Rozważania na temat filmu dokumentalnego

Tadeusz Jaworski

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Joanna Sokołowska-Gwizdka: Pana filmy charakteryzuje oszczędność środków wyrazu, przy jednoczesnym dużym   ładunku emocjonalnym. Z pozoru zwykłe dialogi przeciętnych ludzi, mają w sobie niezwykłą siłę dramaturgiczną. Co fascynuje Pana w tym gatunku? 

Zawsze szukałem możliwie najwłaściwszej formy ekspresji w komunikacji z odbiorcą, zarówno wtedy, gdy pracowałem w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych na Chełmskiej 21 w Warszawie, jak i pózniej w Kanadzie. Interesował mnie wyłącznie dokument, a sciśle mówiąc „doku-drama”. Tematyka moich filmów była nimalże wyłącznie inspirowana wydarzeniami z życia codziennego. Jednak praca w Polsce różniła się od pracy w Kanadzie. Przedstawiana rzeczywistość, sprawy małe i duże w filmach dokumentalnych realizowanych w Kanadzie, pozostawiały często wątpliwość w potrzebę ich realizowania. To, do czego przywiązywaliśmy tak ogromną wagę i czego uczono nas w „Filmówce”, co powszechnie określamy jako „odpowiedzialność twórcza”, praktycznie w Kanadzie nie istniało.

Od wielu lat podobnie jak w sztuce, tak i  w filmie dokumentalnym, coraz trudniej jest znaleźć patrona (sponsora), takiego jakim był np. Lorenzo de’ Medici. Wiąże się to zapewne z zupełnym brakiem zainteresowania wśród masowego odbiorcy, a co za tym idzie ograniczenie funduszy zarówno w sektorze państwowym, jak i prywatnym. Sponsor, który wiele lat temu w połowie, bądź w całości finasował produkcję filmu dokumentalnego, mógł po pewnym czasie oczekiwać ponad stu procent zwrotu inwestycji. Obecnie drastyczne ciecia budżetowe w sieciach telewizyjnych i w prywatnym sektorze,  odbiły się przde wszystkim właśnie na gatunku filmu dokumentalnego.

Dla mnie „romans” z gatunkiem filmu dokumentalnego, zaczął się w roku 1951, od razu po zakończeniu studiow w łodzkiej „Filmówce”. W tym czasie traktowaliśmy film dokumentalny, jako dalszą drogę w kontynuowaniu poznania i udoskonalaniu warsztatu fimowego. Dla wielu z nas praca w dokumencie była traktowana jako okres przejściowy do filmu fabularnego. Byli wśród nas koledzy, którzy zajmowali się jednocześnie filmem dokumentalnym i fabularnym. Przykładem może być Andrzej Munk, Witold Lesiewicz, Jerzy Hoffman czy Edward Skórzewski. Wielu z nas jednak widziało i rozumiało ogromną siłę wymowy filmu dokumentalnego, jako środka przekazu, a także jego możliwości twórczych dla reżysera.

Mój przykład nie jest prawdopodobnie najbardziej typowy, ponieważ moje życie, również to twórcze, w pewnym momencie rozpadlo się na dwie części. W najbardziej produktywnym i dojrzałym okresie przeszedłem ”transplantację”. I to nie tylko do innego kraju, lecz również na inną półkulę. Tego typu transplantacje są niezwykle trudne, ponieważ wraz z moją żoną Tamarą znaleźliśmy się nagle w zupełnie innym świecie i musieliśmy zaczynać budowanie swojego nowego życia od zera.

Znaleźliśmy się wśród ludzi z zupełnie inną psychiką i z innymi obyczajami, gdzie „zielony papierek” dominował życie. Dotknęły mnie też odmienne warunki ekonomiczne w produkcji filmowej. Film w Kanadzie praktycznienie nie istniał. Owszem był National Film Board oraz Canadian Broadcasting Corporation, ale National Film Board przeżywał polityczny kryzys i przestał być znakomitym źródłem inspiracji, takim jakim był w okresie kadencji Johna Griersona (uważanego za twórcę brytyjskiego i kanadyjskiego filmu dokumentalnego, przyp. red.). Kiedy się zjawiłem w NFB, organizacja była poligonem rozgrywek politycznych między angielską a francuską frakcją o wpływy, program i finanse. Sytuacja więc była bardzo trudna.

W pozostałej części Kanady produkcja  właściwie nie istniała, za wyjątkiem kilku Don Kichotów, wzorujących się na przykładach angielskiej i amerykańskiej szkoły filmu dokumentalnego. I w gruncie rzeczy nie najlepszej. Charakterystyczne było dyletanctwo,  przed czym ostrzegano nas zarówno na studiach, jaki i potem w pracy. Tu każdy, kto miał ochotę, kilka dolarów w kieszeni i kamerę uważał, że może przystąpić do produkcji filmowej. Film był w tym czasie niezwykle atrakcyjny wśród młodych ludzi. Student, który nie dostał się na medycynę czy prawo, wybierał film. Stąd też w mojej klasie na York University miałem dwa razy tyle studentów, ile powinienem mieć. Przestrzegałem ich, mówiłem, że w Kanadzie przemysł filmowy nie istnieje i będzie im trudno znaleźć pracę. Po kilku latach wszystko się sprawdzilo co do joty. Owszem kilku najzdolniejszych udało mi się umieścić w CBC,  a nawet w Hollywood, gdzie miałem znajomości z okresu „Oskara”, ale większość spotykałem potem jako policjantów, strażaków, motorniczych, czy konduktorów.

Rynek filmowy w Kanadzie był niemalże całkowicie opanowany przez amerykańskich producentów, chociażby ze względu na kurs dolara i lepsze ceny.  W tej sytuacji mnie pozostały dwie drogi do wyboru, albo zrezygnować z pracy filmowej, albo się w nią włączyć. Oczywiście wybrałem tę drugą alternatywę. Decyzja ta odegrała poważną rolę w rozwoju mojego „romansu” z filmem dokumentalnym rozpoczętym w Polsce. Jedna część mojego życia i twórczej pracy, dostatecznie burzliwa, została po tamtej stronie oceanu, a druga, niemniej burzliwa, zaistniała po tej stronie. Zupelnie jak dwa rozdziały różnych książek, z tym samym bohaterem.

Znowu stałem nad burzliwym strumieniem nieprzewidzianych wydarzeń. Dramatyczna dla mnie  „transplantacja” do Kanady wtrąciła mnie w pewien rodzaj próżni, która po czasie okazała się motorem w znalezieniu nowej drogi i kontynuacji dalszej pracy w dokumencie. Były to głównie seriale w stylu doku-dramy, takie jak „Proces Jezusa”, „Nowy świat” czy „Wezwanie Karola Marksa”. Mimo nominacji do ”Oskara” (The Academy of Motion Picture, Arts and Science) oraz jego kanadyjskiego odpowiednika „Złotego Etroga”, za najlepszy film dokumentalny roku, zrezygnowałem z szeregu propozycji, przejścia do filmu fabularnego. Propozycja znakomitego reżysera Georga Stevensa, jurora „Oskara”, podpisania kontraktu z Universal Studios na pięć lat, na warunkach  stand by, czyli bez gwarancji pracy reżyserskiej, będąc w zawieszeniu i czekając na „Godota”, za radą  mojej żony Tamary, nie przyjąłem. Podobnie kanadyjskie propozycje robienia filmów o morderstwach i o gejach kategorycznie odrzuciłem. Not my cup of tea. Podobnie nie przyjąłem propozycji zostania biurokratą, czyli dyrektorem w Departamencie  Informacji do spraw Filmu i Telewizji, co wiązało by się z przeniesieniem do Ottawy. Pozostałem w dalszym ciągu wykładowcą na York University, Stong College, wykładając Film Studies.

Ale przede wszystkim pozostałem wierny filmom domumentalnym i serialom takim jak „Proces Jezusa”, „Nowy Świat” czy „Wezwanie Karola Marksa”. Zaczęła się praca twórcza na innych zgoła warunkach produkcji, która ponownie zaczęła regulować moje życie. WFDiF na Chełmskiej 21 była moją kuźnią, tam bowiem nauczyłem się tego wszystkiego, co w przyszłosci stało się miernikiem moich sukcesów i porażek w pracy. Wytwórnia stała sie więc dla mnie znakomitą trampoliną w przyszłość i dała poczucie, jak ważną rolę mam do spełnienia w stosunku do odbiorcy. Tak ja, jak i moi koledzy dokumentaliści zdawaliśmy sobie sprawę z tego jak trudno jest w dokumencie osiągnąć zamierzone cele, kiedy nie ma się do dyspozycji „pudru”, a jedynie temat, ewentualnie jeszcze swój własny styl i technikę, która stanowiłaby o sile ekspresji oraz przekazie wartości  artystycznych i intelektualnych. Ten arsenał wydaje się niewielki, w konkurecnji z filmem fabularnym, który interesuje masowego odbiorcę, szukającego w kinie nie tyle rozrywki, ile ogromnego ładunku psychopatycznych emocji. Oglądając większość filmów fabularnych, jak również i dokumentalnych,  odnoszę wrażenie, że wartości artystyczne czy edukacyjne, które były dla nas tak istotne w Polsce, tu nie istnieją. Filmy przeżywają rodzaj choroby, którą określiłbym „dyzenterią” środków artystycznych i intelektualnych. Gdzie się podziala X Muza? W produkcji liczy się czas, co przekłada się na pieniądze. Estetyka w większości filmów przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Dominuje sensacyjność. Wątpliwy to entertainment. Nowa technologia wyeliminowała jakiekolwiek ambicje twórcze producentów i reżyserów. Nastąpiła fascynacja tak tworców, jak i widzów czymś w rodzaju komiksu, ze specjalnymi efektami, co dzięki komputerom może byc doprowadzone do perfekcji. Jak długo potrwa ta sezonowa zabawa niewiadomo w co? Co wymyślą w przyszłości twórcy, aby wyciągnąć jak największe korzyści finansowe, a jednocześnie doprowadzić do kompletnej impotencji intelektualnej widza? Czy nastąpi powrót do X Muzy, do szlachetnej sztuki Marcela Carné, Juliena Duviviera, René Claire’a, Jeana Renoira, Roberta Bressona czy Alaina Resnaisa.Czy kiedykolwiek zobaczymy znowu dziela filmowe godne Kurosawy, Felliniego czy Bergmana. Filmy dokumentalne Roberta J. Flaherty’ego, Johna Griersona czy Basila Wrighta. Oto są pytania, na które nie ma dziś odpowiedzi. I prawdopodobnie nigdy już nie będzie.

W moim rozumieniu, mimo wszystkich przeciwności, środki masowego przekazu, nie mówiąc o kronikach filmowych, które dziś nastawione są głównie na histeryczne sensacje, film dokumentalny ma ciągle ogromną rolę  do spełnienia. Być  może któregoś dnia nastąpi renesans tego gatunku, szczególnie w tak trudnym i skomplikowanym świecie w jakim żyjemy. W mojej pracy, oprócz wagi jaką przykłądałem do estetyki, zawsze starałem się przekazać informacje w sposób uczciwy, bez zakłamania, stosując nieskomplikowaną technikę filmową i montaż, biorąc zawsze pd uwagę tak ważną rzecz, jaką jest prostota w sztuce. Tak było zarówno w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie („Źródło”, „Byłem kapo”, „Miejsce na szkołę”, „Sekretarz”), gdy kręciłem filmy o Afryce, w Teatrze Telewizji („Chlopcy”, „Czapa czyli śmierć na raty”, „Nokturn”, „Krzyk w próżni świata”), jak również realizując filmy w Kanadzie („Wszystko na sprzedaż”, „Dziki ryż”, „Nowy świat”, „Italo”, „Wezwanie Karola Marksa” czy „Proces Jezusa”). W serialu „Proces Jezusa”, który traktuje o nietolerancji i nienawiści, próbowałem przekazać w formie dramatycznej historyczne i teologiczne fakty. Miałem nadzieję, że potrafią one w tej formie artystycznej nie tylko zainteresowac odbiorcę, ale i sprowokować widza do własnych przemyśleń. Zarówno w Polsce, jak i w Kanadzie moje filmy były kontrowersyjne i niekonformistyczne. Podczas projekcji serialu „Proces Jezusa” w Nowym Yorku, jeden z uczestniczących w tym spotkaniu biskupów, o ile pamiętam kościoła luterańskiego, w dyskusji oświadczył, że oglądając ten serial, czuł się bardzo niekomfortowo. Odpowiedzialem mu: „Eminencjo… właśnie dlatego zrobiłem ten film!”

Kończąc te uwagi na temat filmu dokumentalnego, zacytuję znakomitego amerykańskiego pisarza Williama Faulknera:

Jeśli mam wybrać  pomiędzy pasywną afirmacją lub kontradykcją percepcji świata, wówczas wybieram kontradykcje!

I to jest zapewne moja najprostsza odpowiedz na pytanie – dlaczego robię filmy dokumentalne i doku-dramy.

 

Tekst został napisany w 2017 r.

__________

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Dalszy ciąg wspomnień ukaże się w poniedziałek 4 marca 2019 r.

Poprzedni odcinek:

“Byłem kapo” – film z dramatem wojny w tle.

 

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *