Mój Mikul – jedyna mama, która w PRL-u uczyła dzieci w domu

Danuta Boba w roku swoich setnych urodzin została nagrodzona Medalem Komisji Edukacji Narodowej za Edukację Domową
Rodzina Bobów, od lewej: Bogusław, Bogumiła, Danuta, Bartłomiej, Bolesława, Bogdan, z szablą damascenką należącą do Bartłomieja fotograf i przyjaciel rodziny – pan Jełowicki, fot. arch. rodzinne autorki

Bożena Boba-Dyga (Kraków)

27 stycznia 1921 roku przyszła na świat w Krakowie, w mieszczańskiej rodzinie Vašinów, Danusia. Jak łatwo policzyć w tym roku skończyła sto lat i co więcej, dalej ma się dobrze. Ta okrągła rocznica, której życzymy sobie zwykle śpiewając 100-lat, stała się powodem by przypomnieć jej niezwykłą historię. Była to bowiem jedyna  domowa edukatorka w dobie PRL-u,  kiedy edukacja domowa – zwana obecnie homeschoolingiem  była prawnie zabroniona, a każdy opór przeciwko „władzy ludowej” surowo tępiony.

Od roku przez świat przetacza się pandemia Covid 19 i z tego powodu w większości krajów zamknięto szkoły, nauczanie zamieniło się w zdalne, które odbywa się w domu przed komputerem i często jest mylone z edukacją domową. Nauczanie zdalne stało się też dla wielu rodzin powodem do rozważenia podjęcia prawdziwej edukacji domowej.

Edukacja domowa… co to takiego? To edukacja oparta na rodzinie, gdzie nauka, wychowanie i życie codzienne splatają się w jedno. To przygoda, w której rodzice nie tylko uczą dzieci, ale uczą się z dziećmi. Razem eksplorują i poznają nowe obszary wiedzy. To rodzice decydują co, kiedy i w jaki sposób będzie odkrywane – można uczyć się przez tydzień samej matematyki, a potem przedmiotów humanistycznych, nie ma dzwonków i obowiązkowych godzin lekcyjnych, można dopasować zajęcia do pogody i nastroju. Można też zatrudnić domowych nauczycieli – mistrzów. Można zawiadywać tym z kim dziecko ma kontakt. Zazwyczaj edukacja taka łączy się z ogromną oszczędnością czasu, bo nauczenie dziecka podstawy programowej potrzebnej do zdania egzaminów państwowych z poszczególnych przedmiotów wymaga znacznie mniej czasu niż rok szkolny. Zatem dzieci mają go dużo na pozyskiwanie dodatkowej wiedzy, rozwijanie kreatywności, zainteresowań i pasji.  Ta forma edukacji była znana od wieków i popularna przed wojną, jednak po wojnie w Polsce reżim komunistyczny dążył do wychowania homo sovieticus, edukacja była narzędziem formowania  „obywatela” zatem nie mogła wymknąć się spod kontroli. Dlatego zabroniono edukacji domowej i nałożono obowiązek szkolny, a szkoły ujednolicono i upaństwowiono, likwidując pluralizm oświatowy.

Danuta Boba, z domu Wasina (pierwsza z lewej), jej rodzice Maria i Józef Wasinowie i brat Woodrow, Kraków 1936 r., fot. arch. rodzinne autorki

Danusia przed wojną była prymuską, najlepszą uczennicą w szkole, z góry na dół na świadectwie miała „bardzo dobrze”. Już jako dziesięcioletnia dziewczynka zaczęła udzielać korepetycji. Bywało że nauczycielki prosiły ją o przygotowanie uczennic do egzaminu wstępnego do gimnazjum, albo nawet o poprowadzenie lekcji kiedy klasa nie mogła zrozumieć tematu, zwłaszcza z matematyki w której dziewczynka szczególnie brylowała i którą kochała ponad wszystko. Danusia miała też jednak i inne zainteresowania – działała społecznie w Sodalicji Mariańskiej, śpiewała w chórze, uczyła się gry na skrzypcach. Zrazu planowała zostać dziennikarką – lubiła pisać. Ale szybko zmieniła zdanie i zamarzyła o pracy w laboratorium. Postanowiła zdawać na krakowską Akademię Górniczo-Hutniczą na Wydział Hutniczy (na którym wówczas studiowało zaledwie kilka kobiet), co z resztą się jej udało po maturze zdanej celująco w 1939 r.  Jednak  studiów już nie zaczęła – wybuchła wojna. Danusia szczęśliwie uchroniła się przez wywozem młodzieży na roboty do Niemiec. Uratował ją ojciec, mistrz zegarmistrzowski, zapisując jako ucznia do cechu. Jako uczeń, a następnie czeladnik – rzemieślnik była bezpieczna.

Danuta Boba, z domu Wasina w zakładzie zegarmistrzowskim swojego ojca w Krakowie podczas okupacji, fot. arch. rodzinne autorki

Od początku wojny jednak Dana angażowała się odważnie w inne niebezpieczne sprawy – najpierw była sanitariuszką w szpitalu polowym, który powstał dla rannych żołnierzy u jezuitów, potem już podczas okupacji działała w Polskim Komitecie Opiekuńczym – pomagała uchodźcom i Żydom. Uratowała od Holokaustu trzy koleżanki w tym Irenę Hoffmann ze swojej klasy (które wyjechały szczęśliwie do USA). Farbowała im włosy, wyrabiała fałszywe dokumenty. Ponieważ była bardzo piękną blondynką i mówiła biegle po niemiecku potrafiła skutecznie załatwiać sprawy w niemieckich urzędach. Uczyła też na tajnych kompletach przygotowując trzy siostry Annę, Ewę i Zofię Jachimskie (siostry późniejszego wybitnego fotogrametry z AGH prof. Józefa Jachimskiego) do matury z języka polskiego, historii i matematyki.

W 1944 roku poznała starszego od siebie o 22 lata Bartłomieja Bobę. Jej ówczesny narzeczony Waldemar użalał się nad swoim przyjacielem, starym kawalerem, który leży chory i nie ma mu nawet kto podać szklanki herbaty. Wzruszona opowieścią Dana posłała służącą z obiadem, a ów stary kawaler kiedy wyzdrowiał przyszedł do niej podziękować z bukietem róż. Wielka fascynacja od pierwszego wejrzenia. Dana zerwała zaręczyny i po zaledwie trzech miesiącach znajomości poślubiła Bartłomieja. Miał podobne do niej ideały,  zamiłowania, aspiracje i światopogląd. Kochał naukę i wiedzę oraz pracę społeczną. Trwała jeszcze wojna, ale szala zwycięstwa przechylała się już na stronę aliantów. Bartłomiejowi proponowano, by po wojnie objął stanowisko wojewody wrocławskiego z ramienia rządu gen. Władysłąwa Sikorskiego, był też Bartłomiej akcjonariuszem Narodowego Banku Polskiego, zatem przyszłość jawiła się obiecująco. 

Jednak Jałta zmieniła bieg historii, Polska została włączona w strefę wpływów Związku Radzieckiego. Bartłomiej od początku, konsekwentnie, i aż do końca życia był opozycyjnie nastawiony do systemu komunistycznego. Uważał go za oparty o fałszywe przesłanki. Nie pochwalał wywłaszczenia, a idee własności wspólnej uważał za utopijną,  nie zgodną z ludzką naturą. Słusznie, jak czas pokazał, przewidywał, że społeczeństwo zamiast dbać o wspólne dobro będzie uważać je za niczyje i rozkradać lub zaniedbywać. ZSRR zupełnie nie ufał, znając historię bolszewików spodziewał się z ich strony terroru. 

Danuta i Bartłomiej Boba, zdjęcie ślubne, Kraków 15.08.1944 r.

Bartłomiej po wojnie pełnił „na zastępstwo” (dopóki partyjny aparatczyk nie zrobi… matury) funkcję dyrektora Liceum Rolniczo-Mechanicznego w Kozach. Podpadł jednak szybko władzom, bo nie zgodził się zdejmować krzyży w klasach i karnie przeniesiono go do szkoły rolniczej w Lennie na drugim końcu kraju. Rodzina została jednak w dawnym służbowym dyrektorskim mieszkaniu przy szkole w Pałacu Czeczów i to to miejsce stało się centrum jedynej w swoim rodzaju historii.  W 1952 r. najstarsza córka Danuty i Bartłomieja  – Bogumiła osiągnęła wiek szkolny. Jednak rodzice z inicjatywy Bartłomieja postanowili ze względów światopoglądowych nie posłać jej do komunistycznej szkoły. Dwa lata później wiek szkolny osiągnęli dwaj chłopcy – bliźniaki Bogusław i Bogdan. Ich również rodzice nie posłali do szkoły, a domowym nauczaniem zajmowała się Danuta. Bartłomieja władza ludowa zaczęła za to włóczyć po sądach i nakładać na rodzinę kary grzywien. Zrazu Bartłomiej pisał odwołania i wyjaśniał swoją decyzję w sposób łagodny i zrównoważony wysuwając racjonalne argumenty:

[…] Odwołanie moje tym uzasadniam, że ustawa z roku 1919 przez wszystkich inteligentnych ludzi obeznanych z prawniczym myśleniem, jest interpretowana w tym sensie, że ma ona zabezpieczyć przed niedbalstwem rodziców lub opiekunów, którzy mogliby dopuścić do analfabetyzmu dzieci pozostające w ich opiece. Ustawa ta nigdy i przez nikogo nie była interpretowana w tym duchu, że zmusza ona bezwzględnie do posyłania dzieci do publicznej szkoły. Przeciwnie nauczanie prywatne było u nas zawsze praktykowane i dobrze widziane przez opinię publiczną i Władze Państwowe, jako nauczanie mające wielką i starą tradycję w Polsce, a poza tym odciążające skarb Państwa, który zresztą u nas nigdy nie był nazbyt pełny, i wskutek tego nie jest w stanie dać zawsze warunków nauczania, jakich rodzice dla swych dzieci życzyć by sobie mogli. Najlepszym tego przykładem jest szkoła powszechna w Kozach, która ma ogromnie przeładowane klasy, bardzo często w zimie nieopalane, wskutek czego dzieci masowo chorują, a szkoła jest matecznikiem wszelakich infekcji. W normalnych czasach byłyby to już wystarczające racje, dla których rodzice, którzy mogą sobie pozwolić na kształcenie swych dzieci w domu, nie potrzebowali by ich do szkoły posyłać. Ponieważ ja jestem także pedagogiem i to starym, w szkołach niższych, średnich, a nawet wyższej uczelni z wielkim powodzeniem uczyłem młodzież czyli cudze dzieci, w Polsce i za granicą, a także i moja żona, która z całym umiłowaniem te obowiązki spełnić potrafi, czemużbyśmy tego i teraz nie mieli czynić i sami uczyć swoje własne dzieci?![…]”[1]

Jednak z roku na rok sprawa ulegała zaognieniu, a odwołania przybierały charakter manifestu światopoglądowego. W 1960 r. Bartłomiej pisze w odwołaniu do Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej:

[…]dzieci mych do szkoły nie posyłam i nadal posyłać nie myślę z powodu, że dzisiejsza szkoła publiczna w Polsce Ludowej jest bezbożnicza, o światopoglądzie wybitnie materialistycznym, ja zaś osobiście – oświadczam to wyraźnie – jestem człowiekiem wierzącym, wyznawcą światopoglądu spirytualistycznego – katolickiego, a więc diametralnie przeciwnego i stąd nie godzę się i nigdy zgodzić się nie mogę na taką – pod względem kształcenia i wychowania – degradację mych dzieci[…].  

Kiedy w kraju panował stalinowski terror i każdy przejaw oporu był unicestwiany UB praktycznie stacjonowało pod dworem, nachodząc rodzinę nieustannie i pod każdym pozorem. Bartłomieja wyprowadzano w kajdankach pod kolbami karabinów, przeprowadzano rewizje. W ramach szykanów i represji nad mieszkaniem Bobów władze rozebrały (pod auspicjami remontu) dach na zimę i nie zamontowano go ponownie,  a w miejscowym składzie węgla wydano zakaz sprzedaży na ich nazwisko. Bartłomiej strącał laską sople z sufitu,  kiedy nocą wydarzył się cud –  jeden z jego byłych uczniów przywiózł furę opału powołując się na sen swojej żony, która obudziła go mówiąc – Twojemu profesorowi dzieci zamarzają.  Pomimo to nie ugięli się i nie zmienili swojego stanowiska. Syn Bogdan po latach wspomina:

widziałem, jak kiedy ojcu udało się wysłać list ze skargą do Trybunału Praw Człowieka (przemycony w fibrowej walizce gdzie ukryto go wklejając w dno walizki drugą warstwę papieru) przyszło SB do domu i przytrzasnęli ojcu dłonie szufladą biurka krzycząc „Profesorku my Ci te paluszki połamiemy, żebyś Ty już nic więcej nigdy nie napisał”,  a kiedy mama rzuciła się w jego obronie złapali ją za włosy i tłukli twarzą w blat, aż dostała krwotoku,  ale i to nie pomogło i nie złamało niezłomnych.

Rodzina Bobów, Kozy 1950 r., fot. arch. rodzinne autorki

Danuta dalej prowadziła szkołę domową. Sama się doszkalała, żeby uczyć regularnie wszystkich przedmiotów już czwórkę dzieci, bo w 1949 urodziła się kolejna córka Bolesława. Bartłomiej z kolei rozbudzał w dzieciach dodatkowe zainteresowania, podsuwał lektury ze swojego wielotysięcznego księgozbioru, recytował wiersze, opowiadał o historii, przyrodzie, podróżach, polityce czy religii ponadto to jego głównym zadaniem było prowadzić sprawy procesowe. Studiował przed wojną prócz rolnictwa na Akademii w Bydgoszczy, także na Wydziale Prawno-Ekonomicznym na Uniwersytecie w Poznaniu. Dzięki temu potrafił bronić się sam, żaden przecież adwokat nie podjąłby się prowadzenia sprawy tak niebezpiecznej i tak skazanej, zdawać by się mogło, na przegraną. Rodzinie doskwierała bieda, gdyż Bartłomieja pozbawiono za opozycyjną działalność prawa do pracy. Żyli z wyprzedaży wyprawy Danusi – sreber, biżuterii, Bartłomieja  kolekcji dzieł sztuki czy książek. Na szczęście znajdowali się ludzie, którzy wierzyli w te same idee, podziwiali walkę i byli skłonni do pomocy. Jednak nikt nie odważył się narazić na podobne represje i próbować naśladować w nieposyłaniu dzieci do publicznej szkoły.  

Reżim próbował pozbawić Bobów praw rodzicielskich, odebrać dzieci i umieścić je osobno w różnych  domach dziecka lub wywieźć do ZSRR.  Najgroźniej było kiedy uzbrojeni funkcjonariusze przyszli po dzieci. Bartłomiej rzucił się wtedy na nich z szablą krzycząc – Dzieciokrady, łby poucinam jeśli ktokolwiek ośmieli się tknąć dzieci. Ta bohaterska postawa spowodowała, że funkcjonariusze przerażeni uciekli. 3 lutego 1955 r. zdesperowany Bartłomiej wysłał do Prezesa Rady Ministrów Józefa Cyrankiewicza depeszę treści:

Prowincjonalne „kacyki” partyjno-administracyjne u nas dopuszczają się na osobowości mojej krzywd i gwałtów, wołających o pomstę do Wszechmogącego Boga, usiłują ukraść mi moje, małe dzieci. Niesłychane! – Dzieciokrady! – Proszę o  natychmiastową interwencję i ochronę, bo nie mam już sił czuwać we dnie i w nocy, z siekierą u nogi, na straży moich dzieci.

Pomogło – 15 lipca 1955 r. po przeegzaminowaniu dzieci i stwierdzeniu, że nie ma żadnych edukacyjnych zaniedbań, umorzono postępowanie i cofnięto wyrok o odebraniu małżonkom Boba praw rodzicielskich. Niestety ponieważ dzieci do szkoły dalej nie posłali sprawa ciągnęła się, aż do roku 1962. W ciągu 10 lat odbyło się aż 18 rozpraw. W 1960 r. Bartłomiej znowu miał zasądzony „Najwyższy wymiar kary”, tym razem pieniężnej, którą mógł ewentualnie zamienić na „odsiadkę” 20 dni w kryminale. W ostatnim odwołaniu do Sądu Najwyższego w Warszawie czytamy  

[…] w moim pisemnym odwołaniu udowodniłem ponad wszelką wątpliwość, że dekret na podstawie którego zostałem skazany […] jest całkowicie sprzeczny z postanowieniami Konstytucji […] Dusza moja pełna jest skargi! Tak jest! Ta skarga żywych polskich serc musi uderzyć w Niebiosa i odbić się wielokroć-tysięcznym echem po całym kulturalnym świecie! Zaiste w Polsce Ludowej – dzikie – barbarzyńskie, udrapowane w  pseudoustawy chuligaństwo jest, – ale naród Polski choć umęczony, czuwa patrzy i widzi na jakich szczeblach to się gnieździ. Ale Naród ma otuchę! Były już dzieci wrzesińskie, o które wywrócił się taki demon jak Bismark i w dalszej konsekwencji i inni z piekła rodem prusacy. Potęga niewinnych dusz i serc dziecięcych powalić może  i największe diabelskie moce! – i na pewno powali!!! […]

W Sądzie Najwyższym w 1962 r. wreszcie ostatecznie umorzono sprawę. Pozwolono Bobom kształcić dzieci w domu. Skorzystali z tej rezolucji także w 1974 r. kiedy ostatnią córkę objął obowiązek szkolny. Już nie trzeba było się procesować, na wniosek ojca, kuratorium w Bielsku-Białej wydało zgodę na naukę eksternistyczną i coroczne egzaminy.

Po latach, kiedy upadł system komunistyczny  znajomi mówili o Bartłomieju „prorok”… W tym roku kiedy po 69 latach sprawa nabrała rozgłosu, zaiste prorocze wydaje się stwierdzenie Bartłomieja  w odwołaniu z 1954 r. gdzie pisze:

[…] Jeżeli panowie kierownik szkoły i inspektor szkolny pozwalają sobie nazywać mnie publicznie i obelżywie „opornym” to ja mam odwagę wręcz im odpowiedzieć, że w ich ustach wyraz „oporny” określa się w moim pojęciu synonimem „niespodlony”!!! i to jest moją pociechą, radością i honorem najwyższym, a niewątpliwie dla dobra Narodu Polskiego jeszcze jedną więcej rzetelną, historyczną zasługą moją. […]

Danuta Wasina, zdjęcie z legitymacji Polskiego Komitetu Opiekuńczego, fot. arch. rodzinne autorki

Danuta w warunkach stresu, biedy i napiętnowania ciągle skutecznie uczyła i wychowywała dzieci, zajmując się jednocześnie domem. Jak mówi po latach w wywiadzie z Mirką Łomnicką dla „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI” najstarsza córka Bogumiła, którą uczyła aż do matury  – to matka jedna na milion! Dzieci rosły na zdolnych i ambitnych ludzi. Wbrew podejrzeniom wielu nie zeszły na manowce, nie zostały analfabetami, ani nie stały się aspołeczne. Bartłomiej tłumaczył dzieciom, że są „Wozem Drzymały”. Uczył ich odwagi i determinacji w słusznej sprawie „walki o duszę dziecka polskiego” jak swoją misję zwykł nazywać. Uważał, że nie ma ceny na duszę. Że duszy zaprzedać nie wolno, a charakter trzeba kształcić.

Co wyrosło z piątki eksternistów?  – Bogumiła, która w szkole nie spędziła ani dnia i zdała eksternistycznie maturę została lekarką, ukończyła medycynę we Wrocławiu, jest chirurgiem ogólnym i specjalistą traumatologiem ortopedą. Obecnie pomimo wieku emerytalnego dalej pracuje w Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku-Białej i Szpitalu Powiatowym w Pszczynie. Po upadku komuny była parlamentarzystką – posłanką na Sejm RP I kadencji w latach 1991-1993, jest radną powiatu pszczyńskiego nieprzerwanie od 2006 r.

Od lewej: Bożena Boba-Dyga, Danuta Boba, Bogumiła Boba, 24.06.2016 r., fot. Jędrzej Dyga

Bogusław (pseudonim artystyczny Colin) jest artystą malarzem, od 1971 do 1975 r. pracował w pracowni opraw scenograficznych Telewizji Kraków. W latach 1976-1981 był głównym plastykiem miasta Rzeszowa i otrzymał w tym czasie Nagrodę Ministerstwa Kultury za estetyzację miasta. Obecnie jest bielskim artystą malarzem i grafikiem, wielokrotnym laureatem Nagrody Publiczności podczas wystaw Związku Polskich Artystów Plastyków okręgu Bielsko-Biała oraz Festiwalu Sztuk Wizualnych w BWA. Pisał też scenariusze parateatralnych widowisk oraz poezję i inne teksty literackie. Obchodził w 2020 roku 50 lat pracy twórczej. Jego brat bliźniak Bogdan ukończył kilka fakultetów – najpierw z wyróżnieniem inżynierię materiałową i ceramikę na Wydziale Chemicznym Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, następnie studia podyplomowe w zakresie przygotowania pedagogicznego do zawodu nauczyciela w Wyższej Szkole Biznesu National-Louis University oraz pedagogikę waldorfską – edukację przedszkolną i wczesnoszkolną w Wyższej Szkole Społeczno-Przyrodniczej im. Wincentego Pola w Lublinie. Pracował w Instytucie Badawczym Mikroelektroniki Hybrydowej i Rezystorów w Krakowie, gdzie zajmował się m.in. przygotowaniem projektów patentowych, w pracowni konserwacji metalu w Muzeum Archeologicznym w Krakowie, a obecnie jest nauczycielem rzemiosł artystycznych w Wolnej Szkole Waldorfskiej (podstawowej i liceum) w Krakowie.

Bolesława ukończyła również kilka fakultetów – najpierw wychowanie plastyczne (dyplom z grafiki) na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie i jest nauczycielem dyplomowanym wychowania plastycznego i wiedzy o kulturze. Następnie ukończyła arteterapię na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie oraz podyplomowe studia edukacji niezależnej – specjalność pedagogika waldorfska – na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie obecnie wykłada oraz malarstwo arteterapeutyczne na Uczelni Antropozoficznej Rudolfa Steinera w Dornach w Szwajcarii. Przez wiele lat pracowała w publicznej oświacie w szkołach podstawowych, gimnazjach oraz liceach, tworząc autorskie programy nauczania. Jest obecnie nauczycielką w szkołach waldorfskich i instruktorem zajęć plastycznych w dziennych domach opieki społecznej oraz wykłada na podyplomowych studiach edukacji niezależnej.

Ja jestem najmłodszą z rodzeństwa. Edukację domową zakończyłam wraz ze szkołą podstawową. W czasie „Solidarności” w 1981 r. rodzice pozwolili mi już iść do Liceum im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie – jednego z najstarszych w Polsce, założonego w 1586 r. – do klasy klasycznej. Następnie ukończyłam Wydział Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki ASP w Krakowie; studiowałam też w Niemczech na Freie Universitaet w Berlinie i Friedrich –Alexander Universitaet Erlangen-Nuerneberg w ramach stypendiów – europejskiego Tempus program i DAAD. W ramach pracy zawodowej przeprowadziłam konserwację prawie 500 zabytków, trzykrotnie zostałam nagrodzona ogólnopolską nagrodą Modernizacja Roku. Konserwowałam m.in. Pałac Sztuki w Krakowie, Zamek w Łańcucie, Zamek Górny w Wiśle – letnią rezydencję Prezydenta RP. Jestem rzeczoznawcą Ogólnopolskiej Rady Konserwatorów Dzieł Sztuki i ekspertem Wojewódzkiej Rady Ochrony Zabytków przy Małopolskim Konserwatorze. Oprócz tego jestem poetką, członkinią oddziału krakowskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, autorką dziewięciu tomików, tłumaczoną na dziewięć języków. Udzielam się też muzycznie jako autorka i wykonawca piosenek poetyckich oraz improwizowanej muzyki współczesnej, a nawet muzyki dawnej, w dyskografii mam kilka płyt. W 2010 r stworzyłam Fundację Art Forum z którą organizuje m.in. Krakowski Festiwal Akordeonowy czy Małopolski Festiwal Muzyka w Zabytkach.

Cała piątka rodzeństwa podzieliła też pasję rodziców i zajmuje się edukacją na różnych szczeblach. Bogumiła prowadziła ćwiczenia ze studentami na Akademii Medycznej we Wrocławiu w Klinice Chirurgii Dziecięcej jako młodszy asystent, przez osiem lat uczyła w Liceum Medycznym w Środzie Śląskiej, następnie prowadziła zajęcia ze studentami w Klinice Reumo-Ortopedii w Ustroniu oraz wykłady dla nauczycieli, rodziców i dzieci w szkołach w ramach Poradni Wad Postawy w województwie śląskim. Bogusław prowadził w latach 1986-1991 zajęcia plastyczne w Wojewódzkim Centrum Wychowania Estetycznego Dzieci i Młodzieży w Bielsku-Białej, gdzie stworzył grupę artystyczną dla młodzieży Forma Plus i z nią spektakl z cyklu Scena Plastyki pt. „Ocean Wyobraźni”, który otrzymał wyróżnienie w 1991 r. na Przeglądzie Małych Form Teatralnych w Bielsku-Białej. Bogdan i Bolesława uczą w szkołach podstawowych i średnich o różnych profilach pedagogicznych. Ja prowadzę Koło Młodych w ZPAP, szkolę praktykantów z ASP, a wraz z założoną przez siebie Fundacją Art Forum prowadzę różnorodne warsztaty artystyczne, wykładam też na konferencjach różnych dyscyplin związanych ze sztuką i edukacją domową.

Danuta Boba z medalem Komisji Edukacji Narodowej 2021 r., i z serduszkami od Rodzin Edukacji Domowej z okazji 100-lecia urodzin, fot, arch. rodzinne autorki

W wywiadzie dla międzynarodowego portalu Aleteia stuletnia Danuta powiedziała do Małgorzaty Bilskiej:

Wiem, że szkoła musi być nastawiona nie tylko na nauczanie, ale również na kształtowanie charakteru i duszy człowieka. Celem było takie wychowanie dzieci, żeby mogły wyzwolić w sobie wszystkie talenty i na świecie powstało więcej dobra.

Po latach w 15.02.2021 r. w tym samym kuratorium oświaty w Bielsku-Białej, z którym onegdaj wojował Bartłomiej wręczono Danucie najwyższe resortowe odznaczenie oświatowe w Polsce – przyznany na wniosek Stowarzyszenia Edukacji w Rodzinie przez Ministra Edukacji i Nauki Medal Komisji Edukacji Narodowej za 29 lat edukacji domowej od 1952-1981 r.

Czytamy na profilu wnioskodawcy medalu – Stowarzyszenia Edukacji w Rodzinie:

Ta niezwykła kobieta i matka – obchodząca w tym roku 100 urodziny – wykazała się siłą charakteru i odwagą walcząc o swoje prawo do wychowania dzieci zgodnie z wyznawanymi wartościami, własnym sumieniem i wiarą. Zawalczyła o rodzinę i swoje prawa. Wielokrotnie szykanowana, dręczona i prześladowania przez ówczesną władzę. Nie zrezygnowała z tego co dla niej najważniejsze – rodziny i kształcenia dzieci. Ofiarując swoje zaangażowanie, miłość i troskę. Uczyła także inne dzieci, w czasie wojny udzielała tajnych kompletów, troszczyła się o słabszych i prześladowanych. Zachowała wrażliwość na ludzką krzywdę i nie pozostawała wobec niej obojętna. Doświadczona przez wojnę i komunizm zachowała siłę i pogodę ducha. Jakże bardzo obecnie potrzebujemy takich kobiet i matek, odważnych zdeterminowanych i wiernych wartościom, z mądrością i kunsztem wychowujących następne pokolenie do wartości.

Z kolei tak pisze o niej w internecie dr Magdalena Giercarz-Borkowska, naukowiec i ekspertka Edukacji Domowej:

Pani Danuta wraz z mężem edukowali domowo 29 lat – kontynuowali to pomimo licznych przeciwności, za cenę zubożenia i upokorzeń, a jednak wytrwali w swoim zamiarze.

Pisze też, że Pani Danucie

należą się podziękowania za odwagę, determinację i trud 29 lat edukacji domowej w tamtych czasach, a przede wszystkim za ogromne umiłowanie wiedzy, które nosi w sercu.

Uroczystość wręczenia medalu Komisji Edukacji Narodowej Danucie Boba w Kuratorium Oświaty w Bielsku-Białej, 15.02.2021 r.
Uroczystość wręczenia medalu Komisji Edukacji Narodowej Danucie Boba w Kuratorium Oświaty w Bielsku-Białej, 15.02.2021 r., z prawej dr Mariusz Dzieciątko prezes Stowarzyszenia Edukacji w Rodzinie, z lewej Joanna Dzieciątko, fot. Julia Dyga

Medal dla Danuty to pierwsze odznaczenie tego rodzaju dla domowej edukatorki w Polsce, powód do dumy całego współczesnego środowiska Edukacji Domowej. I choć teraz, po 1989 r. dzięki rodzinie Marka i Izabeli Budajczaków oraz staraniom Państwa Mariusza i Joanny Dzieciątko odrodziła się edukacja domowa, jest już prawnie dozwolona i istnieją organizacje jednoczące i wspierające tego rodzaju rodziny jak np. Fundacja Instytut Educatio Domestica w miejscowości Poniec k. Poznania  i Stowarzyszenie Edukacji w Rodzinie w Warszawie, ukazują się czasopisma promujące ten model kształcenia jak np. prowadzona przez Agnieszkę Pleti  magazyn Kreda, czy prowadzony przez Agnieszkę Pleti  i Annę Marszałek podcast Więcej niż edukacja, to środowisko edukujących prywatnie rodziców ciągle jeszcze spotyka ostracyzm i nieufność czy to ze strony urzędów i szkół, w których mają być egzaminowane dzieci, czy też wątpiących w jakość i sens takiej edukacji rodziców. Sprawa szkolna Bobów jest zatem otuchą dla jednych – tych zmagających się z ostracyzmem i przeciwnościami, a inspiracją dla drugich – tych którzy niezadowoleni z jakości szkolnictwa poszukują innej drogi kształcenia swoich pociech. Bo bitwa, w czasach niewoli, o wolną edukację i wychowanie została wygrana!

Bartłomieja Maria Boba – reemigranta, który przed II Wojną Światową spędził 5 lat w USA poznamy lepiej w drugiej części artykułu.

Bożena Boba-Dyga, najmłodsze dziecko Danuty i Bartłomieja Bobów, 2021 r., fot. Anna Szwaja

***

Mikul – pieszczotliwe określenie pani Danuty Boba.

[1] Odwołanie do Kolegium przy Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Stalinogrodzie  przez Kolegium Przy Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Bielsku-Białej do aktu Nr. Sa-III-25/808/54 z dnia 19.X 1954 r.


***

Korespondencja z urzędami

Wezwanie pod groźbą kary do posłania Bogumiły Boba do szkoły
Odwołanie do Kolegium przy Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Stalinogrodzie, 24.10.1954 r.
Depesza do Rady Ministrów, 03.02.1955 r.
Umorzenie postępowania ws. odebrania władzy rodzicielskiej, 15.07.1955 r.
Odwołanie do Sądu Najwyższego w Warszawie z powołaniem się na Konstytucję, 12.10.1960 r.
Umorzenie sprawy w prokuraturze, 30.11.1962 r.



Polska historia w Ameryce

Z pisarką dr Aleksandrą Ziółkowską-Boehm
rozmawia Joanna Sokołowska-Gwizdka
Aleksandra Ziółkowska-Boehm, fot. Andrzej Bernat

Od lat mieszka Pani w Stanach Zjednoczonych, ale… jak sama Pani mówi, nie czuje się Pani emigrantką. Ma Pani wciąż związek z Polską, utrzymuje Pani mieszkanie, samochód. A przede wszystkim pisze Pani po polsku o polskiej historii. Pani książki są wnikliwe, dopracowane i utrwalają od zapomnienia niezwykłych Polaków, z których wielu już nie ma, jak chociażby Wanda i Henryk Ossowscy czy Roman Rodziewicz. Bardzo cennym obszarem Pani działalności, jest wydawanie tych książek po angielsku w Ameryce.

Nie czuję się emigrantką, bo nie wyemigrowałam (wcześniej, będąc na stypendium w Kanadzie, gdzie dostałam tzw. kartę stałego pobytu, wróciłam do Polski). W 1990 r. wyszłam za mąż i zamieszkałam z mężem w jego kraju, czyli w Stanach Zjednoczonych. Do Polski przylatuję regularnie, mam spotkania autorskie, ukazują się moje książki. Zachowałam nieduże warszawskie mieszkanie, które na mnie czeka (jest w nim archiwum Melchiora Wańkowicza) i gdy przylatuję – wiem, że jestem „u siebie”.

Jako była sekretarka Melchiora Wańkowicza jest Pani cały czas jego orędowniczką. W 2013 r. po angielsku w wydawnictwie Lexington Books ukazała się Pani książka – Melchior Wańkowicz. A Poland’s Master of the Written Word. Jak Pani przekonała wydawcę, aby książka o Melchiorze Wańkowiczu ukazała się na rynku amerykańskim?

Ogromnie cenię książki Melchiora Wańkowicza, znam jego twórczość, obroniłam doktorat dotyczący tej twórczości na Uniwersytecie Warszawskim. Napisałam kilka książek na jego temat (w 2019 r. PIW wydał blisko 700-stronicową pozycję Wokół Wańkowicza). Bardzo chciałam, by ukazała się o nim książka w języku angielskim. Wydawca długo się zastanawiał, czy ją wydać, uzasadniając, że pisarz nie jest wystarczająco znany w Stanach Zjednoczonych. Odpowiedziałam, że jest taką postacią w literaturze polskiej, jaką był Hemingway w Stanach – ze względu na osobowość, tematykę swoich książek, popularność czytelników. Zgodził się. Książka miała dwa wydania, 840 bibliotek naukowych świata ma ją w swoich zbiorach – nie tylko Europy, Kanady i USA, jest także w miejscach tak odległych, jak Australia, Republika Południowej Afryki, Nowa Zelandia, Chiny, Armenia, Grecja czy Turcja.

Czym było dla Pani wydanie książki o Pani mentorze w Ameryce?

W książce jako przykład stylu pisarza przytoczyłam pierwsze 20 stron jego Bitwy o Monte Cassino. Napisałam o polskim reportażu, o procesie 1964 r. – pierwszym procesie intelektualisty w Europie Wschodniej. W czasie procesu protesty składał amerykański PEN Club, zabierał głos senator Robert Kennedy. O tym procesie na bieżąco pisała zarówno prasa amerykańska, jak i prasa całego świata. Na końcu książki napisałam kilka osobistych wspomnień, anegdoty. Wydaje mi się, że spłaciłam tą książką szczególny dług, zaciągnięty, kiedy pisarz zawierzył młodziutkiej osobie, zapisując jej swoje archiwa (zadedykował mi także ostatnią swoją książkę Karafka La Fontainea). Kiedy w 1958 r. Wańkowicz wyjeżdżał ze Stanów, wracając do Polski, krytykowany był przez Polonię, że „jedzie do komunistów”. Ucieszyłam się że po latach – pisarz niejako wrócił – do amerykańskich (i nie tylko) bibliotek.

Bardzo ważną dla nas Polaków sprawą jest przedstawienie polskiej historii amerykańskiemu odbiorcy,, szczególnie tej z okresu II wojny światowej. Do tej pory ukazały się cztery Pani książki dotyczące polskiej historii w tłumaczeniu angielskim: oprócz wspomnianej już Wańkowicz. A Poland’s Master of the Written Word ukazała się Kaja, Heroine of the 1944 Warsaw Rising (Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego krzyża, Muza 2006, 2014), The Polish Experience trough World War II: better day has not come (Lepszy dzień nie przyszedł już, Iskry 2012) oraz historia jednego z Hubalczyków: Polish Hero Roman Rodziewicz. Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald, and Postwar England. W 2018 roku ukazała się również Pani książka, pięknie reklamowana przez wydawcę pt. Untold Stories of Polish Heroes from World War II, do której wstęp napisał prof. James S. Pula. W Kanadzie wyszły Pani książki związane z historią Polski Dreams and Reality Polish Canadian Identities, The Roots Are Polish oraz Senator Stanley Haidasz: A Statesman for All Canadians. Czym się Pani kierowała, wybierając polskich bohaterów dla anglojęzycznego odbiorcy?

Bardzo chciałam, by w Ameryce ukazały się moje reportaże historyczne pokazujące losy Polaków, i nie tylko. W sumie 12 moich książek ukazało się w języku angielskim, w tym 3 w Kanadzie i 9 w Stanach. Pokazuję ludzi, których wojna wyrzuciła z domów, z ziem ojczystych, zabrała ich bliskich, złamała życie. Piszę także o pokoleniu, które po wojnie zostało na Zachodzie, nie chcąc wracać do komunistycznej Polski, czy nie mając gdzie wracać, bo Kresy były pod panowaniem sowieckim. Pisałam, co się działo z byłymi żołnierzami spod Monte Cassino, z bohaterami od Hubala (tak powstała książka: Polish Hero Roman Rodziewicz Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald and Postwar England, 2013). Smutne, piękne, dramatyczne, bolesne – nasze polskie losy. Pokazuję zsyłki na Syberię, pobyty w obozach koncentracyjnych, przesłuchaniach na Pawiaku. Piszę o dzieciach, które straciły ojców w Katyniu. Pokazuję losy polskich Ormian, rzeź wołyńską. Wśród wielu sylwetek jest piękna postać Wandy Ossowskiej, piszę też o Żydówce Idzie Grinspan, która przez 50 lat szukała Wandy – polskiej pielęgniarki z Neustadt-Glewe, która uratowała jej życie. Ida dotarła wreszcie do szpitala, kiedy Wanda Ossowska straciła już przytomność i niebawem zmarła. Ida Grinspan w 2002 r. napisała z dziennikarzem francuskim Bertrandem Poirot-Delpechem książkę o swoich staraniach, by Wandę odnaleźć: Je n’as pas pleure (I didn’t Cry). Moja książka ukazała się pt. The Polish Experience Through World War II: A Better Day Has Not Come (dwa wydania: 2013, 2015).

Ale o zainteresowanie wydawcy polską historią było zapewne trudno. Dla amerykańskiego czytelnika jest zbyt odległa i zbyt traumatyczna, Amerykanie mają własne, lokalne problemy. Jak zatem znalazła Pani wydawcę?

Ponad dwa lata szukałam wydawcy na tłumaczenie książki Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego Krzyża. Po roku jeden z nowojorskich wydawców przeczytał kawałek, poprosił o drugi – odpisał, że mu się sposób pokazania podoba i chce podpisać umowę, ale jeszcze chciałby mnie spytać – czy na pewno jest to książka o Powstaniu w Getcie?… Nie, to jest o Powstaniu Warszawskim w 1944 roku… napisałam. – To nie będziemy mieli czytelnika, odpisał i wycofał się. Nie rezygnowałam, bardzo chciałam, żeby książka wyszła w amerykańskim wydawnictwie, by dotarła do bibliotek i innych instytucji, co amerykański wydawca zapewnia. Chodziłam do księgarń Barnes and Noble, oglądałam dział książek historycznych, patrzyłam, kto wydaje książki o drugiej wojnie światowej, spisywałam wydawców i w Internecie wyszukiwałam kontakt. Wysyłałam kolejne listy, na które dostawałam odpowiedzi, że ich temat nie interesuje. I tak – po ponad dwóch latach – pozytywnie odpowiedziało wydawnictwo Lexington Books, które wydaje książki popularnonaukowe. Książka ukazała się pod tytułem: Kaia Heroine of the 1944 Warsaw Rising (dwa wydania: 2012, 2014). Wydano w sumie pięć moich książek poświęconych tematyce historycznej. Ukazały się bez sponsora, w sztywnej okładce, z fotografiami. Trzy mają drugie wydania (w miękkiej okładce).

Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Londyn 2007 r., fot. Juliusz Englert

Czego ważnego o Polsce i jej historii dowiadują się Amerykanie z tych książek?

Wydawca napisał mi, że bardzo ceni, że piszę w powściągliwy, serdeczny sposób o dramatycznych losach ludzi, bez komentarzy, bez pouczania. Że każdy może się utożsamić z cierpieniami, które pokazuję, przedstawiając losy swoich wybranych bohaterów, że czytelnik wychwytuje najpiękniej i otwartym sercem całą tragedię i reaguje emocjonalnie. Pokazuję, że Polacy-chrześcijanie byli w Auschwitz, pokazuję piękne przypadki ratowania Żydów (jak Wanda Ossowska), losy syberyjskich sierot… chciałam, by angielskojęzyczny czytelnik przyswoił sobie te tematy bez sięgania po historyczne rozprawy.

Czy komentowano Pani książki historyczne?

Pisał o nich przytaczany na tylnych okładkach, znany na obu półkulach, Zbigniew Brzeziński, a także historycy i autorzy amerykańscy: Neal Pease, Stanley Cloud i Lynne Olson (autorzy tłumaczonej w Polsce książki Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski), Stanley Weintraub, Bruce E. Johansen, John R. Alley, Matt DeLaMater (autor książek o Napoleonie), Terrence O’Keeffe, Karl Maramorosch, Brytyjczyk Christoph Mick; polskiego pochodzenia historycy, jak Piotr S. Wandycz i Anna M. Cienciała, autorzy: Ewa Thompson, Jerzy R. Krzyżanowski, Charles S. Kraszewski (także tłumacz i poeta), Irene Tomaszewski, Leszek Adamczyk, Florence W. Clowes, John Radzilowski, Radoslaw Palonka, Angela Baldwin, Audrey Ronning Topping, Wash Gjebre, Homer Flute, Robert Ackerman, Larry Cunningham, Michal Sikorski, Jesse Flis, Irene Tomaszewski, John Mensch, James S. Pula, Mary Lanham.

Propaguje Pani także polską historię współczesną. W 2004 r. ukazał się wydany przez Kanadyjsko-Polski Instytut Badawczy w Toronto (Canadian Polish Research Institute) zbiór wywiadów z Kanadyjczykami i Amerykanami polskiego pochodzenia zatytułowany The Roots Are Polish. Wśród rozmówców byli m.in. generał Donald Kutyna, profesor Andrew Schally, Zbigniew Brzeziński, Jan Nowak Jeziorański, Marek Jaroszewicz, Zdzisław Przygoda, Charles S. Kraszewski, Czesław Miłosz, Isaak B. Singer… Wstęp do książki napisał generał kanadyjski Bruce J. Legge. Napisał m.in., że Ziolkowska’Boehm’s remarkable book sparkles with being Polish. Czy myśli Pani, że taka praca, która pokazuje Polskę, nie tylko z jej ranami, ale też i z jej sukcesami, ma wpływ na kształtowanie opinii o Polakach w Ameryce?

Bardzo bym chciała. I to jest naszym – Polaków – niejako obowiązkiem. Jak mówię – niech każdy robi „co może”. Np. niech kupuje książki o tematyce polskiej i daje jako prezent znajomym, niech pyta o nie w bibliotekach. Komputer takie zainteresowanie wyłapie i książki będą zamawiane.

Pani wiedza i miłość do Polski spowodowała, że i Pani mąż, Norman Boehm, stał się polskim patriotą.

Norman poznał najnowszą historię Polski. Kilka razy wysyłał listy prostujące różne sprawy, jego listy były drukowane. Włączył się w akcję mobilizacji senatorów amerykańskich, kiedy ważyła się sprawa przyjęcia Polski do NATO. Jest cytowany (został tam także podany jego biogram) w książce
Jana Nowaka Jeziorańskiego Polska droga do NATO (Wrocław 2006).

Ukazała się także w języku angielskim Pani autobiografia Ulica Żółwiego Strumienia, zatytułowana Love for Family, Friends, and Books (2015), którą pisała Pani, mieszkając z mężem w Dallas w Teksasie. Ludzka pamięć zmienia się w zależności od tego, ile razy przypominamy sobie wydarzenia i z którego punktu na nie patrzymy. Czy ukazanie się tej książki po wielu latach, jakie minęły od polskiego wydania, spowodowało powrót do osób i historii z Pani życia? Czy gdyby Pani teraz pisała autobiografię, widziałaby Pani pewne wydarzenia inaczej?

Dobrze, że tę książkę napisałam mając 40 lat, nie czekałam, nie odkładałam na później. Książka jest z założenia serdeczna, o czym we wstępie piszę. Pamięć jest ulotna, różne sprawy inaczej pamiętamy po czasie. Może po latach pamięć jest bardziej „ranliwa…”? W tłumaczeniu dodałam fragmenty, np. o roli papieża Jana Pawła II w Polsce, o zmianach, które następowały. Amerykańskie wydanie na tylnej okładce jest zarekomendowane przez autorkę wielu książek Audrey Ronning Topping, profesora Bruce Johansena. Jesse Flis napisał, że moje pisanie motywuje wielu Kanadyjczyków, by na nowo odkryć swoje polskie korzenie (The autor’s writings have motivated many Canadian citizens to rediscover their Polish roots). Ładnie, prawda?

Wywiad ukazał się w roczniku ,,Polonia Inter Gentes” wydawanym przez Instytut im. Generała Władysława Andersa w Lublinie, w lutym 2021 r.


Zobacz też:




Pisarskie delicje i remanenty

Adam Wierciński  

„Pisarskie delicje” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm (Bellona 2019) to silva rerum. Prawdziwy las rzeczy. Tyle tam spraw, tematów, postaci znanych i mniej znanych, tyle dopowiedzeń do książek wcześniejszych i dodatkowych opowieści. I tyle przytoczeń. Listy, rozmowy, wywiady, fragmenty książek własnego i cudzego autorstwa. A wszystko udokumentowane, sprawdzone i autoryzowane, kiedy trzeba. Polot, szczęśliwe przypadki, szczęście do spotkań z pięknymi ludźmi, ponadto – dyscyplina pisarska. I jeszcze sztuka uważnego słuchania.

W pierwszym rozdziale zajmuje się Autorka reportażem literackim, rozprawia ze znawstwem, którego mógłby jej pozazdrościć wykładowca na wydziale dziennikarstwa, o literaturze faktu, tłumaczy, skąd się wzięła popularność tego rodzaju pisarstwa.

Czytelnik współczesny oczekuje dokumentacji, jest głodny faktów, przekazów z pierwszej ręki. Staramy się śledzic, co się dzieje w różnych miejscach świata, który dzięki telewizji i głównie internetowi wszedł w nasze życie ze swoimi dylematami, problemami, katastrofami i biedą (s. 11-12).

To pisarstwo wywodzi się z literackiego dziennikarstwa, przypomina, że w latach 70. XX w. popularnością cieszył się tzw. literary  journalism, kiedy autorzy starali się przedstawić punkt widzenia przeciętnego człowieka. A kiedy i to określenie stało się nazbyt rozmyte, wprowadzono inne:

Termin „creative non-fiction” (używany zamiennie jako „literary non fiction”) brzmi być może zagadkowo. Wyraz „creative” wskazuje, że autor używa metod i sposobów wypróbowanych w fikcji, czyli uprawia sztukę przenoszenia do narracji rozmaitych strategii i form opowiadania (s. 12).

Teoretyczne rozważania ilustruje Autorka przykładami, przypomina, jak się przygotowywała do pierwszego spotkania z Melchiorem Wańkowiczem, jak doszło do spotkania z Januszem Brochwiczem-Lewińskim („Gryf” w czasie powstania warszawskiego był świadkiem śmierci córki Wańkowicza). Wspomina o lojalności wobec rozmówcy:

Pojawiają się momenty, kiedy rozmówca nie ukrywa, nie cenzuruje swoich słów, odczuć, wspomnień – mówi o nich swobodnie. Nie znaczy to, że piszący ma o tym napisać, aby „świat się dowiedział”. Ustalamy z moimi bohaterami, że swoją opowieść snują bez oporów, ale przed publikacją każdą wypowiedź z nimi autoryzuję. Mają do tego święte prawo. Zawsze usuwałam fragmenty wspomnień, którymi dzielili się ze mną, ale nie chcieli obwieszczać ich innym.

Rozmówcy zasługują na szacunek, poszanowanie ich życia i prywatność. Zaufali mi, ja mam obowiązek postępowania etycznego (s. 41-42).

A po teoretycznym wstępie ciagną się opowieści o ludziach z różnych czasów i z tylu przestrzeni. O ich wędrówkach z wyboru i tych odbywanych kiedyś mimo woli. O rodzinie Rodziewiczów (z opowiadania Romana Rodziewicza powstała książka Wańkowicza „Hubalczycy”); o Aleksandrze Jordanie Lutosławskim, synu sławnego filozofa, Wincentego Lutosławskiego; o ks. Prof Januszu Ihnatowiczu, teologu i poecie; o sławnym pilocie Januszu Żurakowskim. O skomplikowanych losach niektórych ludzi. Janusz Dukszta, lekarz psychiatra i polityk kanadyjski, rodem ze Szczuczyna (między Grodnem a Nowogródkiem), mówił  Ziółkowskiej-Boehm o swojej złożonej tożsamości:

Uważam się za Polaka litewskiego pochodzenia, od lat mówię, że jestem polskim Litwinem, ale to jest trochę skomplikowane. Odwiedziłem kilka lat temu Wilno, i stwierdziłem, że na pewno nie jestem Litwinem, pojechałem do Krakowa, stwierdziłem, że nie jestem Polakiem. Odwiedzam Anglię, gdzie ukończyłem uczelnię, i gdzie mieszka moja przyrodnia siostra Izabella, ale nie czuję się Anglikiem. Jestem Kanadyjczykiem – bo Kanada pozwala mi być… cudzoziemcem. To jest moje „identity” (s. 64).

Ciekawe, ile papieru zużyliby współcześni socjolodzy na opisanie tej wielostopniowej tożsamości, ile teorii stworzyliby dzisiejsi kosmopolici i narodowcy. A pisarka zostawia wyznanie potomka szlacheckiego rodu z Wielkiego Księstwa Litewskiego bez komentarza. Zostaje cenne świadectwo. Gdzie indziej opowie Autorka o Tomaszu Łychowskim, poecie i malarzu Brazylii (przyznaje się, że to, co pisze, jest polskie, a to co maluje – brazylijskie). Jego ojciec pochodził z Kijowa, ożenił się z Gertrudą, Niemką spod Berlina. A stało się to w portugalskiej wtedy Angolii w latach 30. XX w. W roku 1938 Łychowscy z kilkuletnim Tomaszem przyjechali do Polski. A potem wojna, konspiracja, matka Niemka okazała się polską patriotką związaną z AK. Osadzono ją z siedmioletnim synkiem na Pawiaku.

Obecnie Tomasz Łychowski ma ponad 80 lat i jest prawdopodobnie najmłodszym żyjącym więźniem Pawiaka.

Pamięta, że codziennie o szóstej rano był apel. Ustawione w dwurzędzie więźniarki składały po niemiecku meldunek. Tomasz zapamiętał, że po pewnym czasie jemu przypadła ta funkcja i meldował: „Fünfundzwanzig Frauen und ein Kind” (25 kobiet i dziecko). Na to Komendant: „Fünfundzwanzig Frauen und ein Man” (25 kobiet i jeden mężczyzna) i bardzo zadowolony ze swojego dowcipu wybuchnął śmiechem (s. 240).

Poeta pisze w trzech językach: po polsku, po angielsku i po portugalsku, maluje i pisze wiersze (coraz częściej po portugalsku), w jednym z wierszy wspomina o swojej multiosobowości:

Jaka moja w tym wina

– urodzony w Angoli –

że nie jestem czarny?

Zaadoptowany przez Brazylię

że jestem gringo?

Jaka wina?

Że jestem synem Niemki w Polsce

Polaka w Niemczech?

Dość nierzeczywistych win!

Czy nie wystarczą te prawdziwe?

(s. 252)

Jak to dobrze, że bohaterowie o takich skomplikowanych losach znaleźli rozumiejącą słuchaczkę, która z taktem i empatią potrafiła ich wysłuchać, a potem zapisać niezwykłe koleje losu (powieściopisarz pomieściłby te opowieści w kilku zapewne tomach). A tu skrót, dane do opowieści i ewentualne rozwinięcie. Jak z Kają od  Radosława:

Najkrócej: Cezaria Iljin-Szymańska – pseudonim „Kaja” – działaczka podziemia, uczestniczka powstania warszawskiego, członek zgrupowania „Radosław”. Po powstaniu aresztowana w Białymstoku i osadzona w obozie NKWD nr 41 w Ostaszkowie. Do Polski wróciła w 1946 roku z malarią i tyfusem. Skończyła studia i została cenionym architektem, włączyła się w odbudowę Warszawy (s. 89).

Jeszcze o jednym szkicu należałoby wspomnieć. Zaczyna się tak:

Jeżeli Wańkowicz jest mi wdzięczny, to zapewne za wymianę przedmowy… Że przekonałam wielkiego redaktora Giedroycia, który do swojej korespondencji z pisarzem napisał nową. Pierwsza jej wersja zawierała określenia niesprawiedliwe, niepoparte żadnym dokumentem (s. 257).

A jak to się stało, że propozycję Ziółkowskiej-Boehm, żeby dodał Giedroyć kilka zdań…

– właśnie, że uważa go Pan za „czołową postać polskiej literatury” (…). Obok krytyki i ostrych rzeczy, czy nie może Pan dodać, że – jak Pan do mnie pisze – jednak „wysoko go Pan ceni”?

zostały uwzględnione, wnikliwy czytelnik, przeczyta sam. A uparta i wdzięczna Autorka, dbająca o dobre imię swojego mistrza, napisze o Giedroyciu z uznaniem:

Jego wielkość z pewnością zawiera się także w fakcie, że dał sie przekonać. Bardzo go za to podziwiam i doceniam (s.293).

Tekst ukazał się [w:] PAMIĘTNIK LITERACKI, Londyn, grudzień 2020, s. 243-246


Zobacz też:




Rzuć zimne spojrzenie…

Wilek Markiewicz, Buddha

Wilek Markiewicz (Toronto)

W kolumnie porad jednego z anglojęzycznych pism, czytelniczka zapytuje jak zareagować wobec 82-letniej matki, która oświadcza, że woli popełnić samobójstwo, niż iść do domu starców. Ona  cieszy się dobrym zdrowiem, lecz jest nieświadoma jak galopująco traci pamięć. „Czy mam ja poinformować, czy też czekać, aż powoli pogrąży się w demencji, ku nieuniknionej opiece szpitalnej?”

Poradniczka sądzi, że obowiązkiem córki jest powiedzieć matce prawdę i z pomocą psychologów, doradców socjalnych, wpłynąć na nią by nie podjęła drastycznej decyzji. Gdy to nie pomoże, trudno, ona ma prawo  decyzji. Moim zdaniem, jest to zbyt trudny krok dla córki. Również, nie lubię idei zaangażowania ekipy profesjonalnych „praczy mózgu”, to mi zbytnio przypomina manipulacje w stylu orwellowskiego „wielkiego brata”.

Pamiętam pewne prace twórcze zajmujące się tym tematem. Ich cecha wspólną było odrzucenie pretensjonalnych orwellowskich „mandarynów”, którzy mają receptę na wszystko. W jednym amerykańskim filmie, sparaliżowany rzeźbiarz skarży szpital, który mu nie pozwala umrzeć. Szpital posyła mu socjalnego doradcę, młodą kobietę, która go karci, że myśli tylko o sobie. On nie może rzeźbić, zgoda, ale może się dzielić swą wiedzą z innymi młodymi artystami. Bardzo to pozytywne, logiczne, orwellowskie. Pacjent zareagował tak gwałtownie, że potrzebna była lekarska pomoc by go uspokoić. Czuję, że racja była po jego stronie; nie rozwiązuje się wszystkiego mądrymi poradami, które mało kto zastosował by dla siebie.

Jak więc reagować w beznadziejnej sytuacji? W pierwszym rzędzie starać się uzbroić w odwagę. Czasem „ucieczka naprzód” może wyzwolić od ciężaru. Na przykład, Katherine Mead pisała, że jej ojciec starał się myśleć o czymś innym, gdy zbliżała się jego śmierć. Carlos Castaneda pisał o „ostatnim tańcu wojownika”, który jest formą wyzwania i zaakceptowania jednocześnie: „jestem większy od ciebie – o ma śmierc!” Szkocki poeta Yeats wyraził to po mistrzowsku: Cast a cold eye – on life, on death – horseman pass by (Rzuć zimne spojrzenie – na życie, na śmierć – jeźdźcu, podążaj dalej).

Powyższe stosunki między ludźmi oraz między życiem a śmiercią są zsumowane w noweli Romana Gary, piszącego również pod pseudonimem Emil Ajar: rzecz dzieje się w polskim lesie, wśród partyzantów walczących z Niemcami. Jeden z nich, śmiertelnie ranny, leży przy ognisku wśród kolegów pijących wódkę i śpiewających, nie zwracających na niego uwagi. On się oburza: „banda drani, sk…synów, bez respektu dla umierającego kolegi! Nie żenujcie się, możecie nawet usiąść na mnie jak na pniu!” Ku jego zdumieniu siadają na nim. Nie pamiętam opisu jak się sytuacja rozwija, wlewają mu wódkę do ust i on się przyłącza do śpiewu, pogodzony z losem i ukojony, że umiera w tak zgranej kompanii.

Widziałem też sztukę teatralną o Szkocie w nieuleczalnym stanie, który decyduje opuścić szpital i umrzeć w rodzinie. Koledzy każą mu wirować jak w walcu i zaglądają pod fruwający kilt. Był to żart i powoli, w rozwoju akcji sztuki, on zdaje sobie sprawę, że to tu jest jego miejsce by umrzeć, wśród dobrych kolegów, którzy stali się bliską rodziną.

W buddyzmie, jak prawdopodobnie wśród innych prądów ezoterycznych, umierający ma się koncentrować na swej śmierci, gdyż ta koncentracja pozwala wyzwolonej duszy sięgnąć ku najwyższym szczytom iluminacji. Jak Mickiewicz pisze: „czucie i wiara silniej mówią do mnie…”.

W konkluzji, zamiast logicznych argumentów z pomocą psychologów, najlepiej znaleźć parę prostych słów, które dwie osoby mogą między sobą wymienić bez świadków. Na przykład: „Mamo, jak długo żyjesz, możemy mieć piękne wspólne chwile. Nie martwmy się o resztę!”

***

Wiliam Markiewicz (1930-2014), urodzony w Krakowie, ukończył nauki biologiczne na Uniwersytecie w Genewie. Mieszkał w Paryżu i Hiszpanii, a od 1970 roku w Toronto. Redaktor kolumny etnicznej w „Toronto Sun” 1971 – 85. Wydawca i redaktor „Kuriera Polsko -Kanadyjskiego 1972-86 – pierwszej prywatnej gazety polonijnej na kontynencie amerykańskim.  Współpracownik Canadian Political News & Life 1988 – 89. Dziennikarz francuskiego pisma „Voir” w Szwajcarii oraz „Courier Sud” (Toronto). Wysłannik Kanadyjskiej Federacji Prasy Etnicznej na konferencje NATO w Brukseli (1977). Jako artysta malarz prezentował swoje prace na wystawach zbiorowych i indywidualnych m in. w Toronto (w Galerii Laurier na Dundas West, między Islington a Kipling) oraz we Francji, Kanadzie, USA, Wielkiej Brytanii, Włoszech.


Zobacz też:




Z pamiętnika poety

Florian Śmieja (1925-2019)
Fot. Pexels z Pixabay 

CZEKAM NA WNUKI

Moje pociechy pędzą swoje życie.

Nie mają czasu ani cierpliwości

by mi niekiedy pomóc z komputerem.

Zachciało mi się jeszcze technologii

i nie nadążam już za nowościami

nie rozumiem języka, aplikacje

manipulują bezkarnie, bo w ciemno

i najczęściej klikam na chybił trafił

z przewagą na chybił. Chociaż rozumiem

że w dzisiejszych czasach bez komputera

nie można się obejść, to z awariami

mam więcej do czynienia niż z ich pracą.

Oflagują się, aby nic nie robić

i bądź tu mądry jeśliś nie fachowiec

albo amator oprogramowania.

Skoro nie chcę rozzłościć moich pociech

to ograniczam się do prostych ruchów

płacę frycowe za brak kompetencji

czekam na wnuki, bo będą łaskawsze

i bardziej za pan brat z elektroniką.

***

PO PRZERWIE

Po kilku jałowych dniach dość nieśmiało

podchodzę do komputera niepewny

czy już się znarowił niodwracalnie

a jego „non serviam” jest ostateczne

i nie ma już od niego odwołania

czy odpocząwszy wznowi swe czynności

przywoła słowa, wezwie inspiracje

i spróbuje nadrobić utracone?

***

ZUPA Z GWOŹDZIA

Wstałem o świcie, aby się uraczyć

racją świadomego milczenia zanim

rozpoznam dzieṅ i jego możliwości

bo nawet brak poczty na monitorze

nie musi oznaczać zrezygnowania

z ambitnych planów albo zaniechania

zaczętej akcji. Jestem doświadczonym

kucharzem, zrobię zupę na gwoździu.

***

ZADANIE

Muszę skojarzyć moją wyobraźnię

z możliwościami zapisu. Przed świtem

pracuje jej się najlepiej w milczeniu

półmrok ośmiela najpewniej fantazję.

Jak wytrenować pamięć, by do świtu

zachowała ślady mocowania się

z aniołem natchnienia, który ją nawiedził.

***

UTRWALACZ

Pilnie szukam takiego instagramu,

któryby zanotował, co uroi

głowa, bo tyle mi  gdzieś przepada

między zamysłem a tym, co potem

widzę na stronie. Utrwalacz konieczny

bo bez niego zbyt wiele już straciłem.

***

PRAWICA

Prawica, którą za młodu ciskałem

kulą i dyskiem na medal, ostatnio

osłabła, że z trudem puszki otwiera.

Dobrze, że może się jeszcze uchwycić

pewnie poręczy, bo lewica  padła.

***

ILOŚĆ

Ilość  raczej  nie przemienia się w jakość.

Mówimy wtedy o wielkiej płodności

pracowitości, ciągłym próbowaniu

dbałości o ustawiczne wystawy

prezentacji, wnikliwej buchalterii

łudzeniu się, że chęć szczera to talent

a wielokrotność wejść zapewni aplauz.

Bez szczególnego błysku nie wystarczy.


Zobacz też:




Kwiecień – bohater literacki

Józef Chełmoński (1849-1914), Bociany, 1900, olej na płótnie, 150×198 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie, fot. wikimedia commons

Włodzimierz Wójcik (Sosnowiec) 

Czwarty miesiąc roku sypie kwiatami; w naszych ogrodach pojawiają się żonkile, prymule, stokrotki, a pękate krzewy forsycji pysznią się wprost potęgą żółci, która w szarym o tej porze roku pejzażu Zagłębia i Śląska pełni funkcję słonecznych promieni. Raz po raz prószy śnieg przypominający swoją konsystencją kaszę perłową. W jednej chwili przekształca się w prawdziwą zadymkę, to znów w ostrą wiosenną ulewę. Sprawdza się obiegowe przysłowie: „Kwiecień plecień, wciąż przeplata trochę zimy, trochę lata”. Bywa jednak, że potwierdza się i inne: „Czasem kwietnia pora letnia, czasem zwiedzie, w marzec zjedzie”. Niektóre spośród tych rymowanych mądrości ludowych mają charakter prognostyczny. W bogatej księdze przysłów czytamy między innymi: „Kwiecień, co deszczem rosi, wiele owoców przynosi”, „Śnieg kwietniowy trawie i konikowi zdrowie” oraz „Suchy kwiecień, mokry maj, będzie żyta niby gaj”.

Można powiedzieć, że miesiąc ten jest prawdziwym bohaterem literackim. Jego uroki sławił w wieku XVII Jan Żabczyc (w cyklu poetyckim „Kalendarz wieczny”), w XIX Hieronim Marcinkiewicz i Stanistaw Egbert Koźmian, Syrokomla i Romanowski. Reymont na progu naszego stulecia sławił kwietniowy pejzaż polski i wiosenny wysiłek człowieka na roli. Na pierwszych stronach trzeciej części „Chłopów” pisał:

Kwietniowy dzień dźwigał się leniwie z legowisk mroków i mgieł, jako ten parob, któren legł spracowany, a nie wywczasowawszy się do cna, zrywać się ano musi nade dniem, by wnetki imać się pługa i do orki się brać.

Poczynało dnieć.

Ale cichość była jeszcze całkiem drętwa, tyle jeno, co rosy kapały rzęsiście z drzew pośpionych w mącie nieprzejrzanym.

Niebo, kiej ta płachta modrawa, przejęta wilgotnością i orosiała, przecierało się już ździebko nad ziemią czarną, głuchą i zgoła w mrokach zagubioną.

Mgły niby mleko wzburzone przy udoju zalewały łęg i pola nizinne. Kokoty zaczęły piać na wyprzódki gdziesik po wsiach jeszcze niewidnych.

Ostatnie gwiazdy gasły kiej oczy, śpiączką morzone.

Na wschodzie zaś, jako zarzewie, roztlewające spod ostygłych popiołów, jęły się rozżarzać zorze czerwone. (..) Dzień się już stawał i przepierał z blednącą nocą, która przywierała do ziem grubym, przemoczonym kożuchem.

Reymont w rytmie kwietniowych dni i nocy widział zarówno piękno przyrody jak też sens i humanistyczny wymiar powszedniego trudu rolnika. Kilkadziesiąt lat później – z perspektywy doświadczeń wojny i okupacji – Julian Przyboś kreował poetycką wizję kwietnia zupełnie na inny sposób. W wierszu mającym oryginalny tytuł „4. IV. 1943” (z tomu „Póki my żyjemy” 1944) pisał:

Wróg ginie, wróg zwycięża,

armie wstają, armie zapadają w grób,

a już na cały głos na gałęziach

ptaki za mnie wyraziły drzewa;

i spod śniegu, który ziemię z oczu start mi,

nagle w cichej śnieżycy okwiecia

wyjawiły się trześnie

w pośpiechu przed moimi ustami!

Z łatwością lotu we śnie

uniosę cię z natchnienia

jak z bitwy

w zielony gaj, w pokój,

wiosno, piosenko rzewna

na imieniny kwietnia

czterdziestego trzeciego roku!

Jak widać kwiecień znaczony jest bezustannym ścieraniem się ze sobą różnych sił. W przytoczonych przysłowiach są to: chłód i ciepło, susza lub deszcz, deszcz lub śnieg. U Reymonta spierają się ze sobą noc i dzień, chmury i słońce, praca i zmęczenie. W poetyckiej wizji Przybosia zderzają się siły śmierci, znaczone wojennym totalitaryzmem, z żywiołem przyrody symbolizującej życie, rozwój, tworzenie, nadzieję. Warto zwrócić uwagę na to – ale mam tu na myśli porządek już pozapoetycki – by kwietniowej erupcji zieleni i barw nie tylko nie zagrażał totalitaryzm wojenny, ale i totalitaryzm siarki, kwaśnych deszczów, ołowiu, smogu. Warto chronić to, co przynosi nam kapryśny, ale i hojny miesiąc…

Prof. Włodzimierz Wójcik (1932-2012) – historyk literatury, krytyk, eseista, autor prac o współczesnej literaturze polskiej, profesor honorowy Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.


Od redakcji

Dotrota Kobiela, która reżyserowała nominowany do Oskara film „Twój Vincent” przygotowuje nową niezwykła produkcję. Będzie to ekranizacja powieści Władysława Reymonta „Chłopi”, za którą pisarz otrzymał w 1924 r. nagrodę Nobla. „Twój Vincent” był pierwszą na świecie pełnometrażową animacją malarską. Został najpierw nakręcony jako typowy film aktorski, a następnie każda klatka została namalowana farbą olejną w stylu malarstwa Vincenta Van Gogha przez ok. 100 artystów polskich i zagranicznych. „Chłopi” również zostaną najpierw nakręceni jako typowy film aktorski. Wystąpią m.in. Mirosław Baka, Małgorzata Kożuchowska, Ewa Kasprzyk. Następnie, tak jak w poprzednim filmie, zostanie wykorzystana technika malarska, tym razem inspirowana malarstwem polskich twórców przełomu XIX i XX w. – Józefa Chełmońskiego, Leona Wyczółkowskiego czy Jacka Malczewskiego. Zaangażowanych zostanie 50 malarzy w trzech studiach – w głównym w Sopocie oraz w Serbii i na Ukrainie. Namalują oni ok. 72 tysiące obrazów, które staną sie podstawą animacji.

Zapowiedź filmu:

https://www.youtube.com/watch?v=pABRhQpaOTI&t=39s

***

Zobacz też:




Żyjemy polonezem

Z Romaną Agnel rozmawia Jolanta Łada-Zielke
Romana Agnel, New Delhi 2020 r., fot. Innee Singh

Romana Agnel, dyrektor Baletu Cracovia Danza, jest współinicjatorką wpisu poloneza na listę reprezentatywną niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości UNESCO. Trwają przygotowania dokumentacji dla komisji UNESCO. Przedsięwzięcie ma charakter ogólnopolski, ale ważną rolę odegra w nim miasto Kraków, znane ze swego przywiązania do tradycji historycznej i dziedzictwa kulturowego. Projekt wspierają władze Krakowa, natomiast Balet Cracovia Danza stanie się koordynatorem wydarzeń artystycznych towarzyszących tej kampanii.

Wpis poloneza na listę UNESCO ma na celu jego rozpowszechnienie ale także ochronę i zabezpieczenie żywej tradycji tego tańca. Czy to znaczy, że jest on w jakiś sposób zagrożony?

W pewnym sensie zagrożona jest właśnie „żywa” praktyka poloneza, czyli tańczenie go na co dzień, a nie tylko wykonania o charakterze historycznym, czy artystycznym. Ten najsłynniejszy polski taniec jest obecnie, niestety, wypierany z wielu bali, czy nawet studniówek, na przykład przez walca. Poza tym zaniedbuje się naukę poloneza. Nie mamy w Polsce szkół tańców narodowych, brak też systematycznego nauczania poloneza, choćby na lekcjach wychowania fizycznego. Istnieje więc potrzeba, po pierwsze systematycznej edukacji w tym zakresie, a po drugie, żeby nie odbywało się to na zasadzie przymusu. Nie chodzi o to, żeby na studiówkach i innych imprezach szkolnych tańczenie poloneza traktowano jak obowiązek, który młodzi ludzie powinni spełnić, ale żeby był to dla nich swego rodzaju prestiż, forma autoprezentacji. Myślę, że trzeba stworzyć swego rodzaju „modę” na poloneza i w tym kierunku powinno się podjąć działania ochronne i promocyjne. Dlatego przygotowałam dosyć szeroką i „długodystansową” strategię, aby uwrażliwić różne instytucje i organizatorów wydarzeń artystycznych na praktykowanie i prezentowanie poloneza.

Ja uczyłam się tańczyć poloneza już w przedszkolu, potem w podstawówce  na lekcjach wychowania fizycznego. Jak byłam w klasie maturalnej, to na miesiąc przed studniówką ćwiczyliśmy go parę razy w sali gimnastycznej. Ale to był koniec lat osiemdziesiątych, kiedy pielęgnowano jeszcze tę tradycję.

To miałaś szczęście. Ale ja już wielokrotnie przygotowywałam maturzystów do tego balu i widziałam, ile problemów sprawia im wykonanie kroków poloneza do muzyki. Wynika to stąd, że zatańczenie poloneza na rozpoczęcie studniówki to jednorazowe wydarzenie, do którego ćwiczy się „na chybcika”. Nie ma natomiast tradycji nauczania polskich tańców przez wszystkie lata szkoły średniej, żeby w ostatniej klasie wszyscy byli w stanie wykonać poloneza. Wtedy mogę robić z nimi na zajęciach tylko choreografię i nie muszę uczyć ich wszystkiego od początku. Niektórzy mają podstawowe problemy z rytmem, nie są w stanie usłyszeć, gdzie jest „raz”, a ten pierwszy krok w polonezie jest przecież bardzo ważny. Braki w wykształceniu jeśli chodzi o polskie tańce to jedno, a drugie – polonez jest tylko „eventowym” tańcem, przypisanym do jednej imprezy. Natomiast pomija się jego rolę obyczajową, historyczną i charakterologiczną, a przecież jest to taniec odzwierciedlający polską mentalność.

Polonez w wykonaniu Baletu Cracovia Danza podczas Narodowego Święta Niepodległości w 2017 r.

Czy istnieją jakieś źródła historyczne na ten temat?

Bardzo mało jest pozycji książkowych o samym polonezie, z których można byłoby dowiedzieć się o jego historii i o różnych jego odmianach. Ja zajmuję się rekonstrukcją polonezów z dawnych epok. Próbuję odtworzyć jeden z nich z traktatu napisanego w języku niemieckim w 1759 roku. Polonez – kontredans tam przedstawiony, zapisany został w systemie Raoula-Augera Feuilleta, czyli francuskim systemem zapisu tańca. Są to więc unikaty, perełki, które pokazują, że polonez pełnił istotną funkcję towarzyską, miał także bardzo wysoką i silną pozycję w całej Europie. Warto byłoby przywrócić mu tę dawną rangę.

Podobno pierwowzorem poloneza jest „chodzony” wywodzący się z tradycji ludowej, który ma też trójdzielne metrum. Jak to się stało, że później przyjęła się francuska nazwa tego tańca – „polonaise”?

W „chodzonym” wszystkie kroki są w miarę równe, dlatego bardziej przypomina on marsz. Wykonywano go w środowiskach wiejskich, głównie na weselach. Natomiast polonez to po prostu „taniec polski”. Ta nazwa wzięła się stąd, że tańce polskie, które komponowano i prezentowano na dworach Europy, pełniły funkcje reprezentacyjne i w którymś momencie zastąpiły pawanę. Forma poloneza służyła temu, żeby móc się zaprezentować, rozpocząć jakąś uroczystość. Mogli go tańczyć wszyscy i w każdym wieku. W związku z tym tańce polskie określane były nazwą polonaise, alla polacca, czy polnischer Tanz. Z biegiem czasu sprawami tańca zajęła się Francja i ten słownik taneczny jest do dziś oparty na terminach z języka francuskiego. Nawet nazwy kroków w naszym mazurze są francuskie: pas marché, pas balancé, pas chassé, tour de main, etc. Dlatego polonez w osiemnastym wieku otrzymał nazwę francuską, która jest używana do dziś. 

Wspomniałaś, że polonez jako gatunek muzyczny inspirował zagranicznych kompozytorów. Przykładowo przywołam mojego ulubionego twórcę Ryszarda Wagnera, który nie dość że skomponował poloneza D-Dur na fortepian w dwóch wersjach, na dwie i cztery ręce, to jeszcze umieścił motywy polonezowe w swoich operach Złoto Renu i Zmierzch bogów, nie wspominając już o uwerturze Polonia

Tylko, czy ktoś o tym wie? Wiedza na ten temat też wymaga uzupełnienia. Dlatego nadszedł moment, żebyśmy mogli mówić o obecności poloneza w kulturze europejskiej, a nawet światowej. Nie jest to tylko muzyka polska, którą tworzyli wyłącznie polscy kompozytorzy, choć praktycznie każdy z nich pisał polonezy. Ale komponował je też Jan Sebastian Bach (Suita francuska E-Dur, BWV 817), Piotr Czajkowski (opera Eugeniusz Oniegin), wspomniany przez ciebie Wagner. Różne formy polonezowe są obecne w utworach baletowych, albo w operach. Mam nadzieję, że my też będziemy mogli przygotować jakieś ciekawe opracowania na ten temat. Chcemy to zrobić jeżeli chodzi o Kraków, bo nie ma żadnej monografii, ani innej pozycji na temat dziejów i tradycji wykonawczej poloneza w Krakowie, zarówno salonowej, jak i tej kultywowanej przez nasze zespoły. Do nasłynniejszych krakowskich utworów z tego zakresu należy Polonez Kościuszki. Myślę, że nasze działania powinny także zainspirować naukowców, artystów, oraz nauczycieli. Chodzi o to, żebyśmy to my, Polacy, byli inicjatorami wpisu Poloneza na listę UNESCO, a nie żeby ten pomysł wyszedł z innego kraju.

Romana Agnel

Pozwól, że zacytuję Tomasza Koniecznego, który kilkakrotnie śpiewał partię Wotana w Pierścieniu Nibelunga Wagnera:

To niewiarygodne, że ten tak bardzo germański kompozytor napisał tę najbardziej artystokratyczną ze wszystkich części „Pierścienia Nibelunga” w rytmie poloneza. Słychać go wyraźnie we wszystkich scenach z udziałem arystokracji germańskich bogów, zwłaszcza na końcu, kiedy uroczyście wkraczają do Walhalli. Jako Wotan, dla żartu wykonuję czasami w tym momencie krok poloneza. Polonez w „Złocie Renu” jest bardzo dobrej jakości, fantastycznie napisany, ma bardziej dworski i elegancki charakter niż niektóre polonezy z oper Stanisława Moniuszki.

A wracając na krakowską scenę; z jakim odzewem spotykają się Wasze działania?

Pierwsze owoce już są, bo pani Katarzyna Olesiak, Dyrektor Wydziału Kultury i Dziedzictwa Narodowego Urzędu Miasta Krakowa zdecydowała, że obecny rok upłynie pod znakiem poloneza, zagości on podczas Nocy Tańca na wszystkich scenach, na których odbędą się prezentacje taneczne. Będzie nauka poloneza, będzie „integracja” z polonezem, więc widać, że te pomysły jakoś się przyjmują i są dobrze oceniane. My w Krakowie chcemy zająć się tym w sposób szczególny. Planujemy specjalną konferencję pod tytułem „Polonez w Krakowie”. Chcemy organizować imprezy artystyczne związane z promocją poloneza o większym zasięgu, które obejmowałyby wspólne jego wykonywanie przez różne krakowskie zespoły i formacje taneczne. Chcemy pod tym względem się zjednoczyć, zresztą nasze hasło brzmi: „Polonez łączy”. Zamieszczamy już informacje o podjętej przez nas promocji poloneza między innymi na specjalnym profilu na Facebooku. Po prostu żyjemy polonezem! Ludzie odbierają to bardzo dobrze, widać, że tego potrzebują. W naszą akcję angażuje się wiele podmiotów nie tylko w Polsce, ale i za granicą.

Następna rzecz, która jest nam niezwykle potrzebna to muzyka. Mamy bardzo mało nagranej, zarejestrowanej muzyki polonezowej. Chodzi tu także o kompozycje poloneza. Chcemy pokazać, że ten taniec żyje, że jest inspiracją dla dzisiejszych twórców. Trwa akcja tworzenia „kół polonezowych”. Mamy nadzieje, że Dni Poloneza, które już planujemy, wpiszą się na stałe w kalendarz imprez kulturalnych w Polsce. Oczekujemy, że dzięki temu wzrośnie wiedza i świadomość na temat poloneza, ale też umiejętności tańczenia. 

Polonez w wykonaniu Baletu Cracovia Danza, 2018 r., fot. Erdem Yildiz
Polonez w wykonaniu Baletu Cracovia Danza wraz z mieszkańcami miasta na Rynku Głównym w Krakowie w 2019 r., fot. Tomasz Korczyński

Jakie działania trzeba podjąć w celu sfinalizowania wpisu?

Do końca lutego trwała internetowa zbiórka podpisów poparcia dla naszej idei. Zebraliśmy ich w sumie sześć tysięcy, to jest bardzo dużo. Nasze dossier zostało pozytywnie zaopiniowane przez Polską Radę Dziedzictwa Niematerialnego. Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotr Gliński popisał nominację poloneza. W tej chwili przygotowujemy dossier, aby zaprezentować go na poziomie międzynarodowym. Musimy między innymi opracować film prezentujący przedmiot nominacji. Cieszymy się, bo wiele osób deklaruje, że prześlą nam swoje własne materiały filmowe.

Czy po ogłoszeniu nominacji odbędzie się impreza, w której wezmą udział mieszkańcy Krakowa? Coś takiego, jak wspólny bal dla tancerzy i publiczności na Rynku Głównym, kończący każdą edycję Festiwalu Tańców Dworskich? Czy wszystko to zależy – niestety – od dalszego rozwoju pandemii?

Mamy nadzieję, że uda nam się zorganizować taki bal. Chcemy nie tylko zatańczyć poloneza na Rynku, ale żeby zagościł on ponownie w świadomości mieszkańców i we wszystkich kulturalnych instytucjach. Spodziewamy się, że Dni Poloneza będą świętem, podczas którego będzie możliwość zatańczenia, zaśpiewania i być może przyjrzenia się różnym aspektom tego tańca. Niestety, wiele rzeczy zależy od pandemii i od rady UNESCO, w tej chwili już międzynarodowej. Ale bardzo pozytywnym faktem jest poparcie władz miasta Krakowa, szczególnie Wydziału Kultury, dla naszego projektu.

***

Polonez w wykonaniu Baletu Cracovia Danza na Rynku Głównym w Krakowie:


Zobacz też: