Filmy o architekturze i sztuce

Tadeusz Jaworski

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Mój film o kurach i farmie p.t. „Na kurzej farmie” bardzo się podobał dyrekcji Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi. O kurach niewiele było mowy w filmie, ponieważ metoda Stanisławskiego do nich nie przemawiała, a jajka mimo to każdego ranka znosiły. Natomiast ja, aby zadość uczynić samemu sobie i wyżyć się artystycznie, zaangażowałem słynny już Państwowy Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze”, który w tym czasie był jednym z największych polskich zespołów artystycznych, odwołujących się do tradycji polskiej muzyki i tańca ludowego. Nie miałem z tym trudności, ponieważ znałem osobiście Tadeusza Sygietyńskiego i Mirę Zimińską-Sygietyńską. Kazałem wynająć wozy drabiniaste ze słomianymi siedzeniami i w zaprzęgu białych koni, z brawurą jadących w kawalkadzie na kurzą farmę, pokazałem członków zespołu śpiewających ludową pieśń „Przepióreczka w rytmie mazurka”. Obraz wzbogaciły migające w tle piękne krajobrazy łąk oraz złocistych mieniących się w słońcu kłosów zbóż.

Po tym filmie stanąłem przed dylematem, co robić dalej, czy podjąć realizację filmu „Zimny wychów cielątek” lub filmu „Stonka ziemniaczana”, a być może filmu o rzadkiej pladze w Polsce pt. „Szarańcza”.

Eureka! Wydałem pewnego dnia okrzyk radości z rozwiązania trudnego problemu. Przemknęły mi bowiem przez myśl moje krótkie studia historii sztuki, w czasie których napisałem do „Robotniczej gazety” w Łodzi, esej na temat wybitnego polskiego artysty drugiej połowy XIX wieku, reprezentującego nurt wczesnego ekspresjonizmu i symbolizmu Witolda Wojtkiewicza. Postanowiłem więc podjąć realizację filmów o polskiej sztuce i architekturze. O dziwo administracja oświatówki wyraziła na to zgodę. Nie były to tematy politycznie zagrażające programowej polityce wytwórni. Dano mi więc zielone światło. I tak przez kilka lat „na wygnaniu” poświęciłem się całkowicie temu gatunkowi filmów oświatowych. Zrealizowałem ich ponad dwadzieścia. Między innymi film o malarstwie Witolda Wojtkiewicza, o którym pisałem esej  „W krainie smutnej bajki” (1959 r., scenariusz i reżyseria). Inne filmy z tej serii to „Kazimierz – miasto polskiego renesansu” (1954 r., scenariusz i reżyseria), „Warszawa 1905 roku” (1955 r., reżyseria), „Sandomierz. Miasto na wzgórzach” (1956 r., reżyseria), „Jan Sebastian Bach – Toccata i Fuga d-moll” (1956 r., scenariusz i reżyseria), „Sztuka romańska w Polsce. Kodeks Pułtuski” (1957 r., scenariusz i reżyseria), „Sztuka romańska w Polsce. Drzwi gnieźnieńskie” (1957 r., scenariusz i reżyseria), „Sztuka romańska w Polsce. Strzelno” (1957 r., scenariusz i reżyseria), „Rzeźba Strynkiewicza” (1958 r., reżyseria), „Nasz malarz Orłowski” (1958 r., scenariusz i reżyseria), „’Wojna’ Artura Grottgera” (1958 r., scenariusz i reżyseria), „Zamek w Łańcucie” (1959 r., reżyseria), „Grunwald – 1410 r. Zakon Krzyżacki napada na Polskę” (1959 r., reżyseria).

W planie do filmu o Sandomierzu miałem zdjęcia Bazyliki katedralnej Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Jest to gotycki kościół wzniesiony około 1360 roku, z barokową fasadą i barokowym wnętrzem. W środku znajduje się późnobarokowy ołtarz główny z czarnego inkrustowanego marmuru, rokokowe ołtarze boczne, a także obrazy Karola de Prevota przedstawiające rzeź ludności Sandomierza dokonana przez Tatarów.

Współpracował ze mną przy tym filmie jako autor tekstów, znakomity pisarz i poeta Jarosław Iwaszkiewicz, który zachwycił się urodą tego miasta. Nie miałem wątpliwości, że wielki pisarz, od lat związany uczuciowo z Sandomierzem, zna sandomierskiego biskupa, od którego musiałem uzyskać zgodę na robienie zdjęć katedry i jej wnętrza.

– Panie Jarosławie – spytałem go – czy nie mógłby pan porozmawiać z biskupem w sprawie zezwolenia na zdjęcia w katedrze?

Na co pan Jarosław uśmiechnął się i powiedział – ja jestem ostatnim człowiekiem, który może wstawić się w tej sprawie u biskupa.

– Dlaczego? – zapytałem zdumiony.

– W swoim czasie napisałem opowiadanie, w którym wprawdzie nie po nazwisku, ale po tytule, niezbyt pochlebnie się o nim wyraziłem.

Poszedłem więc sam do biskupa i o dziwo zezwolenie dostaliśmy.

Jarosław Iwaszkiewicz opowiedział mi, że biskup ma przyjaciela, białego jak śnieg psa – szpica, którego uwielbia i z którym się nie rozstaje. Postanowiłem to wykorzystać.

W filmie jest scena, w której do sandomierskiej wioski na spotkanie z wiernymi przyjeżdża biskup swoim Cadillakiem. Na skraju wioski czeka na ekscelencję delegacja chłopów, bryczka w zaprzęgu z parą koni oraz kilku chłopów w siodłach na koniach. Chłopi zapraszają biskupa do zajęcia miejsca w bryczce. Biskup nie za bardzo chce się przesiąść, ale w końcu pod presją zajmuje wskazane mu miejsce, a samochód z szoferem wysyła do wioski pod kościół, gdzie czekają na niego zgromadzeni ludzie. Oczywiście samochód zjawia się wcześniej niż bryczka z biskupem. Tłum czeka w napięciu, lecz biskup nie wysiada. Dwóch chłopów, nieco pochylonych, wolnym krokiem podchodzi dyskretnie do samochodu i próbują przez szybę zajrzeć do środka.

W samochodzie na tylnym siedzeniu siedzi biały szpic, z czerwoną kokardą. Jeden z chłopów podnosi się i mówi do drugiego – wisz Józiek, gdyby nie ta przenajświętsza czerwona kokarda, to bym pomyślał, że to pies.

Rękopis scenariusza  napisany przez Jarosława Iwaszkiewicza, w oryginalnej wersji z poprawkami, przekazałem do archiwum Biblioteki Narodowej Warszawie. Tekst ten jest unikalny, również dlatego, że zawarta była w nim ogromna miłość autora do tego „małego Rzymu”, czyli Sandomierza – miasta na wzgórzach.

Filmy o sztuce i architekturze zostały bardzo dobrze przyjęte przez krytykę, a nawet przez władze kinematografii. Wiele z nich trafiło na międzynarodowe festiwale filmowe i przyniosły polskiej kinematografii szereg nagród.

Z niewiadomych mi powodów niewinny politycznie film „Jan Sebastian Bach – Toccata i Fuga d-moll” na organy oliwskie, stał się „kością w gardle”, nie tylko naszych własnych specjalistów od linii marksistowsko-leninowskiej, ale również i dyrekcji programowej wschodnio niemieckiej wytworni filmowej „Defa”, mieszczącej się w Babelsbergu pod Berlinem. Moje filmy o sztuce i architekturze były w ten czy inny sposób związane z obiektami sakralnymi. Dziwną wydała mi się więc ta polityczna nagonka na organy oliwskie i muzykę J. S. Bacha.   Naczelny redaktor wytworni niejaki Enderlein i dyrektor programowy Karl Gass, zaatakowali mnie na międzynarodowej konferencji filmowej oraz w prasie oskarżając mnie, że poprzez ten niewinny film prowokuję …trzecią wojnę światową. Nie mam i nigdy nie miałem nic przeciwko analizie i ocenie dobrych czy złych stron wartości utworu, obojętnie czy był to film, teatr, muzyka czy literatura. Wykazywanie braków czy niedociągnięć naszej pracy jest niezbędna i pomaga nam w unikaniu podobnych błędów w przyszłości.  Ale ten jadowity i irracjonalny atak na mnie miał w sobie polityczno-ideologiczne symptomy. Karl Gass, „znawca” filmu i muzyki, uważał, że odszedłem od socjalistycznego realizmu. Nawiasem mówiąc, nigdy nie miałem go w moim repertuarze, a wręcz przeciwnie, przy każdej nadarzającej się okazji jawnie przeciwko niemu występowałem, nie zwracając uwagi na konsekwencje jakie mnie czekały. Reżyser Aleksander Razumny, uważający się za ojca sowieckiej kinematografii, będąc bardziej „tolerancyjnym i ugodowym” podsuwał mi myśl powrotu na jedyną i słuszną drogę realizmu socjalistycznego oraz  przeprowadzenie samokrytyki, w celu  zrozumienia  błędów i wypaczeń, jakich się dopuściłem tym „abstrakcyjnym i formalistycznym” filmem o Bachu i oliwskich organach, próbując odwrócić uwagę widza od idei komunistycznych, występując przeciwko filozofii marksistowsko-leninowskiej, rzucając przy tym społeczeństwo na „kolana” przed ołtarzem Boga (sic!). Bez pół litra Wyborowej trudno byłoby na to znaleźć mądra odpowiedź, opartą na zasadach poprawnego myślenia.  Bo gdzie Rzym a gdzie Krym, a zarzut, że J. S. Bach nigdy nie pisał muzyki na użytek kościoła był absurdalny i świadczący o tym do jakiego stopnia można stać się skorumpowanym dogmatykiem. Nie omieszkałem zatem publicznie na konferencji, a także w naszej prasie odpowiedzieć na atak dyrektora artystycznego Karla Gassa i jego współpracowników z Defy. Jerzy (Jurek) Kasprzycki z „Życia Warszawy”, świetnie tę sprawę skwitował w krótkim, ironicznym i bez zamaskowanej drwiny oświadczeniu: „aresztować Jaworskiego… nareszcie dowiedzieliśmy się kto prowadzi do trzeciej wojny światowej. Sprawa jest nie skomplikowana i jedyna to droga do uniknięcia wojny!”

Film o katedrze oliwskiej, która głównie słynie ze wspaniałych rokokowych organów składających się z 7 876 piszczałek, które są znane na całym świecie, był filmową poetycką impresją. Prospekt organów zdobi niezwykle bogata snycerska dekoracja z 25 figurami muzykujących aniołów, które w czasie grania utworu muzycznego grają na trąbkach z ruchomymi rękoma i instrumentami w rękach, a niektóre trzymają również w rękach dzwonki. Jest tu również Dawid i Święta Cecylia, słońce oraz wirujące gwiazdy. Potęga dźwięku, monumentalny wygląd i ruchome elementy organów, wyławiane w rytmie muzyki Bacha ostrym kolistym i ruchomym światłem wywoływały fantastyczne wrażenie. Jeśli włączy się do tego około 500 piszczałek stanowiących wystrój prospektów i oryginalną bogatą multi klawiaturę, muzyka z nich płynąca jest prawdziwie „Boska”, zwłaszcza, że wykonawcą w moim filmie był znakomity, młody organista Jan Janca, który pochodził z Gdańska i był uważany w Europie za jednego z najlepszych ówczesnych organistów. Jeśli się nie mylę, był on uczniem znakomitego pedagoga profesora Bronisława Rutkowskiego. Kilka lat później dowiedziałem się, że Jan Janca dostał zagraniczne stypendium i wyemigrował do Zachodnich Niemiec na zawsze.

 

Po roku 1956 przyszła odwilż. Zostałem zrehabilitowany i z powrotem przeniesiony do Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie przy Chełmskiej 21.

Paradoks sytuacji związanej z filmem, za który byłem tak atakowany, polega na tym, że w czasie odwilży prymas Stefan Wyszyński zwrócił się do władz kinematografii polskiej z zapytaniem, czy istnieją jakieś filmy związane ze sztuką i architekturą natury religijnej. Ciągle ta sama władza kinematografii zerwała się ze swoich foteli i zawiadomiła Kurię przy ulicy Miodowej w Warszawie, że mają szereg filmów tego typu w reżyserii Tadeusza Jaworskiego i sugerują zobaczenie filmu „Jan Sebastian Bach – Toccata i Fuga d-moll”, zrealizowanego we wnętrzach przepięknej katedry, ufundowanej ponad 800 lat temu, która łączy w sobie style od romańskiego, poprzez gotyk do barokowego. 

Tak więc ten „zbrodniczy” film, tak napiętnowany przez partię, został zasugerowany prymasowi Wyszyńskiemu, aby go obejrzał. Na pokaz w Kurii zaproszono mnie oraz dyrektora wytwórni i jego zastępcę. W auli zainstalowano ekran oraz dostarczono projektor. W projekcji uczestniczyli prymas Stefan Wyszyński, kardynał Baziak z Poznania, biskup Kominek oraz wielu biskupów i arcybiskupów kościelnej hierarchii. Po projekcji filmu prymas Stefan Wyszyński, siedzący w pierwszym rzędzie, po hucznych oklaskach wstał i podszedł do mnie. Skłoniłem przed nim głowę i wówczas prymas pocałował mnie w czoło. W tym samym momencie zerwali się z krzeseł dwaj partyjni bonzowie – dyrektorzy wytwórni i podskoczyli jak na komendę w stronę prymasa. Padli na kolana i zaczęli obcałowywać prymasowi ręce, widocznie nie wiedząc o tym, że całuje się nie ręce, a pierścień na palcu.

Tak się zaczął mój „romans” z hierarchią kościoła. Z inicjatywy prymasa zostałem nadwornym filmowcem polskiej Kurii. WFDiF w ramach „przyjaźni” z Kurią i prymasem oddelegowała mnie i moją ekipę do pracy dla Kurii. Wraz z „ciocią” Różą hrabiną Siemieńską-Lewicką z domu Plater-Zyberk, która była jedną z „ósemek”, w gwardii przybocznej prymasa, jezuitą o. Superiorem Kazimierzem Chudym oraz moją ekipą filmową zrealizowaliśmy pełnometrażowy film „Peregrynacja Matki Boskiej Częstochowskiej”, tzw. Czarnej Madonny.

W związku z tą produkcją, asystując prymasowi w peregrynacji, poznałem wielu arcybiskupów, biskupów, zakonników i księży parafialnych. Jak się zjawiałem nawet w najmniejszej parafii, proboszcz witał mnie słowami „O! pan Tadeusz! Po zakończeniu tego filmu prymas zaproponował mi, abym został dyrektorem pierwszej katolickiej wytwórni filmowej. Skończyły się moje tymczasowe starania o mieszkanie w Warszawie, ponieważ moją siedzibą stała się Jasna Góra, cela nr. 6, skąd prowadziłem dalsze prace nad ewentualnymi przyszłymi filmami. Prymas sugerował, aby rozpocząć od pełnometrażowego filmu „Potop” według powieści Henryka Sienkiewicza. W swoich „Zapiskach więziennych” pisanych w klasztorze O.O. Franciszkanów w Prudniku, prymas odnotował, że czytając „Potop” uświadomił sobie, jak przebywa blisko  miejsc z powieści, gdzie król Jan Kazimierz wraz z prymasem Andrzejem Leszczyńskim radzili, jak ratować Polskę, blisko Jasnej Góry, której obronę Sienkiewicz tak obrazowo opisał.

Wkrótce jednak nadzieje na odwilż okazały się płonne, Władysław Gomółka zaczął przykręcać śrubę i UB przepędziło nas z Jasnej Góry na „cztery wiatry”.

Wróciłem do Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych na Chełmską 21 i pracowałem tam jako reżyser i autor scenariuszy do 1968 roku. Po powrocie zrealizowałem sentymentalną opowieść „Ulica Chmielna” próbując stworzyć atmosferę taką, jaką cieszyła się przed wojną. Powstały też takie filmy jak „Pogodne lato” – próba dokumentu połączonego z fabułą, nagrywanego na Kaszubach (1956 r., scenariusz i reżyseria), „Warszawskie Łazienki” (1959 r., reżyseria) czy „Gdzieś w Warszawie (1961 r., scenariusz i reżyseria).

Nakręciłem też film o Bułacie Okudżawie pt. „Okudżawa”. Ten rosyjski bard przyjechał do Warszawy z żoną jako gość. Zaproponowałem mu film. Lokacją były Warszawskie Łazienki. Potajemnie nagraliśmy szereg jego wspaniałych ballad i piosenek, nie zawiadamiając sowieckiej ambasady, która by z pewnością nie wyraziła zgody.

Podjąłem też pracę nad filmem, który zbliżał się do dokudramy „Trzecia strona rampy” (1961 r., scenariusz i reżyseria). Był to film o emerytowanych, wiekowych aktorach i aktorkach, w domu aktora w Skolimowie. Sam temat był wzruszający i dramatyczny. Dotyczył codziennych, małych i dużych personalnych problemów, dotykających tych, którzy kiedyś byli luminarzami polskiej sceny, a teraz zostało im jedynie czekać na tę ostatnią chwilę.

___________

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Dalszy ciąg wspomnień ukaże się w poniedziałek 5 listopada 2018 r.

Tadeusz Jaworski na Culture Avenue:

http://www.cultureave.com/tadeusz-jaworski-filmowa-wedrowka-przez-zycie/

http://www.cultureave.com/filmowa-podroz-przez-zycie-korzenie/

http://www.cultureave.com/filmowa-wedrowka-przez-zycie-przedwojenny-czortkow-na-podolu/

http://www.cultureave.com/filmowa-wedrowka-przez-zycie-wojna-i-nowa-tozsamosc/

http://www.cultureave.com/wojna-bulan-i-rzez-na-wolyniu/

http://www.cultureave.com/polska-armia-w-zwiazku-radzieckim-powstanie-warszawskie/

http://www.cultureave.com/dostrzec-piekno-czlowieka-tadeusz-jaworski-1926-2017/

http://www.cultureave.com/filmowa-wedrowka-przez-zycie-praca-w-wytworni-filmow-dokumentalnych-w-warszawie-zwolnienie-i-wyjazd-na-banicje-do-lodzi/

 

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *