylko cementuje rodzinę, jako jednostkę społeczną, ale służy lepszemu współżyciu w małżeństwie. Pierwsza żona jest jednak u Masajów najważniejsza i jedynie jej syn, jeśli zabraknie ojca, ma prawo objąć funkcję „pater familias”.

Po raz pierwszy w tej „bomie” zauważyłem niezwykle paskudny zwyczaj plucia. Z tym pluciem miałem już uprzednio wiele doświadczeń w innych rejonach Afryki i wśród innych plemion, takich jak na przykład Bassari, w zachodniej części tego kontynentu, gdzie plucie głównie praktykowane jest przez  stare, wiejskie, „etatowe” czarownice, które tak mnie jak i moją ekipę opluwały w  czasie kręcenia zdjęć, a w czasie opuszczania przez nas wioski ścieżkę, po której szliśmy, w celu odpędzenia wraz z nami złego ducha Dżu-Dżu. Tu z kolei w tej „bomie” i przypuszczam również, że i w innych, Masajowie chodząc,  bez przerwy plują, podobno dlatego, że w ich mniemaniu woda, bądź ślina pomaga wyrzucić im z siebie zło lub „złego”, jak również i to, że plując, wypluwają z siebie złe myśli na temat swoich ziomków. Co za wspaniały akt samokrytyki! Jakaż to szkoda, że my nie możemy tak sobie pobryzgać śliną, przechadzając się po Nowym Świecie czy Starym Mieście, po Marszałkowskiej, czy przy Alejach Ujazdowskich i wyrzucać przy tej okazji „złego”, i plotkarskie, złośliwe czy krytyczne opinie o innych.

Kiedy w „bomie” na placyku spotykałem przechodzących obok siebie dwóch starych Masajów, jeden drugiego witał słowem „Entasupai oh ”, co znaczy w ich narzeczu, jak przetłumaczył mi jeden z moich nieodłącznych i niezwykle pomocnych asystentów, oznacza „Oh, stary!” Zupełnie jakbym się witał na Krakowskim Przedmieściu z moim przyjacielem Januszem Nasfeterem, Tadziem Łomnickim czy Zbyszkiem Cybulskim, kiedy klepaliśmy się po plecach mówiąc „jak się masz stary!?” 

Starzy Masajowie, witając młodych wojowników Morani mówią „przyjaciel”, wówczas młody wojownik odpowiada „hepa”, a więc  „tak”, a z kolei stary  odpowiada „Entasupai”, po czym znowu ten młody dla potwierdzenia mówi „hepa!” Natomiast jeśli Morani spotka na swej drodze starszą i zamężną kobietę, to nie może zwrócić się do niej zwyczajnie, „Entakwenyja oh”, a więc „żona”, tylko „Oh Entekwynyja” czyli „oh pani!” Jest to  nietolerowane faux-pas zwrócić się do niej w inny sposób niż „oh pani”!  Kiedy natomiast na ścieżce, czy przed chatą w „bomie” spotykają się dwie starsze. zamężne Masajki, wówczas jedna z nich, obojętnie która, wita drugą słowami „Oh Entakwenya” – „oh pani”, a ta druga odpowiada „igho”. Jeśli zaś chodzi o młodą dziewczynę, to wojownik Morani, zazwyczaj zwraca się do niej mniej oficjalnie, „Entasipai oh”, czyli „hej młódko”, na co ona bardziej poufale odpowie mu „hepa…hepa ” albo „Igho”. Zaś w rodzinie ten sam wojownik powita swoją siostrę jednym bezceremonialnym słowem „supai”, a ona mu odpowie z respektem „hepa”. Masajowie witają również swoje dzieci „Entakwenya… oh” w tym przypadku znaczy dziecko! Zauważyłem też, że kiedy spotyka się kilku młodych wojowników z dziewczętami, atmosfera między nimi jest niezbyt ceremonialna. Dziewczęta witają chłopców jednym słowem „takwenya”,  a wśród bliższej rodziny czasem nawet się całują. Natomiast nie wolno Masajowi całować kobietę w usta, ponieważ usta, jak twierdzą, nie są do całowania, tylko do jedzenia.

Któregoś dnia przystanąłem wraz z moim asystentem na dość dużym placyku w „bomie”, który przypominał mi coś w rodzaju wsiowego podwórka. Stało tam dwóch młodych wojowników, patrząc jeden na drugiego. Nagle ni stąd ni zowąd, wbili zamaszyście swoje długie oszczepy w ziemię, po czym podeszli w kierunku ściany chaty i stanęli naprzeciw siebie. Po chwili jeden z nich zapytał drugiego – czy masz dla mnie jakieś dobre wieści? Ten z kolei odpowiedział, patrząc mu prosto w oczy – mam dla ciebie wyłącznie dobre wieści! Na początku tej towarzyskiej rozmowy stali obaj na jednej nodze, przypominając piękne flamingi na jeziorze Maniara. Po chwili zmienili pozycję stając na drugiej nodze. Minęło kilka minut i nagle obaj stanęli na obydwóch nogach. Coś tam mamrotali między sobą, czego ani mojemu asystentowi, ani mnie, nie udało się uchwycić. Jedyne dźwięki jakie doszły moich uszu, była to jakby zrymowana wibracja głosów. Znowu minęło chwil kilka, po czym obaj wojownicy usiedli w kucki z podkurczonymi nogami, kolanami podpierając brody i zastygli w tej pozycji. I tak minęło znowu kilka minut, a ja z moim tłumaczem stojąc niedaleko,  przyglądałem się tej intrygującej scenie. Nie zauważyłem, aby któryś z tych dwóch Morani wyraził w stosunku do nas jakąkolwiek niechęć, bądź sprzeciw. Po prostu nie zwracali na nas uwagi. A ja z moim notatnikiem, jak skryba notowałem każdy szczegół i tłumaczony mi ad hoc między nimi dialog. W pewnym momencie jak zawierucha zjawili się moi koledzy z kamerami. Obaj Morani jednocześnie powstali  z  kucek. Nie zauważyłem jednak w ich postawie niczego, co wskazywałoby, że są niechętni moim operatorom z kamerami.

Żegnając się jeden z nich powiedział do drugiego – do widzenia… módl się do Boga za to, że spotkałeś niewidomego, który nie wyrządził Ci krzywdy. Niewidomego, który nie wyrządził ci krzywdy? Było to przecież zwyczajne, towarzyskie spotkanie. Po przetłumaczeniu przez mojego asystenta tej frazy miała dla mnie ona coś z abrakadabry. Co oznaczało to sformułowanie „niewidomego…, który, nie wyrządził ci krzywdy?” Żaden z nich nie był niewidomy. Nigdy przedtem, ani potem nie doświadczyłem tak przedziwnej asocjacji, o tak symbolicznej wymowie. Czyżby był w to rodzaj jakiegoś unikalnego masajskiego savoir-vivru? Za chwilę jeden z nich wyjąwszy z ziemi wbity oszczep, skierował swoje kroki w kierunku przedsionka chaty, a  drugi zamierzał pójść w przeciwnym kierunku. Chcąc widocznie sprawić jeden drugiemu przyjemność na rozstanie i powiedzieć coś miłego, rzekł – Idź i połóż się… wypij miód i mleko. Morani wchodząc do przedsionka, odwrócił się i odpowiedział – niech się tak stanie. Wauuu! Co za wyszukana grzeczność, co za galanteria, pomyślałem sobie. Co za fantastyczny obyczaj.  

Masajowie według ich plemiennej tradycji nie mają tak zwanego „Paramount Chief”, a więc głównego wodza,  jak ma to miejsce wśród innych plemion. Mają natomiast etatowego znachora, jako  duchowego przywódcę, a więc coś na kształt „spiritus movens”, jakim jest Lelana. Nazywają go Laiboni. Taki przywódca duchowy, jak ja go tu określam „znachor”, jest bardzo ważną osobą ciesząc się wśród Masajów ogromnym autorytetem. Jego stanowisko jest dziedziczne. Jako oznaki władzy i godności posiada on bardzo skromne insygnia, takie jak pałka, róg znachorski czy tykwę, w której trzyma zazwyczaj święte kamienie. Mimo, że są to skromne atrybuty władzy i dostojeństwa, dają mu jednak, w myśl masajskich tradycji i wierzeń więcej niż zwyczajna władza. Jak mi mówił Lelana, zazwyczaj na każdy rodzinny klan przypada jeden Lajboni, do którego obowiązków należy oficjalne otwieranie rytualnych ceremonii i poświęceń, uzdrawianie nie tylko z chorób fizycznych, ale również psychicznych.  Są oni również głównymi doradcami starszyzny wioskowej oraz spirytualnymi łącznikami pomiędzy mieszkańcami „bomy” i Bogiem. Władza jaką sprawują w ramach jednego rodzinnego klanu jest dziedziczna. Jest więc taki Laiboni czymś w  rodzaju super  „pater familias”. W myśl tradycji, masajskie kobiety i dzieci, modlą się dwa razy dziennie do gwiazd,  śpiewając ich urzekające pięknem pieśni, prosząc o to, żeby krowy były zdrowe i dobrze się miały, a także modlą się, za swój rodzinny klan i klany innych w ich „bomie”. Z absolutną wiarą i determinacją Masajowie uplasowali się w samym epicentrum wszechświata. Jako plemię wybrane przez Boga, są całkowicie przekonani o tym, że ich Wielki Bog Ngai, stworzył świat formując go w trzech grupach. Pierwszą z nich – powiada mi szef Lelana – to byli Torrobo  czy Okiek, ludzie karzełkowatego wzrostu, Pigmeje zajmujący się myślistwem, którym Bóg Ngai, jako podstawowe pożywienie dał miód i zwierzęta. Druga grupa to sąsiadujące z nami – jak powiedział szef Lelana – od strony północnej plemiona farmerskie, rolnicy którym nasz Bóg Ngai dał nasiona i zboże. Zaś trzecia i ostatnia to my Masajowie, którym Bóg Ngai dał krowy. Według istniejącej legendy Masajowie ześlizgnęli się na ziemię po bardzo długim sznurze, który łączył niebo z ziemią i dał im w posiadanie  przede wszystkim święte krowy, a także owce i kozy. Są więc Masajowie od wielu stuleci ich opiekunami z nakazu Boga Ngai, a zwierzęta te są dla nich źródłem pożywienia, ubrania oraz dobrobytu jakim cieszą się ich rodzinne klany i inne klany ich „bomy”.

Lenama, rozmawiając ze mną przez mojego asystenta, zakończył swój monolog mniej więcej tymi słowami – my Masajowie, pasterze, nie zajmujemy się rolnictwem, bo to oznacza oranie trawy, a przecież Bóg nie przeznaczył jej do tego celu, trawa jest dla naszych krów, jest dla nas święta! Dla nas Masajów oranie ziemi, a także kopanie grobów dla zmarłych jest niedozwolone. Jest to jeden z głównych powodów dlaczego nie uprawiamy rolnictwa. Wyrzucamy więc zwłoki na pożarcie hienom i sępom, tuż  poza ogrodzeniem „bomy”. Ziemia jest dla nas  święta. Ziemia daje nam trawę dla naszych krów. Nasze krowy należą do naszego Boga Ngai, który dał nam je jedynie pod nasza opiekę.

Co za piękna pełna pokory, a jednocześnie fantazji wykładnia ich przekonań i ich wiary. Jestem oszołomiony i pod ogromnym wrażeniem tych opowieści Lelany, który z taką pasją potrafił o tym mówić. Ileż jest w tym poetyki i wzniosłości.

Fot. Flickr i Pinterest

_______

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. 




Afryka. Fauna Ngorongoro.

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Nasz długotrwały pobyt w rejonie północnej Tanzanii i południowej Kenii, nasze „szwędanie” się po bezkresnych terenach sawanny i buszu, z mniejszym bądź większym sukcesem, wiązało się przede wszystkim z Masajami, tym wyjątkowo niezwykłym pod każdym względem – romantycznym i koczowniczym, pasterskim plemieniem, zamieszkującym po obydwu stronach  pasma górskiego Kilimandżaro, których postanowiłem utrwalić na taśmie filmowej i poświęcić ich unikalnemu życiu i tradycjom, oddzielną sekwencję.

Ngorongoro jeden z ogromnych rezerwatów, gdzie spędziliśmy długi okres czasu, rejestrując na taśmie filmowej fascynujące sceny z życia tubylców z plemienia Czaga, jest jednym z największych po wulkanicznych kraterów na świecie. Ngorongoro o średnicy 20 km jest częścią Narodowego Parku Serengeti. Otaczające go na obrzeżach ściany mają wysokość około 60 metrów. Środek tego gigantycznego, bezkresnego płaskowyżu, gdzie obok sawanny, natrafia  się zarówno na gęsty busz, jak i podmokłą dżunglę, jest wymarzonym pastwiskiem dla masajskich krów, owiec i kóz. Jest to również obszar pełen mniejszych lub większych jezior, mnóstwa strumieni oraz rzek, jak również naturalnych mini zbiorników wody wypływającej tu i ówdzie na powierzchnię ziemi. Ngorongoro jest więc prawdziwym rajem dla dzikich zwierząt, których liczba sięga tu milionów, a także dla setek tysięcy krów, kóz i owiec, należących do masajskich  pasterzy. Kiedy kończy się sezon deszczowy, kiedy strumienie i rzeki  wysychają pozostawiając na powierzchni gliniaste, suszą popękane koryta, kiedy wyschnięte żarem słońca trawy sawanny łamią się pod kopytami snujących się tu dzikich zwierząt w poszukiwaniu jedzenia i wody, chroniąc się przed spiekotą w cieniu akacji, udało nam się utrwalić na taśmie lwią rodzinkę z rozbrajająco leniwym i znudzonym „pater familias”, królem puszczy starym lwem, podczas kiedy w pewnej odległości od niego pracowite, piękne i smukłe lwice, czaiły się w trawie przygotowując się do polowania na pasące się niedaleko od nich stada antylop i pasiastych zebr. Stare lwisko z wyleniałą złocisto-czarną grzywą od czasu do czasu ziewając, odsłaniało  swoje potężne kły, aby po chwili zacząć wylizywać sobie długim jęzorem brud z pomiędzy ogromnych pazurów. Z naszej perspektywy, siedzących w samochodach, widzieliśmy jak na dłoni stado zebr, które pasło się i piło wodę w niedużej kałuży, a nieco dalej skubały trawę, rozglądając się na wszystkie strony, czujne antylopy. Przyczajone lwice obserwowały w napięciu stado zebr, zapewne oceniając sytuację i planując strategię natarcia, jednocześnie od czasu do czasu z ogromna ostrożnością i prawie bezszelestnie na wpół podkurczonych nogach, niemalże dotykając brzuchami ziemi, posuwały się coraz bliżej stada zebr, wśród których były dwie młode, zapewne niedawno urodzone. Obserwacja tej unikalnej dla nas akcji, toczącej się przed naszymi oczami, była niezwykłym przeżyciem, a jednocześnie okazją dla utrwalenia tego egzotycznego świata na taśmie filmowej.

Gdy obserwowałem tak z pewnej odległości gotowe do skoku, przyczajone lwice, ogarnął mnie smutek, mimo że zdawałem sobie doskonale sprawę z praw natury i walki o byt. Za chwilę jeden, bądź oba młode „pasiaki” padną z przegryzionym gardłem. Nastąpił atak. Wizualnie był to wspaniały widok, kiedy lwice jak rakiety, dały susa w powietrze. Stado zebr i antylop w popłochu zerwało się do ucieczki i rozpierzchło na wszystkie strony, z wyjątkiem kompletnie zaskoczonych tych dwóch młodziutkich zebr. Nasze kamery cicho terkotały, a operator dźwięku Zbyszek Wolski, próbował nagrać dramatycznie urywane dźwięki pozornej ciszy, która w pewnym momencie zamieniła się w kakofonię pisków i ryków oraz  dudniących kopyt. Operator Sergiusz Sprudin z przysiadu, kręcił znudzonego starego króla puszczy, natomiast operator Jurek Gościk, jak zwykle nieustraszony, wyskoczył z Land Rovera i z kilku rozmaitych pozycji rejestrował tę całą  dramatyczną sytuację. Nie wytrzymałem nerwowego napięcia, w ułamku sekundy podjąłem decyzję i dałem znak kierowcy do natarcia na pełnym gazie i z silnym terkotem naszych silników, z myślą o przegnaniu lwic. Spłoszone warkotem silnika i gwałtownym skokiem naszego samochodu w ich kierunku oraz kurzem spod kół, który podniósł się gęstym tumanem, lwice zwolniły tempo i zatoczywszy wielkie półkole, nie zatrzymując się ani na chwilę, wycofały się z pola polowania. Obie młodziutkie zebry tym razem zostały uratowane. Wprawdzie moi dwaj operatorzy byli wielce zawiedzeni moją decyzją i klęli nie tyle pod nosem, ile całą „gębą”, a operator Jerzy Gościk, rąbnął nawet o ziemię tropikalnym kapeluszem i zrezygnowany usiadł na zewnątrz samochodu prosto na ziemi, aby po chwili wyrzucić z siebie złość. Ryknął, jak młody lew w moja stronę – Tadziu, taka okazja i poszła na marne, już nigdy nam się nie nadarzy, dlaczegoś to zrobił. Odpowiedziałem  – zrobiłem to, bo tak czułem. Musiałem tak zareagować, ponieważ nie mogłem pogodzić się z tym, że te dwie młode zebry zostaną za chwilę rozszarpane przez lwice i to na naszych oczach. Było to ponad moje siły. Po chwili jedna z zawiedzionych nieudanym polowaniem lwica, dala dużego susa niedaleko naszych samochodów i wolno powróciła pod drzewo akacji, gdzie rozleniwiony i znudzony stary król puszczy, nie zwracając ani na nią, ani na nas najmniejszej uwagi, ciągle coś tam sobie wydłubywał spomiędzy potężnych pazurów. Samotna hiena stała w oddali w nadziei, że i jej przypadnie w udziale kawałek padliny po młodych zebrach. Tuż niedaleko pasło się spokojnie stado dzikich świń, z wystającymi dużymi kłami, które są ponoć tak ostre jak szable i jak mi powiedzieli nasi przewodnicy, te pokaźnych rozmiarów, niewinnie wyglądające świnki, w samoobronie potrafią być bardzo niebezpieczne, a w gromadzie stawić czoło nawet lwom. Na błękitnym niebie, bez jednej chmurki zataczały koliste kręgi czarne sępy, podobnie jak ta samotna hiena spodziewając się wkrótce dorwać się do padliny. 

Kiedy odjechaliśmy nieco dalej, w wysokich krzakach buszu skrzeczące babuny czyli pawiany o dużych dość brzydkich głowach i świecących  w słońcu czerwono-niebieskawych, obślizgłych i brzydkich, jakby wylakierowanych olejem, zadach, przeganiały natrętną Chetah. Babuny potrafią w sytuacjach z ogromną determinacją  bronić swoje nowe potomstwo.

W jednym z najniższych miejsc ponad poziomem morza, w kraterze Ngorongoro, na jego dnie odbitym światłem słonecznych promieni połyskiwały wody wspaniałego  jeziora Maladi, które jest gigantycznym zbiorowiskiem milionów rozmaitego rodzaju ptaków, a wśród nich flamingi o czerwonych dziobach, odznaczające specjalną urodą, dużo większe niż te, które oglądałem na jeziorach Wielkiego Przełomu. Ngorogoro to również rezerwat potężnych, leniwych i poczciwych słoni. Spotkaliśmy ich tam więcej niż gdzie indziej, może z wyjątkiem rezerwatu Tsawo w Kenii, gdzie występowało ich też duże zagęszczenie. Żyją w gromadzie trzymając się bliżej buszu i tropikalnego lasu. Od czasu do czasu spotykaliśmy na sawannie słonia samca, tak zwanego samotnika. Z opowiadań moich lokalnych przewodników wiem, że są one bardzo agresywne i lepiej się od nich trzymać z daleka. Samce są tu wyjątkowo duże, zresztą podobnie jak w innych rejonach Afryki. Uwagę naszą zwrócił niezwykle interesujący szczegół ich potężnego cielska. Ich penisy! Kiedy są podniecone i gotowe do spółkowania, te ich przyrodzenia widziane z pewnej odległości wyglądają jak piąta noga.

Wśród wysokich krzewów buszu natrafialiśmy również niejednokrotnie na nieruchomo stojące samotne nosorożce. Przeważnie ukryte w gąszczu i na pierwszy rzut oka prawie niewidoczne, niespłoszone spokojnie zawsze przeżuwały liście krzewów, bądź trawę. Jednak w momencie, kiedy poczuły w powietrzu coś obcego,  zbliżającego się w ich stronę, w odróżnieniu od innych dzikich zwierząt, które raczej unikają konfrontacji, nosorożce wręcz przeciwnie, momentalnie ruszały do ataku. Piszę „poczuły”, ponieważ mają one znakomity węch, natomiast wyjątkowo słaby wzrok. Są niebezpieczne, mało inteligentne i złośliwe. Zapewne specjaliści interesujący się tymi przedpotopowymi potworami, maja z pewnością inne zdanie. Natomiast ja jako laik, rezerwuję sobie własną na ten temat opinię, ponieważ przeżyliśmy i to nie sprowokowane ataki tych samotnych potworów i gdyby nie szybkość naszych samochodów, którą mogliśmy rozwinąć na otwartych przestrzeniach sawanny, niewiele brakowało, aby poważnie uszkodziły nasze pojazdy, a przy tym i nas samych. Ze zdumieniem i jednocześnie ze strachem, jednego razu  przyglądałem się z rozpędzonego samochodu, tej ogromnej, nieobliczalnej, rozpędzonej masie cielska  nosorożca i szybkości jaką potrafiły osiągnąć, pędząc na oślep tuż przy naszej karoserii, a nawet od czasu do czasu w nią uderzając. Wielokrotnie napędzały nam sporo strachu oraz uderzającej do głowy adrenaliny. Stąd też staraliśmy się nie zawierać z nimi bliższej „znajomości” i trzymać się od nich  z daleka. Galopujący tuż przy samochodzie nosorożec w odległości wyciągniętej z samochodu ręki, co raz mi się przydarzyło i dostałem w konsekwencji rozstroju żołądkowego, to nie igraszka, szczególnie kiedy towarzyszy temu przeraźliwy tumult jego potężnych kopyt oraz ciężkie sapanie, a swoim potężnym i twardym jak stal rogiem, z łatwością uderza w karoserię naszego  samochodu. Gdybym się wówczas wychylił z Land Rovera i wyciągnął w tym momencie rękę, mógłbym z łatwością pogłaskać jego róg. Jeśli chodzi o masę cielska, przypominał mi nieco słonia na krótkich nogach. Ot, taki słoniowy Toulouse-Lautrac.

 

_______

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. 




Wierzę w ciężką pracę

Rozmowa z Philippe Tłokińskim, odtwórcą roli Jan Nowaka-Jeziorańskiego w filmie „Kurier”.

Bożena U. Zaremba:

„Kurier” traktuje o jednym z najbardziej tragicznych wydarzeń polskiej historii, Powstaniu Warszawskim, ale film nie do końca jest na serio – to trochę połączenie Jamesa Bonda i Indiana Jones’a.

Philippe Tłokiński:

Pierwszy raz spotkałem się z porównaniem do Indiana Jones’a [śmiech]. Jeżeli chodzi o temat poruszony w filmie, to rzeczywiście dotyka on ważnych wydarzeń z historii Polski. Z drugiej strony „Kurier” nie opowiada o Powstaniu Warszawskim. Traktuje raczej o jego kulisach. Znamy zakończenie tej historii, ale zawsze pozostanie pytanie, czy decyzja o podjęciu powstania była słuszna. Mimo powagi tematu, twórcy chcieli zrobić kino atrakcyjne.

Jak doszło do tego, że zagrał Pan w tym filmie?

Zostałem zaproszony na casting, który miał kilka etapów. Konkurencja była duża. W końcu dostałem propozycję. Lubię swój zawód i długo nie odmawiałem ról, również w kinie studyjnym, artystycznym. Liczyło się zdobywanie doświadczenia. Dzięki temu trafiłem na plan „Nocy Walpurgii” Marcina Bortkiewicza – bardzo ważnej produkcji w mojej karierze. Na początku pracowaliśmy właściwe za darmo, zależało nam na tym projekcie. Dopiero potem dostaliśmy dofinansowanie. „Kurier” to była wspaniała rola i to pod okiem mistrza kina polskiego.

Co Pana pociągało w postaci głównego bohatera?

Przed rozpoczęciem filmu mało znałem Jana Nowaka-Jeziorańskiego, zresztą podejrzewam, jak większość Polaków. Na castingu musiałem przygotować długie monologi, w tym ten wypowiadany w komendzie głównej AK. Nie były one wcale łatwe do zagrania, ale ten materiał bardzo mi się spodobał. Kiedy wiedziałem już, że zagram w „Kurierze”, zgromadziłem mnóstwo książek dotyczących nie tylko samego Nowaka-Jeziorańskiego, ale i czasów, w których żył.

Urodził się Pan we Francji. Na ile, więc znana była Panu historia i kultura Polski?

Rodzice są Polakami, w domu rozmawialiśmy po polsku. Podczas, gdy wszyscy moi znajomi jeździli na wakacje do Włoch, my spędzaliśmy je w Polsce. W Genewie, gdzie mieszkaliśmy, jest duża społeczność polska, istnieje polski kościół, wokół którego ludzie się gromadzą. Styczność z kazaniem podczas mszy, spotkania z Polakami, umożliwiły mi kontakt z tradycją, kulturą i językiem, który jest kluczem do wszystkiego.

Co zadecydowało o pójściu w kierunku aktorstwa?

To był pewien proces, który dział się krok po kroku. Nie wiedziałem od dziecka, co chcę robić w życiu. Nie chcę, żeby to zabrzmiało pretensjonalnie, bo mam, wobec tego, co się stało dużo pokory, ale to nie ja wybrałem teatr, tylko teatr mnie wybrał. Lubiłem zajęcia z teatru, dobrze mi na nich szło. Pomyślałem wtedy – dlaczego nie scena. Mój ojciec, z kolei, był zawodowym piłkarzem i podobną karierę wymarzył sobie dla mnie. Ja sam rozważałem przez chwilę zdawanie na prawo. Tyle, że jak znajomi mnie pytali, co mi się podoba w zawodzie prawnika, okazywało się, że to, co mnie najbardziej pociąga to retoryka, krasomówstwo i publiczne wystąpienie. I mówili mi wtedy: „Ty nie chcesz zostać prawnikiem, ty chcesz być aktorem” [śmiech]. Kiedyś nieśmiało zapytałem profesora, który prowadził zajęcia z teatru, co powinienem wybrać. I on odpowiedział mi, że jego zdaniem byłbym kompletnym głupcem, gdybym nie został aktorem, po czym wyszedł, teatralnie trzaskając drzwiami [śmiech]. Dodało mi to odwagi, żeby w końcu odpowiedzieć sobie na pytanie, czego chcę. Profesor był dla mnie takim duchowym ojcem. Mojemu tacie nie udało się pomóc mi w kwestii znalezienia drogi życiowej, ale udało mu się coś innego – odpuścić, porzucić własne ambicje, zrozumieć mnie i wesprzeć.

Jednym z wiodących tematów filmu „Kurier” jest kwestia wyboru.

W pewnym sensie. Główny bohater dostaje rozkaz, z którym się nie zgadza. Kreuje sobie antytezę i dąży do celu, żeby realizować ten drugi scenariusz. Ta sytuacja pokazuje zresztą, jak skłócona była wtedy władza. Później, kiedy Nowak-Jeziorański spotyka młodych ludzi już uzbrojonych i orientuje się, że powstania nie da się zatrzymać, dochodzi do wniosku, że trzeba się poddać losowi i na spotkaniu z dowódcami AK wypowiada opinię, która tak naprawdę zgadza się z tym pierwszym rozkazem. Ta opinia jest „post-powstańcza”, to znaczy ten dialog nie miał historycznie nigdy miejsca w takiej formie, to już jest powiedziane z perspektywy. Ale merytorycznie wszystko się zgadza.

To bardzo dojrzała wypowiedź.

Bo jest prorocza. Stanowi odzwierciedlenie tego, co Jan Nowak-Jeziorański napisze w przyszłości. Film tak naprawdę nie broni decyzji o rozpoczęciu powstania, ale pokazuje w jakim duchu została ona podjęta. Bardzo lubię ostatnie ujęcie filmu, kiedy rozpoczyna się powstanie, odwracam się do Partycji Volny i z jakimś żalem pytam: „Idziemy?” I potem wszyscy biegną do światła. Światło oznacza śmierć. I tam nie ma zaskoczenia, bo przecież znamy historię, wiemy, jaki przebieg miało powstanie. Historii nie możemy zmienić, ale możemy ją zrozumieć i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Dzisiaj z perspektywy czasu łatwo powiedzieć, że Powstanie Warszawskie było błędem, bo  zginęło tysiące ludzi, a Warszawa została kompletnie zniszczona, ale przecież nikt się tego nie spodziewał.

Co według Pana może w tym filmie przemówić do widza zagranicznego?

Film ten ma być przede wszystkim dobrą przygodą, rozrywką, z elementami kina akcji czy kina szpiegowskiego. Wspomniała Pani o Indiana Jonesie. To jest według mnie dobre porównanie, bo w „Kurierze” jest dużo lekkich scen, robionych z dużym poczuciem humoru. Jest też wiele wymyślonych epizodów, jak na przykład wątek związany z agentką Doris.

Właśnie jej postać bardzo mi przypominała postać Elsy Schneider z trzeciej części „Indiana Jones”, nawet fizycznie aktorki są bardzo podobne i rozwój tego wątku jest podobny, chociaż nie zdradzajmy tutaj, jak się rozwinie.

Wątek ten został specjalnie wymyślony, dla urozmaicenia fabuły. Reasumując – jest to kino dynamiczne, a przy okazji widz może nauczyć się czegoś na temat historii Polski. „Kurier” spełnia więc dwie podstawowe funkcje kultury: dostarcza rozrywkę i edukuje.

W następnym filmie z Pana udziałem wciela się Pan w postać innego sławnego Polaka, matematyka Stanisława Ulama, który między innymi brał udział w tworzeniu broni nuklearnej w USA. Czy może Pan coś powiedzieć już bliższego na temat tego filmu?

Jeszcze nie widziałem końcowej wersji filmu, więc mogę go ocenić jedynie na podstawie tego, co przeżyłem na planie. Ten film ma w sobie ogromny potencjał.  Jest to kino artystyczne, autorskie, podobne w konwencji do „Pięknego umysłu”. Wszechobecna w tym filmie bomba wodorowa jest elementem budującym napięcie, zgodnie z powiedzeniem, że bez konfliktu nie ma teatru. To najbardziej potworna broń, jaką człowiek stworzył i to jest przerażające, że jednym przyciśnięciem czerwonego guzika może rozwalić cały świat. A paradoks całej tej sytuacji polega na tym, że od wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie i Nagasaki do dzisiaj nie było incydentu z bronią nuklearną, że dzięki temu utrzymuje się na świecie pokój, bo wiadomo, że użycie broni wodorowej oznaczałoby koniec naszej cywilizacji.

Czy Profesor Ulam miał w związku z tym jakieś rozterki moralne?

Tak, oczywiście. Hiroszima dla twórców bomby była szokiem, nie mogli pogodzić się z tym, że ich wynalazek został wykorzystany w tak okrutny sposób. A potem kazano im wymyślić broń o jeszcze większej mocy. I Ulam stanął przed dylematem, czy dzielić się wynikami swoich badań.

Obraca się Pan ciągle w tematach historycznych. Ostatnio zagrał Pan jeszcze – w Teatrze Telewizji – postać Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Ta sztuka oparta jest na jego powieści o gułagu „Inny świat”. Temat mroczny – brud, głód i przemoc. Ale moje kolejne filmy nie będą już produkcjami historycznymi. Wracam do współczesności.

Włada Pan biegle trzema językami: francuskim, polskim i angielskim

…jeszcze znam włoski.

Popyt na takich aktorów, jak Pan, powinien być, więc spory.

Znajomość języków daje mi przewagę [śmiech]. Jak nie we Francji, to w Polsce, jak nie w Polsce, to w Szwajcarii. Praca aktora jest nieregularna – czasem człowiek jest bardzo zajęty, a potem następuje długa przerwa. Nie patrzę na to, czy rola jest mała czy duża – chcę, żeby zawsze była dla mnie jakimś wyzwaniem, albo chociaż przyjemnością. Wychodzę z założenia, że jak film jest udany to ludzie pójdą go zobaczyć, a jak nie, to jest on dla mnie dobrym doświadczeniem. Jest jeszcze jedna ważna dla mnie sprawa: ja nie wierzę w talent, wierzę w ciężką pracę. Jak nie pracujesz nad sobą, to nic z tym talentem nie zrobisz. Nigdy nie słyszałem o talencie, który został zniszczony pracą.

Ale talent może mieć różne barwy, nie tylko musi oznaczać umiejętność szybkiego przyswojenie sobie tekstu. Można mieć także na przykład talent do pracy, do analizy czy determinacji. W tym kontekście, w czym leży Pana talent?

Myślę, że jest to właśnie talent do pracy. Bardzo dużo czasu spędzam na uczeniu się tekstu, na przygotowywaniu się do castingu czy jakiejś roli. To jest oczywisty element bycia aktorem, tak jak dla pianisty spędzanie dziesięciu godzin dziennie na ćwiczeniu. Ja to uwielbiam.

A ćwiczenie też może być pracą twórczą?

Na tym to polega. Występ jest jedynie końcowym rezultatem tej wielogodzinnej, twórczej pracy. Przy moim zawodzie istotne też jest spotkanie właściwych osób we właściwym momencie i wdzięczność za to, że ktoś dał Ci szansę. Całe moje działanie opiera się na wierze w pracę i w to, że będzie dobrze. Jak miałem okres posuchy, nadzieja była dla mnie bardzo ważna. Propozycja roli zawsze się w końcu pojawia.

Film będzie pokazywany podczas Festiwalu Polskich Filmów w Austin oraz Festiwalu Polskich Filmów w Miami na Florydzie:

https://www.austinpolishfilm.com/

https://www.pffmiami.com/

 

 




I Believe in Hard Work

Interview with Philippe Tłokiński, who plays the lead role of Jan Nowak-Jeziorański in The Messenger

By Bożena U. Zaremba

 

The Messenger is about one of the most tragic events in Poland’s history, the Warsaw Uprising of 1944.[1] Still, the movie is more on the entertaining than the somber side, kind of a combination of James Bond and Indiana Jones.

It’s the first time I have heard the comparison with Jones [laughs]. As for the subject matter, the film indeed touches on an important chapter of Polish history. On the other hand, The Messenger does not depict the Warsaw Uprising itself but rather its background. We know how the story ended, but a question will always remain whether the decision to start the Uprising was right. Despite the gravity of the subject, the goal of the movie was to entertain.

How did you end up being cast in the film?

I was invited to casting, which had several stages. The competition was tough. Eventually, I was offered the role. I like what I do, and for a long time, I did not reject any offer, including independent, artistic movies. What mattered to me was gaining experience. Thanks to this approach, I got the lead role in Marcin Bartkiewicz’s film Walpurgis Night, which was significant for my career. In the beginning, we practically worked for free—we cared about this project so much—and it was only after some time that we got funding. Playing in The Messenger was fantastic, not to mention that it was under the masterly direction of Władysław Pasikowski. 

What attracted you to the main character?

Before we started shooting the movie, I knew very little about Jana Nowak-Jeziorański, just like most Poles, I guess. For the casting, I had to prepare long monologues, including the one delivered at the Home Army headquarters. They were not easy to play, but I loved the script. Once I knew I got the role in The Messenger, I surrounded myself with lots of books, not just about Nowak-Jeziorański but also about his times.

You were born in France. How much did you know about Poland’s history and culture?

My parents are Polish, and, at home, we spoke Polish. While all my friends took a vacation in Italy, we always spent it in Poland. In Geneva, where we lived, there is a sizeable Polish community and a Polish church, where people gather. My contact with the homily in Polish and the interaction with Poles gave me a chance to learn the traditions, culture, and language, which is the key to everything.   

How did you decide to go into acting?

It was a process; it happened one step at a time. As a child, I did not know what I wanted to do in life. I don’t want this to sound pretentious, because I am very humble about what eventually happened, but it wasn’t me who made a choice—it was the theater that chose me. I always loved drama classes and was good at acting, and the thought of going into acting did cross my mind. My father, on the other hand, was a professional soccer player, and it was his dream for me to follow in his footsteps. Then, for a while, I considered being a lawyer. Still, whenever my friends asked me what I liked about this profession, it turned out that things which appealed to me most were rhetoric, oratory, and public speaking. They would tell me, “You don’t want to be a lawyer; you want to be an actor” [laughs]. I timidly asked my drama teacher what I should choose. He told me I would be a complete fool if I did not become an actor, after which he left, theatrically slamming the door [laughs]. It encouraged me to—finally—answer the question what I wanted. This professor was my mentor. My father, on the other hand, even though he did not succeed in helping me choose my professional path, did something else—he gave in and abandoned his ambition. He also managed to come into understanding of what I wanted and supported me in my decision.

Making a choice is one of the main motifs of The Messenger.

You could say that. The main character receives an order he strongly disagrees with. He creates an alternative proposition and does everything in his power to realize the second scenario. By the way, it shows the enormous divisions among the Polish authorities. Later, when Nowak-Jeziorański meets with young people who are already armed and recognizes that the Uprising cannot be stopped, he realizes that it is necessary to accept fate. At the meeting with the Home Army leadership, he expresses the opinion which is in accord with the initial order. This is a “post-uprising” opinion. The conversation never took place in this form—it is articulated from a specific, historical perspective. The content, though, is faithful.

This opinion is very mature.

Because it is prophetic. It is a reflection of what Jan Nowak-Jeziorański would write years later. The movie does not defend the decision to start the Uprising but shows in what spirit it was made. I especially like the last scene of the film, when the Uprising begins: I turn to Patricia Volny and, with a sort of regret, ask, “We’re going?” Then, everybody runs to the light. The light means death. There is no surprise there because everyone knows history; everyone knows the outcome of the Uprising. We cannot change history, but we can try to understand it and draw conclusions. Today, from the perspective of all those years, it is easy to say that the Warsaw Uprising was a mistake—thousands of people died and the city was totally destroyed, but nobody could have predicted that.

What can appeal to non-Polish viewers?

This movie is supposed to be, first of all, an exciting, entertaining adventure, with elements of an action or detective movie. You mentioned the movie Indiana Jones. It is a good comparison because The Messenger has a lot of light-weight scenes, shot with a great sense of humor. There are also some made-up episodes, such as the sub-plot with the agent Doris.

She is the one who reminds me of the Indiana Jones character from the third part, Dr. Elsa Schneider. The actresses look alike, and the plot develops in a similar way, though we will not spoil it here.

It was created for the movie to make it more attractive. To sum up—this is a dynamic movie, which at the same time can teach something about Poland’s history. In other words, The Messenger fulfills these two fundamental functions: to entertain and educate the audience. 

In your next movie, you play another famous Pole, Stanisław Ulam, a mathematician, who is known for helping the United States create a nuclear bomb. Can you say something about this film?

I have not seen the final version, so I can only judge from my experience on the set. This film has enormous potential. It is an independent movie, artistically ambitious, similar in style to A Beautiful Mind. The ever-present hydrogen bomb generates the tension, just like in [George Bernard Shaw’s] saying: “No conflict, no drama.” This bomb is the most lethal weapon humans have created, and it’s a terrifying thought that the pressing of one red button can destroy the whole world. It is a paradox that since the atomic bombs were dropped on Hiroshima and Nagasaki, there has been no nuclear incident. Thanks to those terrible events, we can enjoy world peace because the use of a hydrogen bomb would obviously mean the end of our civilization.

Did Professor Ulam face any moral dilemmas over the use of nuclear weapons?

But of course. The creators of the atomic bomb were shocked by Hiroshima; they could not fathom that their invention would be used in such a destructive way. And then, they were told to devise an even more lethal bomb. Ulam was hesitant about sharing the results of his research.

You are revolving around historical themes. Recently, in the Polish TV theater production, you played a Polish writer and member of the Polish Underground, Gustaw Herling-Grudziński.

This show was based on his novel A World Apart about the Soviet gulag. It deals with dark themes— filth, starvation, and violence. But in my next films, I leave history behind and get back to the contemporary world.

You are fluent in three languages: French, Polish, and English—

—and Italian.

The demand for such actors as yourself should be high.

It gives me an advantage [laughs]—if not in France, then in Poland; if not in Poland, then in Switzerland. An actor’s work is irregular—sometimes, you are very busy, and then, you go into hiatus. Whenever I take up a role, I never consider whether it is big or small but whether it is challenging, or if I can at least have some fun.  My logic is this: If the film is good, people will go to see it, and if not, it will be a great experience for me. There is one more principle I go by: I don’t believe in talent; I believe in hard work. If you don’t work on yourself, your talent will not be of much help. I have never heard of talent being destroyed by work though.

Still, talent can have different colors; it does not have to mean the ability to learn text quickly. You can also have a knack for work, analytical thinking, or determination. In this context, what is your talent?

It’s no other than talent for work. I spend a lot of time memorizing the lines and preparing for casting. It is an obvious part of being an actor, just as practicing the piano for ten hours a day is for a pianist. I love it.

Practicing can be creative.

That’s what it’s all about. A recital is only a result of hours and hours of creative practice. In my profession, it is also crucial to meet the right people at the right time and be grateful for being given a chance. Everything I do is based on my faith in hard work and belief that everything will be fine. Whenever I had a dry spell, hope was essential for me. Eventually, an offer would always turn up.

___________

[1] The Warsaw Uprising was a devastating and disastrous operation organized by the Polish Underground during World War II to liberate Poland’s capital city from Nazi Germany before the approaching Soviet Army could assume control. It is not to be confused with the 1943 Warsaw Ghetto Uprising.

 

See Polish version of the interview and the accompanying photos here:

http://www.cultureave.com/wierze-w-ciezka-prace/




Tajemniczy świat Masajów

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Masajowie! Był to temat do jednej z sekwencji filmowych, który miałem w moim planie z notatką „zdobyć materiał za wszelką cenę”. Podkreślony grubą, czerwoną krechą, był przeze mnie stosunkowo nieźle opracowany. Nie miałem wątpliwości, że było to jedno z najbardziej atrakcyjnych plemion. Bez względu na to jakie trudności czekały mnie z ich strony, byłem zdeterminowany, aby zdobyć wizualny i dźwiękowy materiał. Masajowie są wyjątkowo atrakcyjni i fascynujący jako tubylcy afrykańskiej sawanny, nie tylko poprzez swoją egzotykę, lecz przede wszystkim ze względu na ich plemienne tradycje i zwyczaje. Spotykałem ich na sawannie i w buszu, w małych osadach, a nawet w miasteczkach Arushy i Moszi.  Masajowie z sawanny, ci co pozostali wierni starym plemiennym tradycjom, zwyczajom, obrzędom i religii oraz głównemu celowi ich życia, pasterstwu i ich „świętym” krowom, byli  w centrum mojego zainteresowania. To jedno z najciekawszych plemion, a także, jeśli tak je można określić, najbardziej romantycznych w sensie ich tajemniczości, egzotyki oraz zwyczajów, wśród wielu innych, które spotkałem w wielu rejonach Kenii i Tanzanii, w  cieniu gigantycznego masywu górskiego Kilimandżaro. Masajowie są plemieniem pochodzenia nilo-chamickiego i według podań, przywędrowali tu z południowego Egiptu i Etiopii. Stąd też zapewne nie mają charakterystycznych rysów negroidalnych, jak pozostałe okoliczne tu plemiona, takie na przykład jak Czaga czy Kikuju oraz Luo w Kenii i są bliższe rysom kauakazoidalnym, podobnie jak ich „kuzyni” Tutsi w Burundi. Nie wiem ile jest w tym prawdy, ale podobnie jak w Etiopii, starożytni Falashowie, tak tu w rejonie Kilimandżaro Masajowie są absolutnie przekonani o tym, że są potomkami starożytnych Izraelitów.

Cienie Kilimandżaro, po obu jego stronach, tak tanzańskiej, jak i kenijskiej, okazały się dla nas dość mroczne. Ja jednak wyrosłem na poezji naszego genialnego wieszcza Adama Mickiewicza oraz Juliusza Słowackiego, Norwida i Tetmajera, a także uwielbianej przeze mnie poezji Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Szczególnie wracam zawsze do jego poematu ”Wit Stwosz”, gdzie w ostatniej strofie „Suplikacja” mówi sowa: „ja ptaszysko mądre i prorocze,  co oczami świecę w ciemne noce, z gałązki schodzę i proszę, byście mistrza przyjęli w swój poczet”. Ach… łza się kreci w oku, jaki to piękny ten poemat mistrza Ildefonsa o Wicie Stwoszu. A więc pomyślałem sobie, że posłucham tego mądrego ptaszka – sowy, uzbroję się w cierpliwość i spróbuje otworzyć drzwi do świata Masajów.

Wśród wulkanicznych wzgórz Serengeti, gdzie wielokrotnie prowadziły nas drogi, roztacza się płaskowyż falujących wysokich traw sawanny, potężnych, o grubych gołych, bezlistnych i często umierających baobabów i przepięknych akacji oraz  gęstych kęp krzaków, jest bardzo duża koncentracja dzikich zwierząt, a wśród nich oczywiście drapieżników, takich jak wspaniałe królewskie lwy, śmigłe cheaty, sekretne pantery, a także niezbyt piękne centkowane hieny, o ogromnych głowach i jeszcze większych, mocno uzębionych szczękach. Sezonowe wędrówki dzikich zwierząt  z południowych  terenów Serengeti w Tanzanii, w poszukiwaniu świeżych pastwisk, są tu znane i niewątpliwie należą do najwspanialszych i najbardziej spektakularnych migracji. Tysiące antylop gnu i jak również i innego rodzaju zwierząt sawanny i dżungli, od tysięcy lat z wrodzonym instynktem przetrwania  gromadzi się w tym jednym miejscu w jedno gigantyczne stado, przygotowując się do wielkiej przeprawy, na przeciwny brzeg rzeki Mara, w poszukiwaniu świeżej trawy. Z jednej strony jest to ogromne spektakularne zgromadzenie, któremu towarzyszy tumult wznoszącego się wysoko brązowo-rudawego kurzu i rozproszonego kopytami miałkiego pyłu, przy akompaniamencie masowego i różnorodnego ich ryku, a z drugiej strony ma tu miejsce niezwykła koncentracja drapieżnych zwierząt  instynktownie, oczekujących na pełne sukcesów polowanie, kiedy stada antylop i zebr przewalają się jak plazma, przez ich tereny. Wielce dramatyczny jest szczytowy moment tej migracji, kiedy tysiące gnu i innych antylop nagle, jak za wystrzałem z rewolweru na konnych wyścigach, rusza w pełnym galopie w stronę urwistego brzegu rzeki Mara i rzuca się w porywiste głębiny i wiry wody, próbując za wszelką cenę przeżyć i wydostać się na przeciwny brzeg. Przeprawa ta, która powtarza się dwukrotnie w okresie sezonów jest wielce niebezpieczna, ponieważ rzeka stanowi dla nich ogromną przeszkodę, gdyż stłoczone w masie toną w głębinach porwane przez silny prąd.  Wiele też z nich ginie w paszczach krokodyli. Jednak w tej powtarzającej się co roku z dokładnością szwajcarskiego zegarka niebezpiecznej migracji, tysiące zwierząt znajduje na przeciwnym brzegu rzeki Mary bezkresne pastwiska i świeżą, soczystą tryskającą zielenią trawę. Dwa lub trzy miesiące później cała ta dramatyczna dla nich przeprawa za pożywieniem powtarza się i wraz z życiodajnymi deszczami powracają do Tanzanii, do swojego rezerwatu w Serengeti.

Okolice Engaruki są prawie nie zamieszkałe. Jadąc wolno koleiną wśród traw sawanny nasze samochody gniotły z trzaskiem pod kołami, złocistą, spaloną słońcem trawę. Minęliśmy wyschnięte koryto jakiejś rzeki, kilka samotnych potężnych, pewnie tysiącletnich baobabów, o wyschniętych, niemalże bezlistnych grubych konarach. W dali po lewej stronie wyrósł przed nami krater Oldoinyo Kerimasi, a po prawej stronie Lengaji Mpakaii. Przed nami zauważyłem potężny, przypominający gigantyczny kopiec termitów, Mount Lol Malagin. Wydawało mi się, że znaleźliśmy się na planecie Mars, tyle tylko, że pokrytej gęstą trawą, a w pewnych miejscach mocno zalesioną. Wśród traw sawanny stały niedaleko od nas,  bez ruchu żyrafy o długich szyjach, zrywające resztki liści akacji i wolno je przeżuwające. Co chwila jednak czujnie spoglądały  w stronę naszych samochodów, jakby szacowały sytuację. Spotykając je wielokrotnie w rozmaitych sytuacjach i krajach Czarnego Lądu, tu na drodze marzyłem o tym, żeby podejść do jednej z nich i zamiast porannej toalety dać się jej oblizać długim, błękitnym jęzorem. Kiedy przyjrzałem się im bliżej zauważyłem, że samice mają na głowie jakby dwa owłosione rogi, natomiast samce maja trzy i mniej na nich owłosienia.

Nagle, jak przysłowiowy „Filip z konopi”, w środku tego pustkowia pojawiła się przed nami nieoczekiwanie tajemnicza postać, stojąca pośród ciemno złocistej trawy spalonej słońcem, w czerwono rudawej, wypłowiałej szacie, w rodzaju rzymskiej tuniki przewieszonej przez ramię. Kiedy zbliżyliśmy się do tego rytmicznie podskakującego Masaja, okazało się, że jest to młody Morani, a więc masajski wojownik. Wysoki, o długich nogach, o pięknej, gładkiej jak alabaster czerwono-czarnej skórze, ogolony na „nulkę”, z zaplecionym w tyle głowy warkoczykiem oraz obwieszony dekoracyjna biżuterią. Kombinacja spłowiałej żarem słońca trawy z czerwono rudawa tkaniną oraz ciemną postacią masajskiego wojownika Morani, na tle powulkanicznego krateru, była czymś nadzwyczajnym i wartym z całą pewnością pędzla artysty malarza. 

Był to pierwszy Masaj i do tego Morani, którego tego dnia spotkaliśmy na naszej drodze, kierując się w stronę jednego z ich rezerwatów. Nie zrażony zbliżającymi się samochodami masajski wojownik stał w miejscu, podskakując na wyprężonych jak sprężyna długich nogach. Zatrzymaliśmy się. Nie speszyło to w najmniejszym stopniu naszego przygodnego Masaja, ponieważ nie tylko nie zwrócił na nas uwagi, ale nie przestał też podskakiwać. Zrozumiałem, że to skakanie nie jest zabawą ani też chorobą. W lewej ręce dzierżył oszczep, zaś w prawej  długi, dość gruby kij. Na końcu tego oszczepu tkwiło coś na kształt kartofla, a jak przyjrzałem się bliżej, był to  kulisty balonik utkany z tkaniny. Wiedziałem już, że tego rodzaju zakończenie oszczepu oznacza, że wojownik usposobiony jest pokojowo. A więc był to dobry dla nas znak. Wiedziałem również i o tym, że nie wolno dotykać jego oszczepu bo w mgnieniu oka mógłby przebić któregoś z nas na wylot. Nie wiedziałem jednak dlaczego tu na tym odludziu, z dala od jego „bomy” (osady),  stoi tu i skacze. A właściwie co u licha robił tu zupełnie sam, bez stada krów i owiec, w kompletnym pustkowiu, na bezkresnej sawannie, w miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi? Zastanawiając się nad tym smukłym jak trzcina Morani, jeden z moich asystentów i lokalnych przewodników z rozbrajającym uśmiechem na ustach wyjaśnił nam całą sprawę. W pierwszej chwili bylem wściekły sam na siebie, że tak ważny masajski obyczaj umknął się mojej uwadze, gdy się przygotowywałem z tematu „Masajowie”.  Okazało się, że ten skaczący „pod niebiosa” Morani, daje w ten sposób znać, że poszukuje żony. Ale dlaczego na pustkowiu, gdzie poza nim i nami nie było żywej duszy? To pozostało dla mnie tajemnicą. Natomiast mój operator dźwięku Zbyszek Wolski, przyglądając się tej fascynującej scenie, nagle zwrócił się do mnie z lekkim niepokojem w głosie, co nie często mu się zdarzało, jak przystało na odważnego żołnierza AK i Powstańca Warszawskiego. – Słuchaj Tadzio,  może tak na wszelki wypadek zamiast stać tu, należałoby ruszyć dalej, bo licho go tam wie czego on chce, zwłaszcza, że dzierży w ręku oszczep, który może być zatruty. Na to jak zawsze wesolutki operator Jerzy Gościk, zarechotał na całe gardło i z zatroskaną miną na twarzy, żartobliwie powiedział – chłopaki, a może to jakaś zaraźliwa, nieuleczalna choroba i człowiek wróci do Warszawy i zacznie ni z tego ni z owego nagle podskakiwać? To by ci dopiero była heca.

Morani dał nam gestami rąk do zrozumienia, że chętnie by się z nami zabrał. Spróbowałem popisać się moją znajomością języka swahili i zapytałem – Rafiki… una kwenda wapi? (przyjacielu, gdzie idziesz?). Chyba uchwycił te wolno „wycedzone” słowa, bo wskazał ręką z włócznią, kierunek i głośno odpowiedział – Engaruka! – Eureka! – krzyknąłem w stronę moich kolegów. To jest  właśnie miejsce,  w kierunku którego podążamy.

Przypadkowo natrafialiśmy na zatartą czasem koleinę. Przeważnie jechaliśmy poprzez sawannę pozostawiając, za sobą świeży ślad i skruszoną pod kołami suchą, błyszczącą w promieniach słońca, trawę. Tuż przed Engaruką, nasz Morani, nie czekając na moment, kiedy się zatrzymamy, jak piórko zeskoczył z jadącego samochodu, po czym odwrócił się do nas i ręką dzierżącą włócznię pokiwał nam na pożegnanie. Wskazał też jakby osadę, masajską „bomę” na pustyni z prześwitującymi w głębi niskimi zabudowaniami. Nasz Morani uśmiechnął się i wtedy zauważyłem, że nie ma na dole przednich siekaczy. Szybko wykręcił się i za chwilę znikł wśród traw sawanny. Pozostało po nim niezwykle miłe wspomnienie wolnego człowieka z sawanny, który sprężyście skacząc wysoko w górę, szukał na tym pustkowiu jeszcze jednej żony.

Engaruka okazała się malutką osadą, jakże ważną dla historii cywilizacji tego rejonu. Niestety w konfrontacji z rzeczywistością mimo, źródła informacyjne się nie sprawdziły. W wysokich trawach tej romantycznej osady, zagubionej wśród traw sawanny, natrafiliśmy jedynie na szczątki porozrzucanych tu i owdzie kamieni, które niewątpliwie miały ogromną wartość historyczną dla naukowców, ponieważ były śladem cywilizacji odległych epok, lecz dla nas kamienie te nie stanowiły większej wartości. Z pustymi kasetami zostawiliśmy więc ruiny Engaruki. Zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz nam się to przydarzyło. W moich notatkach z podróży do Engaruki, pozostały jednak informacje, które w skrócie można by ograniczyć do jednego zdania: „Engaruka, interesujące starożytne ruiny starej cywilizacji”.

Masajowie! Plemię pasterskie, plemię koczownicze. Nomadzi wschodnio-centralnego płaskowyżu Czarnego Lądu. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że są jednymi z najlepszych pasterzy krów na świecie. Są godni i dumni, a jednocześnie bardzo srodzy. Uprzedzano nas, żeby pod żadnym pozorem nie dotykać oszczepu masajskiego wojownika Morani. Jest to bowiem w ich mniemaniu jednoznaczne z odebraniem mu dzielności. W takiej sytuacji tymże samym oszczepem Masaj może bez wahania zabić. Wypadków było wiele. Stąd też uprzedzeni przez naszych przewodników, trzymaliśmy się z daleka od ich oszczepów.

Masajowie wypasają swoje krowy, owce i kozy w rejonie pomiędzy Kilimażdzaro i Mout Kenya, gdzie w zależności od sezonu trawa jest zielona i soczysta. Pięknie wyglądają ci wysmukli i długonodzy, o ciemno brązowej skórze, o niedużych głowach i kędzierzawych włosach, z luźno przerzuconymi przez ramię rudawo-czerwonymi „togami”, które nazywają „szukami”, wśród stad swojego bydła, na bezkresnych obszarach sawanny i buszu, będących pastwiskiem dla wszelakiego rodzaju dzikiej zwierzyny.

Masajscy Morani – wojownicy, zapytani o to, dlaczego są pasterzami, a nie uprawiają rolę, mają tylko jedną odpowiedź – Bóg dał nam pod opiekę krowy, więc nam Masajom, nie uchodzi zajmować się uprawą ziemi. Masajowie są absolutnie przekonani, że ich Wielki Bóg Szari Mungo, dał im w opiekę „święte krowy”, mianując ich jednocześnie zarządzającymi  nie tylko wszystkich krów w Afryce, ale na całym świecie. Wierzą oni również, że w zamierzchłych czasach wszystkie krowy świata należały do nich. Był to też powód, że od zamierzchłych czasów nieustraszeni masajscy wojownicy, z ogromną zaciekłością i brawurą,  prowadzili krwawe wojny z sąsiednimi plemionami, o odzyskanie skradzionych im „świętych krów”! Stąd też przez setki lat Masajowie, byli postrachem sąsiadujących z nimi plemion, jak również pozbawionych wszelkich skrupułów arabskich i hinduskich handlarzy, nie tylko „żywym towarem”, lecz głównie kością słoniową, rogami nosorożców i skórami dzikich zwierząt, sprzedawanych masowo przez lokalnych kłusowników. Byli również postrachem białych najeźdźców kolonizujących Czarny Ląd.

Masajowie pierwszego największego klanu,  znani jako Aiserowie są najwyższego wzrostu. Przywilej należenia do tego klanu mają również znachorzy, w innych rejonach Czarnego Lądu znani jako Drżu-Dżumeni. Znachorzy cieszą się wśród Masajów ogromnym autorytetem i poważaniem i to nie tylko dlatego, że leczą swoich ludzi przy pomocy im tylko znanej ludowej medycyny, ale potrafią przepowiedzieć, podobnie jak egipscy kapłani, pogodę, sprowadzić deszcz, itd. Poza Aiserami pozostałe trzy klany mają bardzo egzotyczne nazwy, takie jak Il-Mengana, Il-Mokesen i Il-Molelyan. Aiserowie i Mengana nazywają siebie „Czarnymi krowami”, zaś pozostałe dwa klany „Czerwonymi  bykami”. Też ładnie! Wszystkie cztery klany, tradycyjnie cieszą się nadprzyrodzonymi właściwościami. Na tym jednak ten społeczno-organizacyjny podział się nie kończy, ponieważ  te cztery główne klany, dzielą się z kolei na mniejsze tak zwane „sub” czyli podklany. Razem tych grup jest około dwudziestu. Podklany mają również swoje nazwy, które przypominają mi imiona amerykańskich Indian. A więc „Mordercy lwów”, „Żebrowe Mięśnie” czy „Szramy na ciele”.

Plan zdjęciowy, organizacja zdjęć, lokacja… wszystko zostało uzgodnione do najmniejszego szczegółu z Shambaa, wodzem tej masajskiej „bomy”. Uzgodniwszy, ze starszymi „bomy”, Shambaa dał nam pełną zgodę na zrobienie zdjęć filmowych. Jednakże, kiedy zjawiliśmy się następnego dnia wczesnym rankiem w „bomie”, spotkaliśmy się z diametralnie różną sytuacją. W ciągu nocy za poradą znachora, wódz Shambaa zmienił swoją decyzję. Nie pomogły różne formy zapłaty czyli bakczyszu. Nie pomogły ani polskie papierosy, ani  koraliki. W nocy poprzedzającej zdjęcia, naszemu wodzowi przyśnił się Szari-Mungu (Wielki Bóg Masajów) i jakoby ostrzegł go przed nami i rozkazał mu, aby kategorycznie odmówił  udziału jego ludzi w zdjęciach filmowych białym przybyszom, którzy zjawią się w „bomie” wczesnym rankiem. Z tego co mi przetłumaczył starosta i nasz opiekun w tej wyprawie Deo Mfugale, to senne majaczenie, ten proroczy sen wodza Shambaa i dyrektywa jaką otrzymał od Szari-Mungu, była jednoznaczna i decydująca. Szari-Mungo ostrzegł, że kiedy rankiem zobaczy przed sobą jako pierwszego  masajskiego wojownika Morani, będzie to znak, że biali przybysze powinni otrzymać zgodę na zdjęcia. Jeśli jednak jako pierwszych zobaczy białych przybyszy z kamerami, pod żadnym pozorem nie wolno mu udzielić zgody, na jakąkolwiek współpracę. Wielki Bóg Szari-Mungu, okazał się więc niezbyt dla nas łaskawy i wódz Shambaa, zamiast zobaczyć masajskiego Morani, oczywiście zobaczył mnie i moją ekipę. Sprawa okazała się jasna jak kryształ. Żebym to ja tylko umiał przewidywać i miał bardziej przyjacielskie stosunki z Szari-Mungu, na pewno ten epizod zakończyłby się bardziej optymistycznie.

Podczas kiedy Deo i ja mimo wszystko usiłowaliśmy nieco ułaskawić wodza Shambaa oraz przekonać do zmiany jego negatywnej postawy, obaj moi operatorzy Jerzy Gościk i Sergjusz Sprudin, udajac „wariatuńciów”, próbowali uchwycić chociażby kilka scen z atmosfery tej wioski. Wtedy Morani ich dopadli i zastępując im drogę przystawili im do piersi oszczepy. Dość zakłopotany Deao, stał przez chwilę z pochyloną głową i wybąkał  w stronę wodza Shambaa, kilka słów w ich narzeczu. Shambaa jednym ruchem ręki dał rozkaz, aby odeszli. Deo zaś doradził, abyśmy możliwie jak najszybciej opuścili „bomę”. Clemence i Andrew, nasi sympatyczni przewodnicy i asystenci z Tanzania National Film Office, będący z plemienia Czaga, niekoniecznie lubianego przez Masajów, siedzieli  ze strachem w oczach jak „trusie”, w samochodach. Znając te strony widocznie mieli już uprzednie nienajlepsze doświadczenie w tej „bomie”. Wsiadając więc pośpiesznie do samochodu na moment zatrzymałem się i  zwróciwszy się w stronę wodza,  zacząłem coś bąkać bez ładu i składu w języku swahili. – Hakuna matata….asante Shambaa ….kwaheri!, co przetłumaczywszy na język polski znaczyło mniej więcej – nie ma problemu… dziękuję Ci Shambaa… do widzenia. Oczywiście problem był i to wielki. Dziękować nie miałem za co, a co do zobaczenia to było to bardzo wątpliwe czy podjęlibyśmy jeszcze jedną próbę spotkania. Wódz Shambaa zapewne nie zrozumiał ani jednego słowa, ale etykiecie stało się zadość. Shambaa stał nieruchomo jakby go zamurowało. Wyglądał wspaniale na tle „bomy”, w swoim rudawo czerwonym okryciu, w jednej ręce trzymając nieodłączny oszczep i obronną tarczę, a w drugiej owłosiony ogon z antylopy, symbol jego władzy. Tuż za nim pod baobabem, zupełnie nieporuszona wydarzeniem, spoglądała w naszą stronę starszyzna „bomy”, a nieco dalej zbita masa Moranów, z ogolonymi głowami pobłyskującymi w świetle ostrych promieni słońca i w ich rudawo czerwonych „togach”, w pełnym „bojowym” rynsztunku. Ruszyliśmy na pełnym gazie. Niezbyt przyjazna nam „boma” i jej mieszkańcy pozostała poza nami. Ufff! Otarłem pot z czoła.

No cóż, uzbroję się w cierpliwość i spróbuję wejść do świata Masajów z innej strony i w innym miejscu.

______

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca.