Jurij Piotrowicz Kuzmin – rosyjski nauczyciel w Gwinei

Wspomnienia reżysera-dokumentalisty z pocz. lat 60.

Afryka, fot.  Henri Willox z Pixabay

Tadeusz Jaworski (1926-2017)

Wybór, opracowanie tekstu i redakcja Joanna Sokołowska-Gwizdka

W sercu Czarnego Lądu w niedawnej jeszcze francuskiej Afryce Zachodniej, po wyzwoleniu w Republice Gwinei, w  miasteczku Labe, położonym na okalających go wzgórzach, odwiedziłem College Clasique et Moderne. Oprowadzał mnie z dumą młody nauczyciel – Habib Bah. Dość często spotykam tu tubylców noszących to samo nazwisko, co dynastia monarchów Bah, z Futa Dżalon. Może królowie cieszyli się za życia tak ogromnym kultem ich wasali, że z miłości i szacunku co drugiemu dziecku, nadawano jego nazwisko, albo monarchowie zapładniali kobiety w imię „imperium et libertas”, nadając wielkodusznie dzieciom zrodzonym z nieprawego łoża, przywilej noszenia ich nazwisk (oczywiście bez roszczeń do tronu).

Wśród grona pedagogów poznałem tu również siedmiu białych nauczycieli. Podczas naszej konwersacji, padało od czasu do czasu nazwisko Kuzmin… profesor Kuzmin. Było to rosyjskie nazwisko, co do tego nie miałem wątpliwości. Tylko skąd na miłość boską, w tym małym, zagubionym w buszu Labe, wśród mieszkających tu muzułmanów, wziął się nagle Jurij Piotrowicz Kuzmin… i do tego profesor? Na placyku przed hotelem, jacyś chłopcy grali w piłkę nożną. Spytałem wiec pierwszego z nich czy przypadkiem nie zna profesora Kuzmina. Chłopak przytrzymał prawą nogą leżącą przed nim na ziemi piłkę i spojrzał na mnie z zaciekawieniem. Reszta z nich, stojąc obok przyglądała mi się dość  podejrzliwie. Po pewnej chwili mały chłopak wykopnąwszy piłkę w stronę swoich kolegów spojrzał na mnie z uśmiechem i powiedział po francusku – Proszę Pana, to jest mój profesor.Tak, tak – krzyknęli jeden przez drugiego pozostali. – Proszę Pana, Proszę Pana, to jest nasz profesor. Dzięki temu zbiegowi okoliczności nie miałem już potrzeby udawać się powtórnie do college’u, aby dowiedzieć się więcej szczegółów na temat profesora Kuzmina. Wystarczyło, jak się okazało, wystawić nos na ulicę przed hotelem i spytać pierwszego lepszego ucznia szkolnego.

Okazało się, że profesor Kuzmin jest tu niezwykle popularną osobą i znają go niemal wszyscy, młodzi i starzy. Po chwili zrobiło się koło mnie tłoczno, gdyż grupka dzieci otoczyła mnie kołem przekrzykując – Profesor rosyjskiego… Kuzmin, Kuzmin. Jeden z uczniów, nieco starszy od pozostałych, mający mniej więcej około 10-ciu lat, złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. – Proszę Pana, proszę iść za mną. Po chwili przystanął i  spojrzawszy mi prosto w oczy uśmiechnął się i powiedział – nazywam się Ibrahim. – Ibrahimie, jesteś eleganckim uczniem – odpowiedziałem.

Szliśmy wąskimi uliczkami, wśród kolorowego tłumu przechodniów. Mały Ibrahim, o skórze koloru hebanowego, połyskującej w słońcu jak welwet i widocznym w jego  oczach sprycie i ja – Europejczyk ubrany w myśliwskie ubranie w kolorze khaki i kapelusz a la safari, jakbym się co najmniej wybierał na polowanie. Po drodze minęliśmy mnóstwo małych sklepików, kramów i stoisk oraz ulicznych domokrążców. Dzięki Ibrahimowi w jednym z tych małych sklepików znalazłem profesora Kuzmina.

Mały Ibrahim dokładnie wiedział więc, gdzie go szukać. Profesor Kuzmin kończył właśnie robić drobne zakupy. Ibrahim złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę Kuzmina, jednocześnie wskazując na niego – To, proszę Pana jest mój profesor. W tym małym mieście, gdzie białych można policzyć na palcach, nie miałem wątpliwości, że to profesor Kuzmin. Stał przed półkami zarzuconymi rozmaitego rodzaju towarami bławatnymi i puszkami konserw. Podszedłem do niego. Spojrzał na mnie nieco zafrapowany, jakbym przybył z innej planety. A ja zwróciłem się do niego po rosyjsku. – Przepraszam, zakładam, że jest Pan Jurij Piotrowicz Kuzmin. A następnie sparafrazowałem znaną powszechnie scenę ze spotkania nad jeziorem Tanganika, Sir Henry Mortona Stanleya (odkrywca Afryki w XIX w. red.) z doktorem Dawidem Livingstonem. – Dzień dobry, profesorze Kuzmin, nazywam się Tadeusz Jaworski, jestem z Warszawy. W pierwszej chwili Kuzmin z nieukrywanym wzruszeniem o mało nie zamienił się w legendarny „słup soli”. Szybko jednak opanował się i spokojnym już głosem odpowiedział pięknym literackim językiem rosyjskim, z charakterystyczną melodią oraz bez najmniejszych naleciałości i akcentów obcego języka, tak często przez nas nabywanych, po wielu latach przebywania za granicą.

Bardzo mi miło Panie Tadeuszu Jaworski, miło mi też, że jest Pan z Warszawy, bo już myślałem, że przybył Pan z innej planety. Wskazał ręką na błękitny, jak farbka do prania, nieboskłon. Moj mały przewodnik Ibrahim, stał obok patrząc mi uporczywie prosto w oczy. Zrozumiałem jego aluzję i to jego złudne, smętne spojrzenie. Dałem mu kilka gwinejskich franków, które szybko schował do kieszonki spodenek i skwitował – Bardzo dziękuję, proszę Pana. Profesor Kuzmin uśmiechnąwszy się do niego, pogłaskał go po ojcowsku po jego krótkiej „barankowej” czuprynie, dziękując mu za pomoc jaką okazał mi w jego znalezieniu. – Ibrahim jest jednym z moich lepszych uczniów – powiedział – i dobre dziecko. Wyszliśmy ze sklepiku  na rozgrzaną słońcem gwarną ulicę.   

Jurij Piotrowicz Kuzmin był „białym” emigrantem z porewolucyjnej Rosji. Na pierwszy rzut oka  wydawał mi się lat około siedemdziesięciu lub nieco więcej. Wysoki i szczupły trzymał się prosto jak żołnierz pod komendą „na baczność”. W jego niebieskich, nieco przekrwionych, lecz pełnych dumy oczach, zauważyłem smutek ciężkich przeżyć, a jednocześnie, jak w zwierciadle, widać było typową, otwartą, rosyjską duszę i serce. Energiczna, pełna dostojeństwa twarz człowieka rozumnego i steranego życiem, a szczególnie jego wysokie czoło poryte siecią zmarszczek i bruzd, wyglądało jak popękana ziemia w czasie suszy, a długie i rozwichrzone, srebrne włosy oraz sumiasty wąs miał w sobie coś z legendarnego Sarmaty z rejonu dolnej Wołgi. Był on człowiekiem z duża klasą i o niezwykle eleganckich manierach. Wystarczyło zaledwie kilka słów, a już wyczułem „chemię” między nami. Staliśmy przez chwilę ściskając sobie mocno dłonie. On z krwi i kości Rosjanin, człowiek z życiowym bagażem i z tęsknotą za swoim krajem oraz ja Polak, zdrowy byk, w stosunkowo jeszcze młodym wieku, chwilowo przebywający w Afryce. Nasze spotkanie miało w sobie dodatkowy i niezwykle ujmujący aspekt, gdyż zdarzyło się we wnętrzu egzotycznego Czarnego Lądu, w gwarnym, kolorowym tłumie tubylców, będących w ferworze załatwiania swoich większych lub mniejszych transakcji handlowych, wśród których wałęsały się zwierzęta domowe, gdakające kury i piejące koguty, a do tego w miejscu, gdzie kilkaset metrów od nas skakały pośród gałęzi drzew rozwydrzone i szczekające małpy.

Szkoła w Afryce, fot. touchafrica z Pixabay

Jurij Piotrowicz Kuzmin urodził się we wsi w Riazanskiej Guberni, w rodzinie bardzo bogatych ziemian. Wyższe studia prawnicze ukończył na  jednym z najstarszych rosyjskich uniwersytetów, Państwowym Uniwersytecie w Petersburgu. Dzięki wpływowym znajomościom ojca, będąc wówczas bardzo młodym człowiekiem z dyplomem prawnika, dostał pracę w ówczesnym Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Nie ulega wątpliwości, że poza rodzinnymi koneksjami w sferach ówczesnej carskiej administracji, Jurij Piotrowicz musiał posiadać wyjątkowe zdolności i kwalifikacje zawodowe, otrzymując w tak młodym wieku pracę z korpusie dyplomatycznym, Jego Imperialnej Wysokości cara Mikołaja II i akredytację na stanowisko pierwszego sekretarza w rosyjskiej ambasadzie w Londynie. Funkcję tę sprawował aż do roku 1920, a wiec jeszcze dwa lata po rewolucji, kiedy, podobnie jak inni wyższej rangi pracownicy ambasady, został wyrzucony na „śmietnik” rewolucji i zastąpiony przez sowieckiego dyplomatę. W ciągu jednej nocy znalazł się na londyńskiej ulicy. Kuzmin doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w jego przypadku i z jego statusem rodzinnym oraz powiązaniami, powrót do porewolucyjnej sowieckiej Rosji byłby równoznaczny w najlepszym przypadku ze zsyłką na Syberię, a w najgorszym, z wyrokiem śmierci. Znalazłszy się między młotem a kowadłem, a wiec życiem zapewniającym mu minimum egzystencji w Anglii lub powrotem do Moskwy, wybrał tymczasowy pobyt w Londynie, a potem emigrację do Francji, gdzie podczas rewolucji i po jej zakończeniu na wygnaniu znalazło się wiele tysięcy tak zwanych ”białych Rosjan”. Pewnego deszczowego i ponurego dnia, pozbawiony środków do życia, ten w czepku urodzony ziemianin z Riazanskiej Guberni, jeszcze do niedawna wysokiej rangi zawodowy rosyjski dyplomata, wysiadł z pociągu, z wagonu trzeciej klasy na paryskim dworcu kolejowym Gare du Nord, przy ulicy de Dunkerque.

W Paryżu w krótkim stosunkowo czasie dzięki księciu Włodzimierzowi Andrzejowi Oboleńskiemu i znajomościom, które nawiązał wśród napływającej tu ciągle nowej fali bogatych rosyjskich emigrantów, Jurij Piotrowicz Kuzmin, prawnik i zawodowy dyplomata, dziś nauczyciel w College Clasique et Moderne w afrykańskim miasteczku Labe, dostał w końcu pracę  w Companie Frances de Tourisme.   

W małym hotelowym pokoiku z jednym ledwie kręcącym się u sufitu wiatraczkiem obracającym w kółko to samo ciepłe i parne powietrze, usiłowałem za wszelką cenę zasnąć głębokim snem. Nie bardzo mi się to udawało. Liczyłem po cichu do stu… potem do dwustu. Sen nie przychodził. Powracały do mnie jak refren słowa Kuzmina – starego człowieka, który na odchodnym, jakby od niechcenia powiedział – wiesz Tadeusz, jakby ci to powiedzieć, tu jest pusto, nie ma nawet komu ręki podać, ani z nikim porozmawiać. Właśnie te słowa prześladowały mnie, dlatego trudno mi było usnąć. Zrozumiałem je chyba właściwie. Kuzmin otoczony od wielu lat ogromnym szacunkiem przez swoich oddanych mu uczniów, których autentycznie kochał, jakby były jego własnymi dziećmi oraz powszechnie szanujących go autochtonicznych mieszkańców Labe, był jednocześnie ignorowany przez pozostałe tu, mimo że niewielkie, towarzystwo francuskich bufonów. Stąd też, jak mi się wydaje, zbudował sobie domek z dala od miasta, na skraju dżungli, wybierając samotność i pewnego rodzaju izolację, jako styl życia.  

Następnego dnia, tak jak się umówiłem, udałem się na kolejne spotkanie z Jurijem Piotrowiczem. Zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że nie będzie to dla mnie łatwa sprawa. Nie ma tu nazw ulic, numerów na domach, czy kierunkowskazów. Wiedziałem tylko, że mieszka gdzieś na skraju miasta, a wokoło jest dżungla. Kiedy rozstawaliśmy się poprzedniego dnia, spytałem Kuzmina, jak trafić do jego domu. spojrzał na mnie swoimi głęboko osadzonymi oczami, uśmiechnął się i rzekł – mój drogi Tadeuszu, posługuj się końcem swojego języka. I miał stuprocentową rację. Zdarzyło mi się to niejednokrotnie w rozmaitych i dość przedziwnych okolicznościach i w nie jednym kraju. Najlepszym rozwiązaniem było przysłowie „koniec języka za przewodnika”.  

Po skromnym śniadaniu wyszedłem na zatłoczoną ulicę i niedaleko mojego hotelu zagadnąłem pierwszego napotkanego chłopca. Po szkolnym mundurku zorientowałem się, że jest uczniem College Clasique et Moderne. Zapytałem, czy zna drogę do profesora języka rosyjskiego – Kuzmina. Chłopiec zdecydowanym ruchem ręki wskazał kierunek. Ruszyliśmy więc przed siebie. Mój mały przewodnik znając tu każdą ulicę i ścieżkę prowadził mnie oczywiście na skróty do zagubionego wśród  gąszczów dżungli domku. Po pół godzinie padając ze zmęczenia, z przepoconą koszulą  na plecach i strużkami potu spływającymi po moim czole, mój mały przewodnik nagle przystanął, spojrzał na mnie i wskazał przed siebie palcem – to tu, proszę Pana.

Nad uroczyskiem, w głębokim wąwozie, przez który przepływał rwący strumień czystej jak kryształ wody, na dnie którego niczym rozwichrzone warkocze zmieniały swoje formy i odcienie zielone wodorosty, zbliżyliśmy się do małej chatki przypominającej bardziej kurnik niż dom. Podchodząc bliżej, na chwilę przystanąłem przysłuchując się coraz to głośniejszej i wyraźniej dochodzącej do mnie muzyki operowej. Tak, to była muzyka z dobrze mi znanej opery Modesta Musorgskiego „Borys Godunow”. W swoim czasie, kilka lat po wojnie, odwiedzając słynną Galerię Tretiakowską w Moskwie, stałem przez dobre kilka minut przed znakomitym portretem Musorgskiego, namalowanym przez znanego rosyjskiego portrecistę Ilję Repina. Twarz Musorgskiego utrwaliła się wtedy na zawsze w mojej pamięci. Dramatyczny i świetny w kolorze portret zrobił na mnie ogromne wrażenie. Kompozytor z rozwichrzonymi włosami, z potarganą brodą, patrzący przenikliwie oczami pełnymi zdziwienia, ogarnięty strachem, jakby wypatrywał czegoś eterycznego i nieuchwytnego. 

Fiodor Szalapin, jako Borys Godunow, fot. www.wikiwand.com/pl

Na odległość wyciągniętej ręki skakały, drocząc się ze mną, natrętne, skrzeczące małpy i wyciągając łapki prosiły o jedzenie, a tu „Borys Godunow”. Nie miałem najmniejszej nawet wątpliwości, że to był Musorgski, gdyż słyszałem jedną z najbardziej znanych i tragicznych arii z tej opery, w wykonaniu genialnego Fiodora Szalapina. Nie trzeba być znawcą muzyki, aby poznać znakomity i unikalny basowy tembr głosu tego znakomitego artysty. Czyżby była to stara płyta nagrana jeszcze w czasach kiedy Szalapin śpiewał Godunowa w starym Teatrze Maryjskim w Sant Petersburgu, teatrze którego tradycja sięga odległych czasów carycy Katarzyny II? Tak, nie miałem najmniejszej wątpliwości, że był to fragment z III aktu „Borysa Godunowa”, w momencie kiedy na pierwszy plan wchodzi cerkiewny  śpiew chóru. Kiedy oglądałem operę w teatrze, zawsze ten fragment wywierał na mnie przeogromne wrażenie, zarówno pod względem muzyki, jak i oprawy plastycznej. Pamiętam doskonale ten moment, kiedy na scenie pojawiał się chór bojarów, wydający wyrok na Samozwańca. Potężny niski basowy glos Szalapina był przejmujący. Podobnie jak śmierć cara, po której wchodził ponownie basowy śpiew mnichów i bojarów i był tak dramatyczny, że siedziałem w krześle coraz bardziej skurczony, jakby mnie coś przygniatało.

Stałem bez ruchu na tej ścieżce, aż do momentu kiedy chór zaintonował ludową pieśń… ”rozpędziła się, rozhulała się noc… zuchwałość junacka…” i kiedy z dali dochodziła coraz bardziej narastająca pieśń śpiewana przez mnichów. Płyta musiała być bardzo stara ponieważ głos Szalapina od czasu do czasu był jakby chropowaty, a czasem nawet na sekundę czy dwie się zacinał.

Jurij Piotrowicz zauważył mnie z daleka i jakbyśmy się znali co najmniej od wielu lat, z wyciągniętymi rękoma wyszedł naprzeciw mnie, witając się ze mną, tym razem typowo po rosyjsku, a więc serdecznie i wylewnie. Ciągle w uszach brzmiał mi dochodzący z domku Kuzmina śpiew mnichów z „Borysa Godunowa”. – Panie Kuzmin, jaka niespodzianka „Borys Godunow”, Modest Musorgski, Fiodor Szałąpin, tu, tak daleko od europejskiej cywilizacji – powiedziałem. – To jest stara płyta i oczywiście stary gramofon – odpowiedział. – Kiedy byłem studentem w Petersburgu, po raz pierwszy widziałem „Borysa Godunowa” w Teatrze Maryjskim z Fiodorem Iwanowiczem Szałapinem i do tej pory pamiętam to przedstawienie – dodał.

Domek profesora Kuzmina to właściwie tylko jedna dość dużych rozmiarów izba i w dodatku bez drzwi. Zamiast okienbyły tu otwory w ścianie zakryte gęstą moskitierą. Przez tę malutką posiadłość, którą obejść można było wolnym krokiem, w ciągu jednej minuty, przepływał szeroki strumień wody. Na grzędach rosły kartofle, cebula i najrozmaitsze gatunki kwiatów. Specjalną troską otaczał Kuzmin róże. Wszystkie te warzywa i kwiaty, jak twierdził, przypominały mu dzieciństwo i rodzinne strony w Riazańskiej wiosce.

Jurij Piotrowicz nie posiadał wówczas żadnego obywatelstwa. Po rewolucji Sowieci oficjalnym dekretem pozbawili go rosyjskiego obywatelstwa podobnie jak uczynili to w stosunku do większości „białych emigrantów”, a w szczególności do dawnej arystokracji i oficerów carskiej armii. W żadnym kraju Jurij Piotrowicz oficjalnie się nigdy nie naturalizował. Dopiero jak mi oświadczył, w ostatnim czasie złożył tu podanie o obywatelstwo Republiki Gwinei. Od lat próbował wprowadzać do programu w jego college’u naukę języka rosyjskiego. Dlaczego dzieci tubylców w Labe miały się uczyć języka rosyjskiego, tego nie zdołałem się od niego dowiedzieć.

Prowadząc nieprzerwanie nasze tete-a-tete w końcu doszliśmy do jego jednoizbowego domku, który przy większym podmuchu wiatru mógłby się rozsypać jak domek z kart. Ale właśnie taki domek z kart, bez fundamentów i ledwie trzymający się ziemi,  jak powiada Kuzmin, tym razem z bezbłędnym angielskim akcentem – this is my castle.

Poza drewnianym stołem, kilkoma krzesłami i wygodnym fotelem obitym starą, wypłowiałą, żakardową tkaniną i jeszcze kilkoma rupieciami, nie było w tym pokoju wielu rzeczy. Rozejrzawszy się, zauważyłem po chwili na małej podrapanej komodzie stary jak świat gramofon z dużą trąbą. Nie wiem czy był on na korbkę czy na baterię. Jedno wiem na pewno, że był to antyk. Uwagę moją zwróciła również dość bogata domowa biblioteka starych i nowych wydawnictw książkowych w rozmaitych językach. Wśród posegregowanych na półkach pod ścianami, alfabetycznie według autorów, zauważyłem książki rosyjskie, francuskie, angielskie i… szereg polskich. Ściany tego pokoju to właściwie od podłogi do sufitu regały z książkami.

Jurij Piotrowicz, jak wielu ludzi z wyksztalceniem prawniczym, poza swoją dziedziną, interesował się i z pasją badacza i studiował literaturę i filozofię. Na półkach znajdowały się książki pisarzy francuskich, angielskich, a także polskich. Były tam utwory Dostojewskiego, Lermontowa, Tołstoja i Puszkina obok Apollinaire’a, Baudelaire’a i James Joyca. Kafka obok Józefa Conrada, Szekspira i Bernarda Shaw. Arystoteles obok Racine’a i Sokratesa. Był tam również stos płyt z muzyką klasyczną, operową i operetkową. Płyty z wczesnymi nagraniami Edith Piaf, Maurice’a Chevaliera i trudno mi uwierzyć, ale zauważyłem też płyty z piosenkami naszej Hanki Ordonowej i Aleksandra Wertyńskiego. Szybko przemierzając wzrokiem półki i niezmierzone ilości książek, odkryłem coś bardzo mi bliskiego. W tym małym domku Kuzmina, w środku Afryki, znalazłem na półkach poezje w języku polskim – Adama Mickiewicza, Słowackiego, Norwida i Tetmajera, a także powieści Sienkiewicza i Prusa i Wyspiańskiego.


Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego, reżysera-dokumentalisty z Toronto ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Ukazało się już ponad 30 odcinków o dzieciństwie reżysera w Czortkowie, wojnie, czasach powojennych, szkole filmowej w Łodzi, pracy dokumentalisty itd. Najwięcej części dotyczy wspomnień afrykańskich z lat 50/60. gdzie reżyser został wysłany przez Światową Organizację Zdrowia, aby zrealizować filmy o zdrowiu. To był wyjątkowy czas przemian w Afryce i okazja do poznania zanikających kultur. Poprzednie odcinki:

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *