Rocznica Rewolucji Październikowej i wyjazd na stypendium do Paryża

Tadeusz Jaworski

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Podjąłem też pracę nad filmem, który zbliżał się do dokudramy „Trzecia strona rampy” (1961 r., scenariusz i reżyseria). Był to film o emerytowanych, wiekowych aktorach i aktorkach, w domu aktora w Skolimowie. Sam temat był wzruszający i dramatyczny. Dotyczył codziennych, małych i dużych personalnych problemów, dotykających tych, którzy kiedyś byli luminarzami polskiej sceny, a teraz zostało im jedynie czekać na tę ostatnią chwilę.

Po tym filmie stanąłem przed poważnym i nie pierwszym w moim zawodowym życiu problemem „co dalej”. Wciąż zastanawiałem się, jaki gatunek filmowy najbardziej mi odpowiada. Od samego początku, po studiach był nim dokument. Wróciłem z łódzkiej oświatówki do Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Warszawie, gdzie rozpocząłem już kilka lat wcześniej pracę reżysera. Ale kilka lat upłynęło zanim w kraju nastąpiła „odwilż” i zostałem zrehabilitowany przez nowe władze urzędu kinematografii za grzechy nie popełnione. W międzyczasie Wytwórnia Filmów Dokumentalnych zmieniła nieco profil i stała się Wytwórnią Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. Dzięki reżyserowi Jerzemu Bosakowi przy WFD powstał Zespół Filmowy „Kamera”, a więc zespół produkcji filmów fabularnych.

Na początku dokument traktowałem jako trampolinę, która miała mnie wprowadzić w arkana filmu fabularnego, a więc jak to określaliśmy w naszym filmowym żargonie, w kierunku zdobycia „złotych ostróg”. Kilku moich kolegów, takich jak Jerzy Hoffman, Roman Polański, Andrzej Munk czy Witold Leśniewicz, po pracy nad filmami dokumentalnymi, przeszło do fabuły. A ja uczepiłem się dokumentu jak przysłowiowy „rzep psiego ogona”. Dla mnie dokument to też „romans” z gatunkiem filmowym jako środkiem masowego przekazu na temat współczesnego życia ludzi oraz ich codziennych dużych i małych „dramatów”. Dokument dawał reżyserowi możliwość doskonalenia technicznego i twórczego.  Tak więc cieszyłem się z powrotu na Chełmską 21, do Wytwórni tym razem Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, która dala mi szansę i poczucie tego, jak ważną rolę mam do spełnienia.

Praca nad filmem dokumentalnym rozwijała mnie, gdyż wciąż czegoś poszukiwałem. Formę, która mnie pasjonowała nazwałem „dramatem faktu”. Zainspirował mnie fragment jednej z książek Wiliama Faulknera: „jeśli mam wybierać pomiędzy pasywną afirmacją i kontradykcją percepcji świata – wówczas wybieram kontradykcję (sprzeciw, przyp. red.)”. I ja wybrałem kontradykcję, realizując „dramaty faktu”, które z reguły przez swój temat były kontrowersyjne i nierzadko wymierzone przeciw istniejącemu w kraju komunistycznemu „status quo” oraz surowo przestrzeganej przez cenzorów linii partyjnej w sztuce. Wbrew wszelkiej logice i takie filmy przez przypadek zdarzało się realizować.

 ***

Któregoś dnia dostałem biznesową kartkę od mojego przyjaciela Kazimierza Dejmka – „Tadzio ratuj” i z zapytaniem, czy mógłbym pomóc w rozwiązaniu strony plastycznej i z montażem z kronik filmowych, które mają być rzucone na ekran w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, w związku z obchodami rocznicy rewolucji październikowej w sowieckiej Rosji. Zadzwoniłem więc do Kazia do teatru i powiedziałem mu – Kazio, jest początek listopada, to skąd rewolucja październikowa? Na co Kazio odpowiedział – Nie zawracaj mi głowy, wiesz przecież, że oni obchodzą rocznicę rewolucji październikowej w listopadzie…, a nawiasem mówiąc, tak u nich jest ze wszystkim!

Uroczysta akademia z udziałem wszystkich „bonzów” z Alei Jerozolimskiej, a więc z polskiego „Białego domu”, łącznie z Wiesławem Gomułką i jego przyboczną gwardią członków centralnego biura politycznego, odbyła się jak zaplanowano. Ja niestety, nie mogłem zdążyć na czas. Okazało się jednak, że te kroniki nie były aż tak potrzebne, ponieważ wszyscy obecni partyjni znali obrazy tego światowego nieszczęścia. Konferansjerkę prowadził Józef Prutkowski, pisarz i aktor, który kierował w tym czasie działem satyrycznym „Trybuny wolności”. Józek był znakomitym satyrykiem, inteligentny, z poczuciem humoru, potrafił  błyskawicznie reagować i ripostować. Był też „bratem łatą”, który nie gardził kielichem gorzałki. Znałem go bardzo dobrze. Stąd też nie byłem zdziwiony, że Kazio Dejmek wybrał go na konferansjera akademii z okazji rocznicy rewolucji październikowej.

Siedzieliśmy w Sali Kongresowej w ogromnym napięciu. Kazio był lekko podenerwowany, bał się czy wszystko pójdzie gładko. Orkiestrą dyrygował i aranżował muzykę w brzmieniu przypominającą dixieland, znany powszechnie dyrygent Orkiestry Tanecznej Polskiego Radia, Jan Cajmer. Wystarczyło otworzyć „pudełko” radiowe i natychmiast słyszało się zapowiedź, „a teraz zagra orkiestra, pod dyrekcją Jana Cajmera”, np. „Warszawa ja i ty”, fokstrot z filmu „Skarb”.  Niemal każdy w Polsce znał więc wtedy nazwisko Jana Cajmera.

Jan Cajmer nie był jednak usatysfakcjonowany popularnością i za wszelką cenę próbował wyjechać z Polski. Po długich staraniach dostał pozwolenie ludowej władzy na wyjazd wraz z rodziną za granicę. Miał wyjechać przez NRD na Zachód i nigdy już nie powrócić do kraju nadwiślańskiego. Wielu z nas też chętnie by opuściłoby te gościnne progi Polski Ludowej, gdyby tylko mogło. Natomiast wielkie było nasze zdziwienie, gdy na całą Polskę gruchnęła wieść, że wschodnio niemieccy celnicy okazali się zbyt dokładni i odkryli, że rozmaite naczynia kuchenne, różne żeliwne patelnie czy garnki, pokryte były z zewnątrz farbą, a po zdjęciu farby okazało się pod spodem było szczere złoto. Janowi Cajmerowi i jego rodzinie pozwolono przekroczyć granicę, a „naczynia kuchenne” zatrzymano.

Wróćmy jednak do obchodów rocznicy rewolucji październikowej w Warszawie. Dowcipny Józek Prutkowski, zapowiedział wystąpienie pułkownika Stanisława Nadzina (wł. Stanisław Guman, dziennikarz, tłumacz lit. rosyjskiej, płk. Ludowego Wojska Polskiego, przyp. red.) – A teraz proszę towarzyszy – powiedział – wystąpi pułkownik Stanisław Nadzin, który stracił nogi pod Lenino!

Wszyscy wiedzieliśmy, że Nadzin nie stracił nóg w bitwie pod Lenino, a po prostu był człowiekiem o bardzo krótkich nogach, taki polski Toulouse-Lautrec. Nie był to najbardziej udany komentarz, publiczność w Sali Kongresowej więc milczała. Kolejny raz Józek Prutkowski wyszedł na środek sali i zapowiedział – A teraz proszę towarzyszy, zagra orkiestra Polskiego Radia pod dyrekcją Jana Cajmera i… chór z nim!

Sala ryknęła gromkim śmiechem, Kazik Dejmek złapał się za głowę. Nie śmiał się tylko Wiesław Gomółka i jego podwładni z Biura Politycznego PZPR. Nie dostrzegli aluzji.

***

W 1958 roku dzięki AID (Międzynarodowe Stowarzyszenie Dokumentalistów, z siedzibą w Paryżu), z inicjatywy Prezydenta tego Stowarzyszenia, holenderskiego reżysera Andre Storcka, dostałem trzymiesięczne stypendium Międzynarodowego Instytutu Teatralnego, w Centre National du Théâtre. Praktykowałem jako asystent obserwator w Studio de Boulogne u Marcela Carné, przy filmie „Oszuści” („Les Tricheurs”). Uważałem, że spotkał mnie ogromny zaszczyt, stać obok tego genialnego francuskiego reżysera, który był jednym z pięciu reprezentantów „złotego okresu” kina francuskiego. Marcel Carné, zrobił na mnie wrażenie człowieka bardzo skoncentrowanego na tym, co w danej chwili robi. Był podczas zdjęć skupiony. Siedział na krzesełku tuż przy kamerze. Często zaglądał do kamery. Wydawał instrukcje swojemu zespołowi i aktorom w sposób dość energiczny. Był człowiekiem nie wysokim i dość ociężałym. Miał dość duże poczucie humoru, lecz nie w czasie pracy. Kiedy w przerwie na lunch wszyscy schodziliśmy z planu udając się do kawiarni czy do małych restauracyjek w pobliżu studia, Marcel Carné nie opuszczał swojego stołka przy kamerze. Wyciągał z brązowej papierowej torebki kanapkę i miał kawę w termosie. Jadł, ale robił wrażenie, że je automatycznie, ponieważ czuło się, że jest cały czas skupiony.

Zaprzyjaźniłem się z asystentem reżysera René Claira – Constaninem Costa-Gavrasem. Często z nim chodziłem na lunch do malej jugosłowiańskiej restauracyjki, gdzie zamawialiśmy najtańszą potrawę, przypominającą trochę nasz bigos i do tego bagietkę oraz domowe wino, które wówczas było tańsze niż woda mineralna. Za jakiś czas Costa zrobił polityczny thriller „Z” (1969). Film ten przyniósł mu sławę, gdyż dostał za niego Oskara.

___________

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Dalszy ciąg wspomnień ukaże się wyjątkowo w poniedziałek 17 grudnia 2018 r.

 

Tadeusz Jaworski na Culture Avenue:

http://www.cultureave.com/filmy-o-architekturze-i-sztuce/

http://www.cultureave.com/filmowa-wedrowka-przez-zycie-praca-w-wytworni-filmow-dokumentalnych-w-warszawie-zwolnienie-i-wyjazd-na-banicje-do-lodzi/

http://www.cultureave.com/tadeusz-jaworski-filmowa-wedrowka-przez-zycie/

http://www.cultureave.com/filmowa-podroz-przez-zycie-korzenie/

http://www.cultureave.com/filmowa-wedrowka-przez-zycie-przedwojenny-czortkow-na-podolu/

http://www.cultureave.com/filmowa-wedrowka-przez-zycie-wojna-i-nowa-tozsamosc/

http://www.cultureave.com/wojna-bulan-i-rzez-na-wolyniu/

http://www.cultureave.com/polska-armia-w-zwiazku-radzieckim-powstanie-warszawskie/

http://www.cultureave.com/dostrzec-piekno-czlowieka-tadeusz-jaworski-1926-2017/

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *