W Afryce lat 60. Odwieczny konflikt Tutsi i Hutu.

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

W Rwandzie i Burundi, jak również we wschodniej części Konga w rejonie Bukavu, toczyła się wojna domowa. Rozważając więc szereg alternatyw dostania się z Konga do Burundi, miałem do wyboru albo zrezygnować z jazdy przez ogarnięte bratobójczą wojną tereny, albo przeczekać jakiś czas i wykorzystać jeden z dogodnych momentów chwilowego zawieszenia broni  i wówczas ruszyć w drogę. Jednakże czas nas gonił. Dlatego podjęliśmy dość ryzykowną decyzję, bezzwłocznego udania się do stolicy Rwandy Kigali, licząc na to, że po drodze nie powtórzy się awanturnicze spotkanie z wojskiem. Mieliśmy nadzieję zatrzymać się w jednym z przyzwoitych hoteli mimo, że nie mieliśmy możliwości zarezerwowania dla nas pokoi. Manager hotelu, dwojąc się i trojąc, w końcu zasugerował, abyśmy ruszyli nieco na zachód, jakieś 30 kilometrów, gdzie w jednej z wiosek jest klasztor, gdzie rezydują zakonnicy – włoscy misjonarze, chyba Pallotyni, którzy mają kilka pokoi gościnnych. Było już późne popołudnie, więc nie mając wyboru, ruszyliśmy na pełnym gazie w drogę w stronę Bulingi. Tuż przed zapadnięciem nocy dobrnęliśmy w końcu do klasztoru. Ale tego dnia mieliśmy pecha z noclegiem, przybyliśmy bowiem o godzinę za późno. Przed naszym przyjazdem, zatrzymała się tu rodzina belgijskich turystów z czworgiem dzieci i kiedy zjawiliśmy się przed budynkiem misji, właśnie udawali się do swoich kwater, przy akompaniamencie chichoczących i gotowych do zabawy dzieci. Misjonarze z żalem rozłożyli ręce, sugerując nam jednocześnie powrót do stolicy – Kigali. Poza Kigali na drogach grasowali uzbrojeni po zęby tubylcy i różnego rodzaju rzezimieszki, nie wiadomo było kto jest kto. Podróżowanie o zmierzchu było więc niebezpieczne.

Tarcza słoneczna wolno zbliżała się ku horyzontowi. Do Kigali nie było sensu wracać, więc po krótkiej naradzie odjechaliśmy około 10 kilometrów od misji i na jakimś przypadkowym żwirowisku, między gęstą słoniową trawą, tyłem wjechaliśmy do środka. Mając już wprawę szybko rozbiliśmy namioty. Na niebie pokazał się półksiężyc we mgle, zwiastując bliską noc. Sergiusz Sprudin, jeden z moich operatorów filmowych, szybko rozpalił ognisko i zagotował wodę na herbatę. Wyciągnęliśmy z naszych zapasów suchary i puszki sardynek. Zjedliśmy skromną kolację i poszliśmy spać. Zostawiliśmy palące się ognisko, a od czasu do czasu, jeden z nas wstawał i podkładał suchą trawę. Ogień chronił nas przed dziką zwierzyną. Wczesnym rankiem pojawił się na horyzoncie powidok słońca z coraz większym pasmem czerwieni. Wypiliśmy szybko kawę Neskę, zlikwidowawszy obozowisko i ruszyliśmy z powrotem do Kigali, mijając po drodze misję, w której szukaliśmy noclegu. Liczyliśmy na to, że może tym razem uda się nam dostać pokoje w hotelu.

Po drodze minęliśmy kilka samochodów wypełnionych wojskiem i policją, pędzących z przeciwnej strony w wielką szybkością.  Niektóre z nich miały włączone syreny. Czym bliżej byliśmy centrum miasta, zauważyliśmy wśród ludzi coraz większe podniecenie. Czyżby znowu jakiś wojskowy pucz? Podjechaliśmy do hotelu. Poprosiłem Toma, aby dowiedział się co się dzieje, dlaczego ludzie są podenerwowani i skąd te wojskowe samochody, które mijaliśmy na rogatkach. Usiedliśmy przy stole w hotelowej restauracji i zamówiliśmy śniadanie. Tom złapał pierwszego lepszego kelnera i zaczął go wypytywać. Wrócił do naszego stołu z wybałuszonymi oczami i z otwartymi ustami, przełykając bez przerwy ślinę. Usiadł. Po czole spływały mu obficie krople potu. Po chwili podniósł oczy w moją stronę i z trudem cedząc słowa powiedział – Proszę Pana, chodźmy do kościoła i módlmy się, że ocaliliśmy życie. Na takie  dictum nam z kolei zjeżyły się włosy na głowie. – Tom, co się stało? Rewolucja? Powiedz coś – zawołałem.

Otóż całe miasto od samego rana było poruszone tragiczną wiadomością, która dotarła do stolicy. Stąd to wojsko i policja którą spotkaliśmy na rogatkach Kigali. W klasztorze włoskich misjonarzy, w tym samym, w którym mieliśmy nadzieję zatrzymać się na noc, jakaś grupa „partyzantów” dopuściła się masakry, w której zginęła cała rodzina Belgów wraz z dziećmi oraz kilku misjonarzy. Ciarki nam przeszły po plecach. Zaniemówiliśmy.

Chłopaki – powiedziałem po chwili do ekipy – jedziemy do najbliższego kościoła i zapalimy świece za tych co zginęli tragiczną śmiercią i za nas, którzy cudem ocaleliśmy. Ktoś widocznie nad nami czuwał. Mimo, że nie znaliśmy bliżej misjonarzy i rodziny belgijskich turystów, tylko minęliśmy się z tą parą młodych ludzi i ich dziećmi, trudno było mi pogodzić się z tym, że niewinni ludzie stracili życie tylko dlatego, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu  i w niewłaściwym czasie. Jeśli chodzi o misjonarzy, to nie byli oni ani  pierwsi, ani ostatni. Wielu z nich ginęło niewinnie z rąk ludzi z karabinami.  Był to również moment do refleksji. Myślami wróciłem znowu do czasu hitlerowskiej okupacji, gdyż w życiu mojego pokolenia odegrała ona kolosalną rolę. Tom Bwangi, mój nieodłączny asystent i przewodnik zakomunikował nam, że dzięki jego interwencji w tymże hotelu, który nam odmówił noclegu poprzedniej nocy, tym razem dostaliśmy pokoje.

Rwanda to niewielki kraj, położony w sercu kontynentu afrykańskiego, tuż poniżej równika, w centralno-wschodniej części Afryki. Ogromna większość ludności to ludzie z plemienia Ba-Hutu. Właściwie Hutu jako, że przydomek „Ba” oznacza – ludzie z plemienia Hutu. Jednak, mimo, że są w mniejszości, krajem rządzą Wa-Tutsi czyli ludzie z plemienia Tutsi. Rządzą i wyzyskują ten kraj do przysłowiowej ostatniej kropli krwi od kilkuset lat, to jest od czasu kiedy przywędrowali tu z północy kontynentu afrykańskiego, z Abisynii czy Nubii. Wywodzący się z plemion nilocko-chamickich Tutsi, osiedlali się na terenach zamieszkałych już od stu lat przez Hutu. W Burundi, również małym kraju, położonym na południe od Rwandy, zamieszkałym w dużej mierze przez Tutsi, sytuacja jest trochę inna, bo w porównaniu z ubogą Rwandą jest to kraj rozwijający się, pełny nowych inwestycji i dobrze prosperujący. W  okresie naszego  krótkiego pobytu w Rwandzie, kraj ten był w wyjątkowo niedobrej sytuacji ekonomicznej. Powszechna bieda i dominacja Tutsi nad Hutu, była w dużej mierze jedną z wielu przyczyn zacieklej nienawiści w stosunku do rządzącej, bogatej mniejszości etnicznej. Była ona  również powodem niechęci w stosunku do innych osiadłych tu mniejszości etnicznych, pochodzących z krajów azjatyckich i Bliskiego Wschodu oraz białych przybyszów, których identyfikowano z dawnym systemem kolonialnym. Hutu zamieszkujący w przeważającej większości Rwandę, zajmowali się przede wszystkim uprawą roli, stanowiąc również siłę roboczą na farmach hodowlanych należących do Tutsi.

Przed pierwszą wojną światową Burundi i Rwanda, wówczas znane jako Ruanda-Urundi, były kolonią niemiecką i stanowiły część Niemieckiej Afryki Wschodniej.  Zanim oba te kraje uzyskały niepodległość, tuż po drugiej wojnie światowej, przyznano im powierniczy status Organizacji Narodów Zjednoczonych, a administracja została powierzona Belgii. Praktycznie stały się one kolonią belgijską. Zarówno administracja Belgów, jak i wcześniej Niemców, popierała Tutsi, uważając ich za elitę. Zajmowali oni najbardziej atrakcyjne i wpływowe stanowiska w administracji kolonialnej, byli też farmerami zajmującymi się hodowlą bydła i właścicielami latyfundiów. Utrzymując kolonialny status quo i dewizę „Dziel i rządź”, przy poparciu wojska i policji rządzili krajem.

Z kolei Hutu traktowano tu jak niewolników. Trwało to do czasu, kiedy w wyniku waśni i odwiecznej nienawiści doszło do masakry dokonanej przez Hutu na Tutsi i masowa ucieczka  Tutsi do Burundi. Wysoko w górach na południowy wschód od stolicy Burundi Bujumbury, powstały wówczas pierwsze obozy dla uciekinierów. Jeden z nich był miejscem docelowym naszej podróży. Tam zrealizowaliśmy jeden z filmów dla ONZ-u  pod tytułem „Specjoza”.

Tak więc Tutsi i Hutu są odwiecznymi wrogami. Nienawiść między nimi jest wręcz patologiczna. Jedyną chyba rzeczą jaka łączy te dwie grupy plemienne, jest język z grupy językowej bantu.

Nasz pobyt w Rwandzie nie należał do najbardziej udanych. Wszelkie próby pracy spaliły na panewce, bądź też warunki jakie nam stworzono, nie gwarantowały nam bezpieczeństwa. Stąd też po kilku dniach pobytu w Kigali, wczesnym rankiem, tuż przed świtem, kiedy tarcza słoneczna w równikowej Afryce, nagle wyskakuje spoza horyzontu, jak ogromna rozżarzona piłka, wyruszyliśmy na południe do Burundi, przez Busoro. Mimo tropikalnych upałów w ciągu dnia w tym rejonie, poranki były dość chłodne i orzeźwiające. Był to właściwie jedyny czas w ciągu całego dnia, kiedy człowiek czuł się dobrze i rześko. Było czym oddychać. Byliśmy w rejonie podgórza i niezbyt odległych od nas bardzo wysokich gór. Wczesnym rankiem silniki samochodów pracowały ciszej i lekko, nie wspominając już o tym, że woda w chłodnicach nie gotowała się tak szybko, jak w  upalne dni. Zdawało mi się, że i tym razem Bóg czuwał nie tylko nade mną, ale i nad całą moją ekipą.

Podróżując po afrykańskim kontynencie dość często zdarzało nam się natrafić na trudne sytuacje. Jednak posiadanie oficjalnej akredytacji, a na szybach samochodów emblematów ONZ-u zazwyczaj ratowało nas od niebezpieczeństwa. Nasi adwersarze najczęściej bardzo prymitywni ludzie, przyglądając się naszej pracy i kamerom, patrzyli na nas z respektem, a jednocześnie z dużą rezerwą, posądzając nas o to, że odprawiamy jakiś specjalny rytuał białego człowieka, poświęcony złemu duchowi Dzu-Dzu, który jako rewanż może odegrać negatywną rolę w ich życiu. Ubóstwo i przerażająca bieda w miastach i miasteczkach, osiedlach i wioskach, w tym również wśród nomadów zamieszkujących sawanny, tereny górskie czy pustynne,  była widoczna w każdym ich zakątku.

Oficjalnie królem Burundi był marionetkowy król Mwambutsa IV, którego ludność uważała za Boga i mimo, że mieszkając głównie w Europie, był on raczej królem „korespondentem”, to tradycja i polityczna siła wśród poddanych jemu Tutsi, była  legendarna i cały naród go popierał. Burundi jest krajem górzystym, gdzie wierzchołki gór sięgają, blisko dwóch  do trzech tysięcy metrów, ponad poziomem morza. 

Stolica Burundi – Bujumbura, położona na północnej krawędzi jeziora Tanganika, jest niezwykle malownicza. Niedaleko od niej przebiega granica pomiędzy Burundi i Tanzanią. Bujumburę zamieszkują w przeważającej większości Tutsi. Tubylcy z  plemienia Hutu stanowią mniejszość. Istnieje tu dyskryminacja i segregacja Hutu. Biali są tu pozostałością belgijskiej pokolonialnej administracji. Jedna z rzeczy, na którą zwróciłem uwagę, to kobiety palące fajki. Tu w Burundi nie było to oznaką emancypacji, jak w Europie, tylko przyjętą formą związaną z tradycją. Podobnie jak tradycją wśród kobiet z plemienia Tutsi, jest golenie głów, jak się to u nas na Podolu mówiło na „nulkę”.

Hutu diametralnie różnią się wyglądem od Tutsi. Są niewysocy i krępi. Odznaczają się silnymi i bardzo charakterystycznymi negroidalnymi rysami. Ich skóra jest koloru hebanu. Są więc bardzo czarni. Nie jestem antropologiem, ale wydaje mi się, że ich fizyczna aparycja jest rezultatem mieszanki, z bardzo nieliczną i żyjącą w tym samym rejonie grupą plemienną Pigmejów Ba-Twa. Ale to moje osobiste spostrzeżenie. Z mojej obserwacji też wynika, że Hutu nie należeli do najbardziej sympatycznych. Szorstcy w obyciu, niewątpliwie bardzo podejrzliwi, a jednocześnie niezwykle przebiegli i sprytni.

Tutsi są bardzo wysocy, a większość spotkanych tubylców plemienia Tutsi, sięga co najmniej dwóch metrów wysokości, a bardzo często i więcej. Charakteryzują się niezwykle dystyngowaną sylwetką, pełną godności i gracji. Większość z nich to ludzie bardzo szczupli, o małych, nieproporcjonalnych do ich wysokości głowach oraz cienkich niemal rachitycznych kończynach. Ich rysy twarzy nie mają negroidalnych cech, jak ma to miejsce w przypadku Hutu i przypominali mi pod tym względem raczej tubylców, których spotykałem wśród północno-wschodnich plemion afrykańskich Etiopii, Sudanu czy Nubii. Z natury są raczej flegmatyczni i robią wrażenie ludzi obojętnych na to, co się wokół nich dzieje. Była to jednak moja dość powierzchowna obserwacja ich charakteru i dostatecznie złudna. Patrząc na ich tradycyjne niezwykle dynamiczne i płomienne  tańce, widać było w nich wiele energii. Wydaje mi się, że właśnie w tańcu, szczególnie w tańcu tradycyjnym czy rytualnym, przekazywanym z pokolenia na pokolenie, mieszczą się pewne cechy charakteru. Obserwowałem w czasie naszych podróży po tym ogromnym kontynencie, rozmaitego rodzaju tradycyjne rytualne tańce. Plemiona bardzo się od siebie różniły, co było widać właśnie w tańcu – tak w  wyrazie  artystycznym, jak i w choreografii  i dynamice ruchu. Różniły się również  „opowieścią”, a wiec tym, co chciały poprzez taniec rytualny przekazać rodzinnym klanom. Symbolika tańca, w ruchach ciała układu choreograficznego była wyrazem cech moralno-etycznych oraz indywidualności wykonawców, głównie poprzez formę przedstawiającą  idiomy czegoś niewidzialnego. Najczęściej były nimi dobre lub złe bóstwa. Za każdym razem przypatrując się tym tańcom miałem nieodparte uczucie, ze poza tymi atrybutami oraz symbolami przedstawianych charakterów, miały one w sobie coś, co określiłbym charakterem temperamentu ludzkiego, symptomatycznym dla każdego plemienia. Stąd też zapewne nie bardzo udało mi się powiązać ze sobą tak znamienne dla Tutsi cechy ich charakteru, jak obojętność i flegmatyzm, z ich tradycyjnymi, pełnymi dramatu tańcami. Poza tym, że ich tańce są niezwykle interesujące i spektakularne  w swoim wyrazie artystycznym i choreografii, są one jednocześnie bardzo „dzikie” i  niezwykle dynamiczne, a przez swoją gwałtowność bardzo dramatyczne. W czasie tańca ciągle podskakują wysoko w górę i w swych kostiumach wyglądają bardzo malowniczo. Ubrani w czerwone spódniczki, niezwykle spektakularne, białe  puszyste nakrycia głowy z ptasich piór, mają też na sobie mnóstwo małych dzwonków i paciorków. Wyglądają rzeczywiście przepięknie, zwłaszcza, że dochodzą do tego trzymane w ręku dużych rozmiarów dzidy, poprzez które wyrażają swoją wojowniczość, butność i hardość, które przydają im dodatkowy bardzo silny akcent dramatycznego wyrazu. Co zwróciło moją szczególną uwagę, to niezwykle pozytywna cecha wyróżniająca Tutsi od innych plemion afrykańskich, a więc ich sposób traktowania kobiet, które wśród Tutsi cieszą się szacunkiem mężczyzn i niewątpliwie są one przez nich cenione. Nie przesadzę chyba jeśli powiem, że cenią je na równi, ze swoimi krowami. Co w ich tradycji, jest nie byle jakim komplementem. 

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. Dalszy ciąg wspomnień ukaże się w poniedziałek 1 lipca 2019 r.

Poprzedni odcinek:

https://www.cultureave.com/hebanowa-twarz-afryki-z-konga-przez-rwande-do-burundi/

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *