Filmowa wędrówka przez życie. Przedwojenny Czortków.

Tadeusz Jaworski

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Dziś, po latach emigracji, z dala od kraju nadwiślańskiego, często wracam myślami do wschodnich kresów i mojego ukochanego Podola, a szczególnie do uroczego i niezapomnianego miasta mojego dzieciństwa Czortkowa oraz do częstych wędrówek na spotkanie z wielkim światem, czyli z przelatującymi po szynach pociągami, wystukującymi rytmicznie tatata tatata.

Często pojawia mi się Czortków w obrazach i powidokach, jak w kalejdoskopie. To stare kresowe miasto mojego dzieciństwa, z wijącą się szeroką wstęgą rzeką Seret, jest dla mnie do dziś specjalnym miastem, nie tylko dlatego, że się w nim urodziłem, ale również dlatego, że było niezwykłe, pięknie położone, barwne i tętniące życiem. Zamieszkałe przez Polaków, Ukraińców i Żydów, otoczone urodzajną ziemią, lasami, łąkami i pastwiskami, stało się ośrodkiem rolniczym, obfitującym w bogactwo płodów ziemi i dziką zwierzynę. Położone na wzgórzu porytym wąwozami, przez wieki było najeżdżane przez hordy Tatarów, Turków, Kozaków dońskich, a nawet naszych braci Węgrów. Nie wspominając o Rosjanach i Austriakach. Zanim Czortków powrócił do Polski w roku 1920, był częścią cesarstwa Austro-Węgierskiego i wchodził w skład Galicji, pod rządami poczciwego cesarza Franciszka Józefa, którego moi rodzice zawsze wspominali z rozrzewnieniem. Mój Ojciec jako młody człowiek służył w wojsku austriackim i był gwardzistą przybocznej straży cesarza w Pałacu Schönbrunn w Wiedniu.

Młode prostytutki „bezcześciły” dobre imię miasta. „Oficjalny” dom publiczny mieścił się przy ulicy Kolejowej na Wygnance. Tam też chodziliśmy po szkole, aby po kryjomu popatrzeć na te „dziewczynki blondynki”, paradujące z dekoltami aż do pępka, odsłaniające niemalże w pełni swoje ogromne piersi. Patrząc na nie dostawaliśmy wypieków na twarzy. Niestety, byliśmy wtedy “szczeniakami” i nasz “tryngiel” (napiwek, red.), który dostawaliśmy od rodziców na lody, nie wystarczył na taki luksus. Ale popatrzeć na nie, można było bezpłatnie. Często wynajmowały dorożkarzy i paradowały po mieście, wymachując rękoma, niemal kompletnie roznegliżowane, z biustem podtrzymywanym przez mini biustonosze, gorsząc swoim zachowaniem pruderyjną wstydliwość czortkowskich mieszczan.

Częstymi gośćmi w naszym domu byli przyjaciele Ojca, okoliczni właściciele majątków ziemskich. Przyjeżdżał do nas m.in. hrabia Baworowski z Kopyczyniec i jak pamiętam, siadali z Ojcem pod gruszą na ławeczce i prowadzili długie dyskusje na temat przedwojennych czasów i cesarza Franciszka Józefa, którego obydwaj byli wielbicielami. Za każdą wizytą moja siostra Helena Alicja i ja dostawaliśmy czekoladę, a potem hrabia pytał: „no co szmekuje”? Jeździliśmy także często do Jabłonowa, do posiadłości hrabiów Dzieduszyckich, gdzie dyrektorem dóbr był przyjaciel Ojca, pan Anastakowicz. Moja siostra Helena Alicja i ja wraz z naszymi rodzicami spędzaliśmy u nich w gościnie tydzień lub dwa podczas wakacji, rozrabiając przy tym wraz z dziećmi pana Anastakowicza „jak pijane małpy”. Wracaliśmy z Jabłonowa obładowani wędzonymi szynkami z dziczyzny.

Każdego ranka przychodził do nas fryzjer o nazwisku Bader, który golił naszego Ojca. Co jakiś czas przychodziła też do nas manikiurzystka Fajga, która robiła Mamie manicure i pedicure. Przychodziła zawsze ze swoim narzeczonym, który był zagorzałym kibicem piłki nożnej. Któregoś dnia przyszła sama. Mama spytała więc Fajgę, co się stało. Na co Fajga ze łzami w oczach powiedziała, że postawiła mu ultimatum „albo ja albo piłkarskie mecze”. – I proszę pani – mówiła – ten bandyta, który podobno tak mnie kochał, wybrał mecze… i zostawił mnie na lodzie! Jaka hańba spadła na mnie i na całą moją rodzinę… całe miasto o tym mówi.

Mam przed oczami, jak żywą, moją ukochaną Mamę, krzątającą się po domu i przygotowującą dla nas obiad. Widzę też Ojca spacerującego po głównej ulicy Mickiewicza, tuż niedaleko wspaniałego, o masywnej architekturze, kościoła Dominikanów ze swoim bliskim przyjacielem O. Alwarym Komorkiem z Konwentu O.O. Dominikanów, który po wejściu Sowietów został bestialsko zamordowany przez NKWD.

 

Niedaleko ratusza było Gimnazjum i Liceum im. Juliusza Słowackiego, do którego każdego dnia, oprócz niedzieli, z „rugsakiem” na plecach załadowanym książkami i zeszytami oraz wałówką w papierowej torebce, skrzętnie przygotowaną przez Mamę jako drugie śniadanie, szybkim krokiem maszerowałem, aby zdążyć do klasy przed dzwonkiem „ciecia”. Dyrektorem gimnazjum i liceum był profesor Matuszewski, jego zastępcą zaś profesor Cichocki. Stali zawsze pośrodku szerokiego i długiego korytarza, czekając, aż wszyscy uczniowie znajdą się w klasach. Przechodząc obok nich, tradycyjnie trzeba było uszanować ich skłonem głowy.

W czasie wakacji, wraz z naszym harcmistrzem profesorem Józefem Opackim, na kilka dni udawaliśmy się na krajoznawczą wycieczkę i na obóz harcerski. Pamiętam, że kiedyś pojechaliśmy na Pokucie, które jest częścią Podkarpacia, na zachód od Podola, w większości zamieszkałego przez etniczną grupę górali pochodzenia rusińskiego i wołoskiego, znaną jako Huculi. Zwiedzaliśmy miasto Kołomyja i wioski Żabie oraz Kuty. Pokucie jest jednym z piękniejszych zakątków przedwojennej Polski. Karpaty stanowią w tym miejscu wprawdzie bardzo małą, ale niezwykle uroczą część alpejskiego systemu górskiego, znaną jako Czarnohora, z majestatycznie wystającym ponad inne wzgórza ogromnym stożkowatym szczytem Howerla, przypominającym nieco swoją formą gigantyczną piramidę. Punktem wyjściowym na Howerlę, tuż u jej podnóża była położona wioska Żabie.

Wędrowaliśmy przez doliny i wzgórza. Wieczorami po kolacji siadaliśmy wokół dużego ogniska śpiewając:

 Płonie ognisko i szumią knieje,

drużynowy jest wśród nas,

opowiada starodawne dzieje,

bohaterski wskrzesza czas.

 

O rycerstwie spod kresowych stanic,

o obrońcach naszych polskich granic,

a ponad nami wiatr szumny wieje

i dębowy huczy las.

Było pięknie. Patriotyzm buchał z nas jak te iskry z płomieni ogniska.

 

Kino „Casino” w Czortkowie było dość duże, z zamkniętą kolorową kurtyną zasłaniającą ekran, z drewnianymi ciemno pomalowanymi boazeriami, pluszowymi kotarami w lożach oraz zawieszonymi po bokach na ścianach kiczowatymi rzeźbami antycznych Dramatis personæ. Wszystko razem miało jednak swój charakter, a nas wprowadzało w atmosferę „świątyni”. Z ukrytych głośników dochodziła cicha klasyczna muzyka, która cichła, kiedy kurtyna wolno podnosiła się w górę, odsłaniając biały ekran. Na sali zapadała absolutna cisza, a my wraz z całą widownią, w napięciu oczekiwaliśmy na rozpoczęcie seansu. Gdy z ekranu zaczął dochodzić zew dżungli, „aauueeaauuee” – głos Tarzana, w wykonaniu dwumetrowego Johna Weissmullera, uczepionego na grubym lianie i przelatującego z drzewa na drzewo – dreszcz przeszywał nas do szpiku kości. Głos był dziki, zawodzący i kompletnie nas obezwładniał, czuło się pierwotność i egzotykę gęstej roślinności i wysokich drzew dżungli. 

Wielka atrakcją były dla nas filmy z Charlie Chaplinem, takie jak „Brzdąc”, „Gorączka złota” czy „Dzisiejsze Czasy” oraz filmy z Shirley Temple i Fredem Astaire’em z Ginger Rogers.

Przypominam też sobie pochylonego nade mną nauczyciela szkoły powszechnej, z okresu mojego dzieciństwa w Czortkowie, Stanisława Czyzda, agitującego nas do kolekcjonowania sreberek z rozmaitych czekoladowych łakoci, robienia z nich kulek i przynoszenia do szkoły. Ponoć zbierano te srebrne kulki w szkołach całej Polski i wysyłano je dla dzieci murzyńskich w Afryce lub na Madagaskarze. Dlaczego dla dzieci afrykańskich czy z Madagaskaru, tego nam nie tłumaczono. W każdym razie byliśmy tą akcją bardzo przejęci i każdy z nas starał się dostarczyć jak najwięcej takich srebrnych kulek. Nasi rodzice też włączyli się do tej akcji. Nic więc dziwnego, że zjadaliśmy wtedy duże ilości wyrobów czekoladowych, z czego zapewne „Wedel” był zadowolony. Nie mogłem wówczas przewidzieć, że w przyszłości znajdę się w Afryce w okresie pandemonium z jednej strony i entuzjazmu z drugiej, w czasie pierwszych dni wyzwolenia „Czarnego Lądu” i zakończenia okresu kolonializmu.

Profesor Stanisław Czyzda, nie tylko dyrygował akcją zbierania srebrnych kulek, ale dawał nam też lekcje muzyki, a także zorganizował i dyrygował szkolną orkiestrą. Ja mimo, że „słoń” mi nadepnął na uszy, grałem, niestety fałszując, na najmniejszym instrumencie jaki znałem, tak zwanej „pitrasicy”. Profesor Czyzda niezależnie od pogody, słońca czy deszczu, zawsze miał założone na mesztach (pantoflach, red.) gumowe kalosze. Siedziałem w ławce w jednym z ostatnich rzędów i jak tylko zafałszowałem, profesor Czyzda zrywał gwałtownie jeden kalosz i walił prosto we mnie. Koledzy z przednich ławek, grający na innych instrumentach, momentalnie dawali „nurka” pod ławki, a ja robiłem uskok, aby nie dostać kaloszem po głowie.

 

Mimo, że miałem dziewięć lat, dokładnie pamiętam datę – 12 maja roku 1935, dzień, w którym zmarł marszałek Józef Piłsudski. Tę smutną wiadomość podało Polskie Radio. Siedzieliśmy przy radioodbiornikach i oczekiwaliśmy wiadomości. Śmierć marszałka Józefa Piłsudskiego wywołała w całej Polsce olbrzymie wrażenie i była dla nas wszystkich ogromnym szokiem. Naczelnik Polski – „Ziuk” był dla nas, młodzieży szkolnej i dla całego narodu symbolem bohaterstwa i prawości. Na gmachach publicznych i prywatnych wywieszono flagi państwowe przyozdobione czarnym, żałobnym kirem. Flagi zostały opuszczone do połowy masztów, chorągwie i sztandary zaś zostały oznaczone czarnymi, żałobnymi kokardami. Oficerowie i podoficerowie Korpusu Ochrony Pogranicza w Czortkowie i w całej Polsce, założyli czarne opaski. Również my, uczniowie i studenci naszego gimnazjum oraz liceum im. Juliusza Słowackiego założyliśmy czarne opaski. W czasie uroczystości pogrzebowych na Wawelu prezydent RP Ignacy Mościcki powiedział:

Cieniom królewskim przybył towarzysz wiecznego snu. Skroń jego nie okala korona, a dłoń nie dzierży berła. A królem był serc i władcą doli naszej.

Marszałek Józef Piłsudski był człowiekiem silnego charakteru, pełen charyzmy oraz cech, które nawet jego przeciwników zmuszały do ogromnego szacunku.

Bezsilna wściekłość dusiła mnie nieraz, że w niczym zaszkodzić wrogom nie mogę, że muszę w milczeniu znosić deptanie mej godności i słuchać kłamliwych i pogardliwych słów o Polsce, Polakach i naszej historii – mówił.

Mówił też, że:

Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo, zwyciężyć i spocząć na laurach – to klęska.

Takim był nasz Naczelnik Państwa, wielki polityk i mąż stanu, marszałek Polski, nasz “Ziuk”!

Dobrze pamiętam moje częste wędrówki na spotkanie z wielkim światem, czyli z przelatującymi po szynach i wystukującymi ten tak utrwalony w mojej pamięci dźwięk powstających na złączach szyn: „tata…tata….ta…ta…”. Jak żywe do dziś pozostały w mojej pamięci migające w oknach twarze pasażerów wyglądających przez szyby luksusowych wagonów pulmanowskich i te przylepione do szyb w oknach doczepionych na końcu składu, w wagonach drugiej i trzeciej klasy. Ogromne wrażenie robił na mnie właśnie taki pojawiający się z daleka na horyzoncie pociąg, z parową lokomotywą i buchającym z komina czarnym dymem, pozostawiający za sobą czarne „cumulusy”, opadające na złociste łany dojrzałego zboża. Rozpędzony pociąg, już z daleka dawał znać przejmującym tubalnym gwizdem. Stałem zawsze oczarowany tym widokiem. Było w tym dla mnie coś z niemego kina. Kiedy wagony dudniące na szynach wybijały stukot i rytm szybko mnie mijając, na moment wydawało mi się, że wielki i nieznany mi, obcy i daleki świat przelatuje tuż przed moimi oczami. Przez dłuższy czas stałem urzeczony widokiem tego dymiącego „potwora”, ciągnącego za sobą kilkanaście wagonów. Stałem tak długo, aż pociąg zniknął za najbliższym zakrętem, tuż za rosnącą niedaleko gęstą ścianą lasu i dopóki nie osiadł po nim czarny jak smoła dym i niczym echo dochodził mnie coraz bardziej oddalający się stukot szyn i dźwięk gwizdu lokomotywy.

Pamiętam starego kolejarza, zwrotniczego z czortkowskiej stacji kolejowej. Spotykałem go od czasu do czasu w drodze z pobliskiej wioski, kiedy udawał się do pracy na stację kolejową. Właśnie na tym samym zakręcie niedaleko lasu, gdzie ja wyczekiwałem na pociągi, zatrzymywał się, żeby odpocząć. W ręku miał zawsze małą blaszaną skrzyneczkę, zamykaną na kłódkę. Siadał obok mnie na skarpie, zdejmował kłódkę, po czym otwierał wieko skrzynki i z pełnym namaszczeniem wyciągał z niej kanapkę z wędliną i butelkę z herbatą. Czasem zamiast wędliny miał kawałek słoniny, której plasterki odkrajał kozikiem i kładł na chleb.

Któregoś dnia podczas moich wędrówek na spotkanie z „wielkim światem”, przysiadłem się do niego. Zwrotniczy podsunął mi pod nos kanapkę posmarowaną masłem, z grubym plastrem szynki. Nie byłem głodny, więc podziękowałem. A on… patrząc jakby w zamyśleniu na szybko mijające „pulmanowskie” wagony, jadł kanapkę, popijając z małego blaszanego kubka herbatą. Po chwili przestał jeść i jakby w połowie zatrzymała mu się ręka z kubkiem w powietrzu, drugą zaś otarł rękawem usta i niby sam do siebie, ale z wyraźną intencją w moją stronę, powiedział: ne znaju panyczu… jak to jest psiajucha… jak to właściwie jest…no bo patrzycie… tak uważnie na ten pociąg, co to przed chwilą przeleciał, tuż pered namy… ludy w nim siedzieli w seredynie… czy nie tak… o święty Józefie! I tak mówił, mieszając słowa polskie z ukraińskimi.

Józek Ostrowski, Artur Szerer i ja tworzyliśmy niezłą trójkę urwisów. Naszym kumplem był również Franek Czuchrowski, który mieszkał z rodzicami niedaleko elektrowni, przy ulicy Sadowskiego. Nieco młodszym od nas był Jurek Janicki, syn adwokata. Po wojnie Jurek był cenionym i znakomitym polskim literatem i moim przyjacielem, powszechnie znanym ze słuchowiska radiowego „Matysiakowie”. Przed opuszczeniem Polski w roku 1968, byłem na próbach komedii napisanej przez Jurka dla Teatru Telewizji – „Giovani w Oleju”, do której zaangażowałem mojego przyjaciela aktora Wojtka Siemiona oraz Zbyszka Zapasiewicza.

Często wraz z Ojcem udawaliśmy się pociągiem do Stanisławowa, Tarnopola i do Lwowa, gdzie wówczas dla mnie największą atrakcją była Panorama Racławicka. Mieściła się ona w ogromnej rotundzie w parku Stryjskim. Panorama upamiętniała zwycięską bitwę pod Racławicami, w setną rocznicę Kościuszkowskiej insurekcji. Ile razy wstępowałem do rotundy, aby ją zobaczyć, spędzałem w niej cały dzień. Panorama robiła na mnie zawsze kolosalne wrażenie i wyzwalała patriotyczne uczucia. Pamiętam doskonale restaurację i kawiarnię „Kryształowy Pałac”, gdzie wstępowaliśmy z Ojcem na obiad. Choć dla mnie najważniejszą była Kawiarnia Zaleskiego. Ach… te marmurowe lady ze szklanymi przegródkami, za którymi piętrzyły się znakomite ciastka i torty, a przede wszystkim legendarne pączki, nadziane różaną konfiturą oraz pachnącą świeżo zaparzoną kawą ze śmietanką.

Pamiętam doskonale naszą „daczę”, położoną pod Lwowem, w podmiejskiej miejscowości Brzuchowice – ni to uzdrowisku, ni to kurorcie. Przy rozmaitych okazjach, a szczególnie w okresie wakacji, siadaliśmy do podmiejskiego pociągu we Lwowie, którym w ciągu niecałej pół godziny byliśmy w Brzuchowicach. Pamiętam ogromny sad okalający dom, w którym było mnóstwo drzew i krzaków owocowych. Były tam gruszki i jabłka, czereśnie i wiśnie. Były też drzewka białej i czarnej morwy. A także krzaki agrestu i porzeczek. Lubiłem tę “daczę”. Wokoło cisza, jedynie ptaki ćwierkały. Były to beztroskie dni, kiedy wpadaliśmy tam na krótki czas w czasie wakacji, a także podczas świątecznych przerw.

Dziś z perspektywy czasu nie opuszcza mnie nostalgia za szczenięcymi latami i ukochanym Podolem. Czułem się wówczas szczęśliwy. Nie miałem żadnych problemów do rozwiązania i żadnych obowiązków oprócz nauki. Miałem kochających rodziców i siostry.

 __________________

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Dalszy ciąg wspomnień ukaże się w poniedziałek 2 lipca 2018 r.

Tadeusz Jaworski na Culture Avenue:

http://www.cultureave.com/tadeusz-jaworski-filmowa-wedrowka-przez-zycie/

http://www.cultureave.com/filmowa-podroz-przez-zycie-korzenie/

http://www.cultureave.com/filmowa-wedrowka-przez-zycie-wojna-i-nowa-tozsamosc/

http://www.cultureave.com/wojna-bulan-i-rzez-na-wolyniu/

http://www.cultureave.com/polska-armia-w-zwiazku-radzieckim-powstanie-warszawskie/

http://www.cultureave.com/dostrzec-piekno-czlowieka-tadeusz-jaworski-1926-2017/

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *