Libretto dla pustyni

W rocznicę ludobójstwa Ormian – 24 kwietnia 2021 r. w wydawnictwie Discordia Global Media ukazał się audiobook w języku polskim „Libretto dla pustyni” z wierszami Sony Van – znanej na świecie ormiańskiej poetki, tłumaczonej na wiele języków. Z ormiańskiego na język polski wiersze te przetłumaczył prof. Jerzy Szokalski. Libretto for the Desert zdobyło Europejski Medal Poezji i Sztuki HOMER. Wersja angielska audiobooka w wykonaniu Beaty Poźniak – pochodzącej z Polski aktorki, która od wielu lat związana jest z Los Angeles, zdobyła nominację do prestiżowej nagrody Voice Arts Awards za najlepszą interpretację. Aktorka przybliża tę niezwykłą poezję także polskiemu słuchaczowi.

Odbiorca wciąga się w poezję Sony Van, głównie ze względu na jej głębokie uniwersalne przesłanie – pisze Beata Poźniak we wstępie. – Wszyscy przeżyliśmy, albo znamy kogoś, kto doświadczył przemocy, wojny lub przeżył stratę bliskiego. Dorastając w Polsce, byłam ofiarą brutalnego systemu politycznego i doznałam traumy związanej z wprowadzeniem stanu wojennego. Wychowywałam się w aurze wspomnień tych członków mojej rodziny, którzy przeżyli II wojnę światową. Niektórzy zostali wysiedleni, inni – uwięzieni lub zabici. Niektórym udało się uciec z transportu do obozów. Inni wracali z Syberii z powrotem do Polski boso, z pustymi rękami, okryci tylko jutowym workiem. Pamiętam nasze historie rodzinne, sąsiedzkie czy też opowieści szkolnych kolegów i ich rodzin. Wszyscy nosimy znamię naszej przeszłości. Historie naszych przodków to również nasze historie.

Czytając wiersze Sony, usłyszałam – a może raczej poczułam – głos pełen bólu i udręki, ale także nadziei. Właśnie wtedy, w konsulacie w Los Angeles powstał pomysł stworzenia audiobooka „Libretto dla pustyni”, najpierw dla publiczności anglojęzycznej – i teraz wersji polskiej, która pozwoliłaby współprzeżywać dramatyczne losy ofiar ludobójstwa i wojen.

Beata Pożniak, wstęp do polskiej wersji tomu Sony Van „Libretto dla pustyni”.

***

JESTEM ZAŚLUBIONA PUSTYNI

zostałam zaślubiona pustyni

stuletnia

z przekrwionymi oczami obłąkanej

narodziłam się z dziewictwa

przecudnej

dziewicy Tamary

wydarta z niej 

jataganem

*

dziś jest mój ślub

-trata-ta-tam-

pulsuje Deir-Zor wespół z moją suknią

niczym jedna biała całość

półtora miliona upiorów

tańczy wokół mnie

błagając

bym została z nimi

jasne że zostanę

to już przesądzone – –

zagrzebuję pantofle

w piasku

i wyławiam moje korzenie

wraz z metalowymi sprzączkami 

przy piętach

*

dziś jest mój ślub

-trata-ta-tam-

zostałam posadzona w środku

z kolczastym bukiecikiem

nigdzie nie idę

czyście zwariowali?

jestem drzewem

od dziś należę do pustyni

PS a trochę później 

tradycyjnie rzucam za siebie  

cierniowy ślubny bukiecik

z nadzieją

że przepadnie

w czarnej dziurze kosmosu

Wersja audio:


Kwiecień to National Poetry Month (Narodowy Miesiąc Poezji), ale też jest to – Genocide Awareness Month (MIesiąc Świadomości Ludobójstwa). Prezydent Joe Biden, jako pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych ogłosił i oficjalnie uznał rzeź dokonaną na Ormianach przez władze Imperium Osmańskiego w latach 1915-1917 za ludobójstwo. W jednym z wierszy Sona Van pyta, czy dojdzie do tego, że Obama powie słowo „ludobójstwo”? Myślę, że artyści od wielu lat walczyli piórem, pędzlem czy muzyką, bo chcieli być usłyszeni. Sona Van walczy od lat poezją.

Beata Poźniak

* * * *

myśl moja to

uszkodzona kamera 

taśma kręci się 

z chrobotem

wszystko jest szare 

albo czarne 

oprócz krwi niezastygłej

*

wszystko drży

a potem to przechodzi 

na dom dziadka wspina się  

*

koronkowy welon ślubny mojej ciotki 

przelatuje z dachu na dach

i cudem wychodzi bez szwanku 

chowając się w kominie 

sąsiedzkiego domu 

*

potem – garniec napełniony złotem 

jak w kreskówkach 

pędzi w podskokach i znika w kominku

kot z Wanu*

reszta to hałas i pozory

historia ladacznica ma pod biustem 

kwiecień wąski pasek co uwiera

*

ciała krzyżowców parami 

rzucone na krzyż 

jeszcze trochę ciszy i 

ponownie 

mój dziadek ksiądz

z ołtarza 

patrzy mi w oczy pytająco – może

ludobójstwo – powie Obama 

po reklamach

wojny  

a babcia podczas niedbałego 

haftowania serwetek 

pojawia się 

znika  i

pojawia się 

w spranych kolorach 

regularnie 

przy niej kot z Wanu

z jednym okiem zielonym a

drugim niebieskim

*Koty z Wanu to rasa wyjątkowo niezwykła – kolor jednego oka każdego osobnika jest wyraźnie inny niż drugiego.

JESTEM WIECZNĄ PAJĘCZYCĄ

jestem wieczną pajęczycą

o ośmiu nogach 

*

rozpościeram swoją sieć pomiędzy oknem

a ekranem

bez końca

pomiędzy śmiercią 

realną a wirtualną

w czasie marnym

*

z mojego miejsca pośrodku wszystko widać

*

jakiś pąk znowu się rozwinął

jakiś ptak zaśpiewał znajomą piosenkę

na ekranie – 

znowu kobieta urodziła chłopca

żołnierz szybciej niż ptak wyleciał w powietrze

*

najpierw światło

a potem dźwięk 

(zachowane zasady fizyki 

nie sumienia)

światło

dźwięk 

kurz i wreszcie 

buty

*

matka krzyczy i pada na ziemię 

która stanowi podziemne muzeum –

tutaj żołnierz czterysta lat po śmierci

a tu zaledwie po czterech godzinach

*

wszystko powtarza się co do joty –  

więc w tym musi być 

jakiś błąd  

*

jestem wieczną żałobnicą

w czterech czarnych chustach

dziadka zabili mi Turcy

ojca zabili Niemcy

syna zabili Azerowie

a córka urodziła wczoraj chłopca

*

zabili

zabili

zabili

*

historia się powtarza co do joty

przychodzi czas na wybór Barabasza

*

jestem kwartetem który wyśpiewuje  

wieczny lament

jestem aksamitnym dziewiczym mezzosopranem 

jestem tenorem lirycznym panny młodej 

jestem przytłumionym barytonem wdowy

i ochrypłym basem mojej babci co choruje na zaćmę

*

jestem wiecznym niczym 

o ośmiu udach 

moja babcia uklękła i urodziła syna

moja matka uklękła i urodziła chłopca

ja uklękłam i urodziłam syna

córka uklękła i urodziła syna

*

nasi synowie czołgają się 

powstają

i padają

*

oceany potrzebują tonących

*

jestem wieczną baletnicą 

w kabarecie czasu

wciąż ten sam tańczący kwartet 

ten sam łańcuch mięśni ośmiu ud

i ten sam taniec śmierci

w lśniących błyskach strzałów 

*

babcia zgina lewe kolano i patrzy na prawo

matka zgina lewe kolano i patrzy na prawo 

i ja zginam lewe kolano i patrzę na prawo

moja córka zgina lewe kolano i patrzy na prawo 

(nienawidzę powielania tego plagiatu kolan)

*

jestem boginią wojny

w spódnicy khaki

z metalicznym połyskiem

w miejsce okrwawionych piersi –

bomby

*

czas dotyka moich sutek

i pada

ja zawsze będę – zresztą nie w tym rzecz –

lecz potrzebuję czterech pór smutku

a tutaj przez okrągły rok jest lato

Wersja audio:

***

MARZENIE CAŁKIEM NA SERIO

kobiety

nie chcecie wojny?

nie patrzcie na żołnierza

z takim podziwem

a wtedy zobaczycie jak

natychmiast 

swój wspaniały oręż

opuszcza

jak dziecko co chciało zwrócić na siebie uwagę

*

zamykam oczy i widzę jak chłopcy

walczą z pistoletami na wodę

a po chwili już faluje złote zboże

wśród wysuszonych piasków na pustyni

i taniec z szablami* zaraz potem tańczą

a potem się bawią chłopcy

szarańczami

zderzają je ze sobą lub gonią przed siebie 

wielkimi wachlarzami

o stu kolorach

a oto mój bohater

Muszegh

który najwięcej ma szarańczy

w swojej torbie –

moje serce jest twoje 

a zatem

powal mnie na ziemię 

chodź wleziemy w szkodę

na twoim ocalałym

poletku pszenicy – 

aż do rana

*

PS Mam już chyba tysiące takich scenariuszy 

śmierci na wojnie 

* Taniec z szablami – słynny taniec znany z baletu „Gajane” Arama Chaczaturiana

***

Wiersze Sony Van z tomu „Droga do nieba” w wykonaniu Beaty Poźniak:

***

Audiobook „Libretto dla pustyni” dostępny jest na stronie Audible:

https://www.audible.com/pd/Libretto-dla-pustyni-Libretto-for-the-Desert-Audiobook/B092NBD77K

Zobacz też:

https://www.audiofilemagazine.com/reviews/read/157146/libretto-for-the-desert-by-sona-van-shushan-avagyan-trans-read-by-beata-pozniak/




Festiwal Poli Negri w Austin

Pola Negri, fot. wikimedia commons
Joanna Sokołowska-Gwizdka (Austin, Teksas)

Od 20 maja do 20 czerwca 2021 r. Austin Polish Society organizuje FESTIWAL POLI NEGRI on-line. W ramach pokazów filmowych będzie można zobaczyć film dokumentalny w reżyserii Mariusza Kotowskiego – POLA NEGRI: LIFE OF A STAR oraz cztery filmy z początkowego okresu kariery aktorki – The Polish Dancer (1917), The Yellow Ticket (1918), Eyes of the Mummy Ma (1918) oraz Sappho (1921). Filmy zostały zdygitalizowane i opracowane przez wytwórnię Bright Shining City Productions Mariusza Kotowskiego. Będą dostępne on-line bez ograniczeń terytorialnych. Ze względu na unikalność zarówno archiwalnego materiału filmowego, jak i źródeł, do których dotarł reżyser w filmie dokumentalnym, festiwal na pewno będzie wydarzeniem dla miłośników kina.

Pola Negri – urodzona w Polsce hollywoodzka gwiazda, legenda ekranu, obdarzona olśniewającą urodą i dużym talentem, wzniecała wielkie emocje zarówno swoimi rolami, jak i życiem prywatnym. Była pierwszą europejską aktorką filmową, którą wytwórnia Paramount Pictures zaprosiła do Hollywood. Utorowała więc drogę takim wielkim gwiazdom jak Greta Garbo, czy Marlena Dietrich. Jednak niewiele osób dzisiaj ją pamięta, mimo, że zagrała w 64 filmach w Polsce, w Niemczech i w Stanach Zjednoczonych.

Debiutowała w filmach produkowanych przez wytwórnię „Sfinks” w Warszawie, potem zaproszono ją do Berlina, gdzie nawiązała współpracę z Ernstem Lubitschem, dzięki czemu została zauważona w Hollywood. W 1923 r. wyjechała do Kalifornii. Stała się ikoną amerykańskiego kina niemego i symbolem kobiecości. Popularności przysparzały jej też głośne romanse – zaręczyny z Charliem Chaplinem, związek z Rudolfem Valentino, czy ślub z księciem Sergem Mdivanim.

Kariera Poli Negri rozwijała się od filmów niemych do kina dźwiękowego. W 1932 roku odniosła ogromny sukces grając w filmie A Woman Commands, w którym wykonała przebój „Paradise”. Kiedy Hollywood stało się fabryką produkcji filmowych, Pola Negri w 1935 r. zdecydowała się wrócić do Berlina. Zagrała tam w takich filmach jak Mazurek czy Tango Notturno. Po wybuchu wojny, aktorka przez Francję i Portugalię powróciła do Kalifornii. Wystąpiła jeszcze w kilku filmach, ale nie odniosła już takiego sukcesu, jak w latach 20. i 30. Żyła z dobrze prosperującej firmy maklerskiej. W 1957 r. przeniosła się do San Antonio w Teksasie, gdzie mieszkała aż do śmierci w 1987 r.

Pola Negri: Life of a Star – film dokumentalny Mariusza Kotowskiego, pokazuje gwiazdę w różnych okresach jej życia. Reżyser dotarł do unikalnego materiału ikonograficznego, dokumentów, zapisu filmowego z ważnych wydarzeń (np. pogrzeb Rudolfa Valentino), pokazuje też fragmenty jej wielkich ról. Dużym walorem są komentarze historyka filmu – prof. Jeanine Basinger, rozmowy z producentem Paramount Pictures – A.C. Lylesem, wspomnienia przyjaciela Poli Negri – Louisa Gonzalesa oraz wywiady z aktorami, zdobywcami Oskara, którzy pamiętali ją z planu – Eli Wallach i Hayley Mills. Dzieli się oni nieznanymi szczegółami i anegdotami z życia Poli Negri i jej fascynującej kariery. Wszystko to sprawia, że powstał nie tylko rzetelny dokument, ale i barwny film, który przenosi nas do początków kina.

Film został doceniony i nagrodzony na wielu festiwalach na świecie, m.in. otrzymał:

  • The Golden Halo Award for Directing and Producing from the Southern California Motion Picture Council (2010)
  • The Indie Fest Award of Excellence: Feature Documentary, LaJolla, CA (2010)
  • EMPixx Award – Gold (2009)
  • Special Jury Remi Award WorldFest Houston, TX (2006)
  • Best Documentary Film Award – Dixie Film Festival, Athens, GA (2006)

Mariusz Krzysztof Kotowski to wielokrotnie nagradzany scenarzysta i reżyser. Urodzony w Polsce, tam uzyskał tytuł magistra pedagogiki. Po studiach tańca i choreografii w Polsce i Anglii Kotowski przeniósł się do Ameryki. Pracował z wieloma aktorami i tancerzami jako choreograf w Nowym Jorku, studiował reżyserię filmową na New York University. Pierwszym filmem Kotowskiego był dokument Pola Negri: Life is a Dream in Cinema (2006). Film miał premierę w Los Angeles, potem był pokazywany w Museum of Modern Art (MoMA) w Nowym Jorku, a w 2010 r. odbyła się jego europejska premiera w Paryżu w Cinémateque Française w ramach Pola Negri Tribute.

Kotowski jest także autorem biografii Pola Negri: Legenda Hollywood., wydanej w Polsce w 2011 r. Książka została uznana za „Książkę Roku” magazynu Books Literary Magazine. Druga książka Kotowskiego, Pola Negri: In Her Own Words, również ukazała się w Polsce w 2014 r. Pola Negri: Hollywood’s First Femme Fatale, wydana przez University Press of Kentucky, ukazała się w tym samym roku. We wrześniu 2014 r. Mariusz Kotowski prezentował swoją książkę w Museum of Modern Art w Nowym Jorku.

W 2012 r. Kotowski został producentem przy wydaniu zestawu DVD Box Set czterech rzadkich filmów niemych zatytułowanych Pola Negri: The Iconic Collection „The Early Years”. Zestaw pudełkowy otrzymał doskonałe recenzje m.in. w Los Angeles Times. Filmy z tego zestawu będzie można zobaczyć podczas FESTIWALU FILMOWYM POLI NEGRI w Austin.

Mariusz Kotowski jest także reżyserem niezależnych filmów fabularnych. W 2009 r. ukazał się pełnometrażowy dramat Esther’s Diary, a następnie psycho-thriller Głębiej i głębiej w 2010. Oba filmy były pokazywane na wielu festiwalach na całym świecie i zdobyły uznanie.

W 2019 r. Kotowski założył Polish American Actors Theatre w Chicago. Pierwszą produkcją było Ich Czworo (maj 2019 r.), a następnie zostały wystawione dwie sztuki jego autorstwa  Gry Miłosne i Polski Żigolo.

Kotowski otrzymał również Specjalne Uznanie od American Institute of Polish Culture, Inc. w 2019 r. w Miami za wybitne osiągnięcia w dziedzinie sztuki i edukacji oraz za rozwój polskiej kultury w USA.


Zobacz też:




Jestem wierna poezji

Rozmowa z londyńską poetką Anną Marią Mickiewicz

Anna Maria Mickiewicz

Literatura to niezmiernie obszerne pojęcie. W moim wąskim ujęciu to styl życia, staram wypełnić się nią wolne chwile. To czas na zadumę, przelane na papier myśli i uczucia ubrane w nieoczekiwaną formę. To przekraczanie własnych słabości, czasami osobista spowiedź, wymagająca odwagi, to ciągły świadomy dialog z czytelnikiem… To radość i przyjemność – mówi Anna Maria Mickiewicz.

Dariusz A. Zeller:

Pani Anno, zacznijmy od spraw najnowszych. Na początku tego roku odebrała Pani nagrodę literacką im. Josepha Conrada. Czym jest dla Pani to szczególne wyróżnienie?  

Anna Maria Mickiewicz:

Nagroda Literacka im. Josepha Conrada, którą miałam zaszczyt otrzymać w 2020 roku posiada długą tradycję. Powołana została w 2005 roku przez portal literacki Miasto Literatów z USA. Nadawana jest autorom, którzy zaistnieli poza granicami kraju w środowiskach literackich, pisząc w języku angielskim. Pierwszym laureatem nagrody był dr Leszek Szymański z Australii. To legendarny założyciel niezależnej grupy artystycznej „Współczesność”, która powstała po przełomie październikowym 1956 roku. Pan Szymański publikował też książki na emigracji w języku angielskim. Bardzo doceniam wyróżnienie tą nagrodą, jestem wzruszona. Zaistnienie w literackim środowisku anglojęzycznym to była długa droga. Wymagała nie tylko poznania języka, ale również kultury amerykańskiej i brytyjskiej. Proces ten trwał przez pewien czas, uczyłam się komunikacji międzykulturowej, starałam się chłonąć nowiny literackie, czytając i uczestnicząc w spotkaniach londyńskich grup poetyckich.

Ta nagroda, to bardzo wysokie wyróżnienie, gdyż ocenia nie tylko mój polski udział w twórczości, ale również publikacje anglojęzyczne.

Kontynuując temat wyróżnień – 25 września ubiegłego roku w ambasadzie polskiej w Londynie odebrała pani z rąk ambasadora RP Krzyż Wolności i Solidarności. To piękne zwieńczenie pani działalności na niwie już bynajmniej nie literackiej…

Dziękuję, że pan o tym wspomina… Była to wyjątkowa, podnosiła uroczystość w ambasadzie polskiej w Londynie. Z rąk ambasadora dr Arkadego Rzegockiego zostałam uhonorowana cennym Krzyżem Wolności i Solidarności. Nie spodziewałam się tak wielkiego odznaczenia za mą działalność w okresie Solidarności. Byłam członkinią Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Jednak moja najważniejsza działalność skupiała się wokół Komitetu Obrony Więźniów Politycznych. Organizowaliśmy ogólnopolskie marsze gwiaździste w obronie wolnego słowa i uwolnienia więźniów politycznych. Również z tego okresu datuje się mój pierwszy kontakt z pracą edytorską. Otóż zostałam członkinią redakcji pisma należącego do organizacji, które nazywało się „Wywrotowiec”. Pomysł na tytuł pochodził ode mnie. Przygotowywaliśmy raporty z procesów politycznych, relacje wspomnieniowe i informacje bieżące.

Natomiast bardzo  pięknym docenieniem pani działalności kulturalnej była wcześniejsza uroczystość wręczenia pani, także w Ambasadzie RP w Londynie, medalu Zasłużony dla Kultury Polskiej Gloria Artis. Jest pani jedną z nielicznych osób z tutejszej Polonii, które miały zaszczyt otrzymać to wyróżnienie. Co pani myślała odbierając ten medal?

Tak, to była niezapomniana uroczystość. Był to rok 2016, można było jeszcze spokojnie, bez ograniczeń pandemicznych, w miłym towarzystwie przyjaciół, spotkać się w ambasadzie. Otrzymałam wówczas medal Zasłużony dla Kultury Polskiej Gloria Artis. Jak słusznie pan zauważył, przyznawany on jest osobom, które miały wpływ na rozwój polskiej kultury. Pod uwagę wzięto moją jeszcze inną, nie tylko poetycką stronę życia. Od lat staram się promować kulturę polską poza krajem. Momentem znaczącym było moje przystąpienie do Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Zostałam przyjęta przez zacną postać, prof. Józefa Garlińskiego, który natychmiast zaproponował mi uczestnictwo w Zarządzie i pracach nad reformą Związku. Przypomnijmy, że był to czas, gdy odchodzili starsi członkowie, organizacja kurczyła się, myślano o jej likwidacji. Byłam przeciwna temu pomysłowi. Wówczas Polska wchodziła w struktury europejskie, spodziewałam się, że do Wielkiej Brytanii napłynie emigracja, a wraz nią twórcy. Wyzwaniem stało się również uaktualnienie, zreformowanie „Pamiętnika Literackiego”. Wraz z prof. Eugeniuszem Kruszewskim z Danii otrzymaliśmy misję przygotowania nowej formuły wydawniczej. Tak też się stało. Powstał kolejny tom według naszych nowych przesłań wydawniczych, uwzględniających: poezję, opowiadania, grafikę. W ramach działań związkowych wraz z dr Urszulą Chowaniec z UCL powołałyśmy międzynarodowy konkurs literacki dedykowany młodym twórcom emigracyjnym „Wszelkie Dziwy”. Cieszył się bardzo dużym zainteresowaniem. Do działań nie związanych ze Związkiem powinnam dodać mój wkład w Światowe Dni Poezji UNESCO. W ramach tego cyklu miałam przyjemność organizować Europejskie Dialogi Poetyckie w roku 2013 i w roku 2014 w Londynie, w formie warsztatów literackich. Brali w nich udział międzynarodowi autorzy związanymi z „Poezją dzisiaj” i twórcy emigracyjni. Wydarzenia odbyły się na prestiżowej uczelni londyńskiej, University College London. Kolejne spotkanie odbyło się wraz z udziałem brytyjskiej grupy poetyckiej Poets Anonymous.

Rozpoczęłam też współpracę z młodym ruchem literackim w Wielkiej Brytanii PoEzją Londyn założonym przez Adama Siemieńczyka i jego siostrę Martę Brassart Siemieńczyk. Były to chwile bardzo burzliwych dyskusji poświęconych współczesnej literaturze. Spotykaliśmy autorów, przede wszystkim początkujących na emigracji. Pomagaliśmy im w promocji prac poetyckich. Organizowaliśmy szereg cyklicznych, bogatych artystycznie imprez kulturalnych, które przyciągały ogromną widownię i słuchaczy. Nawet się nie spodziewaliśmy, jakim powodzeniem może cieszyć się poezja ukazana w zmienionej, bardzo nowoczesnej formie.

Wydarzenia zazwyczaj kończyły się licznymi publikacjami. Równocześnie publikowałam szereg esejów poświęconych obecności kultury polskiej poza granicami kraju. Owocem stała się książka „Londyńskie bagaże literackie”.

Krzy z Wolności i Solidarności

Pomimo tychże wyróżnień jest pani przede wszystkim czynną literatką, ale także wydawcą. Pod koniec ubiegłego roku dzięki pani staraniom oraz pani Danuty Błaszak z Florydy antologia wierszy współczesnych poetów z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych pt. Atlantyckie strofy”. Jak trwały prace nad jej powstaniem i gdzie można ją nabyć? 

W ubiegłym roku powołałam do życia wydawnictwo Literary Waves Publishing. Wraz z Danutą Błaszak z Florydy wydałyśmy w jego ramach antologię „Atlantyckie strofy”, poświęconą twórcom pochodzącym z Wielkiej Brytanii i USA. Powstał niezwykły, bardzo ciekawy zbiór poetycki. Niektóre utwory były przez nas tłumaczone na język polski.

Dominują autorzy polskiego pochodzenia. Są tam również zamieszczone ciekawe pana utwory… Zachęcam wszystkich do lektury. Antologia jest dostępna na mojej stronie internetowej:

http://faleliterackie.com/literary-waves-publishing,360.html

i na tym portalu:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4952721/atlantyckie-strofy

Wspólnie z Danutą Błaszak opublikowałyśmy bardzo wiele antologii, głównie poetyckich. Ukazują się przede wszystkim w języku angielskim. Przedstawiają twórczość poetycką pisarzy emigracyjnych rozsianych po całym świecie i pisarstwo autorów z kraju. Obecnie pracujemy nad antologią w języku polskim. Zawierać będzie ona eseje i wiersze dedykowane artystom, którzy odeszli.

Jest pani autorką dwujęzyczną. To z pewnością pomaga dotrzeć z twórczością do odbiorcy, jak to jednak jest ze strony pani – jako autora? Wszak ma pani wiele własnych wydawnictw w obu językach…

Tak, posiadam obecnie bardzo wiele publikacji w języku angielskim w USA, Wielkiej Brytanii, Australii, Włoszech i w dalekich Indiach… Tak, jak wspominałam wcześniej, to był długi proces poznawania kultur, współczesnej twórczości poetyckiej i oczekiwań literackich dzisiejszego globalnego świata. Rozpoczęłam ten proces od tłumaczeń współczesnych twórców brytyjskich na język polski. Bardzo mi to pomogło w zrozumieniu metafor, symboli i ukrytych abstrakcji literackich tak charakterystycznych w literaturze brytyjskiej. Pozwoliło mi to zrozumieć myślenie i odczuwanie poety z innego obszaru kulturowego i pomogło w mojej własnej twórczości. Natomiast uczestnicząc w spotkaniach poetyckich w Londynie, mogłam poznać bezpośrednio odbiorców i ich opinie o wierszach. Brytyjczycy są bardzo otwarci na nowe spojrzenie i formę poetycką. Jednak musi być ona sprzężona z ich sposobem myślenia.

Pani utwory ukazywały się już w wielu antologiach i pismach literackich na całym świecie. Czy uważa się już pani za spełnionego twórcę?

Myślę, że tak… Jestem osobą skromną. Sądze, że osiągnęłam już bardzo dużo, jak na emigrantkę z Polski. Jednak wierna jestem poezji i będę wciąż tworzyć, jest mi potrzebna jak powietrze….

Anna Maria Mickiewicz

Co uznaje pani za swój sukces?

Sukces to bardzo szerokie słowo. W jego rozumieniu każdy wypełniony radością dzień jest już sukcesem. Natomiast w wymiarze zawodowym, są to na pewno wiersze, takie, które wciąż są publikowane i przemawiają do mego serca i moich czytelników….

Czym jest dla pani literatura?

Literatura to niezmiernie obszerne pojęcie. W moim wąskim ujęciu to styl życia, staram wypełnić się nią wolne chwile. To czas na zadumę, przelane na papier myśli i uczucia ubrane w nieoczekiwaną formę. To przekraczanie własnych słabości, czasami osobista spowiedź, wymagająca odwagi, to ciągły świadomy dialog z czytelnikiem…To radość i przyjemność.

Proszę powiedzieć, czy we współczesnej poezji i prozie płeć ma jeszcze takie same znaczenie jak niegdyś, czy obecnie raczej dominują kwestie uniwersalne?

Obie sprawy są ważne. Istnieje nurt twórczości zdecydowanie nastawionej na wątki kobiece. To literatura wołająca, zaangażowana, dbająca o prawa kobiet. Obok biegnie swobodnie literatura uniwersalna. W dzisiejszym świece powinno starczyć miejsca na wszelkie pozytywne nurty literackie.

Jakie są pani plany na przyszłość? 

W tym roku planuję wydanie książki wspomnieniowej. Będą to nasze listy. Moje i mego męża, uzupełnione poezją z okresu stanu wojennego w Polsce. Brytyjskie wydawnictwo Palewell Press przyjęło książkę do druku. Planuję również wydanie „Pamiętnika londyńskiego” w Polsce i kolejny tomik poetycki „London Stories” w wydawnictwie Poetry Space.

Proszę jeszcze powiedzieć, gdzie można szukać informacji o pani, i pani twórczości i działalności?

Oczywiście można mnie odnaleźć na Facebooku pod hasłem: Anna Maria Mickiewicz oraz na mojej stronie internetowej: http://faleliterackie.com/.

Wywiad ukazał się londyńskim tygodniku „Cooltura”.


Zobacz też:




Tańczące słońce

Aleksander Sielicki (Toronto)

Urodził się 1951 roku we Wrocławiu. Ukończył Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Pięknych na wydziale projektowania, ceramiki i szkła. Pracował jako grafik, malarz, ceramik i nauczyciel. W latach 1981 – 1984 mieszkał i tworzył w Munster (Niemcy Zachodnie). W 1984 roku zamieszkał w Toronto. Zajmuje się malarstwem projektowaniem i realizacją wnętrz. Jego prace znajdują się w wielu kolekcjach świata, w takich krajach jak m.in. Polska, Niemcy, Szwajcaria, USA czy Japonia.

Około 2016 roku moje poszukiwania artystyczne skoncentrowały się na dwóch głównych tematach – “Dancing Sun” i “Pillars of Fire”. Każda z prac prowokuje do innych poszukiwań techniczno- formalnych. Stosuję naprzemiennie lub równocześnie farby olejne i akrylowe. Myślę, że w tych pracach jestem bliższy warsztatowi ceramika niż malarza, gdyż  maluję tak jak szkli się ceramikę.

Niezwykle ważna jest dla mnie chwila, emocja, improwizacja i akceptacja niespodziewanego przypadku. Moje życie to ciągłe szukanie tej nieuchwytnej Szczęśliwości oraz harmonii myśli i dzieła. Artysta tworzy zawsze i mimo wszystko, mimo wojen, czy innych kataklizmów. Bycie artystą to jest forma egzystencji, bez względu na wiek czy stan posiadania.  Bycie artystą to jest też zarówno wolność, jak i obowiązek. Twórczość jest świadectwem wolności.

Tworzenie jest widocznym rozdawaniem okruchów tego, co jest niewidzialne. Takim posmakowaniem zapachów i wibracji spoza materii, z miejsc do których zmierzamy. Czasami pełni obaw i niepokojów. Tworzenie jest ciszą pełną – prawdziwą, osobową. Dlatego sztuka obejmuje nas ramionami, jak przyjaźń i przeprowadza przez codzienność.

Epidemia wpłynęła na relacje zewnętrzne. Jeden artysta odciął się nie odbiera telefonów, nie odpowiada na pozdrowienia. Drugi, przeciwnie normalnie robi swoje. Dzwonię do niego i pytam: “cześć Kuba co tam nowego w sztuce?” Odpowiada: nic nie wiem, u mnie bez zmian maluję. Obecna sytuacja tak nas podzieliła.  

Zamknięcie galerii, spowodowało, że planowana wystawa moich prac nie została dotąd otwarta. Wernisaż był przekładany najpierw o miesiąc, potem jeszcze o kilka miesięcy… I znów o jeszcze trochę.  Tak jest od ponad roku. Brakuje mi rozmów z ludźmi, z krytykami. Epidemia odcięła artystów od klientów, co spowodowało duże straty.

Jednak moje plany twórcze wpisuję w światło niewidzialne fizycznie, z radością budzącej się właśnie wiosny. Jestem więc tworzę.

www.aleksandersielicki.com

***

Wystawa, której dotąd nie było:

GALERIA

***


Zobacz też:




Londyńskie impresje

Anna Maria Mickiewicz (Londyn)
Fot. Pixabay

Mój wiktoriański dom

*

W moim nowym kraju

Liście są zawsze zielone po drugiej stronie ogrodzenia.

*

W moim wiktoriańskim domu

Niewiele zmieniłam

Meble zrobione z litego drewna

Pociemniały

*

Pamiętam mój pierwszy dzień w Anglii

Mam kilka pamiątek

*

Na mojej wiktoriańskiej ulicy ludzie mówią

– Jak się masz?

– Czuję się dobrze, odpowiadam.

*

Młodzi Polacy przyjeżdżają do Londynu

Pytają

– Chcesz wrócić do Polski?

– Czy zostaniesz tutaj?

*

W moim wiktoriańskim życiu

Śnię…

***

Kolejna wiosna w Alexandra Palace

*

Puste ulice zadudniły

Z daleka ciemność miasta

Huczy

Odłamki dnia

To już tylko złudzenie

 Świateł

*

Wiosna odgarnia kałuże

Oczka wodne iskrzą mgłą

Strumienie zanurzone

W kroplach rosy

*

Mgliście zauroczeni

Wkraczamy w objęcia

*

(Londyn, marzec 2011)

O tajemnicy czasu

*

Samotnego

W cichym ogrodzie

*

Przebiśniegi i bzy wiosenne

budzą Sokratesa

z platońskiego snu o dialogu

*

Zawiera wtedy przymierze

z wiecznością

Zamyka się wieko

nikłościami pajęczyn

okute

*

Ono dotrzyma tajemnic

w pieśni płochliwego kosa

zaklętych

*

(Londyn)

***

Słoneczniki

*

Zatopione

Niegdyś w polach

*

Teraz

Roztopione

W londyńskich mgłach

*

Zaklejone

Pajęczyną opętane

*

Trawami porośnięte

Gąszczem powyginane

*

Przyzwyczajone do rozstań

*

Czy wciąż słońcem zauroczone?                                                                                             

***

Słoneczny dzień w Davis

*

Odchodzą na chmurach wiosennie lekko niezauważalni

aniołowie słów kilku białych słabych

*

Odchodzą tam wysoko uścisną ręce pokiwają głowami

*

Odchodzą pokornie pochyleni ludzie małych miast

 z mieszkań z balkonami pełnym pelargonii w letnie dni

 gdy o chłód trudno nawet wieczorem

*

Odchodzą z dużych białych kalifornijskich domów

Z ogrodów nawadnianych sztuczną rosą

*

Lękali się czegoś, co spada ukradkiem na błyszcząca rozgrzaną

blachę samochodu

Pilotem zamykają okna

*

Odchodząc zostawiają widok Matki Boskiej na konarze drzewa

Tak im się wydawało…

*

A może to my nie widzieliśmy tych znaków?

*

Odchodzą…

*

(Davis)

Anna Maria Mickiewicz

Anna Maria Mickiewicz: poetka, eseistka urodzona w Polsce, od lat mieszka poza granicami kraju, początkowo w Kalifornii obecnie w Londynie. Publikuje w języku polskim i angielskim. Współpracuje z redakcją londyńskiego Pamiętnika Literackiego. Jest członkiem English PEN. Wraz z amerykańskim wydawnictwem Contemporary Writers of Poland przygotowuje cykliczne antologie poetyckie. W roku 2020 utworzyła wydawnictwo poetyckie Literary Waves Publishing.

Zobacz też:




Mój Mikul – jedyna mama, która w PRL-u uczyła dzieci w domu

Danuta Boba w roku swoich setnych urodzin została nagrodzona Medalem Komisji Edukacji Narodowej za Edukację Domową
Rodzina Bobów, od lewej: Bogusław, Bogumiła, Danuta, Bartłomiej, Bolesława, Bogdan, z szablą damascenką należącą do Bartłomieja fotograf i przyjaciel rodziny – pan Jełowicki, fot. arch. rodzinne autorki

Bożena Boba-Dyga (Kraków)

27 stycznia 1921 roku przyszła na świat w Krakowie, w mieszczańskiej rodzinie Vašinów, Danusia. Jak łatwo policzyć w tym roku skończyła sto lat i co więcej, dalej ma się dobrze. Ta okrągła rocznica, której życzymy sobie zwykle śpiewając 100-lat, stała się powodem by przypomnieć jej niezwykłą historię. Była to bowiem jedyna  domowa edukatorka w dobie PRL-u,  kiedy edukacja domowa – zwana obecnie homeschoolingiem  była prawnie zabroniona, a każdy opór przeciwko „władzy ludowej” surowo tępiony.

Od roku przez świat przetacza się pandemia Covid 19 i z tego powodu w większości krajów zamknięto szkoły, nauczanie zamieniło się w zdalne, które odbywa się w domu przed komputerem i często jest mylone z edukacją domową. Nauczanie zdalne stało się też dla wielu rodzin powodem do rozważenia podjęcia prawdziwej edukacji domowej.

Edukacja domowa… co to takiego? To edukacja oparta na rodzinie, gdzie nauka, wychowanie i życie codzienne splatają się w jedno. To przygoda, w której rodzice nie tylko uczą dzieci, ale uczą się z dziećmi. Razem eksplorują i poznają nowe obszary wiedzy. To rodzice decydują co, kiedy i w jaki sposób będzie odkrywane – można uczyć się przez tydzień samej matematyki, a potem przedmiotów humanistycznych, nie ma dzwonków i obowiązkowych godzin lekcyjnych, można dopasować zajęcia do pogody i nastroju. Można też zatrudnić domowych nauczycieli – mistrzów. Można zawiadywać tym z kim dziecko ma kontakt. Zazwyczaj edukacja taka łączy się z ogromną oszczędnością czasu, bo nauczenie dziecka podstawy programowej potrzebnej do zdania egzaminów państwowych z poszczególnych przedmiotów wymaga znacznie mniej czasu niż rok szkolny. Zatem dzieci mają go dużo na pozyskiwanie dodatkowej wiedzy, rozwijanie kreatywności, zainteresowań i pasji.  Ta forma edukacji była znana od wieków i popularna przed wojną, jednak po wojnie w Polsce reżim komunistyczny dążył do wychowania homo sovieticus, edukacja była narzędziem formowania  „obywatela” zatem nie mogła wymknąć się spod kontroli. Dlatego zabroniono edukacji domowej i nałożono obowiązek szkolny, a szkoły ujednolicono i upaństwowiono, likwidując pluralizm oświatowy.

Danuta Boba, z domu Wasina (pierwsza z lewej), jej rodzice Maria i Józef Wasinowie i brat Woodrow, Kraków 1936 r., fot. arch. rodzinne autorki

Danusia przed wojną była prymuską, najlepszą uczennicą w szkole, z góry na dół na świadectwie miała „bardzo dobrze”. Już jako dziesięcioletnia dziewczynka zaczęła udzielać korepetycji. Bywało że nauczycielki prosiły ją o przygotowanie uczennic do egzaminu wstępnego do gimnazjum, albo nawet o poprowadzenie lekcji kiedy klasa nie mogła zrozumieć tematu, zwłaszcza z matematyki w której dziewczynka szczególnie brylowała i którą kochała ponad wszystko. Danusia miała też jednak i inne zainteresowania – działała społecznie w Sodalicji Mariańskiej, śpiewała w chórze, uczyła się gry na skrzypcach. Zrazu planowała zostać dziennikarką – lubiła pisać. Ale szybko zmieniła zdanie i zamarzyła o pracy w laboratorium. Postanowiła zdawać na krakowską Akademię Górniczo-Hutniczą na Wydział Hutniczy (na którym wówczas studiowało zaledwie kilka kobiet), co z resztą się jej udało po maturze zdanej celująco w 1939 r.  Jednak  studiów już nie zaczęła – wybuchła wojna. Danusia szczęśliwie uchroniła się przez wywozem młodzieży na roboty do Niemiec. Uratował ją ojciec, mistrz zegarmistrzowski, zapisując jako ucznia do cechu. Jako uczeń, a następnie czeladnik – rzemieślnik była bezpieczna.

Danuta Boba, z domu Wasina w zakładzie zegarmistrzowskim swojego ojca w Krakowie podczas okupacji, fot. arch. rodzinne autorki

Od początku wojny jednak Dana angażowała się odważnie w inne niebezpieczne sprawy – najpierw była sanitariuszką w szpitalu polowym, który powstał dla rannych żołnierzy u jezuitów, potem już podczas okupacji działała w Polskim Komitecie Opiekuńczym – pomagała uchodźcom i Żydom. Uratowała od Holokaustu trzy koleżanki w tym Irenę Hoffmann ze swojej klasy (które wyjechały szczęśliwie do USA). Farbowała im włosy, wyrabiała fałszywe dokumenty. Ponieważ była bardzo piękną blondynką i mówiła biegle po niemiecku potrafiła skutecznie załatwiać sprawy w niemieckich urzędach. Uczyła też na tajnych kompletach przygotowując trzy siostry Annę, Ewę i Zofię Jachimskie (siostry późniejszego wybitnego fotogrametry z AGH prof. Józefa Jachimskiego) do matury z języka polskiego, historii i matematyki.

W 1944 roku poznała starszego od siebie o 22 lata Bartłomieja Bobę. Jej ówczesny narzeczony Waldemar użalał się nad swoim przyjacielem, starym kawalerem, który leży chory i nie ma mu nawet kto podać szklanki herbaty. Wzruszona opowieścią Dana posłała służącą z obiadem, a ów stary kawaler kiedy wyzdrowiał przyszedł do niej podziękować z bukietem róż. Wielka fascynacja od pierwszego wejrzenia. Dana zerwała zaręczyny i po zaledwie trzech miesiącach znajomości poślubiła Bartłomieja. Miał podobne do niej ideały,  zamiłowania, aspiracje i światopogląd. Kochał naukę i wiedzę oraz pracę społeczną. Trwała jeszcze wojna, ale szala zwycięstwa przechylała się już na stronę aliantów. Bartłomiejowi proponowano, by po wojnie objął stanowisko wojewody wrocławskiego z ramienia rządu gen. Władysłąwa Sikorskiego, był też Bartłomiej akcjonariuszem Narodowego Banku Polskiego, zatem przyszłość jawiła się obiecująco. 

Jednak Jałta zmieniła bieg historii, Polska została włączona w strefę wpływów Związku Radzieckiego. Bartłomiej od początku, konsekwentnie, i aż do końca życia był opozycyjnie nastawiony do systemu komunistycznego. Uważał go za oparty o fałszywe przesłanki. Nie pochwalał wywłaszczenia, a idee własności wspólnej uważał za utopijną,  nie zgodną z ludzką naturą. Słusznie, jak czas pokazał, przewidywał, że społeczeństwo zamiast dbać o wspólne dobro będzie uważać je za niczyje i rozkradać lub zaniedbywać. ZSRR zupełnie nie ufał, znając historię bolszewików spodziewał się z ich strony terroru. 

Danuta i Bartłomiej Boba, zdjęcie ślubne, Kraków 15.08.1944 r.

Bartłomiej po wojnie pełnił „na zastępstwo” (dopóki partyjny aparatczyk nie zrobi… matury) funkcję dyrektora Liceum Rolniczo-Mechanicznego w Kozach. Podpadł jednak szybko władzom, bo nie zgodził się zdejmować krzyży w klasach i karnie przeniesiono go do szkoły rolniczej w Lennie na drugim końcu kraju. Rodzina została jednak w dawnym służbowym dyrektorskim mieszkaniu przy szkole w Pałacu Czeczów i to to miejsce stało się centrum jedynej w swoim rodzaju historii.  W 1952 r. najstarsza córka Danuty i Bartłomieja  – Bogumiła osiągnęła wiek szkolny. Jednak rodzice z inicjatywy Bartłomieja postanowili ze względów światopoglądowych nie posłać jej do komunistycznej szkoły. Dwa lata później wiek szkolny osiągnęli dwaj chłopcy – bliźniaki Bogusław i Bogdan. Ich również rodzice nie posłali do szkoły, a domowym nauczaniem zajmowała się Danuta. Bartłomieja władza ludowa zaczęła za to włóczyć po sądach i nakładać na rodzinę kary grzywien. Zrazu Bartłomiej pisał odwołania i wyjaśniał swoją decyzję w sposób łagodny i zrównoważony wysuwając racjonalne argumenty:

[…] Odwołanie moje tym uzasadniam, że ustawa z roku 1919 przez wszystkich inteligentnych ludzi obeznanych z prawniczym myśleniem, jest interpretowana w tym sensie, że ma ona zabezpieczyć przed niedbalstwem rodziców lub opiekunów, którzy mogliby dopuścić do analfabetyzmu dzieci pozostające w ich opiece. Ustawa ta nigdy i przez nikogo nie była interpretowana w tym duchu, że zmusza ona bezwzględnie do posyłania dzieci do publicznej szkoły. Przeciwnie nauczanie prywatne było u nas zawsze praktykowane i dobrze widziane przez opinię publiczną i Władze Państwowe, jako nauczanie mające wielką i starą tradycję w Polsce, a poza tym odciążające skarb Państwa, który zresztą u nas nigdy nie był nazbyt pełny, i wskutek tego nie jest w stanie dać zawsze warunków nauczania, jakich rodzice dla swych dzieci życzyć by sobie mogli. Najlepszym tego przykładem jest szkoła powszechna w Kozach, która ma ogromnie przeładowane klasy, bardzo często w zimie nieopalane, wskutek czego dzieci masowo chorują, a szkoła jest matecznikiem wszelakich infekcji. W normalnych czasach byłyby to już wystarczające racje, dla których rodzice, którzy mogą sobie pozwolić na kształcenie swych dzieci w domu, nie potrzebowali by ich do szkoły posyłać. Ponieważ ja jestem także pedagogiem i to starym, w szkołach niższych, średnich, a nawet wyższej uczelni z wielkim powodzeniem uczyłem młodzież czyli cudze dzieci, w Polsce i za granicą, a także i moja żona, która z całym umiłowaniem te obowiązki spełnić potrafi, czemużbyśmy tego i teraz nie mieli czynić i sami uczyć swoje własne dzieci?![…]”[1]

Jednak z roku na rok sprawa ulegała zaognieniu, a odwołania przybierały charakter manifestu światopoglądowego. W 1960 r. Bartłomiej pisze w odwołaniu do Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej:

[…]dzieci mych do szkoły nie posyłam i nadal posyłać nie myślę z powodu, że dzisiejsza szkoła publiczna w Polsce Ludowej jest bezbożnicza, o światopoglądzie wybitnie materialistycznym, ja zaś osobiście – oświadczam to wyraźnie – jestem człowiekiem wierzącym, wyznawcą światopoglądu spirytualistycznego – katolickiego, a więc diametralnie przeciwnego i stąd nie godzę się i nigdy zgodzić się nie mogę na taką – pod względem kształcenia i wychowania – degradację mych dzieci[…].  

Kiedy w kraju panował stalinowski terror i każdy przejaw oporu był unicestwiany UB praktycznie stacjonowało pod dworem, nachodząc rodzinę nieustannie i pod każdym pozorem. Bartłomieja wyprowadzano w kajdankach pod kolbami karabinów, przeprowadzano rewizje. W ramach szykanów i represji nad mieszkaniem Bobów władze rozebrały (pod auspicjami remontu) dach na zimę i nie zamontowano go ponownie,  a w miejscowym składzie węgla wydano zakaz sprzedaży na ich nazwisko. Bartłomiej strącał laską sople z sufitu,  kiedy nocą wydarzył się cud –  jeden z jego byłych uczniów przywiózł furę opału powołując się na sen swojej żony, która obudziła go mówiąc – Twojemu profesorowi dzieci zamarzają.  Pomimo to nie ugięli się i nie zmienili swojego stanowiska. Syn Bogdan po latach wspomina:

widziałem, jak kiedy ojcu udało się wysłać list ze skargą do Trybunału Praw Człowieka (przemycony w fibrowej walizce gdzie ukryto go wklejając w dno walizki drugą warstwę papieru) przyszło SB do domu i przytrzasnęli ojcu dłonie szufladą biurka krzycząc „Profesorku my Ci te paluszki połamiemy, żebyś Ty już nic więcej nigdy nie napisał”,  a kiedy mama rzuciła się w jego obronie złapali ją za włosy i tłukli twarzą w blat, aż dostała krwotoku,  ale i to nie pomogło i nie złamało niezłomnych.

Rodzina Bobów, Kozy 1950 r., fot. arch. rodzinne autorki

Danuta dalej prowadziła szkołę domową. Sama się doszkalała, żeby uczyć regularnie wszystkich przedmiotów już czwórkę dzieci, bo w 1949 urodziła się kolejna córka Bolesława. Bartłomiej z kolei rozbudzał w dzieciach dodatkowe zainteresowania, podsuwał lektury ze swojego wielotysięcznego księgozbioru, recytował wiersze, opowiadał o historii, przyrodzie, podróżach, polityce czy religii ponadto to jego głównym zadaniem było prowadzić sprawy procesowe. Studiował przed wojną prócz rolnictwa na Akademii w Bydgoszczy, także na Wydziale Prawno-Ekonomicznym na Uniwersytecie w Poznaniu. Dzięki temu potrafił bronić się sam, żaden przecież adwokat nie podjąłby się prowadzenia sprawy tak niebezpiecznej i tak skazanej, zdawać by się mogło, na przegraną. Rodzinie doskwierała bieda, gdyż Bartłomieja pozbawiono za opozycyjną działalność prawa do pracy. Żyli z wyprzedaży wyprawy Danusi – sreber, biżuterii, Bartłomieja  kolekcji dzieł sztuki czy książek. Na szczęście znajdowali się ludzie, którzy wierzyli w te same idee, podziwiali walkę i byli skłonni do pomocy. Jednak nikt nie odważył się narazić na podobne represje i próbować naśladować w nieposyłaniu dzieci do publicznej szkoły.  

Reżim próbował pozbawić Bobów praw rodzicielskich, odebrać dzieci i umieścić je osobno w różnych  domach dziecka lub wywieźć do ZSRR.  Najgroźniej było kiedy uzbrojeni funkcjonariusze przyszli po dzieci. Bartłomiej rzucił się wtedy na nich z szablą krzycząc – Dzieciokrady, łby poucinam jeśli ktokolwiek ośmieli się tknąć dzieci. Ta bohaterska postawa spowodowała, że funkcjonariusze przerażeni uciekli. 3 lutego 1955 r. zdesperowany Bartłomiej wysłał do Prezesa Rady Ministrów Józefa Cyrankiewicza depeszę treści:

Prowincjonalne „kacyki” partyjno-administracyjne u nas dopuszczają się na osobowości mojej krzywd i gwałtów, wołających o pomstę do Wszechmogącego Boga, usiłują ukraść mi moje, małe dzieci. Niesłychane! – Dzieciokrady! – Proszę o  natychmiastową interwencję i ochronę, bo nie mam już sił czuwać we dnie i w nocy, z siekierą u nogi, na straży moich dzieci.

Pomogło – 15 lipca 1955 r. po przeegzaminowaniu dzieci i stwierdzeniu, że nie ma żadnych edukacyjnych zaniedbań, umorzono postępowanie i cofnięto wyrok o odebraniu małżonkom Boba praw rodzicielskich. Niestety ponieważ dzieci do szkoły dalej nie posłali sprawa ciągnęła się, aż do roku 1962. W ciągu 10 lat odbyło się aż 18 rozpraw. W 1960 r. Bartłomiej znowu miał zasądzony „Najwyższy wymiar kary”, tym razem pieniężnej, którą mógł ewentualnie zamienić na „odsiadkę” 20 dni w kryminale. W ostatnim odwołaniu do Sądu Najwyższego w Warszawie czytamy  

[…] w moim pisemnym odwołaniu udowodniłem ponad wszelką wątpliwość, że dekret na podstawie którego zostałem skazany […] jest całkowicie sprzeczny z postanowieniami Konstytucji […] Dusza moja pełna jest skargi! Tak jest! Ta skarga żywych polskich serc musi uderzyć w Niebiosa i odbić się wielokroć-tysięcznym echem po całym kulturalnym świecie! Zaiste w Polsce Ludowej – dzikie – barbarzyńskie, udrapowane w  pseudoustawy chuligaństwo jest, – ale naród Polski choć umęczony, czuwa patrzy i widzi na jakich szczeblach to się gnieździ. Ale Naród ma otuchę! Były już dzieci wrzesińskie, o które wywrócił się taki demon jak Bismark i w dalszej konsekwencji i inni z piekła rodem prusacy. Potęga niewinnych dusz i serc dziecięcych powalić może  i największe diabelskie moce! – i na pewno powali!!! […]

W Sądzie Najwyższym w 1962 r. wreszcie ostatecznie umorzono sprawę. Pozwolono Bobom kształcić dzieci w domu. Skorzystali z tej rezolucji także w 1974 r. kiedy ostatnią córkę objął obowiązek szkolny. Już nie trzeba było się procesować, na wniosek ojca, kuratorium w Bielsku-Białej wydało zgodę na naukę eksternistyczną i coroczne egzaminy.

Po latach, kiedy upadł system komunistyczny  znajomi mówili o Bartłomieju „prorok”… W tym roku kiedy po 69 latach sprawa nabrała rozgłosu, zaiste prorocze wydaje się stwierdzenie Bartłomieja  w odwołaniu z 1954 r. gdzie pisze:

[…] Jeżeli panowie kierownik szkoły i inspektor szkolny pozwalają sobie nazywać mnie publicznie i obelżywie „opornym” to ja mam odwagę wręcz im odpowiedzieć, że w ich ustach wyraz „oporny” określa się w moim pojęciu synonimem „niespodlony”!!! i to jest moją pociechą, radością i honorem najwyższym, a niewątpliwie dla dobra Narodu Polskiego jeszcze jedną więcej rzetelną, historyczną zasługą moją. […]

Danuta Wasina, zdjęcie z legitymacji Polskiego Komitetu Opiekuńczego, fot. arch. rodzinne autorki

Danuta w warunkach stresu, biedy i napiętnowania ciągle skutecznie uczyła i wychowywała dzieci, zajmując się jednocześnie domem. Jak mówi po latach w wywiadzie z Mirką Łomnicką dla „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI” najstarsza córka Bogumiła, którą uczyła aż do matury  – to matka jedna na milion! Dzieci rosły na zdolnych i ambitnych ludzi. Wbrew podejrzeniom wielu nie zeszły na manowce, nie zostały analfabetami, ani nie stały się aspołeczne. Bartłomiej tłumaczył dzieciom, że są „Wozem Drzymały”. Uczył ich odwagi i determinacji w słusznej sprawie „walki o duszę dziecka polskiego” jak swoją misję zwykł nazywać. Uważał, że nie ma ceny na duszę. Że duszy zaprzedać nie wolno, a charakter trzeba kształcić.

Co wyrosło z piątki eksternistów?  – Bogumiła, która w szkole nie spędziła ani dnia i zdała eksternistycznie maturę została lekarką, ukończyła medycynę we Wrocławiu, jest chirurgiem ogólnym i specjalistą traumatologiem ortopedą. Obecnie pomimo wieku emerytalnego dalej pracuje w Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku-Białej i Szpitalu Powiatowym w Pszczynie. Po upadku komuny była parlamentarzystką – posłanką na Sejm RP I kadencji w latach 1991-1993, jest radną powiatu pszczyńskiego nieprzerwanie od 2006 r.

Od lewej: Bożena Boba-Dyga, Danuta Boba, Bogumiła Boba, 24.06.2016 r., fot. Jędrzej Dyga

Bogusław (pseudonim artystyczny Colin) jest artystą malarzem, od 1971 do 1975 r. pracował w pracowni opraw scenograficznych Telewizji Kraków. W latach 1976-1981 był głównym plastykiem miasta Rzeszowa i otrzymał w tym czasie Nagrodę Ministerstwa Kultury za estetyzację miasta. Obecnie jest bielskim artystą malarzem i grafikiem, wielokrotnym laureatem Nagrody Publiczności podczas wystaw Związku Polskich Artystów Plastyków okręgu Bielsko-Biała oraz Festiwalu Sztuk Wizualnych w BWA. Pisał też scenariusze parateatralnych widowisk oraz poezję i inne teksty literackie. Obchodził w 2020 roku 50 lat pracy twórczej. Jego brat bliźniak Bogdan ukończył kilka fakultetów – najpierw z wyróżnieniem inżynierię materiałową i ceramikę na Wydziale Chemicznym Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, następnie studia podyplomowe w zakresie przygotowania pedagogicznego do zawodu nauczyciela w Wyższej Szkole Biznesu National-Louis University oraz pedagogikę waldorfską – edukację przedszkolną i wczesnoszkolną w Wyższej Szkole Społeczno-Przyrodniczej im. Wincentego Pola w Lublinie. Pracował w Instytucie Badawczym Mikroelektroniki Hybrydowej i Rezystorów w Krakowie, gdzie zajmował się m.in. przygotowaniem projektów patentowych, w pracowni konserwacji metalu w Muzeum Archeologicznym w Krakowie, a obecnie jest nauczycielem rzemiosł artystycznych w Wolnej Szkole Waldorfskiej (podstawowej i liceum) w Krakowie.

Bolesława ukończyła również kilka fakultetów – najpierw wychowanie plastyczne (dyplom z grafiki) na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie i jest nauczycielem dyplomowanym wychowania plastycznego i wiedzy o kulturze. Następnie ukończyła arteterapię na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie oraz podyplomowe studia edukacji niezależnej – specjalność pedagogika waldorfska – na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie obecnie wykłada oraz malarstwo arteterapeutyczne na Uczelni Antropozoficznej Rudolfa Steinera w Dornach w Szwajcarii. Przez wiele lat pracowała w publicznej oświacie w szkołach podstawowych, gimnazjach oraz liceach, tworząc autorskie programy nauczania. Jest obecnie nauczycielką w szkołach waldorfskich i instruktorem zajęć plastycznych w dziennych domach opieki społecznej oraz wykłada na podyplomowych studiach edukacji niezależnej.

Ja jestem najmłodszą z rodzeństwa. Edukację domową zakończyłam wraz ze szkołą podstawową. W czasie „Solidarności” w 1981 r. rodzice pozwolili mi już iść do Liceum im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie – jednego z najstarszych w Polsce, założonego w 1586 r. – do klasy klasycznej. Następnie ukończyłam Wydział Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki ASP w Krakowie; studiowałam też w Niemczech na Freie Universitaet w Berlinie i Friedrich –Alexander Universitaet Erlangen-Nuerneberg w ramach stypendiów – europejskiego Tempus program i DAAD. W ramach pracy zawodowej przeprowadziłam konserwację prawie 500 zabytków, trzykrotnie zostałam nagrodzona ogólnopolską nagrodą Modernizacja Roku. Konserwowałam m.in. Pałac Sztuki w Krakowie, Zamek w Łańcucie, Zamek Górny w Wiśle – letnią rezydencję Prezydenta RP. Jestem rzeczoznawcą Ogólnopolskiej Rady Konserwatorów Dzieł Sztuki i ekspertem Wojewódzkiej Rady Ochrony Zabytków przy Małopolskim Konserwatorze. Oprócz tego jestem poetką, członkinią oddziału krakowskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, autorką dziewięciu tomików, tłumaczoną na dziewięć języków. Udzielam się też muzycznie jako autorka i wykonawca piosenek poetyckich oraz improwizowanej muzyki współczesnej, a nawet muzyki dawnej, w dyskografii mam kilka płyt. W 2010 r stworzyłam Fundację Art Forum z którą organizuje m.in. Krakowski Festiwal Akordeonowy czy Małopolski Festiwal Muzyka w Zabytkach.

Cała piątka rodzeństwa podzieliła też pasję rodziców i zajmuje się edukacją na różnych szczeblach. Bogumiła prowadziła ćwiczenia ze studentami na Akademii Medycznej we Wrocławiu w Klinice Chirurgii Dziecięcej jako młodszy asystent, przez osiem lat uczyła w Liceum Medycznym w Środzie Śląskiej, następnie prowadziła zajęcia ze studentami w Klinice Reumo-Ortopedii w Ustroniu oraz wykłady dla nauczycieli, rodziców i dzieci w szkołach w ramach Poradni Wad Postawy w województwie śląskim. Bogusław prowadził w latach 1986-1991 zajęcia plastyczne w Wojewódzkim Centrum Wychowania Estetycznego Dzieci i Młodzieży w Bielsku-Białej, gdzie stworzył grupę artystyczną dla młodzieży Forma Plus i z nią spektakl z cyklu Scena Plastyki pt. „Ocean Wyobraźni”, który otrzymał wyróżnienie w 1991 r. na Przeglądzie Małych Form Teatralnych w Bielsku-Białej. Bogdan i Bolesława uczą w szkołach podstawowych i średnich o różnych profilach pedagogicznych. Ja prowadzę Koło Młodych w ZPAP, szkolę praktykantów z ASP, a wraz z założoną przez siebie Fundacją Art Forum prowadzę różnorodne warsztaty artystyczne, wykładam też na konferencjach różnych dyscyplin związanych ze sztuką i edukacją domową.

Danuta Boba z medalem Komisji Edukacji Narodowej 2021 r., i z serduszkami od Rodzin Edukacji Domowej z okazji 100-lecia urodzin, fot, arch. rodzinne autorki

W wywiadzie dla międzynarodowego portalu Aleteia stuletnia Danuta powiedziała do Małgorzaty Bilskiej:

Wiem, że szkoła musi być nastawiona nie tylko na nauczanie, ale również na kształtowanie charakteru i duszy człowieka. Celem było takie wychowanie dzieci, żeby mogły wyzwolić w sobie wszystkie talenty i na świecie powstało więcej dobra.

Po latach w 15.02.2021 r. w tym samym kuratorium oświaty w Bielsku-Białej, z którym onegdaj wojował Bartłomiej wręczono Danucie najwyższe resortowe odznaczenie oświatowe w Polsce – przyznany na wniosek Stowarzyszenia Edukacji w Rodzinie przez Ministra Edukacji i Nauki Medal Komisji Edukacji Narodowej za 29 lat edukacji domowej od 1952-1981 r.

Czytamy na profilu wnioskodawcy medalu – Stowarzyszenia Edukacji w Rodzinie:

Ta niezwykła kobieta i matka – obchodząca w tym roku 100 urodziny – wykazała się siłą charakteru i odwagą walcząc o swoje prawo do wychowania dzieci zgodnie z wyznawanymi wartościami, własnym sumieniem i wiarą. Zawalczyła o rodzinę i swoje prawa. Wielokrotnie szykanowana, dręczona i prześladowania przez ówczesną władzę. Nie zrezygnowała z tego co dla niej najważniejsze – rodziny i kształcenia dzieci. Ofiarując swoje zaangażowanie, miłość i troskę. Uczyła także inne dzieci, w czasie wojny udzielała tajnych kompletów, troszczyła się o słabszych i prześladowanych. Zachowała wrażliwość na ludzką krzywdę i nie pozostawała wobec niej obojętna. Doświadczona przez wojnę i komunizm zachowała siłę i pogodę ducha. Jakże bardzo obecnie potrzebujemy takich kobiet i matek, odważnych zdeterminowanych i wiernych wartościom, z mądrością i kunsztem wychowujących następne pokolenie do wartości.

Z kolei tak pisze o niej w internecie dr Magdalena Giercarz-Borkowska, naukowiec i ekspertka Edukacji Domowej:

Pani Danuta wraz z mężem edukowali domowo 29 lat – kontynuowali to pomimo licznych przeciwności, za cenę zubożenia i upokorzeń, a jednak wytrwali w swoim zamiarze.

Pisze też, że Pani Danucie

należą się podziękowania za odwagę, determinację i trud 29 lat edukacji domowej w tamtych czasach, a przede wszystkim za ogromne umiłowanie wiedzy, które nosi w sercu.

Uroczystość wręczenia medalu Komisji Edukacji Narodowej Danucie Boba w Kuratorium Oświaty w Bielsku-Białej, 15.02.2021 r.
Uroczystość wręczenia medalu Komisji Edukacji Narodowej Danucie Boba w Kuratorium Oświaty w Bielsku-Białej, 15.02.2021 r., z prawej dr Mariusz Dzieciątko prezes Stowarzyszenia Edukacji w Rodzinie, z lewej Joanna Dzieciątko, fot. Julia Dyga

Medal dla Danuty to pierwsze odznaczenie tego rodzaju dla domowej edukatorki w Polsce, powód do dumy całego współczesnego środowiska Edukacji Domowej. I choć teraz, po 1989 r. dzięki rodzinie Marka i Izabeli Budajczaków oraz staraniom Państwa Mariusza i Joanny Dzieciątko odrodziła się edukacja domowa, jest już prawnie dozwolona i istnieją organizacje jednoczące i wspierające tego rodzaju rodziny jak np. Fundacja Instytut Educatio Domestica w miejscowości Poniec k. Poznania  i Stowarzyszenie Edukacji w Rodzinie w Warszawie, ukazują się czasopisma promujące ten model kształcenia jak np. prowadzona przez Agnieszkę Pleti  magazyn Kreda, czy prowadzony przez Agnieszkę Pleti  i Annę Marszałek podcast Więcej niż edukacja, to środowisko edukujących prywatnie rodziców ciągle jeszcze spotyka ostracyzm i nieufność czy to ze strony urzędów i szkół, w których mają być egzaminowane dzieci, czy też wątpiących w jakość i sens takiej edukacji rodziców. Sprawa szkolna Bobów jest zatem otuchą dla jednych – tych zmagających się z ostracyzmem i przeciwnościami, a inspiracją dla drugich – tych którzy niezadowoleni z jakości szkolnictwa poszukują innej drogi kształcenia swoich pociech. Bo bitwa, w czasach niewoli, o wolną edukację i wychowanie została wygrana!

Bartłomieja Maria Boba – reemigranta, który przed II Wojną Światową spędził 5 lat w USA poznamy lepiej w drugiej części artykułu.

Bożena Boba-Dyga, najmłodsze dziecko Danuty i Bartłomieja Bobów, 2021 r., fot. Anna Szwaja

***

Mikul – pieszczotliwe określenie pani Danuty Boba.

[1] Odwołanie do Kolegium przy Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Stalinogrodzie  przez Kolegium Przy Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Bielsku-Białej do aktu Nr. Sa-III-25/808/54 z dnia 19.X 1954 r.


***

Korespondencja z urzędami

Wezwanie pod groźbą kary do posłania Bogumiły Boba do szkoły
Odwołanie do Kolegium przy Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Stalinogrodzie, 24.10.1954 r.
Depesza do Rady Ministrów, 03.02.1955 r.
Umorzenie postępowania ws. odebrania władzy rodzicielskiej, 15.07.1955 r.
Odwołanie do Sądu Najwyższego w Warszawie z powołaniem się na Konstytucję, 12.10.1960 r.
Umorzenie sprawy w prokuraturze, 30.11.1962 r.



Polska historia w Ameryce

Z pisarką dr Aleksandrą Ziółkowską-Boehm
rozmawia Joanna Sokołowska-Gwizdka
Aleksandra Ziółkowska-Boehm, fot. Andrzej Bernat

Od lat mieszka Pani w Stanach Zjednoczonych, ale… jak sama Pani mówi, nie czuje się Pani emigrantką. Ma Pani wciąż związek z Polską, utrzymuje Pani mieszkanie, samochód. A przede wszystkim pisze Pani po polsku o polskiej historii. Pani książki są wnikliwe, dopracowane i utrwalają od zapomnienia niezwykłych Polaków, z których wielu już nie ma, jak chociażby Wanda i Henryk Ossowscy czy Roman Rodziewicz. Bardzo cennym obszarem Pani działalności, jest wydawanie tych książek po angielsku w Ameryce.

Nie czuję się emigrantką, bo nie wyemigrowałam (wcześniej, będąc na stypendium w Kanadzie, gdzie dostałam tzw. kartę stałego pobytu, wróciłam do Polski). W 1990 r. wyszłam za mąż i zamieszkałam z mężem w jego kraju, czyli w Stanach Zjednoczonych. Do Polski przylatuję regularnie, mam spotkania autorskie, ukazują się moje książki. Zachowałam nieduże warszawskie mieszkanie, które na mnie czeka (jest w nim archiwum Melchiora Wańkowicza) i gdy przylatuję – wiem, że jestem „u siebie”.

Jako była sekretarka Melchiora Wańkowicza jest Pani cały czas jego orędowniczką. W 2013 r. po angielsku w wydawnictwie Lexington Books ukazała się Pani książka – Melchior Wańkowicz. A Poland’s Master of the Written Word. Jak Pani przekonała wydawcę, aby książka o Melchiorze Wańkowiczu ukazała się na rynku amerykańskim?

Ogromnie cenię książki Melchiora Wańkowicza, znam jego twórczość, obroniłam doktorat dotyczący tej twórczości na Uniwersytecie Warszawskim. Napisałam kilka książek na jego temat (w 2019 r. PIW wydał blisko 700-stronicową pozycję Wokół Wańkowicza). Bardzo chciałam, by ukazała się o nim książka w języku angielskim. Wydawca długo się zastanawiał, czy ją wydać, uzasadniając, że pisarz nie jest wystarczająco znany w Stanach Zjednoczonych. Odpowiedziałam, że jest taką postacią w literaturze polskiej, jaką był Hemingway w Stanach – ze względu na osobowość, tematykę swoich książek, popularność czytelników. Zgodził się. Książka miała dwa wydania, 840 bibliotek naukowych świata ma ją w swoich zbiorach – nie tylko Europy, Kanady i USA, jest także w miejscach tak odległych, jak Australia, Republika Południowej Afryki, Nowa Zelandia, Chiny, Armenia, Grecja czy Turcja.

Czym było dla Pani wydanie książki o Pani mentorze w Ameryce?

W książce jako przykład stylu pisarza przytoczyłam pierwsze 20 stron jego Bitwy o Monte Cassino. Napisałam o polskim reportażu, o procesie 1964 r. – pierwszym procesie intelektualisty w Europie Wschodniej. W czasie procesu protesty składał amerykański PEN Club, zabierał głos senator Robert Kennedy. O tym procesie na bieżąco pisała zarówno prasa amerykańska, jak i prasa całego świata. Na końcu książki napisałam kilka osobistych wspomnień, anegdoty. Wydaje mi się, że spłaciłam tą książką szczególny dług, zaciągnięty, kiedy pisarz zawierzył młodziutkiej osobie, zapisując jej swoje archiwa (zadedykował mi także ostatnią swoją książkę Karafka La Fontainea). Kiedy w 1958 r. Wańkowicz wyjeżdżał ze Stanów, wracając do Polski, krytykowany był przez Polonię, że „jedzie do komunistów”. Ucieszyłam się że po latach – pisarz niejako wrócił – do amerykańskich (i nie tylko) bibliotek.

Bardzo ważną dla nas Polaków sprawą jest przedstawienie polskiej historii amerykańskiemu odbiorcy,, szczególnie tej z okresu II wojny światowej. Do tej pory ukazały się cztery Pani książki dotyczące polskiej historii w tłumaczeniu angielskim: oprócz wspomnianej już Wańkowicz. A Poland’s Master of the Written Word ukazała się Kaja, Heroine of the 1944 Warsaw Rising (Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego krzyża, Muza 2006, 2014), The Polish Experience trough World War II: better day has not come (Lepszy dzień nie przyszedł już, Iskry 2012) oraz historia jednego z Hubalczyków: Polish Hero Roman Rodziewicz. Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald, and Postwar England. W 2018 roku ukazała się również Pani książka, pięknie reklamowana przez wydawcę pt. Untold Stories of Polish Heroes from World War II, do której wstęp napisał prof. James S. Pula. W Kanadzie wyszły Pani książki związane z historią Polski Dreams and Reality Polish Canadian Identities, The Roots Are Polish oraz Senator Stanley Haidasz: A Statesman for All Canadians. Czym się Pani kierowała, wybierając polskich bohaterów dla anglojęzycznego odbiorcy?

Bardzo chciałam, by w Ameryce ukazały się moje reportaże historyczne pokazujące losy Polaków, i nie tylko. W sumie 12 moich książek ukazało się w języku angielskim, w tym 3 w Kanadzie i 9 w Stanach. Pokazuję ludzi, których wojna wyrzuciła z domów, z ziem ojczystych, zabrała ich bliskich, złamała życie. Piszę także o pokoleniu, które po wojnie zostało na Zachodzie, nie chcąc wracać do komunistycznej Polski, czy nie mając gdzie wracać, bo Kresy były pod panowaniem sowieckim. Pisałam, co się działo z byłymi żołnierzami spod Monte Cassino, z bohaterami od Hubala (tak powstała książka: Polish Hero Roman Rodziewicz Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald and Postwar England, 2013). Smutne, piękne, dramatyczne, bolesne – nasze polskie losy. Pokazuję zsyłki na Syberię, pobyty w obozach koncentracyjnych, przesłuchaniach na Pawiaku. Piszę o dzieciach, które straciły ojców w Katyniu. Pokazuję losy polskich Ormian, rzeź wołyńską. Wśród wielu sylwetek jest piękna postać Wandy Ossowskiej, piszę też o Żydówce Idzie Grinspan, która przez 50 lat szukała Wandy – polskiej pielęgniarki z Neustadt-Glewe, która uratowała jej życie. Ida dotarła wreszcie do szpitala, kiedy Wanda Ossowska straciła już przytomność i niebawem zmarła. Ida Grinspan w 2002 r. napisała z dziennikarzem francuskim Bertrandem Poirot-Delpechem książkę o swoich staraniach, by Wandę odnaleźć: Je n’as pas pleure (I didn’t Cry). Moja książka ukazała się pt. The Polish Experience Through World War II: A Better Day Has Not Come (dwa wydania: 2013, 2015).

Ale o zainteresowanie wydawcy polską historią było zapewne trudno. Dla amerykańskiego czytelnika jest zbyt odległa i zbyt traumatyczna, Amerykanie mają własne, lokalne problemy. Jak zatem znalazła Pani wydawcę?

Ponad dwa lata szukałam wydawcy na tłumaczenie książki Kaja od Radosława czyli historia Hubalowego Krzyża. Po roku jeden z nowojorskich wydawców przeczytał kawałek, poprosił o drugi – odpisał, że mu się sposób pokazania podoba i chce podpisać umowę, ale jeszcze chciałby mnie spytać – czy na pewno jest to książka o Powstaniu w Getcie?… Nie, to jest o Powstaniu Warszawskim w 1944 roku… napisałam. – To nie będziemy mieli czytelnika, odpisał i wycofał się. Nie rezygnowałam, bardzo chciałam, żeby książka wyszła w amerykańskim wydawnictwie, by dotarła do bibliotek i innych instytucji, co amerykański wydawca zapewnia. Chodziłam do księgarń Barnes and Noble, oglądałam dział książek historycznych, patrzyłam, kto wydaje książki o drugiej wojnie światowej, spisywałam wydawców i w Internecie wyszukiwałam kontakt. Wysyłałam kolejne listy, na które dostawałam odpowiedzi, że ich temat nie interesuje. I tak – po ponad dwóch latach – pozytywnie odpowiedziało wydawnictwo Lexington Books, które wydaje książki popularnonaukowe. Książka ukazała się pod tytułem: Kaia Heroine of the 1944 Warsaw Rising (dwa wydania: 2012, 2014). Wydano w sumie pięć moich książek poświęconych tematyce historycznej. Ukazały się bez sponsora, w sztywnej okładce, z fotografiami. Trzy mają drugie wydania (w miękkiej okładce).

Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Londyn 2007 r., fot. Juliusz Englert

Czego ważnego o Polsce i jej historii dowiadują się Amerykanie z tych książek?

Wydawca napisał mi, że bardzo ceni, że piszę w powściągliwy, serdeczny sposób o dramatycznych losach ludzi, bez komentarzy, bez pouczania. Że każdy może się utożsamić z cierpieniami, które pokazuję, przedstawiając losy swoich wybranych bohaterów, że czytelnik wychwytuje najpiękniej i otwartym sercem całą tragedię i reaguje emocjonalnie. Pokazuję, że Polacy-chrześcijanie byli w Auschwitz, pokazuję piękne przypadki ratowania Żydów (jak Wanda Ossowska), losy syberyjskich sierot… chciałam, by angielskojęzyczny czytelnik przyswoił sobie te tematy bez sięgania po historyczne rozprawy.

Czy komentowano Pani książki historyczne?

Pisał o nich przytaczany na tylnych okładkach, znany na obu półkulach, Zbigniew Brzeziński, a także historycy i autorzy amerykańscy: Neal Pease, Stanley Cloud i Lynne Olson (autorzy tłumaczonej w Polsce książki Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski), Stanley Weintraub, Bruce E. Johansen, John R. Alley, Matt DeLaMater (autor książek o Napoleonie), Terrence O’Keeffe, Karl Maramorosch, Brytyjczyk Christoph Mick; polskiego pochodzenia historycy, jak Piotr S. Wandycz i Anna M. Cienciała, autorzy: Ewa Thompson, Jerzy R. Krzyżanowski, Charles S. Kraszewski (także tłumacz i poeta), Irene Tomaszewski, Leszek Adamczyk, Florence W. Clowes, John Radzilowski, Radoslaw Palonka, Angela Baldwin, Audrey Ronning Topping, Wash Gjebre, Homer Flute, Robert Ackerman, Larry Cunningham, Michal Sikorski, Jesse Flis, Irene Tomaszewski, John Mensch, James S. Pula, Mary Lanham.

Propaguje Pani także polską historię współczesną. W 2004 r. ukazał się wydany przez Kanadyjsko-Polski Instytut Badawczy w Toronto (Canadian Polish Research Institute) zbiór wywiadów z Kanadyjczykami i Amerykanami polskiego pochodzenia zatytułowany The Roots Are Polish. Wśród rozmówców byli m.in. generał Donald Kutyna, profesor Andrew Schally, Zbigniew Brzeziński, Jan Nowak Jeziorański, Marek Jaroszewicz, Zdzisław Przygoda, Charles S. Kraszewski, Czesław Miłosz, Isaak B. Singer… Wstęp do książki napisał generał kanadyjski Bruce J. Legge. Napisał m.in., że Ziolkowska’Boehm’s remarkable book sparkles with being Polish. Czy myśli Pani, że taka praca, która pokazuje Polskę, nie tylko z jej ranami, ale też i z jej sukcesami, ma wpływ na kształtowanie opinii o Polakach w Ameryce?

Bardzo bym chciała. I to jest naszym – Polaków – niejako obowiązkiem. Jak mówię – niech każdy robi „co może”. Np. niech kupuje książki o tematyce polskiej i daje jako prezent znajomym, niech pyta o nie w bibliotekach. Komputer takie zainteresowanie wyłapie i książki będą zamawiane.

Pani wiedza i miłość do Polski spowodowała, że i Pani mąż, Norman Boehm, stał się polskim patriotą.

Norman poznał najnowszą historię Polski. Kilka razy wysyłał listy prostujące różne sprawy, jego listy były drukowane. Włączył się w akcję mobilizacji senatorów amerykańskich, kiedy ważyła się sprawa przyjęcia Polski do NATO. Jest cytowany (został tam także podany jego biogram) w książce
Jana Nowaka Jeziorańskiego Polska droga do NATO (Wrocław 2006).

Ukazała się także w języku angielskim Pani autobiografia Ulica Żółwiego Strumienia, zatytułowana Love for Family, Friends, and Books (2015), którą pisała Pani, mieszkając z mężem w Dallas w Teksasie. Ludzka pamięć zmienia się w zależności od tego, ile razy przypominamy sobie wydarzenia i z którego punktu na nie patrzymy. Czy ukazanie się tej książki po wielu latach, jakie minęły od polskiego wydania, spowodowało powrót do osób i historii z Pani życia? Czy gdyby Pani teraz pisała autobiografię, widziałaby Pani pewne wydarzenia inaczej?

Dobrze, że tę książkę napisałam mając 40 lat, nie czekałam, nie odkładałam na później. Książka jest z założenia serdeczna, o czym we wstępie piszę. Pamięć jest ulotna, różne sprawy inaczej pamiętamy po czasie. Może po latach pamięć jest bardziej „ranliwa…”? W tłumaczeniu dodałam fragmenty, np. o roli papieża Jana Pawła II w Polsce, o zmianach, które następowały. Amerykańskie wydanie na tylnej okładce jest zarekomendowane przez autorkę wielu książek Audrey Ronning Topping, profesora Bruce Johansena. Jesse Flis napisał, że moje pisanie motywuje wielu Kanadyjczyków, by na nowo odkryć swoje polskie korzenie (The autor’s writings have motivated many Canadian citizens to rediscover their Polish roots). Ładnie, prawda?

Wywiad ukazał się w roczniku ,,Polonia Inter Gentes” wydawanym przez Instytut im. Generała Władysława Andersa w Lublinie, w lutym 2021 r.


Zobacz też: