Filmy o Afryce. Zdobywanie zezwolenia na zdjęcia filmowe w Ugandzie.

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Przed nami była długa, uciążliwa i niezbyt bezpieczna podróż przez sawannę i busz  oraz przez górskie tereny. Kiedy znaleźliśmy się wysoko w górach w obozie dla uciekinierów z wojny domowej między Burundi i Rwandą, poznałem Specjozę – młodziutką nastolatkę, w wieku około lat piętnastu, a więc w naszym pojęciu była właściwie dzieckiem. Jednak w Burundi, podobnie jak w wielu innych krajach Czarnego Lądu, dziewczynka w tym wieku uważana jest już za dojrzałą kobietę. Zrównoważona, bardzo skupiona i nieśmiała pielęgniarka Specjoza, była również   urodziwą i fotogeniczną młodą kobietą z plemienia Tutsi, która po ukończeniu kursu prowadzonego przez WHO w Bujumburze,  podjęła  ochotniczo pierwszą bardzo trudną i odpowiedzialną pracę położnej w obozie uchodźców wojennych, w paśmie górskim Ruwewu, na podgórzu góry Hepa. Przebywając w obozie w czasie realizacji filmu, z okruchów rozmów i dyskusji jakie często prowadziłem z dr. Lukasem, nie tylko na temat przyszłego filmu, szybko zrozumiałem, że w wyniku dramatycznych wydarzeń i konfliktów na tym kontynencie, ludność tubylcza będąc w stanie ekstremalnej konfuzji oraz masowej depresji psychicznej, nie chce się pogodzić z tragicznym faktem, że za swoją wymarzoną wolność, zmuszona jest  płacić opresjami, torturami i śmiercią. Ich rozpaczliwy krzyk jest niestety kompletnie zduszony i zawieszony w próżni. W rezultacie powstał, wydaje mi się, wzruszający i bardzo ludzki film pod tytułem „Specjoza”, od imienia bohaterki filmu. Wróciliśmy tą samą drogą do Bujumbury z filmowym materiałem w pudelkach. Nie mogłem ryzykować wożenia go w dalszej naszej podróży, w tropikalnym klimacie. Stąd też, dzięki dr. Lukasowi, drogą dyplomatyczną wysłaliśmy negatywy do Warszawy.

Poza „Specjozą” zrealizowaliśmy w Afryce film „Trachoma” o pladze jaglicy w północnowschodnim Sudanie, w rejonie Atbary (1965) oraz „Operację Beheira” (od tysięcy lat znanej, śmiertelnej chorobie znanej jako bilharcja), między Kairem i Aleksandrią, w Egipcie (1965). W latach 1959-60 powstał pełnometrażowy film „Afryka-60” o pierwszych krajach czarnej Afryki Zachodniej wyzwalających się z kolonializmu oraz w 1964-65 pełnometrażowy film o Afryce Wschodniej, Środkowej i Północnej  „Zmierzch czarowników”.

Poza tymi filmami zrealizowałem jeszcze szereg filmów dokumentalnych poświęconych wydarzeniom na Czarnym Lądzie, które wydały mi się interesujące. Powstały więc dodatkowo 24 filmy średnio i krótkometrażowe.

„Człowiek z Yakau” to film o polskim doktorze Henryku Parnesie i jego klinice w dżungli zdala od cywilizacji, na górze Yakau, 300 kilometrów w interiorze Złotego Wybrzeża, niosącym pomoc tubylcom, którzy pieszo, furgonetkami, czy jak kto mógł, przyjeżdżali do niego z odległych krajów, takich jak Nigeria, Dahomej, Togo, Wybrzeże Kości Słoniowej. Innym filmem był „Nfuma”, o festiwalu archaicznych tradycji plemiennych w południowej Ghanie, u tubylców zajmujących się rybołóstwem. Fascynujący temat. A także „Przewoźnicy z Akry”, o przewoźnikach towarów, którzy od setek lat rozładowują statki (głównie cement), cumujące na redzie, na pełnym morzu, kilka kilometrów od brzegu zatoki gwinejskiej.

W Ugandzie w jednym z najpiękniejszych krajów Afryki Wschodniej, niedawnej brytyjskiej ”kolonialnej perły”, ubiegałem się o oficjalne zezwolenie na zdjęcia filmowe, bez którego praca w terenie byłaby dość dużym ryzykiem, jeśli nie byłaby niemożliwa. Pewnego pięknego poranka w końcu otrzymałem zezwolenie podpisane przez samego ministra Informacji i Radia, pana  Musambe Mwonga,  którego poznałem wcześniej i który zrobił na mnie niezwykle pozytywne wrażenie.  Następnego dnia tuż przed wyjazdem w teren na zdjęcia dowiedziałem się od mojego przewodnika, że jego podpis na zezwoleniu jest nieważny. Wpadłem jak „zawierucha”, nieco zdenerwowany do ministerstwa oczekując, że ktoś tam na odpowiedzialnym stanowisku,  uwierzytelni podpis wczorajszego ministra. Latałem z jednego pokoju do drugiego z jednego gabinetu do następnego lecz nikt z najbliższego otoczenia byłego ministra nie potrafił  powiedzieć mi co się właściwie z nim stało. Po prostu zniknął. Zamiast więc udać się z moją ekipą na zdjęcia byłem zmuszony powtórnie załatwiać zezwolenie i spotkać się w tym celu z nowo mianowanym ministrem, który po upływie jednej nocy, usiadł w wygodnym ministerialnym fotelu swojego poprzednika. No i znowu spotkała mnie niespodzianka, w stylu Franza Kafki. W rezultacie bieganiny po ministerialnych pokojach i gabinetach w administracyjnej stolicy Ugandy Entebbe, wpadłem w końcu wraz moją ekipą, do sekretariatu nowego ministra  pana Semuwemba Masasu z nadzieja, że zezwolenie na zdjęcia z jego podpisem zostanie nam udzielone automatycznie i  bez dalszej  zwłoki, ruszymy w teren na zdjęcia. Nie było to jednak nam dane. Nowy minister, który okazał się jowialnym i dobrodusznym „bratem łatą”, wykorzystał naszą wizytę, która musiała być jedną z jego pierwszych  ministerialnych oficjalnych funkcji i w niezwykle wylewną manierą, zaprosił nas  na „małego drinka”. Upał doskwierał nam mocno i mimo, że chciałem jak najszybciej wyruszyć w teren nie mogłem zlekceważyć jego miłej oferty. Przyjąłem więc jego zaproszenie, zwłaszcza, że i tak zbliżało się południe i jak wiadomo nie ma w tropikach lepszego lekarstwa na rozmaite frustracje i ameby, jak wypicie drinka, który jest najlepszym środkiem dezynfekcyjnym. W upale, przy dość dużej wilgotności powietrza, mimo weneckich okien, typowych dla stylu kolonialnego i wiatraków u sufitu, dość szybko te „long drinki” okazały się zbawiennym środkiem na odprężenie.  Już po wypiciu pierwszej szklanki ginu z tonikiem pan minister poklepał mnie po przyjacielsku po ramieniu i powiedział: „pole…pole… (wolno…wolno),  po czym spojrzał na mnie dobrodusznie swoimi migdałowego koloru oczami i zapytał mnie jak mi na imię. – Tadeusz – odpowiedziałem. Za Boga nie mógł tego powtórzyć, lecz za chwilę wybełkotał coś co przypominało moje imię – Ta..tadd.. eus.. so …. Taaadeeuss – po czym bezzwłocznie zaproponował następne drinki i tańce! Po chwili udał się na chwiejnych nieco nogach w stronę drzwi i  wezwał swoją sekretarkę, pannę Halimę Lula, którą mieliśmy okazję poznać. Halima była młodą, bardzo urodziwą i inteligentną kobietą, z dużym dekoltem i widocznymi, bardzo pięknymi sterczącymi jak piramidy Cheopsa piersiami. Minister dał jej polecenie, aby zawołała więcej osób płci żeńskiej z  sekretariatu. W mgnieniu oka zjawiły się wiec w gabinecie pana ministra koleżanki  Halimy, młode i również urodziwe jak ona: Balinda, Wandima i kilka innych. No i w ten sposób zaczęła się „umpartila” czyli zabawa na całego. W przestronnym gabinecie Ministra, młode sekretarki i inne urzędniczki z jego gabinetu odtańczyły przed nami erotyczny taniec młodocianych kobiet Ding Ding, z rejonu królestwa Ankoli, imitując wizualnie coś w rodzaju ptaków w locie. Jest to jeden z tych erotycznych tańców,  który powinien zwrócić uwagę młodych chłopców na tancerki.

Party w samo południe było nam potrzebne jak „piąte koło u wozu”, jednakże nie mogliśmy odmówić zaproszenia ministrowi. Nie wiem jaki w rzeczywistości skutek odnosi ten taniec na tubylcach płci męskiej, zauważyłem natomiast, że zrobił duże wrażenie na jednym z moich operatorów, niezwykle utalentowanym, również absolwentem „Filmówki”, Jerzym Gościku. Był to niewątpliwie piękny i bardzo seksualny w swoim wyrazie taniec, zwłaszcza w wykonaniu tych młodziutkich, urodziwych urzędniczek. Dla dodania animuszu tancerkom pozostali uczestnicy z ministrem na czele i  oczywiście z nami zafascynowanymi tym tańcem, włączyliśmy się w rytm „Ding Ding Ptaków”. Nam ten taniec jakoś nie bardzo wychodził. Za wyjątkiem operatora Jerzego Gościka, który wokół jednej z sekretarek Wadimy Lakweny wywijał piruety, które bardziej przypominały mi kozacki taniec z Zaporoża z przysiadami, aniżeli ugandyjskiego  Ding-Dinga. Zauważyłem, że w Ugandzie bardziej niż gdzie indziej w Afryce ludzie lubią tańczyć. W prawdziwy zachwyt wprawiał nas widok roztańczonych sekretarek o pięknych i smukłych, a zarazem giętkich i lśniących brązowawą czernią ciał. Operatorowi Jerzemu Gościkowi, rozbiegane oczy „latały”, w lewo i w prawo podążając za coraz to szybszym rozwirowanym ruchem ich bioder, jędrnych piersi i ramion. Miałem nadzieję, że ten spontaniczny seans potrwa krótko i będziemy mogli jeszcze tego samego dnia wyruszyć na zdjęcia. Tymczasem minister, jak się okazało miał dla nas w zanadrzu inne plany. Zaproponował kolejne drinki. W „szampańskim” nastroju, pan minister wpadł na „znakomity” pomysł, sugerując abyśmy my z kolei odtańczyli jakiś polski „Din Ding”. Po krótkiej wymianie zdań o mało nie zdecydowaliśmy się na „zbójnickiego”. Jednak zabrakło nam odwagi oraz wigoru,  nie mówiąc już o tym, że nie mieliśmy do dyspozycji ciupagi. Ze śpiewem na ustach, wybijając rytm klaskaniem w dłonie, w dość koślawy sposób odtańczyliśmy więc Poloneza, mając za partnerki pełne powabu sekretarki. Co mnie mile zaskoczyło, to nasz pan minister, który mając jako akompaniament jedynie nasze przyśpiewki i  mruczando,  włączył się w „Ding Dinga Poloneza”  z ogromnym wyczuciem rytmu i mimo jego tuszy, z lekkością tanecznego kroku. Operator Jerzy Gościk, złapał w swoje objęcia Halimę Lula i wydawało mi się, że tańczy z nią niezupełnie w rytmie Poloneza. Czas mijał, a nasza zabawa się nie kończyła. Minister w coraz to lepszym nastroju, wyszedł z kolejną propozycją, aby zabawić się w jakąś typową polską towarzyską grę. Nic nam nie przychodziło do głowy. W końcu operator dźwięku Zbyszek Wolski, podsunął  nam tak dobrze znany z lat dziecinnych pomysł zabawy w liczenie do 10. Na kogo wypadła dziesiątka, ten musiał solo zaśpiewać, zatańczyć lub zadeklamować. Ogromnie im się ta zabawa spodobała.

Pierwsza osoba, na którą trafiła 10-tka, była bardzo piękna i bardzo młodziutka jedna z sekretarek, Wandina Lakwena. Przez chwilę wiła się jak piskorz, a po chwili, zaśpiewała fragment religijnej pieśni w języku swahili. Nasz operator dźwięku Zbyszek Wolski, jak zwykle w pełnej gotowości do akcji, momentalnie włączył swoją „Nagrę”.

Asante sana Jezu, asante sana  Jezu

Asante sana Jezu moyoni

(Dzięki Ci Jezu z głębi mojego serca)

Si ishi bila wewe, si ishi bila wewe

Si ishi bila wewe moyoni

(Nie mogę Jezu bez Ciebie żyć)

Ninakupenda Jezu, ninakupenda Jezu

Ninakupenda Jezu moyoni

(Ja kocham Cię Jezu w głębi mojego serca)

Moje tłumaczenie nie jest dosłowne i niewątpliwie straciło przez to swoją oryginalną dźwięczność, poetyckość i ludowość. Natomiast w wykonaniu Wandimy, z jej dziewczęcym mezzosopranem, było coś niezwykle wzniosłego. Kiedy skończyła śpiewać, opuściła z zawstydzeniem głowę, a potem podniosła w górę swoje piękne migdałowe oczy, a na jej twarzy pojawił się nieznaczny, ale jakże miły uśmiech. Nagrodziliśmy Wandimę sowicie  oklaskami. Czas mijał. Zabawa trwała już ponad trzy godziny. Pomijając ogromne zmęczenie, po tych długich drinkach, nieźle szumiało nam w głowach. O zdjęciach tego dnia nie było mowy.

______________________________

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. 

Poprzedni odcinek:

https://www.cultureave.com/afryka-lat-60-garden-party-w-bujumburze/

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *