Wierzenia i obyczaje Masajów

Wspomnienia z podróży do Afryki na początku lat 60.

Tadeusz Jaworski (Toronto, Kanada)

Opracowanie tekstu i redakcja: Joanna Sokołowska-Gwizdka

Masajowie – nomadzi bezkresnych płaskowzgórzy Wielkiego Przełomu równikowej Afryki, wypasają swoje krowy, owce i kozy, w rejonie pomiędzy Kilimadżaro i Mount Kenya, gdzie w zależności od sezonu trawa jest zielona i soczysta. Pięknie wyglądają wśród stad swojego bydła ci wysmukli i długonodzy, o ciemnobrązowej skórze z odcieniami głębokiej czerni, o relatywnie niedużych głowach oraz kędzierzawych włosach,  ci masajscy pasterze Morani, z  luźno przerzuconymi przez ramię rudawo czerwonymi „togami”, które nazywają „szukami”. Masajscy Morani – wojownicy, zapytani o ich powiązanie z bydłem, a nie z uprawą ziemi, mają tylko jedną odpowiedź – Bóg dał nam pod opiekę krowy, wiec nam Masajom, nie uchodzi zajmować się uprawą ziemi. Masajowie są przekonani, że ich Wielki Bóg Szari Mungo, dał im w posiadanie i pod opiekę „święte krowy”, mianując ich jednocześnie rządcami  nie tylko wszystkich krów w Afryce, ale i na całym świecie. Gęsto zalesione wzgórza płaskowyżu Wielkiego Przełomu, są znakomitym rezerwuarem pitnej wody, tak ważnym w okresach suszy, stąd też Masaje uważają to miejsce za święte. Kiedy zagraża im, bądź ich krowom niebezpieczeństwo, ze strony drapieżnych zwierząt, Morani potrafią stawić czoła w obronie ich stada.

Małe miasteczko Narok. Ostatni bastion, a raczej większa osada, przed wjazdem do kraju Masajów. Miasteczko, w którym doradzano nam zaopatrzyć się obficie w pitną wodę, żywność i w benzynę do samochodów. Nie mieliśmy z tym najmniejszej trudności, ponieważ było tu wiele małych hinduskich oraz libańskich sklepików i kramów. Bez najmniejszego kłopotu mogliśmy się zaopatrzyć niemal we wszystko, co było nam potrzebne. Przysłowiowe mydło i powidło, zresztą jak wszędzie na tym kontynencie. W dodatku benzyna nalewana prosto z metalowych beczek. Sama mieścina  Narok wyglądała raczej obskurnie i dość brudnawo. Przed nami roztaczał się falujący płaskowyż sawanny, gdzie w pewnym miejscu, nam niewiadomym, przebiega państwowa granica między Tanzanią i Kenią. Jeśli chodzi o Masajów, to ta granica nie ma dla nich najmniejszego znaczenia i jest absolutną fikcją, ponieważ nie uznają oni granic i wraz ze swoim bydłem od setek lat wędrują tam, gdzie znajdą  pastwiska ze świeżą trawą i wodą.

Na niebie nie było ani jednej chmurki, upał dawał się nam we znaki, ociekający obficie potem jechaliśmy niemalże na przełaj, bo żadnej drogi tam nie było, zostawiając za sobą świeżą koleinę, na ugniecionej przez nasze koła zeschniętej i spalonej słońcem trawie. Od czasu do czasu natrafialiśmy na ogromne stada bawołów. Tu i ówdzie stały grupy niezwykle sympatycznych słoni, które dzięki swojej okazałości, pozbawione są jakiegokolwiek strachu przed innymi zwierzętami, za wyjątkiem najohydniejszego w tym przypadku drapieżnika „homo sapiens”, w karabinem w ręku. Tuż przed zachodem słońca, zauważyliśmy dość rzadkie i niezwykle trudne do uchwycenia wydarzenie, jakim był wspaniały, stary lampart, wciągający z ogromnym trudem na drzewo upolowaną antylopę gnu i układający ją na grubych konarach drzewa. Hieny, dzikie świnie, dzikie psy, a także pełne godności długonogie i długoszyjne żyrafy, były czymś tak normalnym i napawającym uczuciem wiary, że dopóki są między nami i są częścią naszego świata, świat wydawał się być piękny i tchnący optymizmem. Często mijaliśmy spłoszone warkotem naszych silników antylopy, elandy, impale oraz gazele Thompsona, które zrywały się i w popłochu, pędząc na oślep omijały z ogromnym wyczuciem, dużych rozmiarów, jakby sztucznie zbudowanych, piramidalnych w formie, kopców termitów.

Masajowie z okolic Ngasumet okazali się nam bardziej życzliwi. Nikt z nich nie miał koszmarnych  snów o Wielkim Bogu Szari-Mungo, w sprawie przepędzenia białych przybyszów, gdyby tacy zjawili się w ich „bomie”, z kamerami w ręku. Na moje pierwsze pytanie jakie skierowałem do wodza „bomy”, na temat ewentualnej współpracy zrealizowania szeregu scen do filmu, odpowiedz jego była zdecydowana i konkretna! How much? A więc za ile? Od tego momentu zaczęła się moja wprawdzie krótkotrwała, lecz owocna przyjaźń z wodzem „bomy” Lenana, który od pierwszego wejrzenia zwracał się do mnie po imieniu, w nieco skrótowej formie „Tada!” Natomiast nas wszystkich nazywano „L’Ojuju”. Ponieważ dość często przechodząc obok tubylców „bomy” słyszeliśmy z ich ust to „L’Ojuju”, a mając za sobą spore doświadczenie i znając już nieco leksykon rozmaitych zaklęć i przeklęć przez Dżu-Dżumenów, czy etatowe czarownice, zaintrygowani tym raczej sympatycznym w tonie „L’Ojuju”, brzmiącym jak coś w rodzaju pozdrowienia, spytałem w końcu jednego z naszych asystentów, co właściwie znaczy w masajskim narzeczu to „L’Ojuju”. Okazało się, że tak Masajowie określają białych. W ten sposób zostałem dla nich „Tada L’Ojuju”. Szybko więc nauczyłem się i odpowiadałem jednym potwierdzającym słowem –  „hepa” czyli „tak”! Mając za sobą zgodę wodza „bomy” Lelany, a w krótkim czasie również kilku starszych wioski, o nieznanych mi przedtem takich imionach jak Tolito, Sendeyo i Neliang, postanowiliśmy zabiwakować w tej przyjaznej nam „bomie” na dłużej. Na skraju wioski, niedaleko wysokiego kolczastego parkanu, po jego zewnętrznej stronie rozbiliśmy nasz obóz, łącznie z obszernym, oddzielnym, „wezyrskim” namiotem, który był dla nas czymś w rodzaju „living roomu”, gdzie mogliśmy zbierać się razem, przygotowywać posiłki, a także przyjmować wodza, młodych wojowników Morani i wioskową starszyznę. Nasz obóz wyglądał więc dość imponująco i zrobił dobre wrażenie na tubylcach. Oczywiście będąc po zewnętrznej stronie tego wysokiego parkanu, byliśmy bardziej eksponowani i nawet w porze nocnej narażeni na niespodziewany atak dzikich zwierząt.

Chaty w „bomie” przypominały mi nieco eskimoskie igloo, lecz nie ze śniegu, a zbudowane z patyków i gałęzi zaklajstrowanych błotem, z dachami pokrytymi glinką zmieszaną z krowim łajnem, które nawiasem mówiąc jako „obiekt architektoniczny”, bardzo mi się podobały. Nie zauważyłem jednak nigdzie okien,  bądź otworów okiennych. Sądzę, że ma to miejsce ze względu na ochronę mieszkańców przed wtargnięciem do środka rozmaitego rodzaju drapieżników. Nie wiem do jakiego stopnia wąski przesmyk wejściowego otworu chroni ich przed jadowitymi żmijami, skorpionami, pająkami czy tarantulami. Na samą myśl przechodzą mnie ciarki. Miałem dostatecznie wiele okazji w poprzedniej i obecnej podróży po tym kontynencie i bardzo niedobre doświadczenie na własnej skórze, aby się tego diabelskiego brzydactwa bać. Ukłuła mnie w czasie snu, mimo moskitiery, czarna jak smoła tarantula. Nie wiedziałem jak wlazła do łóżka i znalazła się na mojej lewej ręce. Poczułem, że coś się wolno po ręce posuwa. Obudziłem się. Niedoświadczony, zamiast ją szybko zrzucić na podłogę i zadeptać, ja przygniotłem ją tam gdzie była, a więc na ręce. Wówczas mnie ukłuła. Ponieważ ma w sobie jad, jej ukłucie było ekstremalnie bolesne.

Chaty w narzeczu Masajów nazywane Manyattas, owalne w kształcie, są raczej niskie. Strukturalnie zbudowane są z patyków i oblepione tak zewnątrz, jak i wewnątrz glinką zmieszaną z krowim łajnem. Każda z tych chat była ogrodzona dość wysokim płotem splecionym  z kolczastych cierniowych krzewów, z jedynym małym wejściem do środka. Te  jednakowo wyglądające chaty są nie tylko niskie, ale w środku bardzo małe. Odniosłem wrażenie, że ta prymitywna konstrukcja ich chat musi być związana z ich nomadzkim i pasterskim życiem, ponieważ w ciągłym poszukiwaniu nowych pastwisk i świeżej trawy dla swych krów, przemierzają ogromne obszary sawanny, przemieszczając się w tej gigantycznej rawinie Wielkiego Afrykańskiego Przełomu, pomiędzy jeziorem Wiktorii a pasmem górskim Kilimandżaro. A te kolczaste, cierniowe, wysokie płoty oraz wąskie małe wejścia do chat są  pomyślane jako naturalna osłona przed dzikimi zwierzętami.

Byłem zaskoczony informacją, że każdy Masaj uważa, że poligamia jest nie tylko dobrą plemienną tradycją, ale także czymś w rodzaju „ogniwa”, które łączy, ponieważ w ich tradycji i filozofii życia rodzinnego posiadanie większej ilości żon nie tylko cementuje rodzinę, jako jednostkę społeczną, ale służy lepszemu współżyciu w małżeństwie. Pierwsza żona jest jednak u Masajów najważniejsza i jedynie jej syn, jeśli zabraknie ojca, ma prawo objąć funkcję „pater familias”.

Po raz pierwszy w tej „bomie” zauważyłem niezwykle paskudny zwyczaj plucia. Z tym pluciem miałem już uprzednio wiele doświadczeń w innych rejonach Afryki i wśród innych plemion, takich jak na przykład Bassari, w zachodniej części tego kontynentu, gdzie plucie głównie praktykowane jest przez  stare, wiejskie, „etatowe” czarownice, które tak mnie jak i moją ekipę opluwały w  czasie kręcenia zdjęć, a w czasie opuszczania przez nas wioski ścieżkę, po której szliśmy, w celu odpędzenia wraz z nami złego ducha Dżu-Dżu. Tu z kolei w tej „bomie” i przypuszczam również, że i w innych, Masajowie chodząc,  bez przerwy plują, podobno dlatego, że w ich mniemaniu woda, bądź ślina pomaga wyrzucić im z siebie zło lub „złego”, jak również i to, że plując, wypluwają z siebie złe myśli na temat swoich ziomków. Co za wspaniały akt samokrytyki! Jakaż to szkoda, że my nie możemy tak sobie pobryzgać śliną, przechadzając się po Nowym Świecie czy Starym Mieście, po Marszałkowskiej, czy przy Alejach Ujazdowskich i wyrzucać przy tej okazji „złego”, i plotkarskie, złośliwe czy krytyczne opinie o innych.

Kiedy w „bomie” na placyku spotykałem przechodzących obok siebie dwóch starych Masajów, jeden drugiego witał słowem „Entasupai oh ”, co znaczy w ich narzeczu, jak przetłumaczył mi jeden z moich nieodłącznych i niezwykle pomocnych asystentów, oznacza „Oh, stary!” Zupełnie jakbym się witał na Krakowskim Przedmieściu z moim przyjacielem Januszem Nasfeterem, Tadziem Łomnickim czy Zbyszkiem Cybulskim, kiedy klepaliśmy się po plecach mówiąc „jak się masz stary!?” 

Starzy Masajowie, witając młodych wojowników Morani mówią „przyjaciel”, wówczas młody wojownik odpowiada „hepa”, a więc  „tak”, a z kolei stary  odpowiada „Entasupai”, po czym znowu ten młody dla potwierdzenia mówi „hepa!” Natomiast jeśli Morani spotka na swej drodze starszą i zamężną kobietę, to nie może zwrócić się do niej zwyczajnie, „Entakwenyja oh”, a więc „żona”, tylko „Oh Entekwynyja” czyli „oh pani!” Jest to  nietolerowane faux-pas zwrócić się do niej w inny sposób niż „oh pani”!  Kiedy natomiast na ścieżce, czy przed chatą w „bomie” spotykają się dwie starsze. zamężne Masajki, wówczas jedna z nich, obojętnie która, wita drugą słowami „Oh Entakwenya” – „oh pani”, a ta druga odpowiada „igho”. Jeśli zaś chodzi o młodą dziewczynę, to wojownik Morani, zazwyczaj zwraca się do niej mniej oficjalnie, „Entasipai oh”, czyli „hej młódko”, na co ona bardziej poufale odpowie mu „hepa…hepa ” albo „Igho”. Zaś w rodzinie ten sam wojownik powita swoją siostrę jednym bezceremonialnym słowem „supai”, a ona mu odpowie z respektem „hepa”. Masajowie witają również swoje dzieci „Entakwenya… oh” w tym przypadku znaczy dziecko! Zauważyłem też, że kiedy spotyka się kilku młodych wojowników z dziewczętami, atmosfera między nimi jest niezbyt ceremonialna. Dziewczęta witają chłopców jednym słowem „takwenya”,  a wśród bliższej rodziny czasem nawet się całują. Natomiast nie wolno Masajowi całować kobietę w usta, ponieważ usta, jak twierdzą, nie są do całowania, tylko do jedzenia.

Któregoś dnia przystanąłem wraz z moim asystentem na dość dużym placyku w „bomie”, który przypominał mi coś w rodzaju wsiowego podwórka. Stało tam dwóch młodych wojowników, patrząc jeden na drugiego. Nagle ni stąd ni zowąd, wbili zamaszyście swoje długie oszczepy w ziemię, po czym podeszli w kierunku ściany chaty i stanęli naprzeciw siebie. Po chwili jeden z nich zapytał drugiego – czy masz dla mnie jakieś dobre wieści? Ten z kolei odpowiedział, patrząc mu prosto w oczy – mam dla ciebie wyłącznie dobre wieści! Na początku tej towarzyskiej rozmowy stali obaj na jednej nodze, przypominając piękne flamingi na jeziorze Maniara. Po chwili zmienili pozycję stając na drugiej nodze. Minęło kilka minut i nagle obaj stanęli na obydwóch nogach. Coś tam mamrotali między sobą, czego ani mojemu asystentowi, ani mnie, nie udało się uchwycić. Jedyne dźwięki jakie doszły moich uszu, była to jakby zrymowana wibracja głosów. Znowu minęło chwil kilka, po czym obaj wojownicy usiedli w kucki z podkurczonymi nogami, kolanami podpierając brody i zastygli w tej pozycji. I tak minęło znowu kilka minut, a ja z moim tłumaczem stojąc niedaleko,  przyglądałem się tej intrygującej scenie. Nie zauważyłem, aby któryś z tych dwóch Morani wyraził w stosunku do nas jakąkolwiek niechęć, bądź sprzeciw. Po prostu nie zwracali na nas uwagi. A ja z moim notatnikiem, jak skryba notowałem każdy szczegół i tłumaczony mi ad hoc między nimi dialog. W pewnym momencie jak zawierucha zjawili się moi koledzy z kamerami. Obaj Morani jednocześnie powstali  z  kucek. Nie zauważyłem jednak w ich postawie niczego, co wskazywałoby, że są niechętni moim operatorom z kamerami.

Żegnając się jeden z nich powiedział do drugiego – do widzenia… módl się do Boga za to, że spotkałeś niewidomego, który nie wyrządził Ci krzywdy. Niewidomego, który nie wyrządził ci krzywdy? Było to przecież zwyczajne, towarzyskie spotkanie. Po przetłumaczeniu przez mojego asystenta tej frazy miała dla mnie ona coś z abrakadabry. Co oznaczało to sformułowanie „niewidomego…, który, nie wyrządził ci krzywdy?” Żaden z nich nie był niewidomy. Nigdy przedtem, ani potem nie doświadczyłem tak przedziwnej asocjacji, o tak symbolicznej wymowie. Czyżby był w to rodzaj jakiegoś unikalnego masajskiego savoir-vivru? Za chwilę jeden z nich wyjąwszy z ziemi wbity oszczep, skierował swoje kroki w kierunku przedsionka chaty, a  drugi zamierzał pójść w przeciwnym kierunku. Chcąc widocznie sprawić jeden drugiemu przyjemność na rozstanie i powiedzieć coś miłego, rzekł – Idź i połóż się… wypij miód i mleko. Morani wchodząc do przedsionka, odwrócił się i odpowiedział – niech się tak stanie. Wauuu! Co za wyszukana grzeczność, co za galanteria, pomyślałem sobie. Co za fantastyczny obyczaj.  

Masajowie według ich plemiennej tradycji nie mają tak zwanego „Paramount Chief”, a więc głównego wodza,  jak ma to miejsce wśród innych plemion. Mają natomiast etatowego znachora, jako  duchowego przywódcę, a więc coś na kształt „spiritus movens”, jakim jest Lelana. Nazywają go Laiboni. Taki przywódca duchowy, jak ja go tu określam „znachor”, jest bardzo ważną osobą ciesząc się wśród Masajów ogromnym autorytetem. Jego stanowisko jest dziedziczne. Jako oznaki władzy i godności posiada on bardzo skromne insygnia, takie jak pałka, róg znachorski czy tykwę, w której trzyma zazwyczaj święte kamienie. Mimo, że są to skromne atrybuty władzy i dostojeństwa, dają mu jednak, w myśl masajskich tradycji i wierzeń więcej niż zwyczajna władza. Jak mi mówił Lelana, zazwyczaj na każdy rodzinny klan przypada jeden Lajboni, do którego obowiązków należy oficjalne otwieranie rytualnych ceremonii i poświęceń, uzdrawianie nie tylko z chorób fizycznych, ale również psychicznych.  Są oni również głównymi doradcami starszyzny wioskowej oraz spirytualnymi łącznikami pomiędzy mieszkańcami „bomy” i Bogiem. Władza jaką sprawują w ramach jednego rodzinnego klanu jest dziedziczna. Jest więc taki Laiboni czymś w  rodzaju super  „pater familias”. W myśl tradycji, masajskie kobiety i dzieci, modlą się dwa razy dziennie do gwiazd,  śpiewając ich urzekające pięknem pieśni, prosząc o to, żeby krowy były zdrowe i dobrze się miały, a także modlą się, za swój rodzinny klan i klany innych w ich „bomie”. Z absolutną wiarą i determinacją Masajowie uplasowali się w samym epicentrum wszechświata. Jako plemię wybrane przez Boga, są całkowicie przekonani o tym, że ich Wielki Bog Ngai, stworzył świat formując go w trzech grupach. Pierwszą z nich – powiada mi szef Lelana – to byli Torrobo  czy Okiek, ludzie karzełkowatego wzrostu, Pigmeje zajmujący się myślistwem, którym Bóg Ngai, jako podstawowe pożywienie dał miód i zwierzęta. Druga grupa to sąsiadujące z nami – jak powiedział szef Lelana – od strony północnej plemiona farmerskie, rolnicy którym nasz Bóg Ngai dał nasiona i zboże. Zaś trzecia i ostatnia to my Masajowie, którym Bóg Ngai dał krowy. Według istniejącej legendy Masajowie ześlizgnęli się na ziemię po bardzo długim sznurze, który łączył niebo z ziemią i dał im w posiadanie  przede wszystkim święte krowy, a także owce i kozy. Są więc Masajowie od wielu stuleci ich opiekunami z nakazu Boga Ngai, a zwierzęta te są dla nich źródłem pożywienia, ubrania oraz dobrobytu jakim cieszą się ich rodzinne klany i inne klany ich „bomy”.

Lenama, rozmawiając ze mną przez mojego asystenta, zakończył swój monolog mniej więcej tymi słowami – my Masajowie, pasterze, nie zajmujemy się rolnictwem, bo to oznacza oranie trawy, a przecież Bóg nie przeznaczył jej do tego celu, trawa jest dla naszych krów, jest dla nas święta! Dla nas Masajów oranie ziemi, a także kopanie grobów dla zmarłych jest niedozwolone. Jest to jeden z głównych powodów dlaczego nie uprawiamy rolnictwa. Wyrzucamy więc zwłoki na pożarcie hienom i sępom, tuż  poza ogrodzeniem „bomy”. Ziemia jest dla nas  święta. Ziemia daje nam trawę dla naszych krów. Nasze krowy należą do naszego Boga Ngai, który dał nam je jedynie pod nasza opiekę.

Co za piękna pełna pokory, a jednocześnie fantazji wykładnia ich przekonań i ich wiary. Jestem oszołomiony i pod ogromnym wrażeniem tych opowieści Lelany, który z taką pasją potrafił o tym mówić. Ileż jest w tym poetyki i wzniosłości.

Fot. Flickr i Pinterest

_______

Wspomnienia Tadeusza Jaworskiego ukazują się w pierwszy poniedziałek miesiąca. 

image_pdfimage_print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *