Tajemniczy świat Masajów

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Masajowie! Był to temat do jednej z sekwencji filmowych, który miałem w moim planie z notatką „zdobyć materiał za wszelką cenę”. Podkreślony grubą, czerwoną krechą, był przeze mnie stosunkowo nieźle opracowany. Nie miałem wątpliwości, że było to jedno z najbardziej atrakcyjnych plemion. Bez względu na to jakie trudności czekały mnie z ich strony, byłem zdeterminowany, aby zdobyć wizualny i dźwiękowy materiał. Masajowie są wyjątkowo atrakcyjni i fascynujący jako tubylcy afrykańskiej sawanny, nie tylko poprzez swoją egzotykę, lecz przede wszystkim ze względu na ich plemienne tradycje i zwyczaje. Spotykałem ich na sawannie i w buszu, w małych osadach, a nawet w miasteczkach Arushy i Moszi.  Masajowie z sawanny, ci co pozostali wierni starym plemiennym tradycjom, zwyczajom, obrzędom i religii oraz głównemu celowi ich życia, pasterstwu i ich „świętym” krowom, byli  w centrum mojego zainteresowania. To jedno z najciekawszych plemion, a także, jeśli tak je można określić, najbardziej romantycznych w sensie ich tajemniczości, egzotyki oraz zwyczajów, wśród wielu innych, które spotkałem w wielu rejonach Kenii i Tanzanii, w  cieniu gigantycznego masywu górskiego Kilimandżaro. Masajowie są plemieniem pochodzenia nilo-chamickiego i według podań, przywędrowali tu z południowego Egiptu i Etiopii. Stąd też zapewne nie mają charakterystycznych rysów negroidalnych, jak pozostałe okoliczne tu plemiona, takie na przykład jak Czaga czy Kikuju oraz Luo w Kenii i są bliższe rysom kauakazoidalnym, podobnie jak ich „kuzyni” Tutsi w Burundi. Nie wiem ile jest w tym prawdy, ale podobnie jak w Etiopii, starożytni Falashowie, tak tu w rejonie Kilimandżaro Masajowie są absolutnie przekonani o tym, że są potomkami starożytnych Izraelitów.

Cienie Kilimandżaro, po obu jego stronach, tak tanzańskiej, jak i kenijskiej, okazały się dla nas dość mroczne. Ja jednak wyrosłem na poezji naszego genialnego wieszcza Adama Mickiewicza oraz Juliusza Słowackiego, Norwida i Tetmajera, a także uwielbianej przeze mnie poezji Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Szczególnie wracam zawsze do jego poematu ”Wit Stwosz”, gdzie w ostatniej strofie „Suplikacja” mówi sowa: „ja ptaszysko mądre i prorocze,  co oczami świecę w ciemne noce, z gałązki schodzę i proszę, byście mistrza przyjęli w swój poczet”. Ach… łza się kreci w oku, jaki to piękny ten poemat mistrza Ildefonsa o Wicie Stwoszu. A więc pomyślałem sobie, że posłucham tego mądrego ptaszka – sowy, uzbroję się w cierpliwość i spróbuje otworzyć drzwi do świata Masajów.

Wśród wulkanicznych wzgórz Serengeti, gdzie wielokrotnie prowadziły nas drogi, roztacza się płaskowyż falujących wysokich traw sawanny, potężnych, o grubych gołych, bezlistnych i często umierających baobabów i przepięknych akacji oraz  gęstych kęp krzaków, jest bardzo duża koncentracja dzikich zwierząt, a wśród nich oczywiście drapieżników, takich jak wspaniałe królewskie lwy, śmigłe cheaty, sekretne pantery, a także niezbyt piękne centkowane hieny, o ogromnych głowach i jeszcze większych, mocno uzębionych szczękach. Sezonowe wędrówki dzikich zwierząt  z południowych  terenów Serengeti w Tanzanii, w poszukiwaniu świeżych pastwisk, są tu znane i niewątpliwie należą do najwspanialszych i najbardziej spektakularnych migracji. Tysiące antylop gnu i jak również i innego rodzaju zwierząt sawanny i dżungli, od tysięcy lat z wrodzonym instynktem przetrwania  gromadzi się w tym jednym miejscu w jedno gigantyczne stado, przygotowując się do wielkiej przeprawy, na przeciwny brzeg rzeki Mara, w poszukiwaniu świeżej trawy. Z jednej strony jest to ogromne spektakularne zgromadzenie, któremu towarzyszy tumult wznoszącego się wysoko brązowo-rudawego kurzu i rozproszonego kopytami miałkiego pyłu, przy akompaniamencie masowego i różnorodnego ich ryku, a z drugiej strony ma tu miejsce niezwykła koncentracja drapieżnych zwierząt  instynktownie, oczekujących na pełne sukcesów polowanie, kiedy stada antylop i zebr przewalają się jak plazma, przez ich tereny. Wielce dramatyczny jest szczytowy moment tej migracji, kiedy tysiące gnu i innych antylop nagle, jak za wystrzałem z rewolweru na konnych wyścigach, rusza w pełnym galopie w stronę urwistego brzegu rzeki Mara i rzuca się w porywiste głębiny i wiry wody, próbując za wszelką cenę przeżyć i wydostać się na przeciwny brzeg. Przeprawa ta, która powtarza się dwukrotnie w okresie sezonów jest wielce niebezpieczna, ponieważ rzeka stanowi dla nich ogromną przeszkodę, gdyż stłoczone w masie toną w głębinach porwane przez silny prąd.  Wiele też z nich ginie w paszczach krokodyli. Jednak w tej powtarzającej się co roku z dokładnością szwajcarskiego zegarka niebezpiecznej migracji, tysiące zwierząt znajduje na przeciwnym brzegu rzeki Mary bezkresne pastwiska i świeżą, soczystą tryskającą zielenią trawę. Dwa lub trzy miesiące później cała ta dramatyczna dla nich przeprawa za pożywieniem powtarza się i wraz z życiodajnymi deszczami powracają do Tanzanii, do swojego rezerwatu w Serengeti.

Okolice Engaruki są prawie nie zamieszkałe. Jadąc wolno koleiną wśród traw sawanny nasze samochody gniotły z trzaskiem pod kołami, złocistą, spaloną słońcem trawę. Minęliśmy wyschnięte koryto jakiejś rzeki, kilka samotnych potężnych, pewnie tysiącletnich baobabów, o wyschniętych, niemalże bezlistnych grubych konarach. W dali po lewej stronie wyrósł przed nami krater Oldoinyo Kerimasi, a po prawej stronie Lengaji Mpakaii. Przed nami zauważyłem potężny, przypominający gigantyczny kopiec termitów, Mount Lol Malagin. Wydawało mi się, że znaleźliśmy się na planecie Mars, tyle tylko, że pokrytej gęstą trawą, a w pewnych miejscach mocno zalesioną. Wśród traw sawanny stały niedaleko od nas,  bez ruchu żyrafy o długich szyjach, zrywające resztki liści akacji i wolno je przeżuwające. Co chwila jednak czujnie spoglądały  w stronę naszych samochodów, jakby szacowały sytuację. Spotykając je wielokrotnie w rozmaitych sytuacjach i krajach Czarnego Lądu, tu na drodze marzyłem o tym, żeby podejść do jednej z nich i zamiast porannej toalety dać się jej oblizać długim, błękitnym jęzorem. Kiedy przyjrzałem się im bliżej zauważyłem, że samice mają na głowie jakby dwa owłosione rogi, natomiast samce maja trzy i mniej na nich owłosienia.

Nagle, jak przysłowiowy „Filip z konopi”, w środku tego pustkowia pojawiła się przed nami nieoczekiwanie tajemnicza postać, stojąca pośród ciemno złocistej trawy spalonej słońcem, w czerwono rudawej, wypłowiałej szacie, w rodzaju rzymskiej tuniki przewieszonej przez ramię. Kiedy zbliżyliśmy się do tego rytmicznie podskakującego Masaja, okazało się, że jest to młody Morani, a więc masajski wojownik. Wysoki, o długich nogach, o pięknej, gładkiej jak alabaster czerwono-czarnej skórze, ogolony na „nulkę”, z zaplecionym w tyle głowy warkoczykiem oraz obwieszony dekoracyjna biżuterią. Kombinacja spłowiałej żarem słońca trawy z czerwono rudawa tkaniną oraz ciemną postacią masajskiego wojownika Morani, na tle powulkanicznego krateru, była czymś nadzwyczajnym i wartym z całą pewnością pędzla artysty malarza. 

Był to pierwszy Masaj i do tego Morani, którego tego dnia spotkaliśmy na naszej drodze, kierując się w stronę jednego z ich rezerwatów. Nie zrażony zbliżającymi się samochodami masajski wojownik stał w miejscu, podskakując na wyprężonych jak sprężyna długich nogach. Zatrzymaliśmy się. Nie speszyło to w najmniejszym stopniu naszego przygodnego Masaja, ponieważ nie tylko nie zwrócił na nas uwagi, ale nie przestał też podskakiwać. Zrozumiałem, że to skakanie nie jest zabawą ani też chorobą. W lewej ręce dzierżył oszczep, zaś w prawej  długi, dość gruby kij. Na końcu tego oszczepu tkwiło coś na kształt kartofla, a jak przyjrzałem się bliżej, był to  kulisty balonik utkany z tkaniny. Wiedziałem już, że tego rodzaju zakończenie oszczepu oznacza, że wojownik usposobiony jest pokojowo. A więc był to dobry dla nas znak. Wiedziałem również i o tym, że nie wolno dotykać jego oszczepu bo w mgnieniu oka mógłby przebić któregoś z nas na wylot. Nie wiedziałem jednak dlaczego tu na tym odludziu, z dala od jego „bomy” (osady),  stoi tu i skacze. A właściwie co u licha robił tu zupełnie sam, bez stada krów i owiec, w kompletnym pustkowiu, na bezkresnej sawannie, w miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi? Zastanawiając się nad tym smukłym jak trzcina Morani, jeden z moich asystentów i lokalnych przewodników z rozbrajającym uśmiechem na ustach wyjaśnił nam całą sprawę. W pierwszej chwili bylem wściekły sam na siebie, że tak ważny masajski obyczaj umknął się mojej uwadze, gdy się przygotowywałem z tematu „Masajowie”.  Okazało się, że ten skaczący „pod niebiosa” Morani, daje w ten sposób znać, że poszukuje żony. Ale dlaczego na pustkowiu, gdzie poza nim i nami nie było żywej duszy? To pozostało dla mnie tajemnicą. Natomiast mój operator dźwięku Zbyszek Wolski, przyglądając się tej fascynującej scenie, nagle zwrócił się do mnie z lekkim niepokojem w głosie, co nie często mu się zdarzało, jak przystało na odważnego żołnierza AK i Powstańca Warszawskiego. – Słuchaj Tadzio,  może tak na wszelki wypadek zamiast stać tu, należałoby ruszyć dalej, bo licho go tam wie czego on chce, zwłaszcza, że dzierży w ręku oszczep, który może być zatruty. Na to jak zawsze wesolutki operator Jerzy Gościk, zarechotał na całe gardło i z zatroskaną miną na twarzy, żartobliwie powiedział – chłopaki, a może to jakaś zaraźliwa, nieuleczalna choroba i człowiek wróci do Warszawy i zacznie ni z tego ni z owego nagle podskakiwać? To by ci dopiero była heca.

Morani dał nam gestami rąk do zrozumienia, że chętnie by się z nami zabrał. Spróbowałem popisać się moją znajomością języka swahili i zapytałem – Rafiki… una kwenda wapi? (przyjacielu, gdzie idziesz?). Chyba uchwycił te wolno „wycedzone” słowa, bo wskazał ręką z włócznią, kierunek i głośno odpowiedział – Engaruka! – Eureka! – krzyknąłem w stronę moich kolegów. To jest  właśnie miejsce,  w kierunku którego podążamy.

Przypadkowo natrafialiśmy na zatartą czasem koleinę. Przeważnie jechaliśmy poprzez sawannę pozostawiając, za sobą świeży ślad i skruszoną pod kołami suchą, błyszczącą w promieniach słońca, trawę. Tuż przed Engaruką, nasz Morani, nie czekając na moment, kiedy się zatrzymamy, jak piórko zeskoczył z jadącego samochodu, po czym odwrócił się do nas i ręką dzierżącą włócznię pokiwał nam na pożegnanie. Wskazał też jakby osadę, masajską „bomę” na pustyni z prześwitującymi w głębi niskimi zabudowaniami. Nasz Morani uśmiechnął się i wtedy zauważyłem, że nie ma na dole przednich siekaczy. Szybko wykręcił się i za chwilę znikł wśród traw sawanny. Pozostało po nim niezwykle miłe wspomnienie wolnego człowieka z sawanny, który sprężyście skacząc wysoko w górę, szukał na tym pustkowiu jeszcze jednej żony.

Engaruka okazała się malutką osadą, jakże ważną dla historii cywilizacji tego rejonu. Niestety w konfrontacji z rzeczywistością mimo, źródła informacyjne się nie sprawdziły. W wysokich trawach tej romantycznej osady, zagubionej wśród traw sawanny, natrafiliśmy jedynie na szczątki porozrzucanych tu i owdzie kamieni, które niewątpliwie miały ogromną wartość historyczną dla naukowców, ponieważ były śladem cywilizacji odległych epok, lecz dla nas kamienie te nie stanowiły większej wartości. Z pustymi kasetami zostawiliśmy więc ruiny Engaruki. Zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz nam się to przydarzyło. W moich notatkach z podróży do Engaruki, pozostały jednak informacje, które w skrócie można by ograniczyć do jednego zdania: „Engaruka, interesujące starożytne ruiny starej cywilizacji”.

Masajowie! Plemię pasterskie, plemię koczownicze. Nomadzi wschodnio-centralnego płaskowyżu Czarnego Lądu. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że są jednymi z najlepszych pasterzy krów na świecie. Są godni i dumni, a jednocześnie bardzo srodzy. Uprzedzano nas, żeby pod żadnym pozorem nie dotykać oszczepu masajskiego wojownika Morani. Jest to bowiem w ich mniemaniu jednoznaczne z odebraniem mu dzielności. W takiej sytuacji tymże samym oszczepem Masaj może bez wahania zabić. Wypadków było wiele. Stąd też uprzedzeni przez naszych przewodników, trzymaliśmy się z daleka od ich oszczepów.

Masajowie wypasają swoje krowy, owce i kozy w rejonie pomiędzy Kilimażdzaro i Mout Kenya, gdzie w zależności od sezonu trawa jest zielona i soczysta. Pięknie wyglądają ci wysmukli i długonodzy, o ciemno brązowej skórze, o niedużych głowach i kędzierzawych włosach, z luźno przerzuconymi przez ramię rudawo-czerwonymi „togami”, które nazywają „szukami”, wśród stad swojego bydła, na bezkresnych obszarach sawanny i buszu, będących pastwiskiem dla wszelakiego rodzaju dzikiej zwierzyny.

Masajscy Morani – wojownicy, zapytani o to, dlaczego są pasterzami, a nie uprawiają rolę, mają tylko jedną odpowiedź – Bóg dał nam pod opiekę krowy, więc nam Masajom, nie uchodzi zajmować się uprawą ziemi. Masajowie są absolutnie przekonani, że ich Wielki Bóg Szari Mungo, dał im w opiekę „święte krowy”, mianując ich jednocześnie zarządzającymi  nie tylko wszystkich krów w Afryce, ale na całym świecie. Wierzą oni również, że w zamierzchłych czasach wszystkie krowy świata należały do nich. Był to też powód, że od zamierzchłych czasów nieustraszeni masajscy wojownicy, z ogromną zaciekłością i brawurą,  prowadzili krwawe wojny z sąsiednimi plemionami, o odzyskanie skradzionych im „świętych krów”! Stąd też przez setki lat Masajowie, byli postrachem sąsiadujących z nimi plemion, jak również pozbawionych wszelkich skrupułów arabskich i hinduskich handlarzy, nie tylko „żywym towarem”, lecz głównie kością słoniową, rogami nosorożców i skórami dzikich zwierząt, sprzedawanych masowo przez lokalnych kłusowników. Byli również postrachem białych najeźdźców kolonizujących Czarny Ląd.

Masajowie pierwszego największego klanu,  znani jako Aiserowie są najwyższego wzrostu. Przywilej należenia do tego klanu mają również znachorzy, w innych rejonach Czarnego Lądu znani jako Drżu-Dżumeni. Znachorzy cieszą się wśród Masajów ogromnym autorytetem i poważaniem i to nie tylko dlatego, że leczą swoich ludzi przy pomocy im tylko znanej ludowej medycyny, ale potrafią przepowiedzieć, podobnie jak egipscy kapłani, pogodę, sprowadzić deszcz, itd. Poza Aiserami pozostałe trzy klany mają bardzo egzotyczne nazwy, takie jak Il-Mengana, Il-Mokesen i Il-Molelyan. Aiserowie i Mengana nazywają siebie „Czarnymi krowami”, zaś pozostałe dwa klany „Czerwonymi  bykami”. Też ładnie! Wszystkie cztery klany, tradycyjnie cieszą się nadprzyrodzonymi właściwościami. Na tym jednak ten społeczno-organizacyjny podział się nie kończy, ponieważ  te cztery główne klany, dzielą się z kolei na mniejsze tak zwane „sub” czyli podklany. Razem tych grup jest około dwudziestu. Podklany mają również swoje nazwy, które przypominają mi imiona amerykańskich Indian. A więc „Mordercy lwów”, „Żebrowe Mięśnie” czy „Szramy na ciele”.

Plan zdjęciowy, organizacja zdjęć, lokacja… wszystko zostało uzgodnione do najmniejszego szczegółu z Shambaa, wodzem tej masajskiej „bomy”. Uzgodniwszy, ze starszymi „bomy”, Shambaa dał nam pełną zgodę na zrobienie zdjęć filmowych. Jednakże, kiedy zjawiliśmy się następnego dnia wczesnym rankiem w „bomie”, spotkaliśmy się z diametralnie różną sytuacją. W ciągu nocy za poradą znachora, wódz Shambaa zmienił swoją decyzję. Nie pomogły różne formy zapłaty czyli bakczyszu. Nie pomogły ani polskie papierosy, ani  koraliki. W nocy poprzedzającej zdjęcia, naszemu wodzowi przyśnił się Szari-Mungu (Wielki Bóg Masajów) i jakoby ostrzegł go przed nami i rozkazał mu, aby kategorycznie odmówił  udziału jego ludzi w zdjęciach filmowych białym przybyszom, którzy zjawią się w „bomie” wczesnym rankiem. Z tego co mi przetłumaczył starosta i nasz opiekun w tej wyprawie Deo Mfugale, to senne majaczenie, ten proroczy sen wodza Shambaa i dyrektywa jaką otrzymał od Szari-Mungu, była jednoznaczna i decydująca. Szari-Mungo ostrzegł, że kiedy rankiem zobaczy przed sobą jako pierwszego  masajskiego wojownika Morani, będzie to znak, że biali przybysze powinni otrzymać zgodę na zdjęcia. Jeśli jednak jako pierwszych zobaczy białych przybyszy z kamerami, pod żadnym pozorem nie wolno mu udzielić zgody, na jakąkolwiek współpracę. Wielki Bóg Szari-Mungu, okazał się więc niezbyt dla nas łaskawy i wódz Shambaa, zamiast zobaczyć masajskiego Morani, oczywiście zobaczył mnie i moją ekipę. Sprawa okazała się jasna jak kryształ. Żebym to ja tylko umiał przewidywać i miał bardziej przyjacielskie stosunki z Szari-Mungu, na pewno ten epizod zakończyłby się bardziej optymistycznie.

Podczas kiedy Deo i ja mimo wszystko usiłowaliśmy nieco ułaskawić wodza Shambaa oraz przekonać do zmiany jego negatywnej postawy, obaj moi operatorzy Jerzy Gościk i Sergjusz Sprudin, udajac „wariatuńciów”, próbowali uchwycić chociażby kilka scen z atmosfery tej wioski. Wtedy Morani ich dopadli i zastępując im drogę przystawili im do piersi oszczepy. Dość zakłopotany Deao, stał przez chwilę z pochyloną głową i wybąkał  w stronę wodza Shambaa, kilka słów w ich narzeczu. Shambaa jednym ruchem ręki dał rozkaz, aby odeszli. Deo zaś doradził, abyśmy możliwie jak najszybciej opuścili „bomę”. Clemence i Andrew, nasi sympatyczni przewodnicy i asystenci z Tanzania National Film Office, będący z plemienia Czaga, niekoniecznie lubianego przez Masajów, siedzieli  ze strachem w oczach jak „trusie”, w samochodach. Znając te strony widocznie mieli już uprzednie nienajlepsze doświadczenie w tej „bomie”. Wsiadając więc pośpiesznie do samochodu na moment zatrzymałem się i  zwróciwszy się w stronę wodza,  zacząłem coś bąkać bez ładu i składu w języku swahili. – Hakuna matata….asante Shambaa ….kwaheri!, co przetłumaczywszy na język polski znaczyło mniej więcej – nie ma problemu… dziękuję Ci Shambaa… do widzenia. Oczywiście problem był i to wielki. Dziękować nie miałem za co, a co do zobaczenia to było to bardzo wątpliwe czy podjęlibyśmy jeszcze jedną próbę spotkania. Wódz Shambaa zapewne nie zrozumiał ani jednego słowa, ale etykiecie stało się zadość. Shambaa stał nieruchomo jakby go zamurowało. Wyglądał wspaniale na tle „bomy”, w swoim rudawo czerwonym okryciu, w jednej ręce trzymając nieodłączny oszczep i obronną tarczę, a w drugiej owłosiony ogon z antylopy, symbol jego władzy. Tuż za nim pod baobabem, zupełnie nieporuszona wydarzeniem, spoglądała w naszą stronę starszyzna „bomy”, a nieco dalej zbita masa Moranów, z ogolonymi głowami pobłyskującymi w świetle ostrych promieni słońca i w ich rudawo czerwonych „togach”, w pełnym „bojowym” rynsztunku. Ruszyliśmy na pełnym gazie. Niezbyt przyjazna nam „boma” i jej mieszkańcy pozostała poza nami. Ufff! Otarłem pot z czoła.

No cóż, uzbroję się w cierpliwość i spróbuję wejść do świata Masajów z innej strony i w innym miejscu.

______

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. 

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *