Pogrzeb Ziemi
Słychać jakby jakieś dzwony
Biły w niebie zrozpaczone.
A w tych dzwonach z całej siły
Biły serca Demonowe.
Czy pan słyszy, te hałasy?
I ten łomot niesłychany?
Wszechświat nagle znieruchomiał
Jak piorunem przeżegnany.
Jakby, dzwony się zmagały
Z niebieskimi armatami –
Kto głośniejszy!
Jakby, złotym nieba wrotom
Dech ostatni odebrało.
Jakby z nieba na syrenach
Pogotowia przerażone
Gdzieś na pomoc wyruszyły.
Jakby czarnym dziurom w niebie
Kolory się pomyliły.
Jeszcze nigdy od zarania,
Nie widziano we wszechświecie
Podobnego zamieszania.
Jak to? Panie! To pan nie wie?
Wszechświat chowa świętą Ziemię!
Swoją córkę – jedynaczkę
Najpiękniejsze – swoje cacko.
Zmarła w nocy. Niespodzianie.
Wciąż nie mogę w to uwierzyć,
że nieboszczka w grobie leży.
Serce! Panie. Zakażenie.
Z rzek, z powietrza i strumieni!
Z braku cienia! Bo wycięli
Po kryjomu – wszystkie drzewa.
Sam widziałem w poniedziałek.
Gdy wracałem. Powalone
Jowiszowym huraganem.
Jak brat jeden albo siostra,
Konające w wielkiej męce
W ciszy, w smutku, bezszelestnie
Trzymające się za ręce.
Jeszcze w Piątek czule stały
Blisko siebie. I szumiały
Gałęziami między sobą –
Nam i ziemi i wszechświatu
Ulubione pieśni Boże.
Będąc pewne, że są częścią
Niebieskiego majestatu…
Nikt nie może się doliczyć
Ile, panie, drzew wycięli.
Drzewobójstwo niesłychane!
Pozbawili Ziemię cienia,
Ptaków domu, kwiatów woni!
Pozbawili Ziemię chłodu,
Kroplę rosy – pozbawili –
czystej wody!
Ludzkich dusz i dusz zwierzęcych
Pozbawili… złudy szczęścia.
Niech pan spojrzy. Wszędzie słupy!!!
Słupy – Trupy, wokół panie.
Cmentarz smukłych, wybujałych,
szumiejących, rozśpiewanych,
żywcem ściętych, świętych, drzew
wymordowanych.
Liczbę ofiar się ocenia na Tryliardy
(czytaj: 10 do 44)
Tryliard śwęych drzew wycięli.
A ostatnie – to Najświętsze
Święte drzewo… zbeszcześcili.
święte Drzewo – zbeszcześcili.
Nie ma po nim nawet śladu,
Drzewo zwiędło i zmarniało,
Od rozpusty i od grzechu.
Nazwa tylko pozostała,
Nad świętymi Aniołami…
Nam strapionym na pociechę.
Czyżby nikt nie zauważył?
Co wyprawia tu zuchwały
I bezmyślny człowiek mały?
Znikczemniony trzydziestoma
srebrnikami.
Otoczony handlarzami,
Przekupiony przez Szatana,
Był zajęty wojowaniem.
Od początku, od zarania,
Był zajęty wojowaniem.
Na usługach był Szatana.
Zburzył wszystko, porozbijał
Co zostało tu stworzone
Przez mądrzejszych, tu przed nami.
Nie pomyślał: że się zjawił
Tu na chwilę. I że srebro
tu zostawi.
Rozbój zaczął od atomu.
Rozbił atom. I rodzinę.
Zabił życie. A nie stworzył.
Zniszczyl nawet to w co ziemia
Tak obficie obrodziła.
Prawdę z fałszem wymieszali
Białe z czarnym, czarne z białym.
Nie wiadomo teraz panie:
Co jest czarne, a co białe.
Co jest tłuste, a co chude
Co jest mądre, a co głupie.
Co jest łyse, a co rude.
Jak pod ścianą ci ustawią
Szereg pań ci nieznajomych
Nie rozpoznasz nawet twarzy
Twojej pierwszj ślubnej żony.
Jeden to podobno, panie,
Dwa tysiące miał kochanek.
Książkę nawet mu wydali. –
Listę “pań” z telefonami.
Szukał szczęścia? Na ulicy
Brukowanej?…
w “cudzysłowiu” z Madonnami.
Nic dziwnego, że nie znalazł.
Inny, w kosmos się wystrzelił
w swoim własnym samochodzie,
Zdążył jeszcze złapać w biegu
Swą najdroższą, ukochaną,
Złotą trumnę, wybijaną
Czerwonymi Rubinami.
Pojawiły się potwory
Chłopo–baby, babo–chłopy
Kolczyk w oku, kolczyk w uchu,
Tuzin pereł w każdej wardze.
Trzy w języku, cztery w brzuchu.
Niech pan może mi pomoże,
Tylko sobie wyobrazić
Noc poślubną tych dwóch panów…
Wypachnionych pachnidłami. –
I z końskimi ogonami…
Ja nie mogę.
Szczęścia trzeba szukać blisko.
Tu na Ziemi, nie daleko – Nienaziemi.
Szczęście szuka, zawsze szczęścia
Tam, gdzie komuś go brakuje,
Tam, gdzie widzi puste serce –
Chce zamieszkać, a nie w tłumie.
Nie w luksusach i diamentach…
Ale tam gdzie oprócz swego
Bije tęsknie inne serce.
Raz przypadkiem podsłuchałem
Jak dwa szczęścia rozmawiały,
że już były raz szczęśliwe
Ten raz jeden, raz jedyny,
Jak pragnęły, i jak chciały!
że na drugie albo trzecie
Nie ma miejsca i nie będzie,
że to pierwsze i jedyne
Wypełniło całą przestrzeń.
I czas cały. Teraźniejszy,
Przyszły, przeszły.
I żyć będzie, nawet wtedy,
Kiedy tam już nic nie bedzie.
Szczęście na dotknięcie ręki
Było zawsze i czekało.
– U stóp twoich, się łasiło…
Tylko ty go nie widziałeś
A co na to wszystko, Pan Bóg ?
Czy się zjawił na pogrzebie ?
Pan Bóg?…
Jedną tylko łzę uronił
i przeżegnał, świętą Zemię.
Pocałował w czoło dziecko
I powiedział:
“Witaj, Ziemio.
Moja córko – jedynaczko.
Najpiękniejsze Moje CACKO…”
(obok stała Venus niema)
Czas by ostrzec wszechświat cały,
Przed pewnymi następstwami,
że jeśliby się pojawił
Jakikolwiek przybysz z ziemi…
Będzie z ziemi, której nie ma
Będzie z ziemi co istniała.