Obrzędy i dieta Masajów

Wspomnienia z podróży do Afryki na początku lat 60.

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

W rozległym cieniu wspaniałej Błyszczącej Góry, czyli pasma Kilimandżaro, w myśl plemiennej tradycji, Moroni kiedy wychodzą zwycięsko z konfrontacji „oko w oko” z lwem, czy innym groźnym drapieżnikiem, wracają z buszu do bomy w chwale i sławie. Tam odbywa się ceremonialny obrzęd – spektakularny taniec, który nazywają „engilakinoto”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy, taniec zwycięski. Towarzyszy mu rytmiczny śpiew wojowników, połączony z biciem się w piersi. Kiedy taniec nabiera tempa i staje się coraz głośniejszy, Moroni dla zademonstrowania bomie swojej siły i energii, zaczynają wertykalnie podskakiwać, jak na sprężynach, bez uginania w kolanach ich długich nóg, na wysokość ok. jednego metra, a czasem nawet i więcej.

Jedna z wielu legend jakie mi opowiedział Lelana, na temat tego  skąd na ziemi wzięli się Masajowie, była niezwykle interesująca. Ich początek, wziął się bowiem z dwóch równorzędnych sobie, uzupełniających się plemion. Jedno z nich stanowiły wyłącznie kobiety, zaś członkami drugiego byli mężczyźni. Symbolicznie  można by tę historię przyrównać do biblijnej historii Adama i Ewy. Plemię kobiet znane jako Moroyok, zajmowało się wypasaniem antylop, które Masajowie uważają, za prototyp ich dzisiejszych świętych krów. Sam fakt, że to były antylopy, dodaje tej legendzie specjalny, romantyczny smaczek.

Antylopy! Dla mnie to jedno słowo zawiera piękno natury, subtelność i elegancję. A więc kobiety Moroyok na początku zajmowały się hodowlą nie krów, kóz czy owiec lecz antylop. Jest to pastoralna, pełna sielankowości opowieść z kluczem, o pięknych antylopach oraz kobietach z plemienia Moroyok, które z ogromnym sukcesem sprawowały rządy, takie ówczesne emancypantki. Znalazły one wielką pomoc w słoniach, które okazały się im być przyjazne i niezwykle pomocne w ich codziennym życiu. Oczyszczały bowiem z krzewów pastwiska, dla antylop oraz przynosiły gałęzie do budowy chat i zagród.

Równolegle istniało męskie plemię pasterzy znanych jako Morwak, którzy trudnili się mniej romantyczną hodowlą bydła domowego, a więc krów, owiec i kóz. Jak głosi dalej legenda, od czasu do czasu, te dwa sąsiadujące ze sobą plemiona kobiet i mężczyzn spotykały się w buszu.  Nic więc dziwnego, że w rezultacie tych  romantycznych spotkań wśród wysokich traw sawanny, młode kobiety z plemienia Moroyok zaczęły zachodzić w ciążę i rodzić dzieci. Na początku dziewczynki były wychowywane przez kobiety, a chłopców wychowywali ojcowie.

Jednak po czasie te dzielne i do tej pory niezależne kobiety z plemienia Moroyok, straciły swoje stada antylop, a nie mając innego wyboru, zjednoczyły się z mężczyznami z plemienia Morwak i przez to  straciły wszystkie prawa, które były do tego momentu ich przywilejem, stając się całkowicie od nich zależne. Był to akt uznania przez nie absolutnego autorytetu mężczyzn i przejęcia obowiązku pracy dla nowych „masters”. Jednakże w odróżnieniu od wielu innych afrykańskich plemion Czarnego Lądu, masajskie kobiety cieszą się do tej pory szacunkiem i respektem ze strony mężczyzn. 

Inną z legend na temat początku Masajów jest ich starożytne pochodzenie.  Masajowie twierdzą, że pochodzą od hebrajczyków i jakoby ich oryginalną religią był judaizm. No, cóż mity i legendy, czy ludowe opowieści zmieniają się w zależności od polityki, sezonowych poglądów i potrzeb, a co ważniejsze motywacji do kontynuowania obranej drogi w życiu.

Obrzezanie chłopców – ”emarata” i dziewcząt – „enuratare” jest jednym z najważniejszych momentów w ich przyszłym życiu. Kończy się ono ceremonią „emanyatta”. Obowiązkiem ojca rodziny jest, aby jego dzieci poddały się temu rytuałowi, według wszelkich wymaganych tradycją regulaminów. Z tej okazji rodzina zaprasza przyjaciół do wzięcia udziału w ceremonii w charakterze świadków. Uroczystość odbywa się zazwyczaj w specjalnych chatkach,  przeznaczonych do tego celu, nazywanych „nkang-oo-ntaritik”, czyli w wolnym tłumaczeniu mojego asystenta, „chaty dla małych ptaków”. Gdy młodzi ludzie zostaną umieszczeni w chatach, obowiązkiem każdego ojca rodziny jest dostarczanie im mleka, zmieszanego ze świeżą krowią krwią oraz innych podstawowych produktów żywnościowych, którymi mają obowiązek dzielić się między sobą.

Masajowie żywią się głównie krowią krwią zmieszaną mniej lub więcej pół na pół z mlekiem. Krwią napełniają tykwy, dolewają mleko i wszystko mieszają w tykwach, a potem z nich piją. Strzała  z łuku z niebywałą precyzją  trafiła w szyjną tętnicę krowy. Dwóch młodych Moroni trzymało ją za rogi. Mimo to nastąpił tumult. Krowa zaczęła nieco wierzgać. Biedna krówka zapewne myślała, że to już koniec, ta ostatnia chwila. Szamotała się przez chwilę, a spod jej kopyt unosił się rudawego koloru miałki kurz. Krew trysnęła łukiem z tętnicy. Wszystko razem trwało kilkanaście sekund. Z błyskawiczną wręcz szybkością dwóch Moroni, podskoczyło do już spokojnie stojącej krowy i pierwszy, szybszy przyłożył do otwartej tętniczej rany i tryskającej z niej krwi, podłużną tykwę przypominającą flakon do kwiatów. Przed nami stała nieco wystraszona „święta” krówka. Stała spokojnie z wybałuszonymi oczami, tymi rozbrajająco niewinnymi i zawsze dla mnie tak ujmującymi jakby rozumiała, że nic jej nie grozi, że jest to tylko jeden z tych rutynowych codziennych porannych masajskich zwyczajów, ten sam któremu ona i inne krówki były poddawane każdego dnia. Tyle tylko, że tym razem z tejże krówki „wydojono”, nie mleko, a świeżą, gorącą tętniczą krew. Krówka zatrzepotała kilka razy uszami, jakby chciała się otrzepać od much i poddała się całkowicie dalszej procedurze. Jak wiadomo otwarta, nawet na moment, tętnica tryska krwią jak fontanna, stąd też mimo, że dość  duża była ta tykwa szybko wypełniła się ciepłą krwią. Aby nie uronić jej więcej niż trzeba i zatrzymać jej gwałtowny strumień, jeden z tych młodych wojowników Moroni, we właściwym momencie pochylił się i szybkim ruchem palców zaczerpnął garść leżącego obok krowiego łajna, po czym płaskim ruchem dłoni zaklajstrował tętniczą ranę. Ceremoniał ten został dla nas powtórzony wielokrotnie, oczywiście na innych stojących obok cierpliwie krówkach, toczenie krwi z żywej krowy mimo, że wiedziałem doskonale jak ten akt się odbywa i że jest to ich codzienny „rytuał”, że ta krowia tętnicza krew jest jednym z głównych składników w ich codziennej diecie, a przede wszystkim, że krówce się w gruncie rzeczy nic złego nie stało, to patrząc na tę unikalną scenerię, było dla mnie w niej zawsze coś makabrycznego. Tak więc wypuszczane z łuku strzały, kolejno przebijały krowie tętnice. Krew z nich tryskała. Krew zebrana w tykwie była momentalnie mieszana z mlekiem. Moi operatorzy Sergiusz Sprudin i Jurek Gościk oraz operator dźwięku Zbyszek Wolski, uwijali się z werwą, podobnie jak ta strzała wypuszczona z łuku, rejestrując na taśmie cały rytuał. W tej porannej uczcie śniadaniowej jedynie Moroni, szef Lelana i ja braliśmy czynny udział. Próbowałem więc pić ten krowi koktajl prosto z tykwy, tak jak oni. Nie bardzo mi to przechodziło przez gardło. Wołałem moich kolegów, aby także wzięli udział w tej sjeście, lecz nie dali się namówić. Byli bardzo zajęci? Oczywiście to był wykręt. Więc na „polu bitwy” pozostałem ja sam. Wojownicy masajscy pili duszkiem, a ja… ja  z duszą na ramieniu, wylewając to niecodzienne śniadanko na ziemię, dopóki nie przypomniałem sobie o naszej kaszance. Przecież lubimy jeść kaszankę, która jest niczym innym jak kaszą zmieszaną z krowia czy świńską  krwią. Od tego momentu piłem ten koktajl wielokrotnie i bez szczególnego zahamowania, jednak nie mogę powiedzieć, że mi smakował. Nie mogłem jednak odmówić moim masajskim przyjaciołom ich nadzwyczajnej gościnności i pomocy jaką nam udzielili.

Masajowie od czasu do czasu jedzą mięso ubitego wołu, albo upolowanego nosorożca. W Nairobi moi przyjaciele Eustachy (Staszek) i Maria Antonina (Didi) Sapiehowie, którzy znali Kenię i Tanzanię oraz ich mieszkańców lepiej niż „własną kieszeń”, opowiedzieli mi coś, co brzmiało niemalże jak fantastyczna opowieść z bajek, że trzech Masajów, jak się dobrze przysiądzie, to potrafią skonsumować całą dużą krowę w ciągu jednej doby. Potem śpią przez cały tydzień. 

Masajowie sawanny, pasterze i nieustraszeni wojownicy, o wspaniałych sylwetkach, potrafią stawić czoła każdemu niebezpieczeństwu. W ich codziennym zachowaniu zauważyłem sporo brawury, niebywałe wręcz zuchwalstwo, zadziorność, dzielność i często narażanie własnego życia, jedynie po to, aby zademonstrować bomie swoją męskość. Ten aspekt ich charakteru kładę na karb ich ciągłego przebywania na sawannie i w buszu, wśród dzikich drapieżnych zwierząt, przed którymi muszą bronić nie tylko swoje krowy, ale i siebie samych. Z tego co się dowiedziałem, masajscy wojownicy zerwani raptownie z głębokiego snu, kiedy instynktownie wyczują jakiekolwiek niebezpieczeństwo, w ułamku sekundy gotowi są stawić czoło najbardziej groźnemu drapieżnikowi, a także stanąć do walki z przeciwnikiem, równie niebezpiecznym jak dzikie zwierzęta, na przykład wrogo nastawionym tubylcem z innego plemienia. Dla Moroni przebywającego wraz ze swoim stadem bydła na pastwiskach sawanny największym zagrożeniem dla ich krów są lwy oraz lamparty i chetah. W drastycznej i niebezpiecznej konfrontacji, masajski wojownik podejmie bez wahania akcję i głośno wykrzykując jakieś skandowane i rytmiczne słowa, dzierżąc w ręku oszczep, zaatakuje drapieżnika. W takiej sytuacji  dzikie zwierzę najczęściej się wycofa.

W bomie niedaleko Ngasumet, pierwszą rzeczą jaka wpadła mi w oczy, były ciężkie worki, zwisające z grubych konarów baobabów, o ciemno szarym kolorze i  niezbyt regularnej formie. Jak się szybko wyjaśniło były to misternie zbudowane z drobnych gałązek, trawy i miodu, gniazda dzikich pszczół. W pierwszej chwili ogarnął nas strach, co to się stanie, jeśli nagle spłoszone wylecą z tych porowatych worków roje dzikich afrykańskich pszczół i nas zaatakują. Ustawiliśmy się więc z kamerami, z zachowaniem jak najdalej idącej ostrożności, niezbyt blisko tych wiszących gniazd, ale z długimi obiektywami, aby zarejestrować niezwykle interesujący moment. Kilku młodych Moroni również ostrożnie, ale bez najmniejszego strachu odcinali maczetami te pszczele worki, po czym szybko wrzucali je do glinianej kadzi, mniej więcej półtorametrowej, a czekające już na tę chwilę stare kobiety wchodziły do środka bosymi stopami, rozgniatając te pszczele gniazda. Nie miałem pojęcia jak to się stało, że te stare kobiety nie były przez pszczoły śmiertelnie pokąsane. Być może Moroni wiedzieli, że pszczoły te już zginęły. Jurek Gościk, jak zwykle nieustraszony, zamiast użyć długiego obiektywu, robił zbliżenia Moroni i całej pszczelej operacji standardowym obiektywem. Miał swoje powiedzonka, które nas rozbawiały. – Jak mnie jakaś zołza ukłuje, to bagatelka,  byle nie w krocze – powiedział, nie odwracając oka od lupy.

Fermentacja w kadzi trwała kilka dni. Z jednej strony prażące słońce, a z drugiej nieustanna akcja starych kobiet, które nadzorując proces fermentacji w tej mini fabryczce miodowego „krupniku”, bez przerwy przeżuwały jakieś drobne listki nieznanej mi rośliny, ponoć rosnącej na sawannie i dla dodania aromatu z niebywałą wręcz zręcznością, zbliżały się do kadzi, po czym „wstrzykiwały” w tę mieszankę ślinę, z wyssaną cieczą z listków, do fermentującej miodowej papki, pełnej nie żywych pszczół, pogniecionych gałązek i trawy. I ja tam byłem i wraz z  szefem Lelaną i całą moją ekipą ten „krupniczek” piłem… piliśmy… bo musieliśmy, lecz prawdę powiedziawszy, za wyjątkiem szefa Lelany, który rozkoszował się tym alkoholowym miodkiem, my sączyliśmy go przez zęby i to bez najmniejszej przyjemności.

Ruszyliśmy w stronę słynnych masajskich studni w okolicy Ngasumet. Kiedy przybyliśmy na miejsce było jeszcze szarawo. Powoli jednak wysuwała się spoza horyzontu czerwonawo ciemna słoneczna tarcza. Sawanna zaczęła nabierać koloru. Po drodze w głębi otwartych od góry tuneli zauważyłem po bokach małe zbiorniki z dość brudnawą, mulista wodą. Były to miejsca, gdzie Moroni od czasu do czasu myli z kurzu swoje krowy, zanim zeszły do samego dna, do sztucznie zbudowanych z gliny dużych rozmiarów koryt z pitną wodą, często pokrytych na powierzchni zielonymi glonami lub niebiesko kwitnącymi nenufarami. W niektórych z tych wodopojów kilku półnagich Moroni, stojąc po pas w wodzie, skórzanymi pojemnikami dodatkowo przelewało wodę, do tego uformowanego  z gliny długiego jakby żłobu. Na zewnątrz wokół tych studni, stały tysiące krów, czekając na swoją kolejkę. Sceneria z pogranicza fantazji, a jednak tak prawdziwa i realistyczna. Krowy stłoczone przy wejściu, krowy wychodzące na zewnątrz, krowy na sawannie, beczące owce i kozy, rżące swoim piskliwym, urywanym dźwiękiem osiołki. Ryki i piski. Kurz. Moroni z twarzami pomalowanymi  kolorem ochry, w ich czerwonych „szukach”, z dzidami i długimi kijami w ręku, pogwizdujący na swoje krowy z dużymi rogami, stłoczone w powodzi wyschniętych, kruchych i przeźroczystych traw sawanny. Kobiety masajskie uginające się pod ciężarem skórzanych  bukłaków, pełnych pitnej wody ładowały je na grzbiety osiołków, po czym taka karawana podążała w stronę bomy, odległej niejednokrotnie o kilkanaście kilometrów. Znikali w krajobrazie, który przeobrażał się dzięki gigantycznym smugom światła, przechodzących z czarnego w kolor jasno żółtawy, sienny i ciepłą żółć ugru, aby w końcu zamienić się w staro złoty i całkowicie odsłonić rozległy krajobraz spalonej słońcem sawanny i buszu. Ta transformacja przypominała mi tła z portretów znakomitych holenderskich malarzy Rembrandta van Rijn czy Johanna Vermeera.

W czasie naszego pobytu w tej masajskiej bomie, koło Ngasumet, doszło niemalże do zbrojnej między plemiennej konfrontacji. Konflikt nastąpił z powodu jakoby kradzieży ich świętych krów. W przeszłości o te same bądź podobne sprawy przelewano tu krew. Tym razem na sawannie niedaleko Kilimandżaro, stanęły naprzeciw siebie dwa wrogie sobie ugrupowania. Z jednej strony masajscy wojownicy Moroni, a z drugiej wojownicy z plemienia Wa-Meru, zamieszkujący tereny wokół wulkanicznej góry Meru, kilkadziesiąt kilometrów od pasma górskiego Kilimandżaro, dziesiątej co do wielkości  góry w Afryce. Naprzeciw siebie stanęło, oko w oko, około  pięciuset uzbrojonych w oszczepy i łuki wojowników z obu stron, umalowanych w wojenne barwy. W Aruszy pod Kilimandżaro, było ponoć duże poruszenie wśród lokalnych i rejonowych władz.. Do wojny na szczęście nie doszło. Policja i tanzańskie wojsko, rozpędziły zwaśnionych wojowników obu plemion, na cztery wiatry. A nam sprzed nosa uciekła niezwykła okazja nakręcenia „wojny”, która mogła się jedynie wydarzyć kilkadziesiąt lub więcej lat temu. Na tych okruchach informacji o Masajach kończę moje wspomnienie o szefie Lelanie, jego ludziach  i jego bomie, chociaż na ten temat można by napisać książkę. Nie było to jednak nasze ostatnie spotkanie z Masajami, ponieważ w drodze powrotnej natrafiliśmy zupełnie przypadkowo na małą osadę Nabarene.

_______

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. 

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *