Hebanowa twarz Afryki. Z Konga przez Rwandę do Burundi.

Tadeusz Jaworski

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

W Rwandzie i Burundii, jak również we wschodniej części Konga w rejonie Bukavu, toczyła się wojna domowa. Rozważając więc szereg alternatyw dostania się z Konga, przez Rwandę do Burundi, miałem do wyboru albo zrezygnować z jazdy przez ogarnięte bratobójczą wojną tereny, albo przeczekać i wykorzystać jeden z dogodnych momentów chwilowego zawieszenia broni  i wówczas ruszyć w drogę, gdzie grasowały regularne wojska rwandyjskie, kongijskie, partyzanci w mundurach wojskowych, dezerterzy różnych armii, a także zwyczajni rabusie. Trudno było się zorientować, kto jest kto i jakie ma zamiary. Wczesnym rankiem, tuż po wschodzie słońca, kiedy powietrze było jeszcze rześkie, ruszyliśmy w nieznaną drogę, pełni nadziei, że nie spotka nas żadne niebezpieczeństwo. Gdybym powiedział, że byliśmy w dobrej kondycji fizycznej i wypoczęci, to bym skłamał.

Droga na południe była uciążliwa i do tego spiekota i ogromna wilgotność powietrza. Po drodze mimo, że byliśmy ciągle  w Kongo, w wioskach i osadach spotykaliśmy tubylców, z plemienia  kongijskich Tutsi i Hutu. Sfatygowana pełna wyboi i dziur asfaltowa ulica prowadząca w stronę rogatek miasta, szybko pozostała za nami, zamieniając się w drogę o powierzchni brunatnoczerwonej boksytowej ziemi. Za nami unosił się gęsty czerwonawy obłok boksytowego kurzu, przesłaniający sylwetkę miasta. Droga ta przypominała blaszaną tarkę do prania, trzęsło więc nami tak, że żołądki podchodzily nam do gardeł. Nasz oddany przyjaciel i przewodnik Tom Bwangi, podskakując na siedzeniu rzucany w prawo i w lewo, prostowal się jak mógł.

Siedząc z kolanami pod brodą, przypomniałem sobie sekwencję ze znakomitego francuskiego filmu reżyserowanego przez Henri-Georges’a Clouzota „Cena strachu”, którego akcja toczy sie w poludniowej Ameryce, ze świetną obsadą aktorską – Yves Montand, Charles Vanel, Peter van Eyck i Folco Lulli. Bohaterowie wiozą cysterny pełne nitrogliceryny, ktore mają dostarczyć w celu ugaszenia płonącej rafinerii. Aby uniknąć wybuchu nitrogliceryny na tej  drodze jak „tarka”, kierowcy przyspieszyli, dzięki czemu mogli uniknąć silnych i gwałtownych wstrząsów. Wprawdzie my nie mieliśmy ze sobą nitrogliceryny niemniej, kierowany tym filmem, podsunąłem Tomowi pomysł, aby zwiększył szybkość jazdy. I rzeczywiście bardzo nam to pomogło. Rekompensatą tej niezbyt komfortowej jazdy, były cudowne podgórskie krajobrazy, poryte głębokimi i stromymi wąwozami, za którymi rysowały się szczyty bardzo wysokich gór Wirunga, sięgających od 2000-3000 m. Droga była zupełnie pusta. Wokół panowała cisza. Słychać było tylko ciężkie ”sapanie” samochodowych silników.

Dla urozmaicenia sobie czasu zaczęliśmy podśpiewywać, stare przedwojenne piosenki z repertuaru Mieczysława Foga. Dlaczego Foga, tego nie wiem. Ale śpiewając „Jedyne serce  matki”,  tu, z dala od domu, w sercu Afryki, z oczu leciały nam łzy.  „Ta ostatnia niedziela” okazała się naszym przebojem  mimo, że nikt z nas nie miał zamiaru strzelić sobie przy tej okazji w łeb. W zamian za to niemiłosiernie fałszowaliśmy. Zwłaszcza ja. Do tego stopnia rozlegało się po drodze nasze wycie, że po obu stronach drogi nie można było zauważyć żadnych dzikich zwierząt. Wystraszone naszym „śpiewem”, skryły się zpewne w gąszczu traw, obserwując nas z daleka.

Nasza idylliczna, niczym nie zmącona podróż, poza tą okropną, drogową „tarką”, została raptownie przerwana, podobnie jak nasz radosny i sielankowy śpiew. Na boksytowej drodze leżała rozpięta na ziemi żelazna bariera z ostrymi zębami, a z przydrożnych krzaków wyskoczyła uzbrojona, dość pokaźna grupa żołnierzy, z kilkoma „oficerami” na czele. Nie wiedzieliśmy czy byli to żołnierze regularnej armii, partyzanci, czy też zwyczajni poprzebierani rabusie. Z Rwandy, Burundi czy z Konga? Byli w kamuflażowych mundurach, a na hełmach mieli przymocowane prawie całe zielone krzaki. Za pasami też mieli wpięte gałęzie. Przypominali żołnierzy północnowietnamskiej armii, których często oglądaliśmy w Kronice Filmowej. Wyglądali jak zielone drzewka, spoza których wyzierały groźne, hebanowe  twarze. Już sam ich wygląd spowodował, że zjeżyły nam się włosy na głowie. Zatrzymali nas nie znoszącym sprzeciwu gestem, otaczając jednocześnie nasze samochody. Radzieckie karabiny kałasznikowy były wycelowane prosto w naszą stronę. Krzycząc dano nam rozkaz opuszczenia samochodów i wyjścia na zewnątrz z podniesionymi wysoko do góry rękoma. Sytuacja przedstawiała się niezbyt optymistycznie. Ręce mi nieco opadały ze zmęczenia, podobnie jak pozostałym członkom mojej ekipy. Najbardziej przerażony był Tom Bwangi. Był przecież tubylcem, a więc dla nich człowiekiem, z którego nie będą musieli się „rozliczyć”. Patrzyliśmy jeden na drugiego, dając sobie do zrozumienia, że nie wolno nam wpaść w panikę. Baliśmy się zrobić jakiś nieostrożny ruch, aby nie sprowokować naciśnięcia cyngla i wypuszczenia w nas serii z kałasznikowa.

W tym samym czasie z przydrożnych krzaków i rowów wyszło więcej żołnierzy, którzy bez najmniejszej żenady, zaczęli plądrować nasze samochody. Robili wrażenie nieokrzesanych barbarzynców. Ubrani w polowe, dobrze podniszczone i spłowiałe mundury, z automatyczną bronią w ręku, gotowi byli w każdej chwili do akcji. Nogi zaczęły nam się ze strachu uginać w kolanach. Ogarnęło mnie czarnowidztwo. Obrazy przelatywaly mi przed oczami i nie potrafiłem wyłowić z nich niczego optymistycznego. Czy skonfiskują nam cały sprzęt filmowy i samochody? A wobec tego czy na tym dramatycznym epizodzie skończy się nasza filmowa wyprawa do Afryki? Staliśmy tak z rękoma podniesionymi do góry, oko w oko z czarnymi jak heban twarzami żołnierzy, którzy gestem pokzywali nam, żebyśmy nie ważyli się opuścić rąk. Pomyślałem sobie „niech żywi nie tracą nadziei”. Najgorsze było to, że wciąż nie wiedzieliśmy, kim oni są, patrolem armii rwandyjskiej, kongjskiej, katangijskiej[1], Tutsi czy Hutu, czy też rabusie przebrani w wojskowe mundury.

Spośrod żolnierzy trzymających wycelowane w nas karabiny wyszedł jakiś starszy rangą oficer, który łaskawie pozwolił nam opuścić ręce. Odetchnęliśmy z ulgą. Lustrując nas spytał – qui est le patron ici?[2] Wszyscy spojrzeli w moim kierunku. – Me voilà[3] – odpowiedziałem. Wyciągnąwszy w moją stronę rękę zażądał dokumentów. Przygotowany na taką ewentualność, natychmiast mu je pokazałem. Z niepokojem w oczach  zauważyliśmy, że obraca  papiery z emblematem ONZ-tu na wszystkie strony i próbuje nawet czytać, patrząc na nie do góry nogami. Przekazał dokument innym podoficerom, którzy w międzyczasie podeszli w naszym kierunku. Powtórzyła się ta sama scena. Obracali dokument na wszystkie strony. Kiwali głowami. Jedni pozytywnie, jakby rozumieli, co w nim jest napisane, inni zaś nie. Czytając jednocześnie lustrowali nas bardzo uważnie, od stóp do głów. Nie ulegało wątpliwości, że są, jeśli nie zupełnymi analfabetami, to z pewnością w połowie. Patrząc na nich, nawet w tym dramatycznym momencie, trudno było nie powstrzymać się od śmiechu. Z poprzednich doświadczeń jednak wiedzieliśmy doskonale, że tego typu reakcja z naszej strony  mogłaby mieć dla nas  nieobliczalne w skutkach konsekwencje. A więc żarty na bok.

Nie mogac sobie poradzić z czytaniem w końcu przekazali dokument oficerowi wyższemu rangą. Przypominał mi australijskiego torbacza wombata, był krępy, niski i krótkonogi. A więc nie nie było wątpliwości, że był to człowiek z plemienia Hutu. Wyrwał nasze dokumenty spojrzawszy nieufnym wzrokiem na mnie, zaczął po kolei lustrować pozostalych członków mojej ekipy, szczególnie oddanego nam i nieocenionego przewodnika, Toma Bwangi. Obejrzał nas od stóp do głów, po czym kazał nam wszystkim obrócić się tyłem. Pomyślałem, że to będzie egzekucja.  Pamiętam doskonale w jaki sposób Niemcy rozstrzeliwali ludzi w czasie okupacji.

Sytuacja była nie do pozazdroszczenia. Byliśmy w głębi kraju na zupełnym odludziu. Życie ludzkie nie miało tu najmniejszego znaczenia. Nikt się z tego nie rozliczał. Często słyszalem wypowiedzi tubylców, ludzi umęczonych tym permanentnym konfliktem i nagminnymi egzekucjami, indywidualnymi lub masowymi mordami, „że jeśli takie ma być życie, to wolę umrzeć”.

Staliśmy więc po środku tej pełnej wybojów boksytowej drogi koloru rdzy, w żarze słońca, pot nam się lał obficie  z twarzy, zdani na łaskę i niełaskę, odwróceni tyłem do oficera oraz otaczających nas kołem żołnierzy, spoglądających na nas „spode łba” i oczekujących odgórnego rozkazu. Mimo, że trwało to zaledwie kilkanaście minut, wydawało nam się wiecznością. Milczeliśmy. Zresztą nie znaliśmy nawet jednego słowa w ich lokalnym narzeczu. W Kenii, Ugandzie czy Tanzanii, nawet w głębi kraju, od biedy można się było porozumieć w pidgin English. Nauczyliśmy się też stosunkowo dość szybko wystarczającej ilość słów w języku swahili i uzbrojeni w tę kombinację, potrafiliśmy nimi żonglować do tego stopnia, że zupełnie dobrze porozumiewaliśmy się z tubylcami. Poza tym bardzo pomocni byli nasi przewodnicy. W tym przypadku Tom Bwangi, znając chyba to narzecze, był tak przestraszony, że bał się otworzyć usta.

W końcu po trzymającym w napięciu przeglądzie dokumentów, oficer kazał nam się z powrotem odwrócić. Odetchnęliśmy z ulgą. Mrucząc coś pod nosem dał mi do zrozumienia, że wszystko jest w porządku i zwrocił mi nasze dokumenty. Uśmiechnałem się w jego stronę enigmatycznie. A więc „wiktoria”, pomyślałem sobie i mimo tego traumatycznego epizodu, wydawało mi się, że niebezpieczeństwo jest za nami. Optymizm, który w nas wstąpił okazał się jednak przedwczesny. Kiedy spojrzeliśmy w kierunku samochodów, zobaczyliśmy grupę rozbestwionych żołnierzy, korzystających z zamieszania i plądrujących nasze mienie. Zabrali nam wszystko, co posiadaliśmy, łącznie z kamerami filmowymi, aparaturą dźwiekową i fotograficzną oraz negatywami wraz z nakręconym uprzednio materiałem filmowym. A bez sprzętu i materiału filmowego nasza dalsza podróż nie miała najmniejszego sensu. Przez ułamek sekundy przypomniała mi się partyzantka, a potem przeżycia żołnierskie w czasie drugiej wojny światowej. W przypływie rozpaczy miałem ochotę wyrwać z rąk stojącemu obok mnie żołnierzowi jego kałasznikowa i opróżnić magazynek, wystrzelawszy po kolei ich wszystkich. Zmitygowałem się jednak, zdając sobie doskonale sprawę z nieobliczalnych konsekwencji takiego postępowania.

Reszta mojej ekipy patrząc na ten rabunek w biały dzień, odbywający się na naszych oczach, stała zrezygnowana. Po ich twarzach spływał obficie pot, a ich koszule podobnie jak i moja, były zupelnie przemoczone. Jednak po kilku sekundach, nie zważając na niebezpieczenstwo, jakie ewenetualnie mogło nam zagrażać, jak na komendę zerwaliśmy się pędem w kierunku naszych samochodów, aby ratować to co się da. Wygrażając rękoma  w stronę plądrujących żołnierzy i klnąc soczyście w naszym pięknym nadwiślanskim żargonie, podbiegliśmy w ich stronę. Oni z karabinami w ręku i upiętymi wokół pasa granatami, a my z pustymi rękami.  Zaczęliśmy wydzierać z ich rąk rozmaite mniejszej lub większej wagi rzeczy natury osobistej. Najważniejszą jednak sprawą dla nas był sprzęt filmowo-fotograficzny i dźwiękowy. Wypinając bohatersko torsy ruszyliśmy do przodu z dzikimi okrzykami. Rabusie stali z wymierzonymi w nas kałasznikowami i jakby ich zamurowało. Instynktownie przyjąłem pozę aktora ze „spalonego teatru”, zrobiłem w ich kierunku kilka kroków i nie spuszczajac z nich oczu, zakrzyknałem jak lew – król puszczy – Vive le Pologne[4], co zostało podchwycone przez resztę mojej ekipy, która pełnym głosem dwukrotnie ryknęła – Vive le Pologne. A ja powtórzyłem jeszcze raz gromko – Vive le Pologne po czym dodałem – vivos voco… fulgura frango, co miało oznaczać – żywych zwołuję… gromy kruszę… I nagle ni z tego ni z owego, zawołałem – laubzega (dlaczego to słowo przyszło mi do głowy, nie miałem pojęcia, ale tak u nas na Podolu nazywaliśmy piłę do cięcia metalu). A więc – laubzega! cik… cik… szusz… szusz… laubzega – i gestem ręki imitując cięcie metalu zacząłem również imitowac dźwięk – cik!… cik…szszu…szszu…, pokazując równocześnie gestem dłoni poderżnięcie gardła. – Ach wy ogoniaste lemury… wy koboldy… – krzyczałem w ich stronę. Moja ekipa obserwując te wyczyny, pomyślała zapewne, że zwariowałem.

W końcu wskazałem na jednego z nich, stojącego naprzeciw nas z wycelowanym w moją stronę kałasznikowem i oczy wybałuszyłem, jakbym co najmniej zobaczył  samgo Belzebuba, a on jakby go strach obleciał, stał w odrętwieniu. Wyrzuciłem przed siebie rozpięte dwa palce w ksztlacie litery „V”. Cofnął się o krok, a za nim cofnęli się pozostali żołnierze. Pewnie pomyśleli, że rzucam na nich klątwę białego ducha Dzu-Dzu. Zmieniwszy nieco ton głosu na łagodniejszy powiedziałem do tego z kałasznikowem wycelowanym we mnie – Êtes-vous le Roi, vous êtes King, King- Kong[5]. Na jego twarzy pojawił sią niepewny uśmiech  i spojrzawszy wokoło po twarzach jego towarzyszy broni, stojących w osłupieniu, powtórzył – Messieurs, je suis Makumu, je suis le Roi, King-Kong[6].  – Oui c’est[7]  – gromko odpowiedziałem. – Ha… ha… ha – zarechotał, a za nim, cała banda jego kumpli – żołnierzy. Ręce mi opadły ze zmęczenia i napięcia. Gadałem trzy po trzy, aby ich zabałamucić. Była to prawdziwa ruletka. Żołnierze wcześniej zachowujący się butnie i agresywnie, teraz stali bez ruchu, jakby ich zamurowało. Nie rozumieli moich słów i  zapewne wzięli je za złowróżbne zaklęcia, które przywołują złego ducha Dzu-Dzu.

