“Fuzzy-Wuzzy” plemię ze wzgórz Morza Czerwonego

„Fuzzy-Wuzzy”, Port Sudan, fot. D.P. Chryssides
Afryka lat 60.

Tadeusz Jaworski (1926-2017)

Wybór, opracowanie tekstu i redakcja Joanna Sokołowska-Gwizdka

Mieliśmy do wyboru dwie alternatywy udania się do Egiptu. Obie bardzo trudne, każda z innego powodu. Musiałem podjąć decyzję możliwie szybko, ponieważ czas naglił. Pierwszą alternatywą była bardzo niebezpieczna droga, przez góry wzdłuż Morza Czerwonego, zamieszkałe przez tubylców z plemienia Beja Hadendowa (Hadendoa), tak zwanych „Fuzzy-Wuzzy”, do Portu Sudan, Drugą alternatywą była droga na północ przez Wadi Halfę. Mimo, że wybrałem drogę na północ, to od dawna miałem zamiar nakręcić kilka sekwencji na temat „Fuzzy-Wuzzy”. Stąd też po zrealizowaniu materiału filmowego dla ONZ/WHO p.t. „Operacja Beheira” w rejonie Atbary, podjąłem dość niebezpieczną decyzję udania się w góry Morza Czerwonego, do wiosek zamieszkałych przez koczownicze plemię „Fuzzy-Wuzzy”. Mogła to być niezwykła okazja, aby nakręcić sekwencje, bądź epizod o „Fuzzy-Wuzzy” i włączyć go do mojego pełnometrażowego filmu „Zmierzch czarowników”. O tym nie-arabskim plemieniu wojowników Beja, walczącym w XIX wieku, po stronie sudańskich Mahdistow, napisał i rozsławił na cały świat  Rudyard Kipling. Opisał ich bitewne umiejętności – brawurę i dzielność oraz specyficzne długie włosy spływające na ramiona. „Fuzzy-Wuzzy” do dziś są uważani za jedno z najdzikszych i nieustraszonych plemion nomadycznych w Afryce, którzy walczyli przeciw wojskom angielsko-egipskim, przy pomocy długich i szerokich mieczy zwanych „kaskara”, łuków z ostrymi i długimi strzałami oraz karabinów z bagnetami i z obronnymi tarczami ze skóry hipopotamów. Byli postrachem wojsk przeciwnika z powodu ekstremalnej brutalności wobec wrogów. Nie tylko zabijali, ale też ćwiartowali ciała, kastrowali i kolekcjonowali jądra poległych przeciwników, jako dowód swojej dzielności. Ilość zasuszonych jąder, nanizanych na sznurki jako naszyjniki, odgrywała ogromną rolę w wyborze żony.

Z „duszą na ramieniu”, udaliśmy się w drogę. Obraliśmy kierunek na północny wschód w stronę Morza Czerwonego, przez piaszczysto-kamienistą Pustynię Nubijską, która jest częścią ogromnej pustyni Sahara. Droga, jedyna jaka wówczas tam istniała, okazała się być bardzo trudna, tak że po kilkudziesięciu kilometrach mieliśmy zamiar wrócić z powrotem do Atbary i zrezygnować z epizodu o „Fuzzy-Wuzzy”. Około 400 kilometrów „tarki” i wybojów, dało się nam dobrze we znaki. W końcu pojawiły się przed nami tereny górzyste, pełne dolin i wąwozów. Powietrze stało się znośne, dość chłodne i suche, w porównaniu z powietrzem w Atbarze. Wzgórza, które mijaliśmy oraz doliny i wąwozy, nagie, skaliste, w kolorze czerwono-brązowym, pozbawione roślinności obszary pustynne, a także skalne uskoki wyglądały jakby zniszczyła je naturalna erozja. Jedynie w dolinach na skraju kamienistej pustyni od czasu do czasu pojawiała się zieleń traw i krzaków, karłowatych drzew oraz uschniętych akacji. Przed nami na skraju ni to drogi ni to szerokiej ścieżki po prawej stronie, ukazała się duża, biała tablica z czarnymi napisami po arabsku i po angielsku. Zatrzymaliśmy się. Była na niej informacja, z której wynikało, że kontynuowanie dalszej podróży po zmierzchu jest niebezpieczne i wobec tego zabronione. Niebezpieczne z powodu dzikich zwierząt? Czy dzikich ludzi? Staliśmy przez jakiś czas zastanawiając się co robić.

Sahara, fot. TuendeBede z Pixabay  

Nagle, zupełnie niespodziewanie, na horyzoncie zjawił się w obłoku rdzawego koloru kurzu wojskowy jeep. Był to dwuosobowy patrol sudańskiej policji. Na szczęście mieliśmy ze sobą naszych dwóch przewodników – Ahmada Mansoura i Ali Kouhra. Zaczęła się między nimi ożywiona dyskusja w języku arabskim, z której oczywiście nie rozumieliśmy ani słowa. Nieco mnie to zaniepokoiło, ponieważ obawiałem się, że za chwilę każą nam zawrócić z powrotem do Atbary i nasza wyprawa do „Fuzzy-Wuzzy” okaże się nadaremna. Jednakże po kilku minutach dyskusji policjanci odjechali, zostawiając nas na kamienistej pustyni pod tą ostrzegawczą tablicą. Dopiero w tym momencie przyszło nam do głowy, że być może nasi przewodnicy przydzieleni nam do pomocy, są zakamuflowanymi agentami z urzędu ochrony, dzięki którym mieliśmy wszędzie otwarte drzwi i lokalną pomoc. Ali i Ahmed poinformowali nas, że możemy zatrzymać się na noc w miejscu, w którym stoimy. Ustawiliśmy więc nasze namioty, zjedliśmy skromną kolację, składająca się z suchego prowiantu. Zebraliśmy szybko suchy chrust i gałązki i za chwilę na małym ogniu zagotowaliśmy wodę na herbatę. Noc przeszła spokojnie. Wczesnym rankiem kiedy pojawiła się na horyzoncie „tarcza” słońca, krajobraz wyglądał jak z bajki. Początkowo żółtawa, a po chwili coraz bardziej czerwieniejąca, przybierająca jakby zamglony kolor jaskrawo-żółty, oświetlała pustynne kamienie, raz to jasnymi, a raz cienistymi kolorami. Po podobnym, jak wczorajsza „kolacja” śniadaniu, zwinęliśmy obozowisko i ruszyliśmy w dalszą drogę. Krajobraz przed nami, który wolno zostawialiśmy za sobą, stawał się raczej smutny. Zerodowane skały, których wierzchołki sterczały ku niebu, tu i ówdzie drobny wapienny kamień oraz piasek. W miejscu, gdzie zastała je śmierć, leżały porozrzucane na piasku zasuszone resztki padliny wielbłądów, kóz i baranów. Od czasu do czasu mijaliśmy piaski pustyni, aby znowu natrafić na wapienne skały. Przed nami pojawiały się pomieszane ze sobą raz to wzgórza, a raz doliny, obszary pustynne, gdzie piasek i skruszone skały przypominające szuter, były w ciągu dnia tak rozgrzane, że byłoby niebezpiecznie po nich stąpać boso, ponieważ można było by sobie poparzyć na nich stopy. Mimo, że na początku naszej podroży wydawało mi się, że jest tu chłodniej niż w innych częściach Sudanu, szczególnie w rejonie Atbary, powietrze typowe dla pustyni było bardzo gorące, dochodząc w ciągu dnia do 45 stopni Celsjusza. Wiaterek, który zawiał od czasu do czasu, nie przynosił najmniejszej ulgi. Pustynny pył zatykał nam gardła i nosy. Noc była raczej chłodnawa. Te skoki temperatury dawały się nam dobrze we znaki. W ciągu dnia chciałoby się z siebie zrzucić wszystko co mieliśmy na sobie i chodzić nago, a w nocy przykrywaliśmy się kocami. Wyobrażałem sobie, że życie tych ludzi z plemienia Beja Hadendowa, znanych jako „Fuzzy-Wuzzy” o silnych charakterach, na co dzień musi być bardzo trudne.

Na horyzoncie, na skraju wzgórza wolnym krokiem szły sznurkiem objuczone wielbłądy. Mimo, że któregoś dnia na jarmarku w jednym z małych miasteczek w Sudanie, stojąc z tylu za jednym z nich, nagle zostałem oblany strumieniem cieplej uryny, miałem zawsze dla tych wspaniałych zwierząt emocjonalne uczucie i respekt, za ich lojalność w stosunku do właścicieli, ich niezwykłą wytrzymałość w tym nielitościwym pustynnym klimacie, ich niezwykłą cierpliwość, jak również ich pożytek. Z pewnej odległości miałem złudzenie, że jeden drugiego trzyma za ogon, tworząc nieprzerwaną ciemną linię na horyzoncie.

Przed nami zobaczyliśmy w końcu coś, co nazwałbym bardziej namiotami niż typowymi chatami,  przypominającymi duży tymczasowy biwak. Nie była to typowa wieś czy osada z zabudowaniami i uliczkami. Jak się później okazało z rozmowy z „Sheikiem”, w czasie naszego pobytu dowiedziałem się, że w może dwa lub trzy kilometry od tej osady, są inne podobne miejscowości, zamieszkałe przez inne klany. Wiedzieliśmy, że tubylcy plemienia Hadendowa w stosunku do obcych przybyszów, a szczególnie białych, nastawieni są wrogo, a nawet mogą być niebezpieczni.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy wojowników „Fuzzy-Wuzzy” w ich pełnym rynsztunku, Ali – mój przewodnik powiedzial – Tad, look at them, these are the most fearless worriers in Africa even today… they can kill you without little compassion, like you’ll kill a fly. Nie była to dla mnie nowość, bo wiele już na ich temat przeczytałem, nie mniej jednak, mimo że było diablo gorąco, ok. 50 stopni Celsjusza, poczułem na ciele obficie spływający zimny pot.

„Fuzzy-Wuzzy” prowadzą koczownicze, bądź pół koczownicze życie. Większość tubylców, którzy pozostali pasterzami – koczownikami, żyją tam gdzie znajdą trawę dla swojego bydła, cechuje wrogość w stosunku do obcych, która jest w pewnym sensie ich samoobroną przed cywilizacją, obojętnie jakiego rodzaju ta cywilizacja by nie była. Obawiają się, że może ona naruszyć, a nawet zagrozić ich stylowi życia, ich tradycji, kulturze i niezwykle dla nich ważnym – utrzymaniu języka.

„Fuzzy-Woozy” do dziś utrzymują tradycję nie obcinania włosów, formują je w stylu „afro”, a więc ich włosy są długie, puszyste, sięgające do ramion i nasączone baranim tłuszczem. Jako ubranie służy im coś na kształt długiego białego w kolorze uszytego z bawełny „płaszcza” bez rękawów. Nawet obecnie w swoich osadach na co dzień, na wszelki wypadek chodzą uzbrojeni w noże i miecze, bardzo podobne do tych jakimi posługiwali się krzyżowcy na Bliskim Wschodzie. Czują się bezpiecznie wyłącznie w gronie swojej najbliższej rodziny, bądź bardzo zaufanych i wypróbowanych przyjaciół. Jeśli zaś chodzi o pozostałych ludzi, to traktują ich z podejrzliwością, widząc w nich potencjalnych wrogów. Stąd też zapewne unikają wszelkich kontaktów ze światem. Ich chaty są raczej niskie, zbudowane z liści palmowych, nasyconych jakimś aromatycznym zapachem, który przypomniał mi zapach kadzidła.. Pośrodku ustawione są dwa slupy z półkolistymi żebrami, pokrytymi liśćmi palm. Górna część, a więc „sufit”, pokryty jest szmatami, a ściany wyłożone kocami zrobionymi z włosów kóz.

Wojownik „Fuzzy-Wuzzy”, ok. 1921 r., fot. http://www.dspace.cam.ac.uk/handle/1810/1339

Zaskakująca była dla mnie informacja „Sheika”, że zbudowanie takiej „chaty” i jej utrzymanie w porządku jest wyłącznym obowiązkiem kobiety. To kobiety, a nie mężczyźni je budują. Dowiedziałem się również, że istnieje tu specjalny rytuał kąpieli przysługujący wyłącznie kobietom, polegający na tym, że palą one drzewny węgiel zmieszany z jakimiś wonnymi kadzidłami, który nazywają tu „dymną kąpielą”. Niestety, z wiadomych powodów nie udało nam się zobaczyć tego unikalnego rytuału. Niemniej z tego co udało mi się dowiedzieć od „Sheika”, dzięki naszym przewodnikom, zapach drzewnego węgla zmieszany z kadzidłem, jest niezwykle przyjemny. Prawdę mówiąc przebywając wśród kobiet „Fuzzy-Wuzzy”, tych ponoć przyjemnych zapachów z dymnych kąpieli nie wyczułem.

Żonaci mężczyźni śpią w chatach  na jednym drewnianym łóżku pokrytym matami zrobionymi z trawy, wraz ze swoimi żonami oraz dziećmi, których wiek nie może przekroczyć siedmiu lat. Nie-żonaci wojownicy śpią na skraju obozowiska, na ziemi, tuż za obrębem osiedla. Klany składają się z kilku, lub kilkunastu rodzin. Nasz klan, gdzie zamierzałem zrobić materiał filmowy, należał chyba do większych, ponieważ składał się z co najmniej kilkunastu rodzin. Z tego co zdołałem się dowiedzieć od „Shejka”, małżeństwa zawierane są wewnątrz klanu, a najbardziej pożądanym związkiem, jest małżeństwo pomiędzy najbliższym kuzynostwem. W czasie rozmów, chcąc uzyskać jak najwięcej informacji z życia mieszkańców tej osady, dowiedziałem się, że zarówno chłopców, jak i dziewczęta poddaje rytualnemu obrzezaniu. Dla dziewcząt jest to nieludzkie i ekstremalnie bolesne okaleczenie ciała – wycięcie łechtaczki, aby pozbawić przyszłą kobietę przyjemności życia seksualnego.

Mężczyźni wyprowadzają swoje domowe bydło oraz wielbłądy do miejsc, gdzie znajdą dla nich pastwiska świeżej trawy. Do nich należy też zaopatrzenie w żywność całego klanu oraz ochrona ich kobiet. Kobiety, jak już wspominałem, mają obowiązek budowania chatek, wykonują też wszelkie prace domowe, rodzą i wychowują dzieci oraz gotują posiłki dla mężczyzn. Godzinami w ciągu dnia tłuką i miażdżą na płaskich kamieniach ziarna oraz przygotowują je zakwaszone, po czym mieszają i spożywają w formie kleiku. Poza takim kleikiem ich głównym pożywieniem są produkty mleczne, mięso wielbłądów, kóz i baranów oraz tak zwany „sorghum”. Roślina ta rośnie tu jak trawa, niejednokrotnie do wysokości 2 metrów, a jej nasiona przypominają kaszę. Mężczyznom nie wolno gotować, ponieważ według ich zwyczaju i niepisanego moralnego prawa, ta czynność przynosi haniebny wstyd. Takie samo tabu odnosi się również do budowy ich chatek-namiotów. Natomiast ku naszemu zdziwieniu dojenie krów, kóz i wielbłądów jest obowiązkiem mężczyzn. Nie tylko dojenie, ale także wydzielanie odpowiednich porcji mleka kobietom. Tego typu zwyczajów jak dotąd nie spotkałem wśród innych plemion afrykańskich.

Zaprezentowano nam też ich tańce. Szczególnie jeden z nich bardzo mi się podobał, mimo, że był „dziki” i bardzo głośny, gdyż towarzyszył mu wojenny śpiew, szalony wyraz  wirujących twarzy oraz dźwięk bębnów i tam-tamów. Mimo surowości w dźwiękach i rytmie, taniec ten był zachwycająco piękny. Było w nich życie tych ludzi, jakby ujęte w ramkę czegoś chwilowego, lecz niezwykle doniosłego.

Panuje wśród „Fuzzy Wuzzy”, dość szczególny system rządzenia w obrębie klanu. Każdy z wojowników plemienia może być wybrany na „Sheika”, jeśli cieszy się wśród swojego klanu dobrą reputacją, mądrością i gościnnością. Zauważyłem, że szczególnie „Sheik” pilnował, abyśmy będąc ich gośćmi mieli wszystko co nam potrzeba, łącznie z posiłkami. „Fuzzy-Wuzzy” zrobili na nas wrażenie ludzi honorowych, a jednocześnie skromnych, oczywiście do momentu, kiedy ktoś im w taki czy inny sposób nie zagrozi. Wówczas potrafią być okrutni i dzicy. Widocznie jest to sprawa atawistyczna sięgająca wojen, szczególnie w okresie Mahdiego, kiedy ich przodkowie Derwisze, stanowiący główny człon armii buntowników, byli znani z okrucieństwa i barbarzyńskich aktów na poległych przeciwnikach. W Afryce uważa się ich za najbardziej okrutne i nieodpowiedzialne za swoje czyny plemię. Jako relikt przeszłości, udało mi się od „Sheika” kupić dwa noże używane do kastracji wrogów, a które do tej pory wisząc na ścianie w naszym domu, przypominają mi zawsze „Fuzzy-Wuzzy”, ze Wzgórz Morza Czerwonego.

„Fuzzy-Wuzzy” obserwowali nas swoimi charakterystycznymi dzikimi, świdrującymi oczami, które wywoływały we mnie zawsze strach. Wojownicy za wyjątkiem „Sheika” robili wrażenie nieufnych, mimo to stwarzali pozory życzliwości. Za przyjaciół uważali wyłącznie najbliższą rodzinę, jak również członków tego samego klanu. Innych, obcych z innego świata, a nawet członków innego klanu „Fuzzy-Wuzzy”, traktują jako potencjalnych wrogów. 

Wierzą zabobonnie w czarną magię i fanatycznie  boja się „złego oka”, ponieważ zły duch, jak powiadają, może przynieść im choroby, nieszczęśliwe wypadki, a nawet pomieszanie zmysłów. Mimo,  że sprawiają wrażenie ludzi dzikich i nieokrzesanych oraz nieodpowiedzialnych za swoje czyny, przedkładam ich ponad „cywilizowanych” Arabów, którzy uważają „Fuzzy-Wuzzy”, za dzicz i aberrację współczesnego świata. Z mojej obserwacji Arabowie reprezentujący „lumpen proletariat” Chartumu czy Omdurmanu, są bardziej nieokrzesani i dzicy aniżeli „Fuzzy-Wuzzy” – analfabeci, nie mający żadnego kontaktu ze światem. Mają za to własne silnie rozwinięte normy postępowania i honor. 


Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego, reżysera-dokumentalisty z Toronto ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Poprzednie odcinki:

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *