Praca w Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Warszawie i wyjazd na „banicję” do Łodzi.

Tadeusz Jaworski

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Tadeusz Jaworski po uzyskaniu dyplomu w 1951 roku, w tym samym roku rozpoczął pracę jako reżyser w Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Warszawie. (przyp. red.)

W latach 1950-52 znany już wówczas pisarz Jacek Bocheński (autor m.in. Trylogii rzymskiej „Boski Juliusz”) urządzał w Warszawie czwartkowe spotkania, na których zjawiali się ówcześni pisarze, poeci i inni artyści. Najstarszym z nas był poeta, krytyk literacki i teoretyk poezji (dawny Skamandryta) Tadeusz Peiper. Na te spotkania i dyskusje przy kawie czy herbacie, przychodzili młodzi wówczas adepci pióra, a wśród nich Tadeusz Kubiak, Artur Międzyrzecki, Jerzy Ficowski (Cygan), Stanisław Grochowiak, Julian Stryjkowski, Marian Brandys i Józef Hen.

Pewnego razu przyszedł młodszy brat Włodzimierza Sokorskiego, późniejszego Ministra Kultury i Sztuki, tego samego który z polecenia Andrzeja Zdanowa, ogłosił w 1949 roku w Poznaniu, socrealizm jako obowiązujący styl i kierunek w polskiej sztuce i literaturze. Cała sprawa miała charakter polityczny, a w konsekwencji zastanawiano się, jak ten socrealizm zastosować praktycznie.

Problem był jednak w tym, że ewentualnie w literaturze czy w filmie socrealizm mógł być zastosowany. W rzeźbie i malarstwie również (np. słynny obraz „Podaj cegłę” Aleksandra Kobzdeja, który zapoczątkował ten kierunek w  polskim malarstwie). Ale w jaki sposób zastosować styl socrealistyczny w muzyce i poezji? Zadałem to pytanie niektórym moim przyjaciołom kompozytorom, takim jak Tadeusz Baird, Zbigniew Turski czy Kazimierz Serocki. Wzruszali ramionami i zwyczajnie uśmiechając się…. milczeli. Podobnie rzecz miała się z poetami, kiedy spytałem Tadeusza Różewicza czy Artura Międzyrzeckiego o to samo, również nie mieli na ten fenomen zwany socpoezją klarownej odpowiedzi i nie potrafili sprecyzować, jak można go zastosować.

Pierwszym polskim filmem spełniającym postulaty socrealizmu był wspomniany już film Eugeniusza Cękalskiego „Jasne lany”. W późniejszym czasie zrealizowano jeszcze kilka filmów z założeniami socrealistycznymi, jednakże posiadającymi przynajmniej znamiona artyzmu. Należały do nich takie filmy jak „Celuloza” Jerzego Kawalerowicza (1953), „Pokolenie” Andrzeja Wajdy (1954) oraz „Piątka z ulicy Barskiej” Aleksandra Forda (1953). Natomiast symbolem absolutnie nieudanej socrealistycznej „radosnej twórczości” był film „Uczta Baltazara” Jerzego Zarzyckiego (1954). Filmy te po kilku latach i po tak zwanej „odwilży” doprowadziły, jak wiemy, do naturalnej śmierci socrealizmu w filmie. Natomiast po „Uczcie Baltazara” pozostało znane w kraju powszechne powiedzonko, „uczta się filmować”.

W czasie jednego z kongresów filmowych w Karlovych Varach, w Czechosłowacji, byłem członkiem polskiej delegacji i wraz Jurkiem Kawalerowiczem braliśmy udział w dyskusji na temat realizmu socjalistycznego. Jurek podpuścił mnie żebym zabrał głos. Zabrałem. Mówiłem na ten temat przez pół godziny rożne „banialuki”, zakończywszy moje expose jednym zdaniem. Powiedziałem bowiem na zakończenie mojej wypowiedzi, że socrealizm można porównać do „członka u komara, wiadomo, że jest, tylko go nie widać”. W tym momencie znany sowiecki reżyser filmowy Leonid Warlamow, wściekły, niemal z pianą na ustach, złapał mnie za krawat i chciał mnie uderzyć. Zdążył jedynie rzucić mi w oczy „ty swołocz”, gdy odciągnęli go ode mnie jugosłowiańscy delegaci.

Tydzień po moim powrocie do kraju, podczas jednego z naszych niedzielnych spotkań z Tadeuszem Łomnickim, po przechadzce bulwarem nad Wisłą, w kawiarni na pięterku obok Hotelu Bristol, przy „małej czarnej” mój przyjaciel w pewnym momencie nawiązał do „skandalu”, jakie wywołało zakończenie mojego expose na temat socrealizmu. Tadeusz spojrzał na mnie wymownie, delikatnie się uśmiechnął i powiedział: „Tadzio zawiodła Cię inteligencja”. Miał rację, ponieważ nieźle mi się dostało za to od ludowej władzy.

Dzięki czwartkowym spotkaniom u Jacka Bocheńskiego poznałem wielu polskich literatów i poetów, a z niektórymi w przyszłości też współpracowałem. Jednym z nich był Jerzy Bossak, znakomity reżyser i pedagog, kierownik artystyczny WFD i F (Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych) oraz Zespołu „Kamera”. Pewnego dnia wezwał mnie do swojego gabinetu i zaproponował zrobienie pełnometrażowego filmu pod tytułem „Odra i Nysa – granicą pokoju”. Już sam tytuł wskazywał, że ma to być film natury polityczno-propagandowej. Chcąc nie chcąc, mimo, że temat mnie nie tylko nie interesował, ale miałem awersję do wszystkiego co niemieckie (okupacja i nazizm), jednak zgodziłem się podjąć realizację tego filmu. Zaproponowałem Bossakowi jako współautora scenariusza, Jacka Bocheńskiego. Jacek zgodził się. W krótkim czasie obaj wyjechaliśmy do wschodniego Berlina.

Wschodni Berlin w swojej atmosferze przypominał mi cmentarzysko, był ponury, a wieczorem prawie nie oświetlony. Ludzie poruszali się po ulicach jak manekiny. Każdego dnia wieczorem S-Bahnem udawaliśmy się więc do zachodniego Berlina, na Kurfürstendamm Boulevar, aleję w centrum miasta, oślepiająco oświetloną, pełną kolorowych neonowych reklamowych lamp, witryn sklepowych pełnych towarów i tłumu ludzi.

W Berlinie zachodnim chodziliśmy również do galerii sztuki, teatrów, opery i baletu. Szczególnie wspaniały i nieoczekiwany był balet do muzyki Fryderyka Chopina „Chopiniada”. Byłem nieco zaskoczony, ponieważ samo słowo Chopin skłaniało mnie do głębokiego pochylenia głowy, a tu balet! Był wspaniały. Najlepsze przedstawienia operowe oglądaliśmy we wschodnim Berlinie, niedaleko Bramy Brandenburskiej, w Komische Opera, której dyrektorem i dyrygentem był genialny Walter Felsenstein.  Oglądając jego operowe spektakle czuło się, że jest on wielkim twórcą realistycznego operowego stylu. Miał on własną wizję każdej postaci i nie można było w jego spektaklach niczego dodać ani ująć. Pamiętam, że podczas „Wolnego strzelca” Webera, w pewnym momencie w dekoracji przedstawiającej las, wyszedł na scenę prawdziwy biały koń. W tym samym czasie po sali teatralnej rozszedł się zapach iglastego lasu. To było bardzo realistyczne przeżycie.

Mieliśmy okazję zobaczyć także „Carmen” Georga Bizeta, „Fidelio” Ludwika van Beethovena oraz „La Boheme” Giacomo Puciniego.

W rezultacie naszego pobytu w Berlinie wraz z Jackiem Bocheńskim doszliśmy do wniosku, że nie potrafimy napisać scenariusza i nakręcić na jego postawie filmu, który byłby prawdziwym obrazem, tego co sami przeżyliśmy. Gdyby do tego doszło, byłby to obraz konformistyczny, pozbawiony prawdy i ekstremalnie polityczno-propagandowy. Bo na prawdziwy film na temat „Odry i Nysy – granicy pokoju” bez „pomady” nikt nam w Polsce Ludowej, nie dałby „zielonego światła”. W tej sytuacji, aby zachować twarz i spojrzeć w lustro bez obrzydzenia zdecydowaliśmy, że powiemy Jerzemu Bossakowi, iż nie potrafimy zrobić tego filmu.

Ktoś nas musiał obserwować w czasie naszego pobytu we wschodnich Niemczech, polscy ubecy z naszej ambasady w Berlinie bądź agenci ze „Stasi”, wschodnio-niemieckiej politycznej policji, albo jedni i drudzy, ponieważ donosy znalazły się na właściwych biurkach, jeszcze przed naszym powrotem do kraju. Jacek Bocheński nie miał nad sobą dyrektorów, ale ja miałem. Była nią Rita Radkiewicz, naczelny dyrektor naszej wytwórni, która po powrocie z Berlina spojrzała na mnie lodowatym wzrokiem, że aż mi się nogi zrobiły miękkie w kolanach. Wstała zza biurka, po czym uderzywszy jak żelaznym młotem dłonią w blat, Rita Radkiewicz tak… tak… żona znanego szubrawca i kata polskiej inteligencji, a szczególnie dawnych członków AK, ministra bezpieki Stanisława Radkiewicza, krzycząc na mnie jak sierżant na żołnierza, obrzuciła mnie obelżywym stekiem oskarżeń, między innymi o to, że jeździliśmy codziennie do zachodniego Berlina, bo widocznie atmosfera życia w zgniłym kapitalistycznym świecie, bardziej nam odpowiadała, niż w kraju budującym socjalizm, a co najważniejsze, wprawdzie nie zwerbowano nas jako szpiegów (skąd ta z piekła rodem baba wiedziała czy nas zwerbowano… czy nie), zgrzytając swoimi pożółkłymi zębami, pryskając ze złości pianą, krzyknęła –  I cytryn wam się zachciało, co? A więc cytryny odegrały najważniejszą role! Rzeczywiście kupiliśmy z Jackiem, tuż przed wyjazdem z Berlina, po 10 cytryn w plastikowych siatkach. Odpowiedziałem więc, że cytryny u nas prawdopodobnie są, ale w specjalnym sklepie, za żółtymi firankami, do których my nie mamy wstępu. Rita Radkiewicz ręką wskazała mi drzwi i kazała opuścić jej gabinet.

Przez kilka dni czekałem, kiedy zjawią się u nas na Koronowskiej na Sadybie „smutni”, z Alei Szucha, aby zabrać mnie na dalsze interrogacje w sprawie szpiegostwa. Do mojej żony Tamary, będącej w tym czasie w pracy, koledzy telefonowali, pytając ją czy jestem już aresztowany przez ubeków.

Rita Radkiewicz wezwała sekretarza partii WFD (Wytwórni Filmów Dokumentalnych), chyba jej nazwisko było Szymańska oraz sekretarza Centralnego Urzędu Kinematografii Jerzego Passendorfera i rozkazała zorganizowanie pokazowego zebrania partyjnego, na którym miano mnie wyrzucić z partii. Sekretarz Jerzy Passendorfer powiedział – „towarzyszko Radkiewicz, to jest niemożliwe!” – Na co Rita – „co to znaczy niemożliwe, jak śmiecie do mnie w ten sposób mówić! – Na co sekretarz – „Jaworski nie jest członkiem partii”. – „Nie jest w partii? Jak to się więc stało, że jest reżyserem w WFD… Wyrzucić go natychmiast z Wytwórni!” – zakomunikowała Rita. I tak zostałem zesłany na „banicję” do Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi.

Czas pokazał, że fortuna kołem się toczy. Ja po zrehabilitowaniu wróciłem do WFD, a Ritę Radkiewicz w 1958 roku wywieziono „na taczkach” z Wytwórni. Taki był koniec tej „cioty rewolucji”.

„Odra i Nysa – granicą pokoju”, produkcja pełnometrażowego filmu propagandowego, nie doszła do skutku, w związku, z moim „zesłaniem” do „Oświatówki”, za winy niepopełnione, a właściwie popełnione, ponieważ w Berlinie Zachodnim chodziliśmy z Jackiem po Bulwarze Kurfürstendamm, gdzie mogli zwerbować nas do słynnej zachodnioniemieckiej siatki szpiegowskiej generała „Gehlena”! O czym my nieświadomi takiego niebezpieczeństwa, nie wiedzieliśmy. Dalecy od tego, aby dać się zwerbować, popełnialiśmy co wieczór jedno przestępstwo za drugim, chodząc na wspaniały balet czy do Komische Opera na znakomite Felsensztajnowskie inscenizacje. Największym jednak przestępstwem jakiego się dopuściliśmy okazały się cytryny kupione w Berlinie Zachodnim.

Wytwórnia Filmów Oświatowych w Łodzi była ambitną instytucją z ciekawym programem w wielu dziedzinach. Jednak moja sytuacja zmieniła się diametralnie, ponieważ musiałem od tego czasu kursować pomiędzy Warszawą i Łodzią. Ale w czasie produkcji filmowej mieszkałem w luksusowym Grand Hotelu i co ważne, wytwórnia płaciła za mnie hotelowe rachunki. Wielu moich kolegów i przyjaciół takich jak Jurek Popiel Popiołek, Jurek Jaraczewski, Marek Matraszek, Wiktor Preis, Mietek Vogt, Zbyszek Kociuba, Władek Nagy, Janusz Nasfeter, Staszek Lenartowicz czy Wojtek Has, mieszkali wówczas w Łodzi wraz z rodzinami i jako absolwenci „Filmówki”, byli zatrudnieni właśnie w „Oświatówce”.

W tym czasie Janusz Nasfeter robił film oświatowy pod tytułem „Droga na studium przygotowawcze”, a w niedługim czasie zaczął realizować znakomite fabularne filmy dla dzieci. Staszek Lenartowicz zrealizował film „Zbiór i suszenie tytoniu”, po czym przeniósł się z Łodzi do Wrocławia, miasta, w którym studiował polonistykę i gdzie zrealizował wspaniały film fabularny pod tytułem „Zimowy zmierzch”. Wojtkowi Hasowi szczęście w tym czasie dopisało, bo udało mu się zrealizować w „Oświatówce” film o bardziej artystycznych ambicjach p.t. „Nasz zespół”, o Zespole Pieśni i Tańca przy Zakładach Mechanicznych im. Józefa Strzelczyka w Łodzi.

Józef Strzelczyk w swoim czasie był wybitnym działaczem Komunistycznej Partii Polski, uczestnikiem wojny polsko-radzieckiej i dowódcą Brygady im. Jarosława Dąbrowskiego w czasie wojny domowej w Hiszpanii. Jako młody człowiek, po ukończeniu szkoły powszechnej, Strzelczyk terminował jako robotnik właśnie w tej fabryce budowy maszyn i odlewni żeliwa w Łodzi, gdzie po wojnie został powołany do życia Zespół Pieśni i Tańca. Po wyjściu z „Oświatówki” Wojtek Has zadebiutował przejmującym i ponurym fabularnym filmem „Pętla”, zrealizowanym w Zespole Filmowym „Iluzjon” na podstawie opowiadania Marka Hłaski. Po tym filmie zaczęła się wielka kariera Wojtka.

Mnie z kolei przypadła w udziale reżyseria filmu „Na kurzej farmie”, filmu o hodowli kur i znoszeniu jajek. Pamiętam, kiedy dyrektor programowy kinematografii, towarzyszka Sokołowska z Centralnego Urzędu Kinematografii spytała mnie, jaką metodę, jako reżyser, zastosowałem w prowadzeniu kur – odpowiedziałem bez namysłu, że była to „metoda Stanisławskiego”. Towarzyszka wzięła to za dobrą monetę, gdyż nie wiedziała, kto to jest ten Konstanty Stanisławski. Czyżby jakiś Polak? Wprawdzie Stanisławski miał nazwisko kończące się na „ski”, ale był jak Rosjaninem i znakomitym teatralnym reżyserem, a z jego metoda polegała na odkryciu nowych środków techniki aktorskiej, opartej na psychologicznym realizmie postaci. 

W skrócie więc wytłumaczyłem towarzyszce, kim był Konstanty Stanisławski i skąd się wzięła jego metoda, szczególnie, gdy dotyczyła prowadzenia kur! – Kpicie sobie ze mnie – odpowiedziała zdenerwowana towarzyszka – po czym odwróciła się na pięcie i odeszła, ale mnie się za to dostało, ponieważ była przez lat kilka moją „nemezis”.

Włodek Puchalski, jedyny wówczas w Polsce i znany na świecie reżyser filmów przyrodniczych, zrealizował w tym czasie piękny film o kormoranach. Po zakończeniu projekcji tego pięknego filmu w „Oświatówce”, towarzyszka Sokołowska z pretensją w głosie spytała Włodka – „a skąd my to wiemy, że te kormorany są w Polsce Ludowej?” Na co dowcipny Włodek Puchalski odpowiedział – „gdybym wiedział, że to takie ważne, pomalowałbym te kormorany na czerwono”. Znakomity reżyser, wykładowca w Katedrze Genetyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, Włodzimierz Puchalski, został wyrzucony z „Oświatówki”.

Mój film o kurach i farmie p.t. „Na kurzej farmie” bardzo się podobał dyrekcji wytwórni. O kurach niewiele było mowy w filmie, ponieważ metoda Stanisławskiego do nich nie przemawiała, a jajka mimo to każdego ranka znosiły. Natomiast ja, aby zadość uczynić samemu sobie i wyżyć się artystycznie, zaangażowałem słynny już Państwowy Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze”, który w tym czasie był jednym z największych polskich zespołów artystycznych, odwołujących się do tradycji polskiej muzyki i tańca ludowego. Nie miałem z tym trudności, ponieważ znałem osobiście Tadeusza Sygietyńskiego i Mirę Zimińską-Sygietyńską. Kazałem wynająć wozy drabiniaste ze słomianymi siedzeniami i  w zaprzęgu białych koni, z brawurą jadących w kawalkadzie na kurzą farmę, pokazałem członków zespołu śpiewających ludową pieśń „Przepióreczka w rytmie mazurka”. Obraz wzbogaciły migające w tle piękne krajobrazy łąk oraz złocistych mieniących się w słońcu kłosów zbóż.

Po tym filmie stanąłem przed dylematem, co robić dalej, czy podjąć realizację filmu „Zimny wychów cielątek” lub filmu „Stonka ziemniaczana”, a być może filmu o rzadkiej pladze w Polsce pt. „Szarańcza”.

 ______________

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Dalszy ciąg wspomnień ukaże się w poniedziałek 1 października 2018 r.

Tadeusz Jaworski na Culture Avenue:

http://www.cultureave.com/tadeusz-jaworski-filmowa-wedrowka-przez-zycie/

http://www.cultureave.com/filmowa-podroz-przez-zycie-korzenie/

http://www.cultureave.com/filmowa-wedrowka-przez-zycie-przedwojenny-czortkow-na-podolu/

http://www.cultureave.com/filmowa-wedrowka-przez-zycie-wojna-i-nowa-tozsamosc/

http://www.cultureave.com/wojna-bulan-i-rzez-na-wolyniu/

http://www.cultureave.com/polska-armia-w-zwiazku-radzieckim-powstanie-warszawskie/

http://www.cultureave.com/dostrzec-piekno-czlowieka-tadeusz-jaworski-1926-2017/

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *