„Lady” – multimedialny spektakl z szekspirowskimi archetypami w tle

Monodram na podstawie „Makbeta” Williama Szekspira
Scenariusz: Hanna Bondarewska i Andrzej Żurowski
Koncept Artystyczny, Reżyseria i Wykonanie: Hanna Bondarewska
Muzyka: Jerzy Satanowski
Kostiumy: Agata Uchman
Multimedia: Justyna Alicja Bielecka

Prapremiera 4 października 2019 r. w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. W planach podróż po Ameryce, śladami Heleny Modrzejewskiej.

„Lady” – interaktywny, multimedialny spektakl-monodram, zainspirowany postacią szekspirowskiej Lady Makbet – jest próbą odpowiedzi na wiele nurtujących nas, kluczowych pytań. Kim jest współczesna kobieta i jakie są cele oraz motywy jej działania? W jakim stopniu naszym zachowaniem sterują stereotypy płci, a w jakim pierwotne instynkty i osobowość? Czy szekspirowskie archetypy wpływają na nasze myślenie i działanie? Jaka jest cena naszych wyborów? W jaki sposób możemy uchronić się przed okrucieństwem i chaosem otaczającego nas świata?

Hanna Bondarewska z Waszyngtonu – twórczyni spektaklu, nie tylko uwspółcześnia przesłanki klasycznego dramatu, przedstawiając studium władzy, namiętności i zemsty, ale wprowadza widza w świat ekstremalnych archetypów kobiecych, od ochronnego do krwiożerczego. Pierwsze wcielenie aktorki, Hekate, jako Wiedźma – zapomniany archetyp Wielkiej Matki – zaprasza nas do aktywnego udziału w magicznym rytuale, przy dźwiękach bębna, mis tybetańskich, grzechotek i wspaniałej muzyki Jerzego Satanowskiego. Czy uda jej się dodać nam wewnętrznej mocy i wiary w to, że możemy zmienić świat? Czy wyczaruje inny bieg historii? Czy doda nam nadziei? 

REALIZATORZY:

Hanna Bondarewska jest polsko-amerykańską aktorką, reżyserem oraz założycielką, jak również dyrektorem artystycznym Ambassador Theater w Waszyngtonie. Wyreżyserowała i wyprodukowała wiele spektakli reprezentujących kultury różnych krajów, między innymi Polski, Bułgarii, Francji, Belgii, Indii, Czech i Włoch oraz wiele programów edukacyjnych przybliżających młodzieży waszyngtońskiej kultury świata. Uzyskała tytuł MFA (Master of Fine Arts) in Classical Acting w George Washington University w Waszyngtonie, USA. W 2016 roku we Włoszech uczestniczyła w warsztatach artystycznych z noblistą Dario Fo oraz studiowała w Royal Academy of Dramatic Arts w Londynie, gdzie ukończyła intensywny kurs szekspirowski. Posiada wiele nagród, między innymi prestiżową nagrodę Helen Hayes za osiągnięcia artystyczne, DC Theatre Scene za najlepszego reżysera oraz nagrodę aktorską Julia Heflin Performing Arts Award oraz wiele innych. Ma na swoim koncie wiele wspaniałych ról w języku angielskim jak i w polskim, które zagrała na  amerykańskich scenach. Między innymi takie role jak: Lychorida w “Perykles” i Ligarius w “Julius Caesar” W. Shakespeare’a, Antonia w “They Don’t Pay? We Won’s Pay!” Dario Fo, Negma Sadiq w “Visitor” Alfreda Faraga, George Sand w „Summer at Nohant” (“Lato w Nohant”) Jarosława Iwaszkiewicza oraz wiele innych.

Wyreżyserowała i wyprodukowała wiele przedstawień w Waszyngtonie oraz na Florydzie, między innymi “Tango” i “Out at Sea” (“Na pełnym morzu”) Mrożka, “The Madman and the Nun” (“Wariat i Zakonnica”) Witkacego, “The Peephole” Alfreda Faraga, “The Trap” (“Pułapka”) Tadeusza Różewicza oraz wiele innych, które spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem widowni oraz krytyki. Celem jej działań artystycznych jest kontynuacja poszukiwań archetypów w dramacie szekspirowskim poprzez doświadczenia naszych czasów oraz poszukiwanie nowych form w teatrze współczesnym poprzez współpracę artystyczną i wymianę doświadczeń z wybitnymi artystami naszych czasów. Zainspirowana postacią Heleny Modrzejewskiej, pragnie odnaleźć archetyp Lady Macbeth w naszych czasach poprzez owocną współpracę artystyczną pomiędzy doświadczeniami kultur  -polskiej i amerykańskiej w odkrywaniu  Szekspira na nowo.

Jerzy Satanowski, kompozytor i reżyser – jest absolwentem filologii polskiej Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu (1972). Debiutował w latach 60. w Lesznie, w grupie rockowej „Następcy” (śpiew i gitara, kompozycje). Na początku lat 70. stworzył z Edwardem Stachurą szereg utworów, które stały się przedmiotem swoistego kultu młodego pokolenia. Kompozytor muzyki filmowej i teatralnej – jego dorobek to ok. 300 realizacji scenicznych w kraju i za granicą, laureat wielu festiwali teatralnych (Belgrad, Nancy, Edynburg, Opole, Kalisz – Kaliskie Spotkania Teatralne, Wrocław i in.). Jest kompozytorem piosenek aktorskich, głównie do tekstów Edwarda Stachury, Agnieszki Osieckiej, Jonasza Kofty i Jana Wołka, śpiewanych m.in. przez Krystynę Jandę, Piotra Fronczewskiego, Hannę Banaszak, Ewę Błaszczyk, Piotra Machalicę. Część z nich również sam wykonuje. Skomponował muzykę do wielu filmów, m.in. „Baryton” (reż. J. Zaorski, 1984), „Dom wariatów” (reż. M. Koterski, 1984), „Kobieta w kapeluszu” (reż. St. Różewicz, 1984), „Jezioro Bodeńskie” (reż. J. Zaorski, 1985), „Siekierezada” (reż. W. Leszczyński, 1985), „Magnat” (reż. F. Bajon, 1986), „Schodami w górę, schodami w dół” (reż. A. Domalik, 1988), „Wszystko, co najważniejsze” (reż. R. Gliński, 1992), „Wrzeciono czasu” (reż. A. Kondratiuk, 1995), „Dzień świra” (reż. M. Koterski, 2002), serial „Boża Podszewka” (reż. Izabella Cywińska). Jest wieloletnim jurorem w konkursie Ogólnopolskich Spotkań Zamkowych „Śpiewajmy Poezję” w Olsztynie, współtworzy i realizuje główne koncerty Spotkań Zamkowych. W swoim dorobku posiada wiele nagród i odznaczeń, w tym Złoty i Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” w dziedzinie muzyki.

Agata Uchman, kostiumograf. Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, gdzie ukończyła Wydział Scenografii i Malarstwa. Działa na zderzeniu sztuki i designu. Współpracuje z operami i teatrami muzycznymi projektując na potrzeby baletu, opery, musicalu i teatru. Jest autorką kostiumów i scenografii do wielu artystycznych projektów filmowych w Polsce i za granicą, m.in. „The Big Leap” (scenografia i kostiumy), horroru „Urban Explorer” (dekoracja wnętrz), „Die Alte Frau” (dyrektor artystyczny), „Village of Unborn Children” (kostiumy), „One of Us” (scenografia i kostiumy), „Kop głębiej” (kostiumy), „Ciemnego pokoju nie trzeba się bać” (kostiumy i dekoracja wnętrz), „Dotknięcie anioła” (kostiumy).

W latach 2013–2016 tworzyła autorską markę NUMERuchman/winiarska łączącą design i modę. NUMER zaproszony został na Berlin Fashion Week. Prace kostiumograficzne artystki znalazły się na międzynarodowej wystawie „Costume at the turn of century 1990-2015” pokazanej w Muzeum Teatralnym im. A.A. Bachruszyna w Moskwie. Wystawa prezentowana była także w USA i Chinach. Artystka należy do Stowarzyszenia Filmowców Polskich oraz OISTAT (międzynarodowej organizacji scenografów). W roku 2018 zdobyła grant z Kościuszko Foundation na trzymiesięczny pobyt badawczy na GWU (George Washington University-Theater and Dance Department). W 2018 r. kostiumografka została uhonorowana nagrodą J. Kiepury za najlepsze kostiumy w sezonie artystycznym (2017/2018).

Justyna Alicja Bielecka (multimedia). Urodzona w 1990 roku w Warszawie. Artystka Multimedialna i Projektant Graficzny. Obecnie związana z Teatrem Wielkim – Operą Narodową gdzie pracuje jako realizator Video przy czołowych tytułach oraz współtworzy Immer Studio – niezależne studio multimedialne skupione na projektach zacierających granice między sztuką a technologią. Szczególnie zainteresowana Video Designem do instalacji artystycznych i wydarzeń scenicznych, gdzie różne dziedziny sztuki i zmysły spotykają się w jednym miejscu i czasie. Motywowana ideą immersji – całkowitego zanurzenia odbiorcy w cyfrowej rzeczywistości, będącej impulsem do generowania indywidualnych doświadczeń. Absolwentka Pracowni Multimedialnej Kreacji Artystycznej na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie oraz Międzyuczelnianej Specjalności Multimedialnej przy wydziale Reżyserii Dźwięku na Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie.

Na fotografiach Hanna Bondarewska w spektaklu „Lady”, podczas prapremiery 4  października 2019 r. w Instytucie Teatralnym w Warszawie. 

TRAILER:

https://youtu.be/9T1OEcNHjFA




Irena Chrul. Ciągle w drodze.

Katarzyna Szrodt (Montreal)

Nad Kapuletich i Montekich domem

Spłukane deszczem, poruszone gromem

Łagodne oko błękitu.

Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów

Na nieprzyjazne bramy do ogrodów

I gwiazdę im zrzuca ze szczytu…

(„W Weronie”, C.K. Norwid)

 

Zachwyciło mnie jej malarstwo. Poetyckie, teatralne, narracyjne, operujące symbolami, konstruujące i dekonstruujące wyimaginowane światy wyczarowane z dziejów kultury europejskiej. Coś powstaje w chaosie spienionych tkanin – to stopa, ręka, Wenus rodzącej się z piany morskiej, na obrazie „Venus”. Greckie posągi żyją na nowo. Są piękne, pięknem walczącym ze zniszczeniem. Przezroczyste chusty, rozwiane welony, rozwijające się bandaże, spiętrzone tkaniny, nadają ruch obrazom i budują dramatyzm przedstawianych przez malarkę historii.

Kobiety na portretach Ireny Chrul są nierealne, wyłaniają się ze świata snu, marzeń, teatru. Przypominają mroczne bohaterki sztuk Becketta, Ibsena czy Strindberga, żyjące swoim światem, tajemnicze i nieobecne. Z serii „Ospiti”, którą artystka pokazała na wystawie w Abu Dhabi, w 2011 roku, podczas jednego wieczoru sprzedane zostały prawie wszystkie obrazy. Seria była opowieścią o różnych fazach życia kobiety – postać jak fantom, jedynie zasugerowana przez suknie lub fragmenty ciała, siedziała na zabytkowym fotelu, jako zalotna baletnica, prowokująca kochanka, stateczna matrona z psem na kolanach, umierająca staruszka. Artystka-medium wyjmuje ze skarbnicy kultury obrazy zaginionego świata, który przestał istnieć – Pompeje zasypane przez lawę Wezuwiusza, mieszkańców zatopionej Atlantydy, kochanków z Werony pochowanych w grobowcach Capuletich i Montecchich i z tych fragmentów buduje narrację swoich prac. Inspirująco wpłynęło na nią malarstwo Akademii Bolońskiej (Accademia Carracci działająca do 1620 roku). Według Agostina Carracciego malarz powinien w swoich dziełach przejawiać potęgę Michała Anioła, natchnienie Tycjana, czystość Correggia, harmonię Rafaela, poprawność Tibaldiego, inwencję Primaticcia i wdzięk Parmigiana – jednak kultura artystyczna nie powinna przeszkadzać w obserwacji życia codziennego. I tak też jest w przypadku obrazów Ireny Chrul – przy wykorzystywaniu sztafażu dziedzictwa kultury europejskiej artystka uwrażliwiona jest na współczesność, a sztuka jej posługuje się nowoczesnymi technikami malarskimi.

Irena Chrul od siedmiu lat mieszka w Montrealu. Nie przyzwyczaiła się do tego miasta, nie czuje się dobrze w krainie długich zim, ale to właśnie tutaj odpoczywa po wędrówce, jaką było, i ciągle jest, jej twórcze życie. Po ukończeniu w 1980 roku Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu (obecnie Uniwersytet Artystyczny) i zrealizowaniu kostiumów do czternastu sztuk dla różnych teatrów i oper, w 1982 roku wyjechała do Hamburga. Ze swoim ówczesnym mężem, scenografem Sławomirem Dęboszem, przez dwadzieścia lat prowadzili agencję reklamowo-multimedialną „Debosz&Debosz Creative Team”. Przez cały czas była wierna malarstwu i miała w Niemczech ceniących jej twórczość kolekcjonerów. W 2002 roku wyjechała do mekki malarzy, do Nowego Jorku. Tutaj miała wystawę indywidualną w East Village Gallery. Po kilku miesiącach znalazła się w Montrealu. Prowadziła tu przez chwilę Open Studio, w 2004 roku  miała wystawę indywidualną w Atelier Oasis, poznała swego obecnego męża, z którym na siedem lat wyjechali do Toskanii i zamieszkali w Lucca. Ta artystyczna odyseja niewątpliwie wpłynęła na twórczość, szczególnie inspirujące było obcowanie z krajobrazem i pięknem włoskich zabytków, ale, jak sama artystka przyznaje, bliskie jej jest także brutalne malarstwo angielskiej malarki-feministki, przedstawicielki Young British Artists – Jenny Saville. Cykl prac „Les Roses sont Rouges” Chrul zadedykowała artystkom, które popełniły samobójstwo, m.in.: Sarah Kane, Sylvie Plath, Kaye Sage, Francesca Woodman:

Portrety to osoby, a zarazem symbole emocji: pragnienie, nostalgia, wstyd, strach. One stają się na obrazach w czasie seansów malarskich.

Prace artystki znalazły się w kolekcjach prywatnych w Niemczech, Szwajcarii, we Włoszech, w kolekcji rządowej w Abu Dhabi, w Emiratach Arabskich, w San Francisco i Waszyngtonie.

Montrealskie atelier Ireny Chrul wypełniają obrazy. Jeszcze niektóre musi skończyć. Pracuje zawsze nad kilkoma na raz. Już niedługo wszystkie będą skończone i będzie mogła zaprosić gości na wernisaż. Słuchając opowieści o tej artystycznej wędrówce po świecie, w którym artystka czuje się zarówno wszędzie u siebie, jak i wszędzie bezdomna, nagle zaczęłam namawiać ją na wystawę w Polsce, żeby pokazała polskiej publiczności obrazy-opowieści, które wyrosły również z najlepszych tradycji polskiego malarstwa, teatru i scenografii.           




Fenomen „Wiadomości”

Florian Śmieja (Mississauga, Kanada)

O znakomitym tygodniku Włodzimierz Odojewski powiedział:

To ogromnie smutne, że po przełomie w Polsce w 1989 roku nie udało się nikomu stworzyć podobnego pisma – szerokiego informatora o sprawach sztuki, literatury, w ogóle kultury w kraju i na świecie, ukazującego z numeru na numer literacki przekrój przez wszystkie piszące pokolenia, jednocześnie prezentującego różne poglądy. Stać było na to rozproszoną emigrację, nie stać prawie czterdziestomilionowego kraju. Ale może żyjemy na progu już zupełnie innej epoki? Szybkiego zanikania zainteresowań humanistycznych w ogóle?

A wszystko zaczęło się ponoć tak: Antoni Borman wręczył warszawskim pikolakom cały nakład pierwszego numeru „Wiadomości Literackich”, kazał im rozbiec się po Warszawie i sprzedać pismo, zatrzymać sobie połowę pieniędzy, a połowę przynieść wydawcy. Chłopcy w mig rozkolportowali periodyk po stolicy. Ani jeden z nich nie wrócił z pieniędzmi. Jeżeli nawet ta historia nie jest prawdziwa, to doskonale ilustruje dynamikę twórców pisma, które miało istnieć 57 lat i które z 3 tysięcy w roku założenia 1924 osiągnęło 15 tysięcy, kiedy wybuchła wojna.

Pismo założył i redagował w Warszawie, a później w Paryżu i  w Londynie, nieomal do swojej śmierci w 1970 roku Mieczysław Grydzewski, redaktor magnificus. Zdaniem Antoniego Słonimskiego cechowały go upór, zapał, erudycja, tolerancja i despotyzm. Posiadał on jednak przede wszystkim niezwykły talent edytorski oraz niespożytą pracowitość. Był przez cały czas ukazywania się „Wiadomości” w trzech ich postaciach, jednoosobową redakcją, sam czytał rękopisy, sam robił korektę, sam korespondował ze współpracownikami i doglądał druku.

W artykule wstępnym napisał:

Pismo nasze nie reprezentuje żadnej szkoły estetycznej. Nie walczy o tę czy inną doktrynę. Nie broni i nie chce żadnych dogmatów krępujących swobodę twórczości. Dlatego proklamuje hasło poszanowania i czci dla każdego sposobu i dla każdego objawu uczciwej pracy w imię sztuki. Ale – w myśl stawiania sobie celów ochrony wartości kulturalnych narodu – przyrzeka nieustępliwość i bezwzględność w przełamywaniu wszelkiego rodzaju wstecznictwa, kłamstwa, obłudy, fałszerstwa – społecznego zarówno jak artystycznego.

Od początku więc pismo zamierzało być obiektywne, apolityczne i popierać nieskrępowaną twórczość. Stawiało na eklektyczność i atrakcyjność. Zadanie popularyzacyjno – informacyjne podobało się wielu czytelnikom podobnie jak walka z wstecznictwem i programowy wysoki poziom stylistyczny i językowy. W konsekwencji tak pojmowanego programu odegrało ważną rolę popularyzatorską i dziś stanowi bogatą kronikę życia literackiego Polski międzywojennej. W pierwszym okresie „Wiadomości” były gazetą literacką dla wszystkich redagowaną przez Grydzewskiego z poparciem całej grupy Skamandra (Lechonia, Słonimskiego, Tuwima, Wierzyńskiego…). Pismo pilnie śledziło rozwój prężniejszych literatur europejskich i dobrze o nich informowało. Miało do tradycji literatury narodowej stosunek pozytywny, zwalczało ekscentryczne nowatorstwo, radykalną prasę prawicy, popierało poezję Skamandrytów i związanych z tą grupą poetów (Broniewskiego, Jastruna, Lieberta…).

Z czasem „Wiadomości Literackie” stały się pismem problemowym. Na miejsce części informacji, korespondencji i wywiadów przynosiły eseje i felietony. Zgromadziły wśród współpracowników grono wybitnych prozaików (Nałkowska, Dąbrowska, Kuncewiczowa, Gojawiczyńska, Iwaszkiewicz, Choromański) oraz krytyków (Zawodziński, Napierski, Breiter). Pisali wybitni fachowcy i profesorowie. Do ulubionych pozycji należały „Kroniki Tygodniowe” Słonimskiego oraz reportaże Pruszyńskiego i Janty-Połczyńskiego. Godna pochwały była troska o inne dziedziny sztuk i kultury, o teatr, film i muzykę.

Na początku pismo popierało władze, ale potem przeszło do opozycji. Stało się też orędownikiem reformy obyczajów i nie bało się poruszać spraw uchodzących za drażliwe. Będąc zasadniczo pismem poświęconym kulturze, nie uchylało się od zadań społecznych, publikując m.in. reportaż Ireny Krzywickiej z procesu zwolnionego z pracy buchaltera z Żyrardowa, który zastrzelił znienawidzonego przez robotników dyrektora fabryki, Francuza. Jej reportaż alarmował:

Trzy czwarte Żyrardowa bez pracy. Rozpacz! Ci, co pracują – sterroryzowani, przerażeni, traktowani jak psy, zależni od kaprysu majstra czy szefa, zagrożeni w każdej chwili redukcją. Ludzie po pięćdziesięciu latach pracy wyrzucani na bruk bez odszkodowania, bez emerytury. Milczący, niedostępny dyrektor idzie przez fabrykę, pokazuje palcem, bez słowa, robotnika z siwymi włosach na skroniach, dziewczynę o krzywych nogach, urzędnika, którego twarz mu się nie podoba, już ich nie ma, już znikali, już są skazani na śmierć głodową.

„Wiadomości Literackie” musiały używać techniki przyciągania czytelników, wydawały numery specjalne, dodatki humorystyczne, urządzały plebiscyty i ankiety, ustalały hierarchie pisarzy, faworyzując swoich współpracowników. Przez lewicę atakowane były za współpracę z kołami rządowymi i ugodowość, prawica zarzucała im robotę rewolucyjną, gdyż pismo propagowało pacyfizm, zasady liberalne, patriotyzm bez szowinizmu, etykę świecką i poszanowanie praw jednostki. Nie kończyło się na atakach prasowych i naciskach, głównie na Boya, Słonimskiego i Tuwima, zdarzały się napaści bojówek na pisarzy, wybijano szyby w lokalu redakcji. Mimo pewnego zwrotu w kierunku pisma, ponoć władze nosiły się z myślą by je zlikwidować.

Ataki pisarzy i krytyków (Millera, Czuchnowskiego, Brauna a zwłaszcza Irzykowskiego) obnażyły profil „Wiadomości Literackich” jako poszukiwanie i zalecenia „życia ułatwionego” w formie „poezji ułatwionej”. Zaś zamiast pełnokrwistej i rzetelnej publicystyki wedle antagonistów, pismo przynosiło szkice biograficzno-obyczajowe, ciekawostki z prywatnego życia i plotki. Pisarze skupiający się przy „Wiadomościach Literackich” byli dla innych kliką związaną interesem i tak zapatrzoną w siebie, że ślepą na wielkie talenty działające poza jej podwórkiem. Dlatego m. innymi nie zauważyli ani poezji Czuchnowskiego, ani Leśmiana czy Gałczyńskiego.

Po upadku Polski Grydzewski znalazł się we Francji i w Paryżu od marca do czerwca 1940 roku ukazywały się „Wiadomości Polskie” kontynuacja przedwojennych. Z kolei zostały przeniesione do Londynu i wobec niechęci czy wręcz wrogości rządzącego obozu firmowane były przez Zygmunta Nowakowskiego. Powodem była nie tylko domniemana sanacyjność pisma, ale także jego częste protesty przeciwko cenzurze oświatowo-kulturalnej. W miarę narastania konfliktu, zaostrzonego publikowanymi w „Wiadomościach Polskich” artykułami przeciwnymi układowi ze Stalinem i potępiający mi linie Curzona, władze polskie nie reagowały, gdy Anglicy tłumacząc się brakiem papieru, zlikwidowali niewygodne pisma w 1944 roku. (Pismo często wychodziło z białymi plamami po ingerencji cenzury).

Przez dwa lata pismo nie ukazywało się, by powstać ponownie 7 kwietnia 1946 roku, tym razem jako po prostu „Wiadomości”. Wychodziło regularnie jako tygodnik, na pięknym papierze, suto ozdobione fotografiami i rycinami. Z ciasnego lokalu naprzeciwko British Museum, szły numery do rozsianych po całym świecie czytelników. Ja też do lokalu zaglądałem, by pogwarzyć z Bormanem czy Grydzewskim, który najchętniej przenosił się do czytelni British Museum, by tam bez przeszkód szperać i robić korektę. W przeddzień wyjazdu do nieznanego mi wtedy nawet z nazwy kanadyjskiego miasta London, poszedłem do administratora spytać, czy i tam mają prenumeratorów pisma, którzy zagwarantują, że nie będę zupełnie odcięty od kontaktów z kulturą polską. Mieli.

Kiedy Grydzewskiego powaliła choroba, zlecił redakcję człowiekowi o gołębim sercu i wielkim takcie Michałowi Chmielowcowi. Niech go reprezentuje w niniejszym szkicu jego kulturalna reakcja na nieprzejednane stanowisko jednego z czołowych pisarzy emigracyjnych, Józefa Mackiewicz.

Pryncypializm i maksymalizm Mackiewicza jest pociągający jako postawa etyczna, ale bardzo ahistoryczny. Jaśniejsze rozdziały w ponurych na ogół dziejach ludzkości wyłaniają się niemal zawsze za sprawą kompromisów, stopniowego ulepszania, poprawiania, drobnych, mozolnych zabiegów, uciążliwej i zygzakowatej ewolucji.

Po śmierci Chmielowca redakcję objęła długoletnia współpracowniczka pisma, Stefania Kossowska, Z kolei umarł świetny administrator Borman, następnie opiekun pisma Sakowski. Na skutek inflacji podskoczyła cena papieru i robocizny. Redaktorka raz po raz apelowała o pomoc, ale nie było jej tyle, by pismo mogło się utrzymać.  Na dodatek wygasła dzierżawa lokalu. Zapadła więc gorzka decyzja, by pismo zamknąć w marcu 1981 roku, a ostatnie numery wydać już jako miesięczniki.

Współzawodnictwo między paryską „Kulturą” a londyńskimi „Wiadomościami” istniało od początku. Na łamach wychodzącego w Anglii miesięcznika młodych „Kontynenty” w numerze 23-24 w 1960 r. roku ukazał się tekst dyskusji na temat tych pism z udziałem Marii Badowicz, Adama Czerniawskiego, Bogdana Czaykowskiego i moim. Wtedy widziałem oba periodyki w ten sposób:

Z jednej strony mamy miesięcznik o formacie nowoczesnym i cechach książki, z drugiej tygodnik, niewygodną płachtę łamiącą się po kilkakrotnym złożeniu. „Wiadomości” już tylko informują, „Kultura” szerzy ferment umysłowy, stanowi bodziec i przynosi materiały zdolne nas głęboko poruszyć. „Wiadomości” hołdują chwalebnej i powszechnej w naszym wieku tendencji zaspakajania ciekawości kulturalnej, zwężonej przy tym do jej biało-czerwonego odcienia, pracowitej istnej arki Noego dla przyszłego historyka. Natomiast „Kultura” pozbawiona lwiej części tego bagażu kronikarsko-informacyjnego, o formacie nieznoszącym drobnicy, oferuje dobra kulturalne niewtórne, zdolne zapłodnić umysł czytelnika i dostarczyć mu prawdziwego artystycznego przeżycia. Zgodzimy się bez trudu, że literatura i sztuka winny wywierać impakt bezpośredni i trwały. Flirt z nimi stwarza pięknoduchowski nawyk zdolny nas uodpornić na piękno przez mnogość dostarczanych wrażeń czy opisów gotowych bryków. Może paradoksalnie zabrzmi teza, że przez rozstrzelenie zainteresowań i nagromadzenia materiału z peryferii kultury pismo omnibus wyświadcza niedźwiedzią przysługę. Rozdział sztuki i literatury od istotnego, głębokiego nurtu życie dzisiejszego człowieka świadczy o tym dobitnie.

Nieubłagany czas dokonał swego dzieła. Tuwim, Słonimski, Cat-Mackiewicz i Rostworowski wrócili do Polski i tam zmarli. Na emigracji odeszli Pawlikowska, Lechoń. Wierzyński Janta, Nowakowski i Wittlin. Na placu pozostali nieliczni, najwięcej wśród nich epigonów ze wspomnieniami, workami i tasiemcami gawęd. Owe nazwiska z Polski nie zdołały zmienić zasadniczego tonu. Była to literatura wtórna, niekonieczna i nie wyczekiwana, krótkich spięć nie powodowała, kulturalna, także zabawna, nie drążyła, nie prowokowała do myślenia. Czuło się, że pismo było wehikułem formacji przeżytej, nie chcącej czy nie potrafiącej brać nowego na serio. Patronowały przemożne cienie Lechonia, Nowakowskiego, a nie Gombrowicza czy Miłosza. Dopalały się ostatki sarmackiej i kontuszowej przeszłości, były próby życia na niby dostrzegające mnóstwo spraw peryferyjnych i błahych, kosztem tego co zasadnicze i ważne. Może o takiej fazie pisma myślał Gombrowicz pisząc „gazetki literackie z ich beztroskim gaworzeniem o literaturze”. 

Zamykając pismo redaktorka napisała, że

„Wiadomości” Grydzewskiego były pismem jednego człowieka, jego prywatna własnością i miały specjalny, nadany mu przez niego charakter. Byłoby naturalne, gdyby skończyły się razem z nim.

Dodaje zaraz potem:

Ale kończy się wszystko stare i przychodzi nowe. Jeśli piękno literackie takie „Wiadomości” jest potrzebne – znajda się tacy, co je założą.

Jako sporadyczny współpracownik „Wiadomości” za ich trojga redaktorów pożegnałem je, mimo zastrzeżeń, z żalem. Dobrze się przysłużyły polskiej kulturze i w jej dziejach pozostaną znaczącym pomnikiem.

_________

Prof. Florian Śmieja o Mieczysławie Grydzewskim:

http://www.cultureave.com/czlowiek-to-styl-mieczyslaw-grydzewski-1894-1970/




Powieść Ewy Stachniak „Konieczne kłamstwa” po polsku

Rozmowy o książkach, które nie przemijają.

„Konieczne kłamstwa” (Necessary Lies) to powieść o stracie osobistej i narodowej, o zdradzie i potrzebie przebaczenia, o najnowszej historii – wojennej i powojennej. Powieść o powrotach do korzeni, trudnych i bolesnych – ale koniecznych, jeśli przeszłość ma nie być tylko niepotrzebnym balastem, lecz stać się kluczem do poznania i zrozumienia nas samych. Jest to historia Wrocławia, miasta z niemiecką przeszłością i polską teraźniejszością oraz historia emigrantki znad Odry, która musi się zmierzyć ze skomplikowaną przeszłością swojego miasta. To pierwsza powieść Ewy Stachniak, uznana za najlepszy debiut powieściowy Kanady roku 2000: nagroda Amazon.com/Books in Canada First Novel Award. Autorka pisze po angielsku, dzięki czemu jej niezwykle poczytne książki opowiadające polską historię z różnych epok, szeroko docierają do angielskojęzycznego czytelnika.

Na podstawie: www.ewastachniak.com

Rozmowa z pisarką Ewą Stachniak i tłumaczką Katarzyną Bogucką-Krenz.

Joanna Sokołowska-Gwizdka: 

Polski czytelnik może już przeczytać po polsku powieść „Konieczne kłamstwa” nagrodzoną w 2000 roku przez Amazon.com/Books in Canada. Co to dla pani oznacza?

Ewa Stachniak: 

Cieszę się, że książka ukazała się w Polsce i bardzo jestem ciekawa reakcji czytelników, recenzji, uwag. W powieści pisanej z pozycji emigracji, polski czytelnik zwróci uwagę na inne rzeczy niż czytelnik kanadyjski. „Konieczne kłamstwa” – na jednym z poziomów narracji – są przecież zapisem wrażeń powrotu do kraju, po latach emigracji, tego pierwszego powrotu, pierwszych wrażeń wędrowca, który konfrontuje zapamiętane obrazy z rzeczywistością, wędrowca, który patrzy na Polskę z pozycji swoich kanadyjskich, emigracyjnych doświadczeń. Czytelnik polski zobaczy bohaterkę powieści, Annę Nowicką, podobnie jak nasze rodziny i przyjaciele widzieli nas w tych pierwszych latach wolności, emigrantów przyjeżdżających po latach do rodzinnego domu.

Ciekawi mnie też jak wypadnie konfrontacja mojej książki z innymi współczesnymi polskimi powieściami, czy literatura kanadyjska wpłynęła w zauważalnym stopniu na mój sposób pisania. Bo przecież język prowokuje różne skojarzenia.

Na czym polega odmienność polskiej wersji powieści w stosunku do angielskiego oryginału?

ES: W angielskiej wersji książka skierowana była do czytelnika, który o Polsce i jej historii ma mgliste pojęcie i któremu trzeba wpływ tej historii na polską rzeczywistość przybliżyć. Patrząc na Warszawę czy Wrocław w 1991 roku Anna widzi nie tylko  teraźniejszość, ale także przeszłość tych miast, lata wojny, powstania, zgliszcza. We Wrocławiu widzi ślady niemieckiego Breslau, pamięta morze gruzów. Z takim bagażem jej spojrzenie na polskie realia jest zupełnie inne niż kogoś, kto o tej historii nie ma pojęcia. Zmiana perspektywy oznaczała cięcia i przekształcenia w tekście. Wiele fragmentów można było w polskim tekście pominąć, inne trzeba było przeredagować lub wręcz dopisać, by zachować autentyzm szczegółów i wiarygodność faktów. Kiedy cytuję fragment wrocławskiej ulotki z 1968 roku, którą Anna i Piotr trzymają w ręku, to chcę żeby to była jedna z autentycznych ulotek z Wrocławia, a nie np. z Warszawy. Angielskie słowo „communist” tłumaczy się inaczej w zależności do okresu historycznego w którym było użyte: w 1968 roku Piotr mówi o „partyjnych”, w 1881 roku Anna pamięta „komunistów”, a w 1991 roku jej brat używa słowa „komuch”.  W wersji angielskiej rewolucję w Quebecu można było określić jednym zdaniem, polskiemu czytelnikowi trzeba było dodać kilka wyjaśnień. To były drobiazgi, choć oczywiście bardzo ważne. Problemem największym, ale i jednocześnie najbardziej ciekawym, stało się nadanie polskich głosów moim bohaterom.

Powieść rozpoczyna się w Montrealu, ale już po kilku zdaniach Anna wspomina swoją młodość,  swój wyjazd z Wrocławia, pierwszą miłość – swoje polskie przeżycia. Kiedy pisałam te sceny po angielsku, polskie postacie musiały mówić językiem „opisowo-uniwersalnym”, stworzonym dla nich w takim celu by czytelnik kanadyjski odczuł, że osoba, o której czyta, funkcjonuje w innym języku – czasami wtrącałam polskie słowa, by zachować koloryt głosów. W tłumaczeniu na język polski te zabiegi lingwistyczne straciły sens.

W budowaniu pełnych, polskich głosów najłatwiej było z postaciami, które w jakimś stopniu opierały się na wspomnieniach z  przeszłości.  „Słyszałam” jeszcze te głosy i  mogłam zasugerować tłumaczce wybór konkretnych wyrażeń. Babcia Anny mówi językiem mojej babci, którego specyficzne wyrażenia towarzyszą mi od dzieciństwa. Wprawdzie babcia Anny i moja babcia to dwie różne osoby, ale ich język to głos tego samego pokolenia. Także rodzicom Anny mogłam częściowo użyczyć języka pokolenia moich rodziców.

Najwięcej kłopotu sprawił mi Piotr, pierwszy mąż Anny. W moim polskim kręgu doświadczeń nie pojawiła się postać z jego rodowodem, nie mogłam więc czerpać z pamięci. Piotr Nowicki pochodzi z Krakowa, jest prawnikiem, brał udział w marcowych wydarzeniach 1968 roku we Wrocławiu, trzeba było mu stworzyć język, który charakteryzowałby i jego i jego pokolenie. To było moje zadanie, nie mogłam go zrzucić na barki tłumaczki, nie mogłam powiedzieć – wymyśl głos dla Piotra. W rezultacie musiałam sceny z Piotrem prawie w całości przepisać, stworzyć na nowo jego polski głos opierając się na autentycznych historycznych materiałach z tego okresu, studenckich ulotkach, opisach marcowych wydarzeń we Wrocławiu. To była fascynująca przygoda językowa, w pełni spełniona w chwili gdy „usłyszałam” ten nowy głos Piotra.

Jak współpracowało się pani z tłumaczką?

ES: Doskonale. Przypuszczam, że tłumaczom rzadko zdarza się pracować z autorem, który zna język na tyle, by móc brać udział w procesie redakcji tekstu w takim stopniu, jak to było z nami. Z Katarzyną Bogucką-Krenz, tłumaczką powieści, zgodziłyśmy się już na samym początku pracy, że naszym celem będzie nie tylko wierne oddanie tekstu, ale stworzenie takiego tłumaczenia, które byłoby „moim,” czyli najbardziej zbliżonym do polskiej wersji tej książki, jeśli miałabym taką napisać. Dla tłumaczki oznaczało to rezygnację, oczywiście tylko do pewnego stopnia, z autonomii, konieczność sprawdzania czy nasze językowe odczucia zgadzają się, i stałą gotowość do dyskusji nad tymi fragmentami, w których nasze odczucia gdzieś się rozmijały. Czasami dostawałam stronę, na której tłumaczone fragmenty tekstu pojawiały się w kilku wersjach, a ja miałam wybrać te najbardziej mi odpowiadające. W rezultacie każdy rozdział wędrował kilka razy między nami tak długo, aż obie byłyśmy zadowolone.

Praca nad tłumaczeniem była dla mnie bardzo ciekawa. Zdałam sobie ponownie sprawę z trudności, jakie napotyka polski tłumacz z języka angielskiego. Jedną z nich jest rytm zdania, jego wewnętrzna poezja. I tak na przykład rytmiczność w języku angielskim można uzyskać stosując powtórzenia słów, sylab, czy wręcz poszczególnych dźwięków. Przykładem może tu być to oto zdanie z pierwszej części mojej książki, opis powojennego Wrocławia: A sea of ruins, surrounding small islands of still-standing buildings, którego rytm opiera się na aliteracji. Podobny zabieg w języku polskim może przynieść taki „efekt poetycki” jak zdanie: polska policja poszukuje pięciu panów… Tekst poetycki, który po angielsku brzmi rytmicznie i naturalnie, w polskim bezpośrednim tłumaczeniu po prostu kuleje. Powodów może być wiele. Tradycyjna, staroangielska poezja oparta była właśnie na aliteracji, czyli powtórzeniu dźwięków; w polskiej poezji natomiast spoiwem był głównie rym. W rezultacie, aby uzyskać podobny efekt poetycki, który ja w wersji angielskiej uzyskiwałam poprzez powtórzenia, Kasia Krenz musiała uzyskać zupełnie innymi metodami, czerpiąc ze swoich zasobów poetyckich.

Jak pani poznała tłumaczkę, Katarzynę Bogucką-Krenz?

ES: Przez jej siostrę, Ewę Ślaskę, polską pisarkę i tłumaczkę, która od wielu lat mieszka w Berlinie i aktywnie działa na pograniczu literatury polsko-niemieckiej, organizuje warsztaty literackie, prowadzi pismo „Wir” itd.. Podczas jednego z pobytów w Berlinie, gdzie zbierałam materiały do mojej drugiej powieści, poznałam Ewę. Ona z kolei podarowała egzemplarz Necessary Lies swojej siostrze Katarzynie mieszkającej w Gdańsku. Katarzyna Bogucka-Krenz, jest nie tylko tłumaczką z języka angielskiego, jest też poetką i malarką. Poza tym jesteśmy w podobnym wieku, więc łączy nas język naszego pokolenia…

Co pani myśli na temat okładki  polskiej wersji powieści?

ES: Bardzo mi się podoba. Jest graficznie prosta, ale bogata w znaczenia. Pocięte nożyczkami nuty sugerują Wiliama i linię melodyczną jego partytur, a także przerwane wątki życia wielu bohaterów książki, cięcie między nowym życiem i starym życiem, między Polską i Kanadą itd. Mogą także sugerować przecięcie spokoju i błogich wspomnień bohaterki, Anny Nowickiej, o człowieku, który krył w sobie tak bolesne dla niej tajemnice.

Ale książka już skończona, wydana. Teraz werdykt należy tylko i wyłącznie do czytelnika.

Czym jest dla pani przekład literacki?

Katarzyna Bogucka-Krenz:

Przez lata wypracowałam sobie własną metodę przekładu, która opiera się na przekonaniu, że sama wiedza nie wystarczy do tego, żeby zostać dobrym tłumaczem literatury. Oczywiście, trzeba mieć warsztat, tj. dobrą znajomość języka obcego oraz spore umiejętności posługiwania się mową ojczystą. Pod tym względem jest to praca niejako „usługowa”. Ale do dobrego tłumaczenia potrzeba jeszcze dwóch rzeczy. Po pierwsze, swego rodzaju pozawerbalnego wyczucia, zdolności niemal telepatycznego porozumienia się z autorem. Będąc przekaźnikiem nie swojej myśli, tłumacz spełnia rolę medium, jest pośrednikiem, który pomaga autorowi zaistnieć w innym języku, sam przez cały czas, jak sufler w teatrze, pozostając w cieniu.

Po drugie, tłumacz lepiej rozumie swoje zadanie, jeśli sam jest pisarzem czy, jak w moim przypadku, poetą. Każdą historię można opowiedzieć na sto sposobów. Tłumacz musi sobie nieustannie zadawać pytanie, nie jak on by ją opowiedział, tylko jak zrobiłby to autor, gdyby znał jego język. Które słowo by wybrał? A przecież autor chce ode mnie nie tylko moich słów. On liczy na to, że w moim języku odtworzę i odwzoruję cały jego świat, wyłowię jego ducha, oddam to „coś”, co często jest trudne do uchwycenia – aurę, emocję, nastrój.

Czasem żartuję, że najlepszą metodą jest tłumaczenie „z zamkniętymi oczami”, gdyż dopiero wówczas potrafię wsłuchać się w głos wewnętrzny tłumaczonego pisarza, oddać to wszystko, co decyduje o jego stylu i sile.

Prosze opowiedzieć o pracy nad tłumaczeniem?

KBK: Do pracy podchodzę zawsze bardzo osobiście i że tak powiem namacalnie: na kilka miesięcy wyprowadzam się z własnego świata i przenoszę do innego. To trochę jak gra w filmie. Jestem ze wszystkimi bohaterami naraz i każdym z osobna. Początkowo nic jeszcze na to nie wskazuje, po prostu tłumaczę słowo za słowem, zdanie po zdaniu. Ciężka, żmudna, czasochłonna praca. Nie zastanawiam się, pędzę przed siebie, mijam kolejne stronice, jakbym jechała pociągiem, przyglądając się przez okno mijanym obrazom. Na tym etapie jeszcze nie podejmuję decyzji, nie dokonuję wyborów, nawet nie słyszę właściwego tonu. Zostawiam znaki zapytania, zapisuję po kilka wersji, wiem, że na decyzje będzie czas później. Nim jednak to nastąpi, przechodzi czas prób i przymiarek, kiedy wciąż nie do końca jestem pewna, w jaki sposób ja bym się wyraziła w danej sytuacji, gdybym była, na przykład, profesorem literatury, skrzypaczką, rybakiem dalekomorskim czy kelnerką w restauracji, a ściślej: jakbym to wyraziła po polsku, zważywszy na czas i miejsce, wiek, wiedzę i filozofię życiową danej postaci, i co najważniejsze – styl autora. A potem pewnego dnia okazuje się, że wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. I kiedy czytając przestaję myśleć o słowach, a zaczynam „słyszeć głosy”, wtedy wiem, że to już – mogę tekst odesłać do wydawcy.

Czy tłumacz musi się związać z bohaterami, poznać ich osobowość i odczucia, żeby oddać ducha czasu i miejsca, w którym żyli?

KBK: Chyba nie da się inaczej. Ja w każdym razie nieodmiennie przywiązuję się do moich autorów i ich książek. W końcu przebywam z nimi codziennie po wiele godzin, i to przez długie miesiące. Staję się jakby matką zastępczą, która musi wybrać dla nich odpowiednie słowa, i jeszcze zrobić to tak, by czytelnik nic nie zauważył, by miał wrażenie, że tekst powstał od razu w jego języku. Dlatego czuję o wiele większą odpowiedzialność tłumacząc czyjś tekst niż pisząc własny.

Tak więc odpowiedź na pani pytanie jest nie tylko twierdząca – tak, przywiązuję się i zaprzyjaźniam z bohaterami, a potem trudno mi się z nimi rozstać. Ja powiedziałabym nawet więcej: uważam, że jest to warunek sine qua non dobrego tłumaczenia.

Jakie problemy napotkała pani podczas pracy nad książką Ewy Stachniak? Czy tym razem była to trudna praca?

KBK: Każde tłumaczenie niesie z sobą innego rodzaju trudności. Gdy w jednej powieści problem stanowić będą bardzo rozbudowane, wielokrotnie złożone zdania, w innej pułapką może się okazać pozorna prostota.  Poza tym jest oczywiste, że tłumacz nie może się znać na wszystkim. Będzie, na przykład, znawcą białej broni, teatru czy roślin tropikalnych, a niewiele będzie wiedział o historii Wrocławia, muzyce czy… pozytywkach (tu wyznaję zasadę, że oprócz lektury fachowej, do której należy się odwołać, trzeba też docierać do ludzi z danej branży i pytać, pytać i jeszcze raz pytać).

W przypadku „Koniecznych kłamstw” największa trudność kryła się w… polskości. Dlaczego? Ponieważ historia opowiedziana w tej książce znana jest polskim czytelnikom z ich własnego doświadczenia. Dla wielu z nich będzie to opowieść o nich samych. Przeżyli wypadki marcowe ‘68, przeszli represje, przesłuchania, relegowanie z uczelni. Pamiętają Sierpień ’80 i stan wojenny, kartki na mięso i oddziały zomowców na ulicy. Wielu doświadczyło rozstania z bliskimi, którzy z różnych powodów zmuszeni byli wyemigrować z Polski. Wielu też w wyniku wojennej zawieruchy zmuszonych było zamieszkać na Ziemiach Odzyskanych, by odtąd w codziennym życiu mieć do czynienia z tak zwaną „sprawą polsko-niemiecką” (co ciekawe, Ewa Stachniak urodziła się we Wrocławiu, a ja w Gdańsku, a więc w miastach, które po wojnie, jak to się kiedyś mówiło, powróciły do macierzy).

Wiadomo, że wokół każdej epoki czy wydarzenia historycznego tworzy się otoczka językowa, na którą składają się nie tylko słowa-informacje, ale też swoiste słowa-klucze, charakterystyczne zwroty, skróty myślowe, idiomy i powiedzonka. Znane wszystkim, zrozumiałe, oczywiste. Powieść Ewy Stachniak obejmuje czas trzech pokoleń. Wspólnie z autorką musiałyśmy ją napisać po polsku w taki sposób, by czytelnicy z każdego pokolenia mogli powiedzieć: tak, tak właśnie było!

Jak przebiegała pani współpraca z autorką?

KBK: Przystępując do pracy nad tłumaczeniem mamy przeważnie do czynienia z sytuacją, w której – paradoksalnie – świat przedstawiony mówi, podczas gdy sam autor milczy. Moim zadaniem jako tłumacza jest domyślić się, czego chce ode mnie pisarz. Tym razem nie musiałam zamykać oczu ani szukać drogi, odwołując się do telepatii. Po raz pierwszy znalazłam się w komfortowej sytuacji: w każdej chwili mogłam zapytać, co autorka chciała powiedzieć pisząc dane zdanie, a następnie, czy to, co ujrzała w moim tłumaczeniu, zgadza się z jej intencją. Można powiedzieć: wymarzone warunki pracy.

A mimo to, choć pewnie trudno w to uwierzyć, w pierwszym odruchu przestraszyłam się! Czego? Tego, że nie będę umiała stać się „głosem” autorki, że nie sprostam jej oczekiwaniom. Nie usłyszę jej! W praktyce ten bezpośredni kontakt (no, może pośredni, bo via internet i telefon) okazał się dodatkowym walorem pracy, fascynującą grą intelektualno-detektywistyczną, fantastycznym doświadczeniem.

Początkowo pracowałam sama, co, jak się domyślam, wystawiło autorkę na niemałą próbę cierpliwości. Ale najpierw musiałam zostać sam na sam z jej książką, „poczuć” ją, niczym się nie sugerując. Dopiero potem byłam gotowa do rozmowy. Mogłam dyskutować, spierać się o słowa, próbować dziesięciu wersji jednego zdania, szukając tej właściwej. Trochę to przypominało zabawę w ciepło-zimno: ja wędrowałam przez labirynt, podczas gdy autorka pisała zza oceanu: krok w lewo, dwa kroki w prawo. A wszystko po to, by w ostatecznym rozrachunku to ona mogła zdobyć absolutną pewność, że przemówiłam jej głosem. Mam nadzieję, że tak się stało, że Ewa Stachniak czytając swoją powieść w moim tłumaczeniu, zapomina o mnie, a słyszy – siebie.

Wywiad ukazał się w „Liście oceanicznym” – dodatku do dziennika „Gazeta” w Toronto w grudniu 2004 r.

Fragment powieści:

https://www.cultureave.com/konieczne-klamstwa-fragm/

Recenzja:

https://www.cultureave.com/miedzy-wiernoscia-a-zdrada/




Niemcy (1978 – 1992). Część I.

Zygmunt Wojski (Wrocław)

Moja pierwsza wizyta w NRD miała miejsce wiosną 1978, a kolejna, trzy lata później, jesienią 1981, tuż przed stanem wojennym, gdy w sklepach w Polsce nie było niczego. Mieszkałem najpierw u Alfreda Borutty w mieście Forst na Łużycach, przy samej granicy z Polską. Atmosfera w ówczesnej NRD wydała mi się smutna, przygnębiająca. Społeczeństwo stłamszone, oddalone od polityki i zbulwersowane tym, co działo się w Polsce, zwłaszcza w 1981 r. W tamtejszych sklepach kupowałem bieliznę, skarpety, a przede wszystkim ogromne ilości mydła, które w Polsce było na kartki w bardzo ograniczonych ilościach.

Do Berlina pojechałem w czasie pierwszej wizyty w towarzystwie Alfreda. Bardzo dokładnie zwiedziłem Muzeum Pergamońskie z odrestaurowanym greckim Pergamonem. Wystarczyło mi niewiele czasu, by rzucić okiem na Plac Aleksandra, Czerwony Ratusz z XIX w., wielką ewangelicką katedrę XIX-XX w. i Bramę Brandenburską z XVIII w. Alfred spieszył się na kolację i nie chciał ze mną pójść, przy czym bardzo się zdenerwował moim uporem. Został więc na dworcu Friedrichstraße, a gdy wróciłem sprzed Bramy Brandenburskiej, nie mógł wyjść z podziwu, jak ja mogłem trafić z powrotem na ten dworzec będąc pierwszy raz w Berlinie…

W Poczdamie także byłem z Alfredem. Zwiedziliśmy rezydencje Fryderyka II Wielkiego, pałac Sans Souci i Neues Palais (oba z XVIII w.), Cecilienhof początek XX, gdzie w 1945 r. odbyła się smutnej bardzo sławy konferencja poczdamska, chińską herbaciarnię, ptaszarnię Fryderyka Wielkiego, Marmurowy Pałac z XVIII w. Śmieszną przygodę miałem w toalecie przy Neues Palais, gdzie kasjerką była stosunkowo młoda jejmość, która, jak się okazało, mieszkała przedtem w mojej dzielnicy Wrocławia, czyli w Bischofswald, a więc na Biskupinie!

Do Spreewald (Las nad Szprewą), sielskiej krainy pociętej odnogami i kanałami rzeki Szprewy, z muzeum wsi łużyckiej, pojechałem sam. Cała atmosfera tej krainy urzekła mnie. Płynąłem łodzią po kanale, zwiedziłem muzeum i rozmawiałem z mieszkańcami, którzy języka łużyckiego już nie znają, niestety. Ale otoczenie piękne: mocno zalesiony teren i te wąskie kanały.

Z wizyty w Dreźnie pamiętam brzegi Łaby, widok na przeciwległy wysoki brzeg rzeki, smukłe wieże kościołów, w tym osiemnastowiecznej katedry, koronkowy przepiękny Zwinger z XVIII w., tylko częściowo wówczas odnowiony po strasznym bombardowaniu w lutym 1945 r. i Skarbiec zwany Zielonym Sklepieniem (Grünes Gewölbe), ze względu na ściany pokryte początkowo malachitem (obecnie lustrami).

Podczas drugiej wizyty, w 1981 r., pojechałem z Forstu do Lipska. Tam wielki plac Augusta (Augustusplatz) z nowoczesnym budynkiem Gewandhausu, a naprzeciwko, opery, protestancki późnogotycki kościół Św. Tomasza XIII, w którym Jan Sebastian Bach był kantorem i  gdzie  został  pochowany.  Tuż obok,  jego pomnik. Niedaleko stąd, piwnica Auerbacha, gdzie, między innymi, rozgrywa się akcja Fausta Goethego.  W pobliżu, pomnik poety.

Kolejnym miastem, które wówczas odwiedziłem, był otoczony wzgórzami Naumburg, z ogromną katedrą romańsko-gotycką sprzed XIII w., pod wezwaniem Świętych  Apostołów  Piotra  i  Pawła. Polichromowane  rzeźby  fundatorów katedry, margrafów łużyckich, między innymi Ekkeharda i Uty oraz Hermanna i Regelindy, czyli córki Bolesława Chrobrego, zwanej przez Niemców „uśmiechniętą Polką” (die lachende Polin). Ogromne wrażenie robi wnętrze katedry, jej krypta, ale także rynek z renesansowymi kamieniczkami i gotyckim kościołem halowym Św. Wacława z XVI w. w tle. To tu urodził się i mieszkał Fryderyk Wilhelm Nietzsche i jest tu jego pomnik. W Naumburgu nocowałem w bardzo czystym prywatnym hoteliku, którego zadbana właścicielka nie omieszkała zapytać mnie, jak ja się w NRD znalazłem. Dopiero, gdy wyjaśniłem jej, że przyjechałem na zaproszenie znajomego Niemca, uspokoiła się.

Trzeci raz byłem w NRD na kongresie lingwistycznym w Lipsku, chyba w 1986 r. Referaty wygłaszane przez Niemców z NRD i przedstawicieli innych krajów satelickich (z wyjątkiem mnie) były przepełnione demagogią nie mającą nic wspólnego z jakąkolwiek naukowością, były nie do strawienia. Czułem się osamotniony w moich protestach, niestety. Przy tej okazji odwiedziłem w mieście inne zabytki, których jeszcze nie znałem, gotycki trójnawowy kościół Św. Mikołaja z  XII w. oraz pomnik poległych na polu Bitwy Narodów w 1813 r., gdzie Napoleon poniósł sromotną klęskę. Pojechałem też na przedmieście Gohlis, gdzie w małym uroczym jednopiętrowym domku zwiedziłem muzeum Schillera.

Pamiętam, że przepisałem tam strofy „Ody do Radości” w oryginale i z entuzjazmem śpiewałem potem tę pieśń po niemiecku:

An die Freude                                                Oda do Radości

 

Freude, schöner Götterfunken,              O, radości, iskro bogów,

Tochter aus Elysium,                               Kwiecie Elizejskich Pól,

Wir betretten feuertrunken,                 Święta, na twym świętym progu

Himmlische, dein Heiligthum.                Staje nasz natchniony chór.

Deine Zauber binden wieder,                 Jasność twoja wszystko zaćmi, 

Was die Mode streng getheilt;                Złączy, co rozdzielił los.

Alle Menschen werden Brüder,               Wszyscy ludzie będą braćmi

Wo dein sanfter Flügel weilt.                Tam, gdzie twój przemówi głos.

Tłumaczył (genialnie!!!) Konstanty Ildefons Gałczyński. Schiller napisał ją właśnie w Gohlis, a oprócz tego pisał tam drugi akt Don Carlosa. A skoro jesteśmy przy przekładach poezji z niemieckiego na polski, to porównajmy dwa  tłumaczenia  wiersza  Lorelei  Heinricha  Heinego.   W  oryginale  brzmi  on następująco:

 

Ich weiß nicht, was soll es bedeuten,

Daß ich so traurig bin;

Ein Märchen aus alten Zeiten,

Das kommt mir nicht aus dem Sinn.

 

Die Luft ist kühl und es dunkelt,

Und ruhig fließt der Rhein;

Der Gipfel des Berges funkelt

Im Abendsonnenschein.

 

Die schönste Jungfrau sitzet

Dort oben wunderbar,

Ihr goldnes Geschmeide blitzet,

Sie kämmt ihr goldnes Haar.

 

Sie kämmt es mit goldnem Kamme,

Und singt ein Lied dabei;

Das hat eine wundersame,

Gewaltige Melodei.

 

Den Schiffer, im kleinen Schiffe,

Ergreift es mit wildem Weh;

Er schaut nicht die Felsenriffe,

Er schaut nur hinauf in die Höh.

 

Ich glaube, die Wellen verschlingen

Am Ende Schiffer und Kahn;

Und das hat mit ihrem Singen

Die Lorelei getan.

A teraz dwa przekłady na polski. 

Tłumaczenie pierwsze:

Nie wiem, dlaczego tak smutno mi,     

Smutek tak serce mi porze?                           

Czarowna pieśń zamierzchłych dni               

W mej duszy zmilknąć nie może.                    

I szumi wiatr, zapada mrok                            

I cicho Renu mkną fale,                                  

I widać gór urwistych szczyt                          

Odbity w rzeki krysztale.                                

Królowa róż z gwiaździstych niw                   

Siedzi na górze uroczej,                                 

Złoty jej strój z oddali lśni,                            

Lśni złoty zwój jej warkoczy.                         

Grzebieniem z gwiazd czesze swój włos        

I tęskną piosnkę zawodzi.                              

I dziwną moc ma pieśni dźwięk,                      

Jak dźwięk, co z niebios pochodzi.                 

Rybaka pierś tej pieśni ton                             

Dziwną tęsknotą przejmuje,                           

Nie baczy już na szczerby skał,                      

Tylko się w górę wpatruje.                             

Ach! Lękam się, by rzeki toń                          

Rybaka nie pochwyciła.                                

Nieraz to już wśród Renu fal                          

Pieśń Lorelei uczyniła.                                   

 

Tłumaczenie drugie:

Sam nie wiem, co mnie tak gnębi,

Czemu mi smutno dziś.

Wspomnieniem dawnej legendy

Natrętna powraca myśl.

Coraz to ciemniej i chłodniej,

Spokojny płynie Ren –

Szczytom ostatnie śle ognie

Dogasający dzień.

Dziewica cudna – wysoko                                                                 

Na skalny wyszła głaz,

Płonie klejnotów jej złoto,

Lśni złotych włosów blask.

Czesze je złotym grzebieniem

I w tęskny zawodzi ton:

Bije melodia nad Renem 

Jak czarodziejski dzwon. 

Żeglarza, co łódką sunie, 

Zniewolił dziki jej żal:

Już patrzy do góry, ku niej –

Oddany na łaskę fal.   

Żeglarzu, twa łódka w końcu

Pryśnie o głazu skraj:

Swa pieśnią urzekającą

Zabija Lorelei…

Tłumaczenie pierwsze sporządził Aleksander Kraushar (1843-1931), a drugie, Stefan Zarębski (1928-1996). To pierwsze jest bardziej opisowe, dłuższe, zawiera  kilka archaizmów. Drugie, bardziej współczesne, syntetyczne i chyba bardziej klarowne w swej poetyckiej wymowie. Oba są piękne.       

Trzy lata później, w 1989 r., zostałem zaproszony na wykłady do Gießen i Bochum, skąd robiłem wycieczki do ciekawych miejscowości. Z Gießen pojechałem najpierw do Marburga, znanego uniwersyteckiego miasta, położonego malowniczo na wzgórzu nad rzeką Lahn. Górujący nad miastem zamek pochodzi z IX wieku, a pierwszy w Niemczech protestancki uniwersytet założony został właśnie tutaj w okresie Reformacji przez Księcia Filipa Wielkodusznego w XVI w. Gotycki kościół Św. Elżbiety jest z XII w., a najstarsza zachowana w mieście kamieniczka z początku  XIV w. Stare kamieniczki charakteryzują się budową szachulcową z wykuszami w górnej części.  

Następnego dnia Wetzlar, nad tą samą, ale szerszą tutaj rzeką Lahn. Domy kryte dachami z czarnych łupków bitumicznych. Potężna jednowieżowa gotycka katedra z XIII-XV w., ozdobiona portalami głównym i wieżowym, gotyckim tympanonem, a wewnątrz freskami i piękną czternastowieczną Pietą. Stare szachulcowe domy o szerokich fasadach, niektóre z XIV w., wspaniałe! Wśród nich skromny domek Goethego. To tu poeta pisał Cierpienia młodego Wertera (Die Leiden des junges Werthers), a natchnieniem do tej powieści był jego związek z mieszkającą w tym mieście Charlottą Buff. Ciekawostką jest fakt, że to ja byłem tam przewodnikiem turystów niemieckich, którym wskazałem drogę do domku Goethego. Sic!

Tego samego  dnia  Limburg  nad  Lahnem,   miasto o  wspaniałej czerwono-białej romańsko-gotyckiej katedrze, z jedną wysoką wieżą pośrodku i czterema niższymi po bokach, XIII w. Portale skromne, za to nad głównym wielka rozeta, a wewnątrz malowidła ścienne (Święty Krzysztof, Dawid), witraże w oknach i romańska chrzcielnica. Tuż obok katedry, zamek z szarego kamienia z XIII w. Szachulcowe kamieniczki na Starym Mieście wyjątkowo urodziwe (Stary Wikariat, Pod Złotym Jeleniem), niektóre ozdobione maskami wyobrażającymi gniew, skąpstwo, nieumiarkowanie, sprośność… Nad Lahnem stary kamienny most z XII w.

Z Bochum pojechałem najpierw sam do Münster, miasta mocno zniszczonego w czasie wojny. Teraz całe Stare Miasto odbudowane po zniszczeniach i pełne życia. Najbardziej oryginalnie wygląda przysadzista romańsko-gotycka katedra Świętego Pawła o dwóch potężnych wieżach przy wejściu głównym, XII w. Wewnątrz zegar astronomiczny z XVI w, a od strony dziedzińca bogato zdobiony rzeźbami portal o nazwie Raj, z Chrystusem na Sądzie Ostatecznym. Plac przy katedrze zwie się Rynkiem Głównym (Prinzipalmarkt) i otaczają go odbudowane renesansowe kamieniczki z arkadami. Jedną z nich jest gotycki Ratusz, gdzie podpisano Pokój Westfalski po Wojnie Trzydziestoletniej. Niedaleko gotycki kościół Najświętszej Marii Panny nad Wodą, XIV w. Poza miastem barokowy pałac biskupi, XVIII w., obecnie hotel.

W którąś niedzielę moi gospodarze z Bochum, Udo i Juliane Figge, zawieźli mnie do ogromnego barokowego pałacu w Nordkirchen, XVIII. Położony na wyspie i otoczony wodą ze wszech stron, z basztami na czterech rogach, ma ten czar, że poza wielkim stawem wokół rozciąga się wielki park. Należał do rodu von Plettenbergów i jest największym pałacem na wodzie w całym regionie Westfalii. Szczerze mówiąc, poza ogromem pałacu i parku pamiętam z tej wyprawy tylko tyle, że w pałacowej kawiarni jadłem najlepszy tort czereśniowy w moim życiu! To była absolutna delicja!!!

W drodze powrotnej zatrzymałem się jeszcze u poznanego na azorskiej wyspie São Miguel Winfrieda Borowczaka w mieście Bielefeld, gdzie neorenesansowy Stary Ratusz i Teatr Miejski w stylu art nouveau, oba z pierwszych lat XX. Poza tym na Starym Mieście późnogotycka kamieniczka Crüwella z XVI i późnorenesansowe siedemnastowieczne kamienice z ozdobnymi szczytami. 

18 i 19  października  1991 r.  uczestniczyłem  w  zorganizowanym przez  prof. Gerda Wotjaka sympozjum lingwistycznym na Uniwersytecie w Lipsku. Wiał lodowaty wiatr i spośród uczestników pamiętam tylko Janę Kulovą z Pragi i dziewczę ze Szwajcarii romańskiej. Mieszkałem w pięknej willi w parku, gdzie przed wojną był polski konsulat. Poza mną nie było w niej żywego ducha! W niedzielę, 20 października, wybrałem się do Weimaru. Najpierw pomnik obu poetów, Goethego i Schillera przed założonym przez nich obu Teatrem Narodowym. Potem wsunąłem się do domu Goethego z  tłumem turystów japońskich, którzy jednak znudzeni po pięciu minutach opuścili ten przybytek. Ja zaś spędziłem tam ponad dwie godziny oglądając szczegółowo i z wielką uwagą pootwierane w gablotach księgi, stare fotografie i rozmaite dokumenty. Potem obszedłem jeszcze ogród zatrzymując się przy domku ogrodowym. W każdym razie wychodziłem z muzeum sam i szatniarka zapamiętała mnie sobie, nawołując  do uiszczenia opłaty za wstęp…

Dom Schillera jest znacznie mniejszy, ale równie ciekawy, co dom Goethego, więc i tam zabawiłem dość długo. Obaj poeci właśnie w Weimarze dokonali swego żywota, Schiller w 1805 r., a Goethe w 1832 r.

We wrześniu 1992 wracałem z Lizbony samochodem z lektorką języka portugalskiego w Warszawie Isabel Pinto i późnym wieczorem zatrzymaliśmy się we Fryburgu. Chcieliśmy tam przenocować, ale w jakimś tanim hotelu, poza centrum. Zobaczyliśmy po drodze taki skromny hotel i weszliśmy. Żywego ducha! Nawołujemy, czekamy, nic! Wreszcie Isabel położyła się na kanapie w hallu, a ja usiadłem na fotelu i tak przespaliśmy całą noc. Nikt się nie pojawił! Nad ranem umyliśmy się i ruszyliśmy do Tybingi, gdzie mieszka poznana w Lizbonie moja znajoma portugalistka Gudrun Plamper. Po drodze wynurzające się z mgły piękne pejzaże nad górnym Dunajem. U Gudrun była jej wesoła ciotka i razem poszliśmy na spacer po mieście. Na Starym Rynku kolorowy ratusz z XV z zegarem astronomicznym wykonanym w XVI w. przez Johannesa Stöfflera. Nad Neckarem stare kolorowe odbijające się w wodzie kamieniczki i Kolegiata (Stiftskirche) z XV w. Półokrągła baszta nad rzeką zwie się Wieżą Hölderlina (Hölderlinturm). Friedrich Hölderlin (1770-1843) był romantycznym poetą niemieckim i umarł właśnie w Tybindze. W wyższej części miasta zamek z XII w., obecnie hotel. Zdążyliśmy jeszcze zobaczyć słynny uniwersytet założony w XV w. Budynek zwany Neue Aula zbudowano w 1846 r.

Fotografie pochodzą z serwisów Flickr i Pinterest.

Wspomnienia ukazują się w drugi czwartek miesiąca.


Galeria




Jolanta Sprawka i mit Pigmaliona

Katarzyna Szrodt (Montreal)

Burzliwe losy rzuciły ją tuż po studiach do Maroka. Po 22 latach rozpoczęła nowy rozdział w Kanadzie. Wcześniej było dzieciństwo i młodość u podnóża Tatr, w domu przy Dolinie Strążyskiej. Sztuka towarzyszyła jej zawsze. Wrażliwość, pracowitość, siła charakteru pozwoliły Joli rozwijać się artystycznie na wszystkich etapach życia, choć nie zajmowała się sztuką zawodowo. W Polsce kształciła się w szkole muzycznej, w Maroku brała lekcje tańca u wybitnego tancerza Tadeusza Zlamala i kontynuowała edukację muzyczną. Decydującym momentem było spotkanie w Montrealu z rzeźbiarzem irlandzkiego pochodzenia, Davidem Moorem, który odegrał w życiu Jolanty Sprawki rolę Pigmaliona, stwarzając jej przestrzeń sprzyjającą rozwojowi artystycznemu.

Obecnie Jolanta działa na polu sztuk wizualnych, tworzy instalacje i rzeźby, przygotowuje happeningi, a ostatnia wystawa, otwarta we wrześniu w Saint-Denis-sur- Richelieu/Quebec, pokazuje malarski dorobek artystki z tego i minionego roku. Abstrakty wykonane akrylem na cienkiej, przezroczystej folii mylarowej i akwarele malowane na czerpanym papierze, inspirowała witalna energia natury.

Ruch, światło, powietrzność, wirowanie jako energetyczne stawanie się form – to naturalne żywioły wyrażone kolorem, linią, plamą. Prace są dynamiczne, przedstawiają abstrakcyjne figury w ruchu. Malarstwo Jolanty Sprawki jest bardzo połączone z jej instalacjami, w których artystka, wykorzystując celofan, inspiruje się formami organicznymi, poszukuje stwórczej energii natury, światła, wizualnego oddania siły żywiołów. Zarówno w instalacjach, jak i w malarstwie, sposób wyrażenia jest minimalistyczny. Artystka odwołuje się do poszukiwań amerykańskiej rzeźbiarki i malarki Evy Hesse, głównej reprezentantki minimalizmu w sztuce, starając się kontynuować jej działania twórcze.

Jolanta Sprawka jako artystka ma wrażenie bycia „medium” połączonym z „siłą wyższą”; w procesie tworzenia poddaje się tej sile, która przenika ją, a efektem staje się dzieło sztuki. Moment tworzenia artystka nazywa „świętym momentem, tajemnicą”. Zarówno w życiu, jak i w twórczości artystycznej, Jolanta łączy poznane kultury – słoneczny, egzotyczny świat arabski, surową naturę kanadyjską, fascynujące, przebogate uniwersum Grecji, gdzie rokrocznie spędza kilka miesięcy i magiczną kulturę Meksyku, którą eksploruje od kilku lat.

2016 roku artystka zaproszona została do wzięcia udziału w rezydencji artystycznej „Obracadobra” w Oaxaca i był to początek kolejnych wyjazdów i projektów meksykańskich.

W 2017 roku artystka gościła w centrum dla artystów „Soma” w Mexico City. W 2018 roku, w Museo Textil de Oaxaca, przygotowała instalację „Shelter the light”, zaś na 2020 rok w Museo Ex Convento de San Pablo, w Oaxaca, zaplanowana jest nowa wystawa.

W Grecji, w Montrealu oraz na terenie prowincji Quebec, Jolanta miała wystawy indywidualne i grupowe, które spotkały się z dużym zainteresowaniem.

Na artystycznej mapie Jolanty Sprawki powinien pojawić się „Przystanek Polska”, by polska publiczność mogła zapoznać się z twórczością tej artystki-obieżyświata, w której sercu, każdej wiosny, kwitną krokusy z Doliny Strążyskiej.




Literackie migawki

Florian Śmieja (Mississauga, Canada)

Życie składa się z łańcucha epizodów, wydarzeń, spotkań, które bywają ciekawe lub monotonne, udane i mniej wydarzone, godne pamięci i zasługujące na zapomnienie. Do jednych się chętnie przyznajemy, drugie puszczamy w niepamięć. Żałujemy że nam się przydarzyły, wolelibyśmy, aby ich nie było. Jeszcze po latach pozostają ślady, niby migawki z licho pamiętanego filmu. Każdy z nas ma ich inny zestaw zależnie od losu, czasu, sytuacji. Ich ewokacje zaspakajają nostalgiczne ciągotki, ale i wywołują zadumę nad zdumiewającym kalejdoskopem minionego…

***

Uniwersytety w Polsce prześcigają się, by zasłużonym ludziom pióra przyznawać wielokrotne tytuły doktora honoris causa, a żaden z nich nie odważył się nadać go Zbigniewowi Herbertowi, którego dziś bardziej wyróżnia brak tego honoru.

***

Gombrowicz w swoim “Dzienniku” napomknął, że go źle czytam. Widocznie uważał, że powinienem obrać inną metodę. Zrobię to, jak czas pozwoli. Pisał do mnie w sprawie tłumacza, który by potrafił przekładać jego teksty na język hiszpański. Próbowałem mu pomóc, ale nie wiem, czy ostatecznie z moich sugestii skorzystał.

***

Stanisław Lem (1921-2006) to najczęściej tłumaczony pisarz polski. Zapamiętam jego uprzejmość. Kiedy przed laty nie udało mi się z nim umówić w czasie mojego pobytu w Krakowie, przyjechał po mnie swoim samochodem i w drodze na swoje wykłady podwiózł mnie ze studenckiego bratniaka na peryferiach miasta do centrum.

***

Wymieniając kiedyś współczesnych polskich prozaików, którzy równocześnie byli autorami dobrych wierszy, otrzymałem list od Józefa Wittlina z Nowego Jorku, bym o nim nie zapomniał, bo i on należał do tej kategorii. Nie tylko o nim pamiętałem, ale nawet odwiedziłem  jeszcze, znalazłszy się na amerykańskim kontynencie.