Nagle zaczęli się między sobą kłócić. A ten żołnierz imieniem  Makumu, łaził jak pijany i z zadowoleniem mamrotał – Je suis Makumu, Makumu ces’t la King Kong[8]. Kłótnia zaczęła nabierać „temperatury”, zaczęli sobie skakać do twarzy. Zrozumiałem, że ta szarpanina z żołdakami i wyrywanie im pojedynczych zrabowanych rzeczy, staje się coraz bardziej niebezpieczna i do  niczego dobrego nie doprowadzi. Hutu jako plemię byli znani ze swojego barbarzyństwa i nieokrzesania. Zdając sobie doskonale z tego sprawę wpadłem na fortel, który wydał mi się naszą deską ratunku. Podszedłem więc z pewną siebie miną do tego oficera, któremu przed kilkoma minutami prezentowałem nasze dokumenty i akredytacje, stanąłem przed nim twarzą w twarz i spojrzałem mu prosto w oczy. Po chwili mierzenia się oczami wskazałem gestem ręki na emblematy ONZ-tu na naszych samochodach i wymachując mu przed nosem tymi samymi papierkami, próbowałem za wszelką cenę dać mu do zrozumienia, ze żądam natychmiastowej  rozmowy z wyższym od niego rangą oficerem. I nagle, eureka,  zrozumiał o co mi chodzi. Po chwili zastanowienia wykrztusił z siebie kilka słów po francusku.

Rwanda i Burundi oraz Kongo z Katanga, były przez wiele lat  pod protektoratem Belgji, więc język francuski nie był mu zupełnie obcy. Złapałem go nawet na tym, że ma również pewien zasób słów angielskich, w afrykańskiej gwarze znanej jako pidgin Zacząłem więc perorować o naszej pracy, o filmie, o ONZ-ecie i  potencjalnym międzynarodwym konflikcie,  podsuwając mu ciągle pod nos nasze papiery i dając do zrozumienia, że cała ta afera z żołnierzami i rabunkiem może przybrać nieobliczalne dla nich skutki natury politycznej. W pewnym momencie tej  chaotycznej wymiany słów i gestów wydało mi się, że coś tam do niego dochodzi. Czekałem na jakąkolwiek reakcję z jego strony. Czułem na sobie wrogie spojrzenia pozostałych oficerow i jego żołdaków. Po chwili mój interlokutor  ni stąd ni zowąd bez jednego słowa odwrócił się i wolnym krokiem odszedł w kierunku niedaleko rosnących gęstych krzaków. Zastanawialiśmy się nad tym, czy wróci, a jeśli tak, to czy zjawi się w towarzystwie starszego rangą oficera. Nie mieliśmy innego wyboru jak cierpliwie czekać na dalszy bieg wydarzeń.

Minęło kilkanaście minut. W końcu w krzakach coś zaszumialo i po chwili wyszedł z nich jakiś człowiek razem z oficerem. Po jego epoletach zorientowaliśmy sie, że jest on niewątpliwie wyższy rangą. Idąc dość energicznym krokiem w moją stronę jednocześnie obciągał na sobie mundur. Jego mundur był niewątpliwie lepiej skrojony, dopasowany do figury i dość czysty. Miał też więcej szamerunku i gwiazdek na epoletach.  Zwracano się do niego z respektem Monsieur colonel. A więc pułkownik. Postanowiłem zagrać z nim w otwarte karty. Podałem mu dokument ONZ-tu. Przeleciał oczami po nim. Nie jestem pewien czy go czytał. W każdym razie trzymał go przed sobą we właściwy sposób. Czytając od czasu do czasu potakiwał głową. Podniósł głowę znad dokumentu i powiedział – Hmm…je vous en prie![9] Spojrzałem w kierunku kolegów z ekipy i mrugnąwszy dyskretnie do nich okiem, sam odetchnąłem w ulgą. Koledzy z mojej ekipy, a szczególnie jeden z moich operatorów, Jurek Gościk, nie ukrywał swojej nienawiści i z oczu błyskały mu „iskry”. Poza tym klął pod nosem po polsku.

Pułkownik spojrzał na nasze samochody z emblematami ONZ-tu. Zrobił jeden krok bliżej w moją stronę i spojrzał mi badawczo prosto w oczy. Wytrzymałem to jego przenikliwe spojrzenie.Nagle wyrzucił z siebie jakby nieregularne dźwięki – ha..! hahaha! haha! Po czym na jego twarzy pojawią się grymas w kierunku uśmiechu. Był to dla mnie pozytywny zwiastun. W końcu wyciagnął w moją stronę rekę na powitanie,  przedstawił się – Je suis colonel Mbuji Kabanda – i powtórzył to samo w pidgin angielskim oświadczając – I am colonel Mbuji Kabanda. – Tadeusz Jaworski, film producer and director from Poland and also on assigment for the United Nations![10] Był to pierwszy zwiastun i nadzieja na pozytywne rozwiązanie naszego traumatycznego przeżycia.

Ściskając mi dłoń pułkownik Mbuji  Kabanda, zaczał ją podrzucać, jak piłkę w dół i w górę. Na Czarnym Lądzie spotykałem się nie raz z tego rodzaju manifestacją spontanicznych uczuć serdeczności. Pamiętam, że w stolicy kraju Ashantow Kumasi, w  Ghanie w czasie przywitania się z królem Prempehem II i jego starszyzną, podobny akt ściskania dłoni i podrzucania ręki trwał więcej niż pół godziny, gdyż był właśnie synonimem serdecznosci i przyjaźni. Twarz pułkownika rozjaśniła się pełnym uśmiechem. Z wyraźną sympatią w oczach,  dość mocno poklepał mnie po ramieniu. Pułkownik wziąwszy mnie pod ramię jakbyśmy się kierowali na piknik,  zapytał na czym polegał konflikt z żołnierzami. Wyłożyłem mu więc „kawę na ławę”.

Pułkownik zwrócił sie potem w stronę oficera i jak mogłiśmy się domyślać wyraźnie go reprymendował. Pułkownik Mbuji Kabanda potem mi wyjasnił, że jego żołnierze, nie mieli namniejszego zamiaru nas obrabować. Nudząc się na tym pustkowiu uczynili to dla zabawy, chcąc nas tylko nieco postraszyć. Z pełnym szacunku skinięciem głowy i uśmiechem na twarzy, dałem mu do zrozumienia, że akceptuję wyjaśnienie i chciałbym mozliwie jak najszybciej zamknąc ten bardzo niemiły dla nas epizod i ruszyć w drogę. Tak więc obrabowano nas jedynie dla zabawy. Co kraj to obyczaj, pomyślałem sobie.

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Dalszy ciąg wspomnień ukaże się w poniedziałek 3 czerwca 2019 r.

Poprzedni odcinek:

https://www.cultureave.com/80-dni-lumumby-czyli-kongo-i-jego-droga-do-wolnosci/

___________________________

[1] Katanga – historyczne państwo w Afryce, istniejące w latach 1960–1963. Po uzyskaniu niepodległości przez Demokratyczną Republikę Konga, 30 czerwca 1960 prowincja Katanga ogłosiła niezależność od nowo powstałego państwa kongijskiego. Prezydentem Katangi został Moise Czombe.

[2]  Kto tu jest szefem? (fr.)

[3] Oto jestem (fr.)

[4] Niech żyje Polska (fr.)

[5] Czy ty jesteś królem, King-Kongiem? (fr.)

[6] Panowie, ja jestem Makumu, jestem królem (fr.)

[7] Tak jest (fr.)

[8] Jestem Makumu, Makumu nie jest King-Kongiem (fr.)

[9] Błagam cię (fr.)

[10] Producent filmowy i reżyser, a także na zlecenie ONZ (ang.)

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *