Filmowa wędrówka przez życie. Powojenna Łódź, początki Szkoły Filmowej.

Tadeusz Jaworski

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

 

Po wojnie mówiło się w PRL-u: „nie matura, lecz chęć szczera zrobią z Ciebie oficera”. Pochodzenie inteligenckie było dyskwalifikujące, potrzebni byli towarzysze z ludu, nie skalani burżuazyjną obróbką inteligencką. Jednak na przekór odgórnym wytycznym, za radą mojego Ojca, postanowiłem zrezygnować ze służby wojskowej i to tego samego dnia, kiedy skończyła się wojna oraz kontynuować naukę.

Było to możliwe, ponieważ władza ludowa, dala nam dwie drogi na przyszłość – pierwsza to pozostanie i robienie kariery w wojsku, a druga to zwolnienie ze służby wojskowej w celu kontynuowania nauki, która została przerwana przez wojnę. Dostałem się do gimnazjum i liceum, imienia Stefana Żeromskiego, przy ulicy Żeromskiego. W ciągu jednego roku, zaliczyłem dwa lata i dostałem świadectwo maturalne, które umożliwiało mi, zdawanie na wyższą uczelnię. Zacząłem studia na Uniwersytecie Łódzkim jako wolny słuchacz u wybitnego profesora, filozofa i historyka sztuki w zakresie estetyki, sztuki i krytyki artystycznej, Mieczysława Wallisa. Łódź była wówczas największym skupiskiem ludzi kultury i sztuki, którzy uciekli ze stolicy.

Pod koniec wojny i po wyzwoleniu, kiedy znalazłem się w Łodzi, miasto wydało mi się smutne i szare. Przytłaczała ilość starych, odrapanych kamienic, które w niczym nie przypominały swojej dawnej świetności. Zapewne w przeszłości dzięki unikalnej architekturze wpływały na specyficzną atmosferę tego fabrycznego miasta, nazywanego polskim Manchesterem.

W zupełnie dobrym stanie zachowały się natomiast pałace fabrykantów, należące przed wojną m.in. do rodzin Poznańskich i Scheiblerów. Pałaców samej rodziny Poznańskich było w Lodzi co najmniej kilka. Tuż po wojnie świeciły one pustką. Przy ulicy Piotrkowskiej, która ciągnęła się od Placu Wolności, aż do Placu Niepodległości, czyli ok. 4 km, na niektórych odcinkach zachowały się piękne kamienice i wille. Lubiłem wałęsać się bez celu po Piotrkowskiej, szczególnie na odcinku od Placu Wolności do Radwańskiej, gdzie po obu stronach stały XVIII- i XIX-wieczne secesyjne kamienice.

Gdy tak spacerowałem po mieście, w którym miało mi przyjść spędzić najbliższe lata, ogarniała mnie tęsknota za Podolem, Czortkowem i Lwowem, czyli za wschodnimi kresami. Tęsknota za miejscami lat dziecinnych i młodzieńczych. Śniły mi się po nocach przez długi czas okolice Św. Krzyża, Św. Katarzyny, Opatowa czy Klimontowa, miejsca, gdzie lokowałem potem akcje moich filmów, wykorzystując krajobrazy Kielecczyzny.

 

Mój Ojciec w Polsce Ludowej jako „łańcuchowy pies kapitalizmu”, nie mógł dostać pracy w swoim zawodzie. Rodzice przenieśli się więc do Krakowa z nadzieją na pracę, lecz i tu się nie udało. Będąc bliski wieku emerytalnego, najpierw odhumanizowany przez Sowietów, potem sponiewierany, „z pistoletem przyłożonym do skroni” przez 24 godziny na dobę w czasie niemieckiej okupacji, po wyzwoleniu po raz drugi został odarty z godności przez władze ludowe, w konsekwencji czego zaczął chorować. Stał się człowiekiem zrezygnowanym i psychicznie załamanym. Cierpiał z powodu wszystkiego, co „pachniało” faszyzmem lub komuną. Któregoś dnia roku 1949 w krakowskiej gazecie przeczytał, że Stalin na podstawie porozumienia rządu polskiego i sowieckiego, mianował sowieckiego marszałka Konstantego Rokossowskiego, polskim ministrem obrony narodowej. Po przeczytaniu artykułu podarł go na drobne kawałki i wyrzucił do śmieci. Wiadomość ta była dla niego przysłowiową kroplą, która przepełniła czarę goryczy. Wkrótce Ojciec dostał ataku serca i umarł. Jego niespodziewana śmierć była dla nas wielką traumą. Mama wtedy zamieszkała z moją siostrą Alicją Heleną i jej mężem Józkiem, a ja znów zostałem sam, tym razem w Łodzi. Zaś „syn Polski Ludowej” marszałek Konstanty Rokossowski w roku 1958, opuścił Polskę wraz z 500 doradcami, zajmującymi najwyższe stanowiska w wojsku polskim. Wrócił do Rosji, gdzie mianowano go wiceministrem obrony narodowej Związku Radzieckiego.

Przez kilka dni, a raczej nocy spałem w jakimś opuszczonym mieszkaniu bez mebli. W jednym z pokoi stał ogromny stół bilardowy „Gladiator”, długości chyba ponad dwóch metrów, pokryty zielonym suknem. W tym samym pokoju był stary, lecz wygodny kołyskowy fotel „bujak”. Wraz z moimi przyjaciółmi Januszem Nasfeterem i Kaziem Dejmkiem ze szkoły teatralnej, przez kilka nocy zajmowaliśmy to puste mieszkanie. Ja z Kazikiem spaliśmy na tym bilardowym stole, nakrywając się płaszczami, a za poduszkę służyły nam nasze łokcie. Janusz zaś delektował się fotelem bujakiem, dzięki któremu bez poduszki, huśtając się szybko zasypiał.

Po dwóch semestrach na Uniwersytecie Łódzkim, kiedy dowiedziałem się, że w Łodzi przy Filmie Polskim powstaje Studium Filmowe, w celu kształcenia przyszłych reżyserów i operatorów filmowych, wydałem z siebie okrzyk radości i szybko złożyłem podanie o przyjęcie na studia reżyserskie. Zgłosiło się około stu kandydatów z całego kraju. Kariera filmowa w tym czasie była niesłychanie atrakcyjna. Warunkiem przyjęcia była matura oraz studia (całkowite lub częściowe) związane z jakąkolwiek dziedziną sztuki. Warunek ten spełniałem. Pozostał jeszcze niezwykle trudny egzamin i selekcja kandydatów na studentów.

Egzamin zdałem i stanąwszy przed komisją, której przewodniczył prof. Marian Wimmer, dyrektor Studium Filmowego oraz rektor Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych, a także wybitny operator filmowy prof. Stanisław Wohl, zostałem oficjalnie przyjęty na studia reżyserskie. Niektórzy ze studentów przyjechali z Krakowa, po kursie w Instytucie Filmowym, prowadzonym przez znakomitego reżysera i pedagoga, prof. Antoniego Bohdziewicza, zaś inni byli byłymi pracownikami Filmu Polskiego, jako asystenci reżyserów i operatorów. Tylko kilku z nas było nowicjuszami. Prof. Bohdziewicz wkrótce rozpoczął wykłady w naszym Studium Filmowym w Łodzi. Absolwenci krakowskiego studia byli kierowani bezpośrednio do pracy w filmie jako asystenci reżysera lub operatora. Wśród nich byli Jurek Kawalerowicz, Wojtek Has, Karol Chodura i Boguś Lambach.

Rok akademicki zaczął się 1 października 1947 roku. Pamiętam, że w dniu, w którym odbyła się inauguracja pierwszego roku, po wstępnym przemówieniu, prof. Marian Wimmer oddał głos prof. Bolesławowi Lewickiemu, który dał nam wykład z zagadnienia estetyki sztuki filmowej. Siedzieliśmy jak trusie, ponieważ był to wykład wielce uczony, najeżony ogromną ilością łacińskich i greckich terminów. Szczególnie jeden z tych terminów prof. Lewicki ciągle powtarzał, brzmiał on naukowo i tajemniczo – „percepcio rerum”! Od tego czasu to „percepcio rerum” stało się przezwiskiem prof. Lewickiego.

Po latach w roku 1950 prof. Bolesław Lewicki był moim promotorem i członkiem komisji, w skład której wchodzili, profesorowie: Jerzy Toeplitz, Stanisław Wohl, Aleksander Jackowski, Jerzy Mierzejewski i Stefania Skwarczyńska. Uzyskałem wówczas dyplom ukończenia studiów na wydziale reżyserii filmowej oraz tytuł magistra sztuki.

Tymczasem na pierwszym roku było nas niewielu, około dwudziestu zarówno na kierunku reżyserskim, jak i operatorskim. Większość starających się dostać do Studium odpadła przy egzaminie wstępnym, wielu zrezygnowało już w czasie nauki, zaś kilku zgłosiło się na wyjazd do czeskiej Pragi na studia w AMU (Akademie Musickich Umeni), w bardzo dobrej i znanej szkole filmowej. Na te „praskie” studia w gruncie rzeczy każdy z nas mógł się dostać, lecz nie każdy chciał. Do Pragi czeskiej wyjechali, jeśli mnie pamięć nie myli, Kazik Konrad, Jurek Kotowski, Jurek Twardowski, Sylik Sternfeld, Halina Dobrowolska, Jerzy Passendorfer i Staszek Niedbalski.

Z tych, którzy rozpoczęli naukę w Łodzi, jako pierwszy rocznik Filmowego Studia, na wydziale reżyserskim byli Jan Batory, Vadim Berestowski, Zosia Dwornik, Jurek Jaraczewski, Jurek Kaden, Zbyszek Kociuba, Staszek Lenartowicz, Witold Lesiewicz, Andrzej Munk, Janusz Nasfeter, Marek Nowakowski, Jurek Popiolek, Janek Rieser, Henryk Rewkiewicz, Włodek Rubinow, Kocio Romanis, no i ja.

Bardzo zdolna Zosia Dwornik, której ojciec, oficer polskiego wojska zginął w Katyniu, bez przerwy głośno i z nienawiścią do Rosjan o tym mówiła. Okazało się, że w Filmówce, mieliśmy również studentów, którzy będąc gorliwymi członkami ZMP i partii, współpracowali również z Bezpieką. Petelscy i Żukowscy nie tylko złożyli donos do Bezpieki, ale byli też świadkami oskarżenia przeciwko Zosi Dwornik, zarzucając jej szkalowanie Związku Radzieckiego. Zosia została wyrzucona z Filmówki i dostała wyrok 5 lat więzienia. Jej kariera jako reżysera była skończona.

Na wydziale operatorskim byli Jurek Chluski, Witek Lesiewicz, Zenek Filar, Tadeusz Korecki, Marek Matraszek, Władek Nagy, Janek Olejniczak, Wiktor Preis, Zbyszek Raplewski, Mietek Vogt i Kurt Weber.

Nasze Filmowe Studium przeszło w bardzo krótkim czasie przekształcenia, a więc przez kilka miesięcy było Studium Filmowym przy Instytucie Filmowym, potem stało się Wyższym Studium Filmowym, a następnie Państwową Wyższą Szkołą Filmową, która z czasem przekształciła się w Państwową Wyższą Szkołę Filmową i Telewizyjną, aby w końcu otrzymać nazwę Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera.

Wykłady zaczęły się w tymczasowych pomieszczeniach kamienicy, przy ulicy Traugutta 8 oraz przy ulicy Gdańskiej 32, w byłym pałacu Karola Poznańskiego,  w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, której rektorem był genialny reżyser i inscenizator Leon Schiller, w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej, której rektorem był Kazimierz Wiłkomirski, a także w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Pięknych, przy ulicy Narutowicza, gdzie wykładał nam historię sztuki oraz kompozycję twórca unizmu, prof. Władysław Strzemiński. Tych kilka pomieszczeń wykładowych w różnych miejscach miasta, wiązało się z siedzibą niektórych profesorów, a naszych wykładowców w rozmaitych dziedzinach związanych z naszymi studiami filmowymi. Stefania Skwarczyńska wykładała historię literatury i teatru, Marian Promiński i Aleksander Jackowski literaturę i scenopisarstwo, Stanisław Wohl i Leon Wohl optykę i fotograficzną chemię, Regina Drejerowa dramaturgię filmową, a historię światowego filmu historyk filmu, nasz rektor Jerzy Toeplitz (Tusio). Natomiast znakomity teoretyk filmowy Bolesław Lewicki wykładał estetykę filmową i percepcję obrazu filmowego.

 

Sytuacja mieszkaniowa w kamienicy przy ul. Traugutta nie była zbyt wygodna. Dwa pokoje były jednocześnie sypialniami i salami wykładowymi, a trzeci pokój był biurem, gdzie urzędowała wicedyrektor towarzyszka Helena Wojciechowska (wyszła za mąż za naszego profesora Umberto Barbaro i w końcu lat czterdziestych wyjechała do Włoch) i od czasu do czasu dyrektor Studium prof. Marian Wimmer. Na noc rozkładaliśmy żelazne łóżeczka z materacami i pościelą, a rano zwijaliśmy je i ustawialiśmy pod ścianami, zaś w ich w miejsce stawialiśmy krzesełka i stoliki. Myliśmy się w jednej łazience lub w zmywaku w kuchni, często stojąc w kolejce. Bezpłatne śniadania i obiady załatwiono nam w stołówce Centralnej Rady Związków Zawodowych, niedaleko ulicy Traugutta, obok stacji Łódź Fabryczna.

W listopadzie roku 1947, dyrektor Studium prof. Jerzy Toeplitz, który zajął miejsce po profesorze Wimmerze, później rektor PWSF, zaprosił kilku z nas, abyśmy poszli z nim obejrzeć szereg opustoszałych pałacyków byłych fabrykantów, z których jeden przez nas wybrany został zaakceptowany jako lokacja, wówczas już Wyższej Szkoły Filmowej. Był nim pałac fabrykanta widzewskiej manufaktury Oskara Kona, przy ulicy Targowej 61. Dotychczas mieściła się w tym pałacu główna dyrekcja przedsiębiorstwa „Film Polski”, które było w trakcie przenoszenia się do Warszawy. Biura naczelnej dyrekcji mieściły się również przy ulicy Narutowicza. Przez krótki czas, aby zarobić kilka złotych pracowałem w tym pałacu jako urzędnik. W hallu pałacu Kona, jak pamiętam, ściany były wyłożone kryształowymi lustrami, które niestety zdjęto i zmagazynowano przy ulicy Łąkowej w filmowym atelier. Odziedziczyliśmy więc gołe ściany.

Oprócz wybitnych osobowości z różnych dziedzin, mieliśmy też zajęcia z tak zwanymi visiting professors – wielkimi przedstawicielami świata filmowego z zagranicy. Stałymi wykładowcami ze Związku Radzieckiego byli: operator Jakowlew, który prowadził wykłady przez kilka lat z dziedziny operatorskiej, głównie dla studentów fakultetu operatorskiego, ale również dla nas, studentów reżyserii. Pamiętam, że jego „konikiem” był malarz włoski wczesnego baroku Caravaggio, mistrz światła i cienia, dzięki któremu artysta budował pożądany nastrój w swoich realistycznych obrazach. Innym wykładowcą z Rosji był reżyser Zołotnickij, wykładowca z GIK-u, moskiewskiej szkoły filmowej, zwolennik metody Stanisławskiego, polegającej na psychologicznym aktorstwie, łączącym w jedno – wyobraźnię, obserwację i własne przeżycia. Wykłady prowadzili również wizytujący filmowcy, tacy jak znany operator rosyjskiego filmu dokumentalnego Dziga Vertow, który wierzył w tak zwane „kino-oko”, a więc uważał, że jego spojrzenie jako artysty operatora jest czyste, a jego kamera przedstawia świat na gorąco, takim, jakim on jest. Mało tego, dostrzega to, czego nie widziało oko ludzkie, przenika rzeczywistość i utrwala jej obraz. Wśród wielu jego filmów bardzo znanym jest „Człowiek z kamerą”.

Z dziedziny filmu dokumentalnego dawali nam także wykłady światowej sławy holenderski reżyser Joris Ivens, francuski reżyser filmów oświatowych Jean Painleve, Basil Wright, wybitny angielski reżyser filmów dokumentalnych, twórca słynnego filmu „Pieśń Cejlonu”, zaś z historii filmu światowego, francuski historyk filmowy George Sadoul. Umberto Barbaro, włoski reżyser, krytyk i eseista, wykładał przez lat kilka filmową reżyserię. Mieliśmy również interesujące spotkania z Wsiewołodem Pudowkinem, uważanym za drugiego obok Siergieja Eisensteina, mistrza ówczesnego filmu rosyjskiego, który dawał nam wykłady na temat „reżyseria filmowa i scenopisarstwo”. Pudowkin był twórcą takich powszechnie znanych filmów jak „Matka” według Gorkiego, „Koniec Sankt Petersburga” czy „Burza nad Azją”. Stałym wykładowcą był też Béla Balázs, Węgier z Budapesztu, znany krytyk filmowy, esteta, pisarz i twórca teorii filmu jako „języka”, która wywarła wpływ na twórczość Eisensteina i Pudowkina. Był on autorem scenariusza znanego filmu węgierskiego „Gdzieś w Europie”. Po zakończeniu roku akademickiego  1949, wracał pociągiem na wakacje do Budapesztu. Zmarł na atak serca w pociągu w czasie drogi.

Innym niezwykle interesującym wykładowcą był znany rosyjski reżyser, scenarzysta, operator, montażysta i aktor Grigorij Aleksandrow, który jako reżyser preferował gatunek muzycznej komedii filmowej z elementami komicznej beztroskiej satyry. Jego najsłynniejsze filmy to „Świat się śmieje”, „Wołga, Wołga”, „Jasna droga” czy „Wiosna”. Był on też współpracownikiem Siergieja Eisensteina i pracował jako asystent przy powszechnie znanych filmach “Pancernik Potiomkin” oraz „Iwan Groźny”. Na marginesie wykładów z dziedziny sowieckiego filmu Aleksandrow opowiadał nam również pewnego rodzaju „herezje” dotyczące sowieckiej kinematografii. Przy okazji takich wykładów Aleksandrow był o dziwo mniej oficjalny i bardziej otwarty, a nawet powiedziałbym odważny, w tym co mówił. Z jego wykładów dowiedzieliśmy się zakulisowe historie, na przykład wokół produkcji filmów „Pancernik Potiomkin”, „Aleksander Newski” i „Iwan Groźny”.

Znakomity reżyser i ikona sowieckiego filmu Siergiej Eisenstein, którego wyobrażaliśmy sobie jako człowieka o monumentalnej aparycji, z tego co usłyszeliśmy był człowiekiem niskiego wzrostu, z wysokim czołem i ogromną czupryną. Miał piskliwy niemalże kobiecy głos. Wszystko w nim było okrągławe, twarz, ręce, nogi, a nawet gesty. Aleksandrow będąc asystentem Eisensteina i znając go doskonale, powiedział nam, że jego „Pancernik Potiomkin” po oficjalnym pokazie został uznany przez sowiecką władzę za film całkowicie nieudany. Ponieważ partia tak orzekła, wśród publiczności rosyjskiej film także nie miał powodzenia. W rezultacie ten znakomity i unikalny pod wieloma względami film, władza wycofała z kin i odłożyła na półki. Eisenstein nie zgadzał się z decyzją sowieckich władz. Według reżysera film wycofano z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że był oryginalny i niepodobny do innych filmów, stąd być może mało zrozumiały, a po drugie, nie było w nim scen z półnagimi dziewczętami, które to sceny cieszyły się dużym powodzeniem.

– W moim filmie, nie ma półnagich dziewcząt –  powiedział Eisenstein – ponieważ zrobiłem film poważny, a dziewczyny mnie nie interesują! Te ostatnie słowa były dość znamienne, bo Eisenstein miał skłonności homoseksualne i sam Stalin, obawiając się międzynarodowego skandalu, kazał mu się ożenić. Eisenstein – według Aleksandrowa – zastosował w filmie „Pancernik Potiomkin” mnóstwo zupełnie nowych, niezwykle interesujących artystycznych chwytów, a niektóre sceny, jak na przykład scena na ulicznych schodach, są bardzo efektowne.

No cóż – powiedział Aleksandrow na temat władców sowieckiego kina – czy jest tu wśród Was ktoś, kto pamięta nazwisko generała Nabokowa, dowódcy Pietropawłowskiej twierdzy w Petersburgu, której więźniem był Fiodor Dostojewski? Oczywiście, że nie! Jak z tego wynika, tyrani przychodzą i odchodzą, ale sztuka zostaje i żyje wiecznie.

W niewiadomy sposób film ten jednak dostał się za granicę i zrobił, jak wiemy, ogromną furorę. Odniósł wielki sukces nie tylko wśród krytyków czołowych pism, ale i wśród publiczności. Wówczas dopiero film wszedł na ekrany kin w Rosji i podobnie jak za granicą odniósł ogromny sukces. Eisenstein zabrał się więc do następnego filmu „Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem”. Ponieważ, jak twierdził Aleksandrow, w filmie tym nie było ani jednego słowa o Stalinie i jego zasługach, a jedynie o Trockim, więc film został kompletnie przerobiony. W rezultacie powstał film „Październik”. Nie ma w nim pojedynczych bohaterów, jest tylko robotnicza masa, która pod przywództwem towarzysza Lenina rusza na barykady, aby zgnieść znienawidzony burżuazyjny Rząd Tymczasowy Aleksandra Kiereńskiego.

Natomiast film „Aleksander Newski” ze znakomitym aktorem Nikołajem Czerkasowym w roli Aleksandra, był wspaniałym i niedoścignionym widowiskiem. W tym czasie nastąpił w Rosji okres pokazowych procesów, czystek i aresztowań. Ta znana „Wielka czystka” była masową rzezią kadr partyjnych, państwowych i wojskowych, jaką podjął Stalin w drugiej połowie lat trzydziestych. Uderzono głównie w elity państwowe, partyjne i intelektualne. W tym samym czasie miało miejsce również ludobójstwo na Polakach, których liczba w Rosji w latach trzydziestych sięgała około 1 miliona i 200 tysięcy. W ramach czystki zginęło ok. 200 tysięcy osób, czyli mniej więcej tyle, ile w Powstaniu Warszawskim.  Krążyły plotki, że aresztowano też Eisensteina. Jednak Stalinowi „Aleksander Newski” się podobał, ponieważ był to film monumentalny, a Stalin uwielbiał wszystko to, co było monumentalne i nie kazał aresztować reżysera.

Po sukcesie „Aleksandra Newskiego” Stalin przeprowadził z Eisensteinem długie rozmowy, po których Eisenstein zabrał się do realizacji ogromnego przedsięwzięcia – filmu „Iwan Groźny”. Jego asystentem przy tym filmie był także Grigorij Aleksandrow, a w roli tytułowej również wystąpił Nikołaj Czerkasow. Dla nikogo kto widział ten fantastyczny film i kto chociaż pobieżnie zna historię Rosji, nie ma żadnej wątpliwości, że Stalin przy pomocy tego filmu zamierzał usprawiedliwić swoje panowanie i zbrodnie, jakich dokonał.

Jak wiadomo, Iwan Groźny, najkrwawszy z rosyjskich carów, zamordował własnoręcznie nawet swojego syna (widziałem obraz malarza Ilji Riepina, w Tretiakowskiej Galerii w Moskwie, zrobił na mnie wstrząsające wrażenie), urządził także masową rzeź w Nowgorodzie. Zamordował też własną żonę. Film Eisensteina miał za zadanie wykazać, że Iwan Groźny robił to wszystko dla dobra Rosji, był wielkim patriotą i nie mógł inaczej postąpić, ponieważ jego najbliżsi przyjaciele stali się jego wrogami i knuli przeciwko niemu spiski. Najbardziej charakterystycznym pod tym względem jest ostatni epizod, w którym widzimy Iwana Groźnego rozmawiającego z prostym chłopem i skarżącego się, że jest zupełnie sam, że nikt z jego bojarów, którym tak ufał i którzy go zdradzili, już nie żyje. Wtedy chłop odpowiada carowi „nie opuścili Ciebie prości, rosyjscy ludzie. Musisz się nimi otoczyć, ponieważ wszystko ci zawdzięczają. Niech utworzą oni dookoła Ciebie żelazną obręcz, a Ty wbij w nią ostre kolce, skierowane przeciwko Twoim wrogom i wrogom Rosji”. Zapytaliśmy Aleksandrowa, co chciał Eisenstein w odniesieniu do tego epizodu powiedzieć, do czego nawiązać. Na co Aleksandrow z sarkastycznym uśmiechem odpowiedział… nic!

Słuchając go, między wierszami odczytywaliśmy to, co Aleksandrow chciałby nam powiedzieć, że przedstawiając mordercę cara Iwana Groźnego, miał na myśli Stalina. Zapytaliśmy więc, czy dobrze to odczytujemy. Na co Aleksandrow ponownie zaprzeczył. Powiedział nam jednak, że po pierwszym przeglądzie film ten dostał znakomite i entuzjastyczne recenzje. W Moskwie mówiono, że nawet Stalin z początku był przychylny opinii prasy, lecz później zmienił zdanie i powiedział, że pierwsze wrażenie tego filmu jest według niego mylne. Film pozornie tylko rehabilituje Iwana Groźnego (w domyśle Stalina). Stalin podejrzewał Eisensteina, że umyślnie stworzył zbrodniczą atmosferę, która niedwuznacznie była przeciw niemu wymierzona. Wówczas nastąpiła, jak twierdził Aleksandrow, nagonka prasy na Eisensteina i jego film, zmuszając go do oświadczenia, że ten film jest pełen wad ideologicznych i przeinacza historyczne fakty oraz ze niedostatecznie wybiela Iwana Groźnego (w domyśle Stalina). Siergiej Eisenstein pod ogromną presją przystąpił do przeróbki tego filmu, podczas której nagle zmarł na atak serca. 

________________

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Dalszy ciąg wspomnień ukaże się w poniedziałek 27 sierpnia 2018 r.

Tadeusz Jaworski na Culture Avenue:

http://www.cultureave.com/tadeusz-jaworski-filmowa-wedrowka-przez-zycie/

http://www.cultureave.com/filmowa-podroz-przez-zycie-korzenie/

http://www.cultureave.com/filmowa-wedrowka-przez-zycie-przedwojenny-czortkow-na-podolu/

http://www.cultureave.com/filmowa-wedrowka-przez-zycie-wojna-i-nowa-tozsamosc/

http://www.cultureave.com/wojna-bulan-i-rzez-na-wolyniu/

http://www.cultureave.com/polska-armia-w-zwiazku-radzieckim-powstanie-warszawskie/

http://www.cultureave.com/dostrzec-piekno-czlowieka-tadeusz-jaworski-1926-2017/

 

image_pdfimage_print

One thought on “Filmowa wędrówka przez życie. Powojenna Łódź, początki Szkoły Filmowej.

  • 3 lipca 2018 at 00:31
    Permalink

    Kolejny niezwykle interesujący odcinek niezwykłych wspomnień.
    Jak dobrze, że Autor przytoczył, przywołał wiele nazwisk, przypomniał wielu znakomitych kolegów, wielu utalentowanych twórców.

    (Znałam wspominaną profesor Stefanię Skwarczyńską, która /lata 1970./ na filologii polskiej wykładała teorię literatury).
    Dumna jestem, że urodziłam się w niezwykłym mieście, jakim jest Łódź.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *